Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

W Lizbonie został nieco dłużej niż początkowo planował. Nie dlatego, że polubił to miasto, ale nie chciało mu się wracać do Maciejówki. Włóczył się bez celu po mieście, przesiadywał w małych knajpkach popijając kawę lub piwo i wpadł w jakiś taki marazm. Myślał o wszystkim i jednocześnie nie myślał o niczym. Jakiś dziwny stan wytworzył się w nim i nazwał to stanem nieważkości duszy. Miał czterdzieści lat, lecz nic, poza tym. Nieco pieniędzy zarobionych przez te wszystkie lata, które nie dawały ani poczucia bezpieczeństwa ani radości. Po prostu był i nic więcej. Nie miał celu w życiu, żył z dnia na dzień, jak wielu innych i coraz częściej budził się nocą i stwierdzał, że takie życie nie ma sensu. Całe dorosłe życie przepracował na statkach i teraz nie za bardzo wiedział co miałby robić na lądzie. Pracować jako kto? Budowlaniec, kierowca a może nocny stróż, pilnujący opustoszałych budynków. Wydawało mu się, że ściga złudzenia, których wiedział, że i tak nie dogoni.

Siedział w tavernie jeszcze nie wypełnionej ludźmi jak to widywał wieczorami i popijał zimne piwo, czekając, aż podadzą pieczoną ośmiornicę z ziemniakami. Kilka wiatraków przymocowanych do sufitu poruszało leniwie powietrze, dzięki czemu można było odpocząć nieco od upału, który rozlał się na ulice miasta. Malownicze uliczki, kolorowe domy, drzwi, okiennice, niekończące się schody, po których jednak warto się wspinać, by móc podziwiać panoramę miasta. Elektryczne tramwaje sunęły cichutko, zapchane w większej mierze przez turystów obwieszonych plecakami i aparatami.

Zapalił papierosa. Jedyny jego przyjaciel, który nigdy nie zawiódł i zawsze był pod ręką.

Zapachy smażonych ryb, mięsa czy frytek mieszały się z rozgrzanym powietrzem, asfaltem i dymem papierosowym. Wydawało mu się, że nad tym miastem unoszą się jakieś cienie, coś nieuchwytnego, czego nigdzie indziej do tej pory, może nie tyle nie widział co nie wyczuwał. Ciężko to określić, to jakby negatyw tego miasta, który czasem uda się dostrzec. Fascynujące i niepokojące zarazem. Miasto złudzeń i iluzji.

Był głodny i nie mógł się doczekać jedzenia. Wstał z samego rana, pozbierał resztę rzeczy, choć zbyt wiele tego nie było, ot, kilka książek, elektryczna golarka, trochę ubrań przesiąkniętych zapachem starej szafy, które wczoraj musiał przeprać i kilka starych zeszytów, w których czasem, kiedy czuł taką potrzebę, zapisywał swoje myśli.

Kelner ubrany cały na czarno podał zamówione danie, skłonił się lekko życząc smacznego i odszedł. Ośmiornica okazała się wyborna. Nie za twarda, nie gumowata a właśnie idealna. Jadał już w wielu miejscach na świecie ośmiornice, ale, musiał przyznać, nigdzie nie smakowała tak jak tu. Po prostu rozpływała się w ustach.

W niemal każdej mijanej kobiecie widział Hanię. Jej oczy, uśmiech, włosy. Właściwie, gdyby się nieco mocniej opaliła mogłaby uchodzić za Portugalkę albo Greczynkę. Często powracał w myślach do tej chwili, kiedy zupełnie niepotrzebnie zapytał, czego od niego chce. Żałował tego, bo wszystko mogło potoczyć się inaczej, być może miałby do czego wracać a tak wszystko schrzanił i pretensje mógł mieć tylko do siebie.

- Ma pan ognia? – wyrwał go z rozmyślań jakiś głos.

Stała przed nim kobieta, blondynka o niewiarygodnie pięknych, niebieskich jak niebo oczach. Zaskoczony tym widokiem, zapatrzył się w te oczy, aż musiała powtórzyć pytanie. Przez te wszystkie lata nauczył się angielskiego, zresztą to był również jeden z wymogów, by pływać pod różnymi banderami.

Wyjął zapalniczkę, wstał i bez słowa przypalił cienkiego papierosa. Podziękowała i wróciła do swojego stolika w głębi sali. Ta kobieta była jak sen, jak zjawa. Pojawiła się na chwilę i zawróciła mu w głowie swoją urodą, oczami, ciałem.

Zamówił kawę i poprosił o rachunek. Próbował szukać nieznajomej wzrokiem i teraz żałował, że usiadł z przodu, prawie przy przeszklonej ścianie, by mieć widok na ulicę. Lubił patrzeć na ludzi, auta powoli sunące po zakorkowanych ulicach, tramwaje, którym nic nie przeszkadzało w swobodnym poruszaniu z punktu a do punktu b. Miasto miało swoje tajemnice, wąskie uliczki ukryte z dala od tego zgiełku, gdzie życie toczyło się całkiem innym torem, bez tego pośpiechu. Bieda wyglądała z mijanych bram, odrapanych drzwi i okien, ale właśnie tu słychać było śmiech dzieci biegających za piłką, z której prawie zeszło powietrze, ludzie siedzieli na schodkach przed domami, na ławeczkach, rozmawiali, śmiali się a czasem śpiewali smutne piosenki, zapewne o ciężkim życiu. Tu nie zapuszczali się turyści obwieszani aparatami, nie było sklepów ze złotem i srebrem, w których można by kupić coś na pamiątkę, słono przepłacając. Bezpańskie psy wylegiwały się w cieniu lub biegały za roześmianymi dziećmi.

Dwa różne światy oddzielone od siebie niewidzialnym murem społecznego milczenia, zgody na to wszystko co działo się na całym świecie.

Kawa ristretto w maleńkiej filiżaneczce i szklanka wody postawione przed nim przez tego samego kelnera wyrwały go z rozmyślań. Oczywiście, danie z ośmiornicy było bardzo dobre, ale kelner chyba dobrze o tym wiedział, zapytał się, bo tak trzeba.

- Zapraszamy wieczorem na wieczór z muzyką fado – powiedział przynosząc resztę i zgarniając napiwek, za który podziękował szerokim uśmiechem.

Za dwa dni wraca do kraju na statku wiozącym owoce. Gdyby nie pokazał papierów, musiałby wykupić albo miejsce na statku rejsowym, albo wracać samolotem na co nie miał już ochoty. Na takich statkach zawsze znajdzie się miejsce dla takich jak on, dobrze to wiedział.

Wrócił do tej samej taverny późnym wieczorem, kiedy mieszkańcy miasta kładli się już do łóżek, by wstać z samego rana do pracy.

Większość stolików była już zajęta, ale znalazł miejsce w rogu sali. Usiadł i zamówił dwie zimne wódki oraz talerz z zakąskami. Po piętnastu minutach zajadał ze smakiem świeże sardynki z grilla, oprószone solą i polane oliwą z dodatkiem soku z cytryny.

W drugim kącie sali na maleńkiej scenie muzycy stroili instrumenty. Mógł sobie pogratulować, bo gdyby przyszedł dziesięć minut później już by nie znalazł wolnego stolika.

Światła przygasły zmieniając barwę na czerwoną a po chwili na niewielkiej scenie pojawiła się kobieta w długiej czarnej sukni obszytej cekinami. W chwili, gdy rozbłysło światło reflektora muzykanci zaczęli grać i Emil ze zdziwieniem spostrzegł, że kobieta stojąca w jasnym świetle na scenie jest tą tajemniczą kobietą, której po południu przypalał papierosa. Aż się napił z wrażenia.

Dwóch gitarzystów akompaniowało śpiewaczce. Żałował, że nie rozumiał o czym śpiewa. Chociaż może to i lepiej. Czasem, znając angielski i słysząc te wszystkie teksty wielkich przebojów, aż mu się śmiać chciało z ich prostoty i naiwności.

Wychylił drugi kieliszek przegryzając sardynką i czekał, aż skończy się piosenka. Piękna, lecz nieco mroczna, pełna cieni i chłodu. Tak to odczuwał, bo przecież nie wiedział o czym jest tekst.

Kiedy ucichła muzyka, skinął na kelnera pokazując, by przyniósł jeszcze dwie wódki. Miał ochotę napić się tak, aż zawiruje świat, aż wszystko rozmyje się w byle jakości. Bo świat jest byle jaki zarówno po trzeźwemu jak i po pijaku, tu się nic nie zmienia. Z czasem zacierają się granice między tym co było wczoraj a tym co jest teraz. Zdawał sobie sprawę z tego, że coraz częściej zaglądał w najciemniejsze zakamarki duszy, pozostając tam coraz dłużej. Jeszcze żył, oddychał, ale czuł, jak rzeczywistość przeradza się w krainę nicości.

Czasem dopadały go dni takie jak ten, kiedy nie potrafił się cieszyć chociażby z tego, że jest teraz tu, w tak pięknym miejscu a wokół tylu uśmiechniętych, radosnych ludzi. W każdej chwili może wsiąść w podmiejski pociąg i wysiąść już chociażby w Caxias, by wykąpać się w Oceanie Atlantyckim, który o tej porze roku był niczym Bałtyk w bardzo upalne lato, o czym wielu może tylko pomarzyć. Może też w każdej chwili wsiąść na statek i popłynąć na drugi koniec świata, lecz mimo to, miał wrażenie, że gorzej nie może już być.

Nie wiedzieć czemu, zawsze pijąc wódkę, odchylał głowę mocno w tył i zamykał oczy. Podpatrzył to jako młody chłopak u wuja Marka i tak utkwiło mu to w pamięci, że postanowił przywłaszczyć sobie ten gest, tak samo jak trzymanie papierosa w lewej ręce, chociaż był prawo ręczny. Czuł, jak alkohol zaczyna rozgrzewać najpierw gardło, by potem rozlać się ciepłem tam w środku, gdzie wydawało mu się, że powinna być dusza. Odstawił kieliszek i sięgnął po papierosa. Nie wiedział, która jest godzina. Stracił poczucie czasu. Do tego jeszcze ta muzyka, smutna, przytłaczająca a zarazem unosząca gdzieś w dal. Kobieta zeszła ze sceny żegnana dużymi brawami i zniknęła za kotarą, a zamiast niej pojawił się starszy, szpakowaty pan, który niemiłosiernie skrzeczał falsetem.

Emil zastanawiał się czy był kiedykolwiek szczęśliwy. Może w dniu, w którym opuścił dom? Chociaż chyba nie. Na pewno poczuł wówczas ulgę, że wyniósł się wreszcie z tego miejsca, ale z drugiej strony, zupełnie nie wiedział, dokąd ma się udać.

Bawił się papierosem, stukając nim o blat stolika, jakby chciał, aby tytoń był jeszcze bardziej ubity, aż w końcu włożył go do ust i sięgnął do kieszeni w poszukiwaniu zapalniczki, kiedy ktoś podał mu ogień. Zdumiony przypalił i podziękował.

- Nie za dużo pan pije? – Blond piękność, w której z pewnością mógłby się łatwo zakochać, usiadła obok nie czekając na zaproszenie i gestem przywołała kelnera, który zadziwiająco szybko pojawił się, jakby tylko czekał na jej sygnał - Carlos, dla mnie Martini a dla pana jeszcze raz to samo.

Kelner odszedł w milczeniu a kobieta znów się odezwała czystą angielszczyzną:

- Napiję się z panem, bo mi żal patrzeć, jak się pan upija w samotności. Ale będzie to dla pana ostatni dziś kieliszek. Potem zamówię panu taksówkę i wróci pan do hotelu, bo podejrzewam, że właśnie tam pan mieszka

- Nad każdym pijącym samotnie facetem się pani tak użala?

- Nie, tylko nad panem, ponieważ wygląda pan jak zbity pies.

Zaciągnął się, wypuścił dym i zaśmiał się z porównania. Wyobraził sobie nie wiedzieć czemu, małego szczeniaczka moknącego na deszczu.

- Z czego się pan śmieje?

- Ciekawe porównanie. Właśnie z tego się śmieje. Prawdę mówiąc, nie mam ochoty wracać do mieszkania, do pustego łóżka, w którym nikt nie czeka. Mam ochotę powłóczyć się po mieście do rana, upić się w jakiejś obskurnej knajpie, a potem przespać cały dzień, aby nie musieć myśleć o niczym.

- Specyficzne marzenia pan ma.

- Każdy człowiek jest specyficzny, a marzenia, cóż, marzenia są po to, by umierały w samotności, z czasem zapomniane, przysypane stertą trosk, chorób i szarych dni.

- No cóż, dużo jest prawdy w tym co pan mówi, ale nie do końca. Powinniśmy się cieszyć każdym danym nam dniem, bo nie wiadomo co przyniesie jutro.

Sięgnęła do torebki po papierosy, wyjęła jednego i uprzedzając Emila, zapaliła.

- Będzie pani jeszcze śpiewać? – zapytał z nadzieją w głosie, gdyż zdecydowanie bardziej wolał słuchać jej głosu, niż tego starszego pana, po którym widać było, że bardzo męczy się śpiewaniem.

- Nie, na dziś już koniec.

- Szkoda, bo wolałem zdecydowanie słuchać pani niż tego smutnego pana.

Zaśmiała się. Jej czarna suknia obszyta cekinami pobłyskiwała w ciągle zmieniającym się świetle.

- Ten pan to właściciel lokalu, któremu wydaje się, że potrafi dobrze śpiewać i że ci wszyscy ludzie przychodzą na jego występ, – Zaciągnęła się po czym odchyliła głowę i wypuściła dym. Po chwili, napiła się martini i powiedziała, że również ma ochotę pospacerować po mieście.

- Dosyć mam siedzenia w tej budzie a miasto nocą jest takie piękne. Zresztą, dziś kończy mi się kontrakt. Za chwilę ten stary błazen skończy się wygłupiać, wypłaci mi pieniądze i wynoszę się stąd.

Obrzucił wzrokiem jej szyję, ramiona, piersi i zastanawiał się, czego ona może od niego chcieć. Z pewnością nie była Portugalką. Mówiła tak dobrze po angielsku, że nie miał pojęcia skąd mogłaby być. Uroda typowo słowiańska. Może Czeszka albo Rosjanka?

- Wydaje mi się, że źle zaczęliśmy naszą znajomość. Rozmawiamy już jakiś czas a nie wiem nawet jak pani na imię. To znaczy, słyszałem, jak panią przedstawiali jako Gabrielę, ale nie wiem czy to pani prawdziwe imię czy może pseudonim artystyczny. Ja mam na imię Emil - wyciągnął w jej kierunku ręka a ona podała swoją, mówiąc:

- Gabriela to moje prawdziwe imię. Niech pan chwilę zaczeka, muszę załatwić jedną sprawę i będziemy mogli stąd pójść.

Wstała, zgasiła papierosa, dopiła martini i odeszła.

Zjawił się kelner i postawił przed nim kieliszek wódki.

- To od firmy. – Uśmiechnął się i zaczął zbierać puste kieliszki. Podziękował, poprosił o rachunek i opróżnił kieliszek. Wyjął z paczki papierosa i zapalił.

Zastanawiał się czy czekać na Gabrielę, czy może lepiej wstać i wyjść, powłóczyć się po mieście a potem wrócić do mieszkania. Gdyby nie to, że widział ją na scenie i nie słyszał, jak śpiewa, zapewne pomyślałby, że to prostytutka, próbująca poderwać klienta. Znów uczuł w sobie tę pustkę i tęsknotę za czymś nieuchwytnym, niezrozumiałym. Teraz, kiedy muzyka przestała grać, w lokalu panował jeden szum, kakofonia dźwięków, plątanina różnych języków. Zastanawiał się, czy warto wplątywać się w jakieś gierki damsko - męskie na dwa dni przed wyjazdem. Dlaczego nie trafił tu choćby miesiąc temu, kiedy cierpiąc na bezsenność, plątał się bez celu po mieście albo leżał na łóżku, wpatrując się w sufit i nasłuchując przez otwarte okno odgłosów miasta.

Uregulował rachunek i wyszedł przed lokal. Dochodziła pierwsza i lokal powoli pustoszał. Ludzie stali jeszcze w grupkach, paląc i rozmawiając, czekając na znajomych i zastanawiając się, co robić dalej z tak piękną nocą. Miasto siedmiu wzgórz jeszcze żyło. Tętniło szumem aut, pulsowało kolorami neonów i reklam, kusząc i przywołując.

- Chodźmy stąd. – Poczuł, jak Gabriela bierze go pod pachę i pociąga za sobą w kierunku głównej ulicy. Wychodząc z lokalu, jakby stała się inną osobą, porzucając wszelkie konwenanse i przechodząc na ty. - Jestem głodna jak wilk, zabieram cię na nieco późną kolację, do których ja już przywykłam.

Zniknęła gdzieś suknia, w której śpiewała, a zamiast niej pojawiły się zwykłe dżinsy i niebieska bluzka. Długie włosy upięła w kok i musiał przyznać, że tak wyglądała zdecydowanie lepiej.

- Weźmiemy taksówkę i pojedziemy do Alfamy, dawniej szemranej dzielnicy, zamieszkanej głównie przez robotników z doków oraz żeglarzy. Dziś jednak ta dzielnica pozostawiła za sobą mroczną reputację, stając się ikoną Lizbony, gdzie na każdym niemal kroku, można usłyszeć prawdziwą muzykę fado, nie to co tu w tym obskurnym lokaliku. To miejsce, w którym tradycja tego miasta zachowała się w najczystszej formie. Dziś zobaczysz Alfamę nocą, ale jeśli będziesz chciał, pokażę ci ją również za dnia, pod warunkiem, że założysz wygodne buty.

- Zaraz, zaraz. – Udawał, że chce się wyrwać. – Miałaś mnie przecież wsadzić do taksówki i wysłać do łóżka a po drugie, to nie wiem, czy mi się to uda, ponieważ pojutrze wracam do kraju. – Niemal biegł za nią wzdłuż Rua Augusta, by złapać jakąś taksówkę, nim zrobią to inni.

- Zmieniłam zdanie. Potrzebuję kompana, by nie być sama tej nocy. Mamy jakieś trzy kilometry do pokonania, czyli dwadzieścia minut spacerem albo bijemy się z innymi o taksówkę i dojedziemy w pięć minut, wybieraj.

- Może lepiej zamiast walczyć z innymi, po prostu przejdźmy się. Nic nas chyba nie goni?

Zwolniła nieco kroku, spojrzała na niego i powiedziała:

- Masz rację. Nie wiem, dlaczego, zawsze wszędzie muszę się spieszyć. To jakiś wewnętrzny przymus i ciągły niepokój, że na coś nie zdążę, że coś mi ucieknie, choć tak naprawdę nie mam pojęcia co.

Puściła jego ramię i szła przez chwilę w milczeniu, by po chwili wybuchnąć radośnie:

- W takim razie zmiana planów. Do Alfamy wybierzemy się jutro a teraz pójdziemy na peixinhos da horta, czyli tak zwane rybki z ogrodu. Tu za rogiem ma swoją knajpkę Miguel i zawsze o tej porze można dostać coś dobrego do jedzenia.

 

Manuel del Kiro

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Zegarek na piekarniku wybił szesnastą. Słońce jeszcze nie zdążyło wstać, a cztery cyferki wisiały zawieszone pośrodku niczego, głosząc w eter jedyne w co mogły wierzyć, w istotę swojego istnienia - w to, że jest właśnie godzina szesnasta. Przeszedłem po cichu korytarz, stawiając ostrożnie ciężkie, zimowe buty, przekręciłem ostrożnie zamek i wydostałem się na klatkę schodową.

      Czerwone diody tym razem pokierowały mnie ku włącznikowi światła z małą ikonką Schrödingera - z żarówką albo może z dzwoneczkiem, co mogło mi się okazać dopiero po naciśnięciu przycisku. Oczywiście zaryzykowałem, a włącznik zamiast budzić nad ranem sąsiadów rutynowo włączył światło. Okropne to wszystko. Czuję, że wracam na tarczy, i ranię w tym samym momencie, że wyżywam się na swojej własnej naiwności. Nie chciałbym jej teraz budzić, nie chcę, żeby o tym wiedziała, ale mogę o niej myśleć jedynie jak o substytucie namiętności prawdziwej, takiej namiętności po której nie boli mnie głowa, takiej po której nie muszę brać prysznica, a najlepiej takiej, po której mógłbym już umierać. Jeżeli sen to półśmierć, a samotność to ćwierćśmierć, to miłość musi być jej trzema czwartymi. 

      Odwróciłem się do drzwi, starłem rękawem wypisane w kredzie "M + B" i w lepszym nastroju zbiegłem po schodach. To była moja pamiątka na pożegnanie - "K" jak Kalipso, na przestrogę dla wszystkich chłopców szukających w tym życiu pociechy, choć to jedynie kropla w morzu, jedne z miliona drzwi Ogygii, gotowych do połknięcia każdego żeglarza błądzącego między Kazimierzem a Grzegórzkami, Krowodrzą a Łobzowem, między swoją ostatnią miłością z liceum a snem wiekuistym. Czy ja byłem w jakikolwiek sposób lepszy od tej niezaspokojonej męskiej masy? I tak, i nie.

      Zawahałem się jeszcze przez chwilę, po czym otworzyłem drzwi na ulicę. Poranek był paskudny (chociaż zazwyczaj takie poprzedzają najpiękniejsze dni), wiatr podrywał brudną, szarą mgłę ciskając mi ją, niezależnie od tego w którą stronę bym nie poszedł, prosto w twarz. Czułem jak powoli woda przesiąka moje włosy, które coraz to cięższe zaczęły przylegać mi do głowy. We wrześniu mógłbym uznać taki Kraków za czarowny, lecz teraz, w październiku, już absolutnie mi to zbrzydło. Jesień potrafi być urocza, niby najlepsza kochanka, a najlepsza kochanka to taka, po której aż miło jest wracać do żony, i ja także zachciałem już wracać do lata.

      Pierwsze kroki wbiły mnie w marynarkę. Z głową schowaną w kołnierzu zaplanowałem przeciąć na wskroś stare miasto, o tej godzinie nienaturalnie puste, kiedy już ci bawiący się najgorzej wrócili dawno do domów, a najszczęśliwsi skończyli na afterparty z Morfeuszem. Na ulicach, gdzieś pomiędzy nocą a dniem, pozostali tylko ludzie tak samo jak ja ambiwalentni, z tym samym dziwnym poczuciem solidarności nakładamy dla siebie prawdziwe śniadanie mistrzów - wyrzuty sumienia. Z jednej strony mogłem pozostać wczoraj w Itace, spędzić wieczór na rozwiązywaniu starych kolokwiów lub przy lepszej czy gorszej książce, zrobić sobie ładną kolację albo posprzątać pokój. Z drugiej, jeżeli już się w to wpakowałem, mogłem pozostać u niej do rana, dać się jej złapać za gębę kochanka, a może poopowiadać jej o "wolnych duchach" i "potrzebie rozłąki", powołując się przy tym na jakiegoś romantycznego poetę, po czym wyjść na pierwszy tramwaj do domu. Może i unikam aktualnie odpowiedzialności, ale zbrodnia już została dokonana, pytanie tylko, czy ona będzie jeszcze chciała do mnie wydzwaniać. Mógłbym ją zablokować, oczywiście, ale ona w żadnym stopniu na to nie zasłużyła, wolę nie uciekać od gilotyny, bowiem nie wierzę w istnienie zbrodni bez kary. Jeżeli nie zostanę ukarany, nie będę zbrodniarzem, zostanę po prostu “dupkiem”, albo “chujem”, co byłoby zdecydowanie gorsze. Zbrodniarzy się resocjalizuje, ale chujem pozostaje się do końca życia. 

       

      Spacer zawsze uważałem za rodzaj modlitwy, za sposób wprowadzania siebie w ten sam trans, który inni osiągają powtarzaniem zdrowasiek albo buczeniem w pozycjach jogi, w trans wybijany po kolei na betonie, prawa, lewa, prawa, lewa, prawa, lewa. Cały świat zamyka się w tych dwóch słowach, wszystko i wszyscy są ode mnie oddzieleni tylko pewną ilością lewych i prawych, ja jestem wszechświatem doświadczającym samego siebie, więc kroczę, i muszę kroczyć, lewa, prawa, lewa, prawa. 

      Pamiętam czasy lepsze, czasy zauroczeń, nowych doznań, czasy, kiedy ludzie sami wyciągali do mnie dłonie, ale to nie ma znaczenia, pomiędzy miłością a rozstaniem jest tylko x lewych i prawych.

      Uciekłem, skończyły się czasy Feaków, gościnności, zabawy, igrzysk, odpłynąłem na ostatnim statku, na tramwaju zwanym dorastaniem, z nosem spłaszczonym na szybie i jednorazowym biletem. Im dalej patrzyłem, tym bardziej mi się wydawało, że stoję, ale teraz, patrząc pod nogi, muszę uważać, aby nie stracić gruntu pod nogami, i cały czas próbuję za nim nadążyć - lewa, prawa, lewa, prawa, lewa, prawa.

      Kompletnie przemoczone włosy odgarnąłem z twarzy, wracając przez sekundę do klnięcia na krakowską pogodę, na brak kaptura, a przede wszystkim, na tę całą sytuację, na młode dziewczyny, na pożądanie, na bary na Kazimierzu, na szybki seks, oraz oczywiście - na samego siebie. Na mojej drodze krzyżowej mijałem kolejne stacje, pamiątki minionych wieczorów - bary, pasaże, uliczki, teraz wszystkie martwe, na tyle wiernie oddające obecny stan mojego ducha (ach! czy to nie pretensjonalne?), że potrzebowałem chwili aby uświadomić sobie, że już za jakiś czas one z powrotem będą tętnić życiem, wypełnią się paczkami studentów, lanym piwem, dymem papierosów, głosami mniej i bardziej zrozumiałymi, rozmowami o wszystkim i o niczym, flirtami i odrzuceniem, słowem - życiem. 

      Złowieszcze to memento mori. Nic nie płynie, tylko ja przemijam, konsekwentnie kończąc i zaczynając następne ulice, a krakowskie bary będą trwać wiecznie. Nigdy nie skończy się zabawa, choć dla mnie zabawy już nie ma, nigdy nie przestanie grać muzyka, chociaż ja już nie mogę jej słuchać. Nieustanne bicia perkusji, przechodząc mi przez tors, nadały mojemu sercu tempo, którego wiem, że nie będzie ono w stanie utrzymać. Następne wspomnienia zaczęły po kolei wypływać na wierzch, przykrywając sobą teraźniejszość, którą zamalowano jak na starych obrazach, aby na jej miejsce postawić coś o wiele piękniejszego.

       

      Teatr “Bagatela”. Jakieś pięć minut temu miałem tutaj dostać w mordę. Mówi się, że słowa pijanych to myśli trzeźwych, więc to tutaj można szukać wniosków na temat społeczeństwa, nie w książkach, książki to myśli pijanych, o tym co mówią trzeźwi. Ja doszedłem do wniosku, że ludzkość w zasadzie dzieli się na trzy grupy - na tych głupich, tych którzy chcą kogoś kochać oraz tych, którzy chcą dać komuś w pysk. W każdej chwili dnia te trzy grupy muszą mieszać się ze sobą, trwać pod wspólnym sztandarem pracy, aż wreszcie tutaj - pod afiszem “Umrzeć ze śmiechu” mogą one wreszcie odsłonić swoją prawdziwą twarz (bo co to jest za przyjemność walić w gębę). Kolejny mój powrót do Itaki, moja personalna odyseja, w której zawsze docieram do celu, a jednak nigdy nie kończę tam wracać, pokazuje tylko, że najmądrzej jest pewnie być jednym z tych głupich. Ciepła, lipcowa noc zostawia mi słodko-gorzki posmak na ustach, ten rodzaj nostalgii, który zaczyna się już w drodze powrotnej do domu, nostalgii tępej i niewymierzonej w żaden konkretny cel, rozchodzącej się stłumionym jękiem po całym ciele. Utknąłem za ostatnią kropką na końcowej, wpół zapisanej stronie rozdziału, tylko ja i biel pustej kartki oczekujący na to, aż wszechmogąca ręka przerzuci nas na następną stronę.

       

      Teatr “Bagatela”. Znowu, i znowu. Czytam ulicę Krupniczą jak najsłodszą wiadomość, rozkładam zdania na słówka, każde z nich po kolei przeżuwam, aż wypuści z siebie wszystkie cukry, po czym puste, pozbawione już sensu litery wypluwam na chodnik. W ten sposób dotarłem do momentu, gdzie “Krupnicza” nie znaczy już nic. Znaczyła pierwszy semestr studiów, znaczyła dziewczyny których imion nie będę tutaj wymieniać, znaczyła porażki i sukcesy, wschody i zachody, a więc dzisiaj nie może znaczyć już niczego.

       

      Minąłem studzienkę Badylaka. Już jakiś czas temu, ale wtedy musiałem przejść koło niej obojętnie. Idealne miejsce na jakąś cyniczną refleksję, może “Jego śmierć ma w sobie całą patetyczną bezpłodność męczeństwa, całą jego zmarnowaną piękność.”? Kto to powiedział? Nie pamiętam, nie żeby to miało znaczenie. Może sam pokuszę się kiedyś o podobny koniec, ale na pewno nie dziś, nie da się pięknie cierpieć w tej obrzydłej mżawce. Każdy jeden płomyk, który miałby zapewnić mi oczyszczenie, zdusiłyby kolejne warstwy tej brudnej, zimnej wody, każda kropelka po odparowaniu zostawiałaby mi szumowiny na skórze. Okropne. Echo moich kroków wracało do mnie zdwojone ze zdobionych fasad kamienic. Miałem ochotę gwizdać, ale popękane wargi mogły jedynie ranić siebie nawzajem fragmentami suchej, stwardniałej skóry. Z zażenowaniem schowałem mój “dziubek”, aby minąć jakąś postać na ulicy. Zarys kurtki z futrem okazał się być kobietą w średnim wieku. Spojrzała na mnie tym samym wzrokiem pełnym zniecierpliwienia, którym patrzy się na ludzika oznaczającego czerwone światło na pasach. Ludzie w tym mieście nie potrafią się do siebie uśmiechać. 

       

      Ulica Czysta. Faktycznie, o tej godzinie prosi się o żartobliwy komentarz. Mogę teraz poświęcić chwilę na sporządkowanie myśli zeszłego wieczoru, przede wszystkim na otworzenie się przed wami. Nie mogę ciągle kryć się za wodospadem błahych refleksji, z pozoru wszystkich “głębokich”, ale w praktyce służących jedynie do przyćmienia mojego ego, rozmycia konturów pomiędzy mną a tłem, nawet jeżeli ma to być tło tak piękne, jak stare miasto w Krakowie. Od początku - nazywam się K., urodziłem się wczoraj po dziewiętnastej, i za około 20 minut zamierzam umrzeć. Oczywiście na potrzeby tej historii. Nie oznacza to bynajmniej, że aż tak się zamierzam dla was poświęcić, po prostu jedynie w tych ramach czasowych istniałem jako “K”, myślałem i chodziłem jako “K”, z “K” powstałem i w “K” się obrócę. Wierzę, że wszechrzecz jest miarą człowieka. Przejdźmy do głównego problemu - do niej. Podoba mi się ta zagrywka, odwoływanie się do niej w ramach opowieści jako po prostu ona. W języku polskim nie postawię the przed jej rzeczownikiem, a więc muszę dla niej poświęcić wszystkie inne kobiety w moich zdaniach (nawet jeżeli ma to być nawet “ta” kostka brukowa). Nie będę strasznie przedłużać, nazwać rzecz po imieniu to jest zniszczyć trzy czwarte uroku poetyckiego, nieprawda?. Jakoś tak. Brunetka, okulary lennonki, czarny sweter, trochę piegów (generyczny opis? może. generyczny romans.). Uśmiechała się tylko dolną wargą, i chyba tym uśmiechem zabrała mnie do siebie. 

      Nigdy nie uważałem się za typ romantyka. Znaczy, nigdy nie uważałem się za typ osoby mogący romantyka udawać. Flirt wychodził mi żałośnie, a zainteresowanie, nieważne jak szczere, miało w sobie coś z teatralnej przesady. Mówiąc krótko, nie byłem nigdy psem na baby. Nie będę więc zmyślał - nie mam pojęcia jak udało mi się znaleźć w tej sytuacji. Zawsze z tego powodu unikałem alkoholu, odczuwałem, że zmieniając swoją osobowość tracę część swojego jestestwa, że to nie ja staję się bardziej wygadany i pewny siebie, ale że oddaję kontroler starszemu bratu, który musi pomagać mi przejść za trudne dla mnie poziomy, że w jakiś quasi-fetyszystyczny sposób przyglądam się zabawie innego faceta, tym bardziej bolesnej do oglądania, ponieważ zdaję sobie sprawę jak niewiele mnie od niego dzieli, jak trywialne powinno być dla mnie wyjście “do ludzi”. Co mnie skłoniło do tego, żeby dzisiaj się zwrócić do starszego brata o pomoc? Nie wiem. Znowu nie wiem, paskudna narracja. No cóż, człowiek jako jedyny szuka we wszystkim logiki, i jedyny się jej wymyka. Księżyc nie kaprysi na ciągłe zmiany, a Wisła nie upija się na Kazimierzu. Możemy się bawić w psychoanalizę (może i ona nawet ma coś z mojej matki?), ale wydaje mi się to bezsensowne, uznajmy więc, że napiłem się dlatego, bo tak musiało się stać, gdybym tego nie zrobił, to leżałbym teraz w łóżku, a więc musiałem się napić żeby móc tutaj być, tyle wystarczy. Niektóre rzeczy nie wydarzają się z przyczyny, pchają one jedynie akcję do przodu, są wypadkowymi tego co było przed nimi, i tego co spowodują. Wszechświat generalnie dąży do entropii, a nam strasznie ciężko to zaakceptować, wysyłamy sondy za pas Kuipera, desperacko krzyczymy w eter Ordnung muss sein!, a wszechświat ciągle zostawia nas na wyświetlonym.

      Mógłbym próbować odegrać teraz parę z tych rozmów, które musiały się między nami odbyć, ale boję się, że postawię siebie w zbyt pozytywnym świetle. Nie będę układał dialogów dla ciekawszej, zabawniejszej, śmielszej wersji mnie, to byłoby po prostu fantazjowanie, jak przeżywanie idealnych form odbytych już rozmów przed pójściem spać, odgrywanie ich w idealny sposób, gdzie nie dość, że jestem subtelnie flirtowny, sugestywny i zabawny, to jeszcze dostaję zawsze dokładnie taką odpowiedź o jaką proszę. Nie mogę się zdecydować czy takie marzenie jest żałosne, czy jest to coś, czego powinienem się wstydzić, w końcu każdy tak przecież robi, w momencie gdy zaczyna się postrzegać interakcje międzyludzkie jak przestrzeń do odnoszenia “porażek” i “sukcesów”, to naturalne, że człowiekiem zaczyna kierować ambicja, że chce się tylko “wygrywać”. Jak na społeczną istotę, człowiek potrzebuje nabyć całkiem sporo umiejętności, które mogłyby się wydawać wrodzone. Ja, na przykład, ostatnio próbowałem nauczyć się cierpieć. Już brzmi okropnie, co? Cierpienie paradoksalnie nie jestem naturalnym stanem człowieka, może bywało kiedyś, przed pierwszymi eposami, w czasach gdzie nic jeszcze nie było symbolem, a cierpieć można było jedynie “na prawdę”. Lecz dzisiaj? Ból wrzuca człowieka w szufladkę “cierpiącego”, ramy w których trzeba niezręcznie wyginać i kurczyć nogi, schylać się i garbić, gdzie nie można już zrobić niczego, aby to nie było pretensjonalne. Cierpienie jest w domyśle infantylne, i choć artyści trąbią nam o tragizmie na prawo i lewo, nigdy nie malują oni cierpiących, malują cierpienie samo w sobie, a człowiek powinien być w tym systemie jedynie kukłą, wycenianą na podstawie tego, jak autentyczne potrafią być jej ruchy. I ja też się na tym łapię, rzucam frazy pensjonarskie i szalenie dziecinne, aż zaczynam się zastanawiać, czy nie taki jest sens wyrażania siebie. Oczywiście, jeżeli zależy nam na artyzmie, należałoby postawić na dojrzałość, ale autentyczność? Autentyczność jest prosta i infantylna, nie boi się chodzić utartymi ścieżkami, bo autentyczność nie jest romantyczna, jest światopoglądowo neutralna i nie należy do nikogo z nas, nie boi się cytować Balzaka, harlekinów, albo tekstów Beatlesów, jest duchem epoki w skali wszechświata, zeitgeistem łączącym całą cywilizację trwającą jedynie błysk w zwartą, jednolitą masę. Prawdziwe uczucia to cztery grunge’owe akordy, kartki z tyłu zeszytu, i co po niektórzy artyści o tym wiedzą, starają się to fałszywie odegrać, ale poza autentycznie cierpiącego nie jest niczym ponad kolejną pozą. Jeżeli ukochany napiszę ci sonet, to znaczy, że cię kocha, jeżeli napisze ci sto sonetów, to znaczy, że kocha sonety.

       

      Warkot przejeżdżającego samochodu wyrywa mnie z powrotem na aleję Mickiewicza. Stanąłem posłusznie przed przejściem, rzucając spoufalające spojrzenie czerwonemu ludzikowi po drugiej strony ulicy, takie, którym można obdarzyć publicznie skompromitowaną, powszechnie nielubianą osobę, aby pokazać, że tak naprawdę nie żywisz do niej żadnych złych uczuć, ale jesteś tylko częścią tłumu.

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Berenika97 Fajnie, że podjęłaś temat słowiańskiego boga Welesa.   Tak niewiele ze słowiańskiej religii/mitologii zachowały źródła historyczne, że pozostało nam się odwoływać do legend. Naprawdę fascynujący grunt dla poezji.   Pozdrawiam
    • Gwoli wyjaśnienia, Piwoszek nie jest osobą lubiącą wypić piwo, a stworkiem z mitologii słowiańskiej, który nakłaniał ludzi do spożycia alkoholu. Co starałem się opisać w piosence.       Brzydki Piwoszek w karczmie na rozstaju Za kołnierz wskoczył jednemu hultaju, Ten w ucho się drapie – coś kusi, nęci, Głową to w prawo, to w lewo zakręci.   Kufel pusty, piwo brzuch wypełnia, Z wolna karczma ludźmi się zapełnia.   – Jeden miał być, na kolejny ochota? – Pije drugi, trzeci. – Cóż za dziwota?   Mija godzina i zaraz kolejna – Postawa zachwiana, podłoga chwiejna; Miękną nogi hultaja, ręce trzęsą, W oczach wiry zamieci, mgła pod rzęsą.   I bum, jakby pałką kto trzasnął, Przewrócił się, na chwilę zasnął. Wstaje, ręką chwyta blat stołu I z ziomkiem śmieje się pospołu.   Czerń nocy bez gwiazd, ciemno nagle – Znowu bach na deski dębowe, Mózg ściskany jakby w imadle, Wstaje i łapie się za głowę.   – To się upiłem, trzeźwy być miałem! I do kompana: ja ciebie znałem, Mieliśmy fuchę, tyś ze mną robił, Wiele lat temu... Pamiętasz jeszcze? I w mordę go, choć ten nic nie zrobił. Dookoła spojrzenia złowieszcze Na bieg tych zdarzeń patrzą zdziwieni Do bójki w złości już zaprawieni.   Drugi podchodzi, patrzy spod byka, Hultaj już wzrokiem po nim przemyka. – Co się tak gapisz ty łbie zakuty?! Reszta dołącza się do marszruty…   Pękają stoły, drewniane krzesła, Kufle latają, brzęczą jak muchy, Karczma w posadach cała się trzęsła W wyniku bajzlu i zawieruchy.   I nagle cisza jak makiem zasiał, Wzrok swój kierują w stronę zakały Przez którą wszystkie kufle fruwały, A ten wesoły, jakby nie musiał Nic mówić. Śmiech, zęby szczerzy: – Zachciało się wam wieczerzy.   Myśli się dziwne jakieś kotłują; Deski zalane, ściany wirują; Wzrok rozbiegany, kołysze, chwieje; Zęby wybite, w oczach zawieje; Wiercą robaki. – Bardzo mi miło, Jam Piwoszek. I to ich olśniło.
    • Zegarek na piekarniku wybił szesnastą. Słońce jeszcze nie zdążyło wstać, a cztery cyferki wisiały zawieszone pośrodku niczego, głosząc w eter jedyne w co mogły wierzyć, w istotę swojego istnienia - w to, że jest właśnie godzina szesnasta. Przeszedłem po cichu korytarz, stawiając ostrożnie ciężkie, zimowe buty, przekręciłem ostrożnie zamek i wydostałem się na klatkę schodową. Czerwone diody tym razem pokierowały mnie ku włącznikowi światła z małą ikonką Schrödingera - z żarówką albo może z dzwoneczkiem, co mogło mi się okazać dopiero po naciśnięciu przycisku. Oczywiście zaryzykowałem, a włącznik zamiast budzić nad ranem sąsiadów rutynowo włączył światło. Okropne to wszystko. Czuję, że wracam na tarczy, i ranię w tym samym momencie, że wyżywam się na swojej własnej naiwności. Nie chciałbym jej teraz budzić, nie chcę, żeby o tym wiedziała, ale mogę o niej myśleć jedynie jak o substytucie namiętności prawdziwej, takiej namiętności po której nie boli mnie głowa, takiej po której nie muszę brać prysznica, a najlepiej takiej, po której mógłbym już umierać. Jeżeli sen to półśmierć, a samotność to ćwierćśmierć, to miłość musi być jej trzema czwartymi.  Odwróciłem się do drzwi, starłem rękawem wypisane w kredzie "M + B" i w lepszym nastroju zbiegłem po schodach. To była moja pamiątka na pożegnanie - "K" jak Kalipso, na przestrogę dla wszystkich chłopców szukających w tym życiu pociechy, choć to jedynie kropla w morzu, jedne z miliona drzwi Ogygii, gotowych do połknięcia każdego żeglarza błądzącego między Kazimierzem a Grzegórzkami, Krowodrzą a Łobzowem, między swoją ostatnią miłością z liceum a snem wiekuistym. Czy ja byłem w jakikolwiek sposób lepszy od tej niezaspokojonej męskiej masy? I tak, i nie. Zawahałem się jeszcze przez chwilę, po czym otworzyłem drzwi na ulicę. Poranek był paskudny (chociaż zazwyczaj takie poprzedzają najpiękniejsze dni), wiatr podrywał brudną, szarą mgłę ciskając mi ją, niezależnie od tego w którą stronę bym nie poszedł, prosto w twarz. Czułem jak powoli woda przesiąka moje włosy, które coraz to cięższe zaczęły przylegać mi do głowy. We wrześniu mógłbym uznać taki Kraków za czarowny, lecz teraz, w październiku, już absolutnie mi to zbrzydło. Jesień potrafi być urocza, niby najlepsza kochanka, a najlepsza kochanka to taka, po której aż miło jest wracać do żony, i ja także zachciałem już wracać do lata. Pierwsze kroki wbiły mnie w marynarkę. Z głową schowaną w kołnierzu zaplanowałem przeciąć na wskroś stare miasto, o tej godzinie nienaturalnie puste, kiedy już ci bawiący się najgorzej wrócili dawno do domów, a najszczęśliwsi skończyli na afterparty z Morfeuszem. Na ulicach, gdzieś pomiędzy nocą a dniem, pozostali tylko ludzie tak samo jak ja ambiwalentni, z tym samym dziwnym poczuciem solidarności nakładamy dla siebie prawdziwe śniadanie mistrzów - wyrzuty sumienia. Z jednej strony mogłem pozostać wczoraj w Itace, spędzić wieczór na rozwiązywaniu starych kolokwiów lub przy lepszej czy gorszej książce, zrobić sobie ładną kolację albo posprzątać pokój. Z drugiej, jeżeli już się w to wpakowałem, mogłem pozostać u niej do rana, dać się jej złapać za gębę kochanka, a może poopowiadać jej o "wolnych duchach" i "potrzebie rozłąki", powołując się przy tym na jakiegoś romantycznego poetę, po czym wyjść na pierwszy tramwaj do domu. Może i unikam aktualnie odpowiedzialności, ale zbrodnia już została dokonana, pytanie tylko, czy ona będzie jeszcze chciała do mnie wydzwaniać. Mógłbym ją zablokować, oczywiście, ale ona w żadnym stopniu na to nie zasłużyła, wolę nie uciekać od gilotyny, bowiem nie wierzę w istnienie zbrodni bez kary. Jeżeli nie zostanę ukarany, nie będę zbrodniarzem, zostanę po prostu “dupkiem”, albo “chujem”, co byłoby zdecydowanie gorsze. Zbrodniarzy się resocjalizuje, ale chujem pozostaje się do końca życia.    Spacer zawsze uważałem za rodzaj modlitwy, za sposób wprowadzania siebie w ten sam trans, który inni osiągają powtarzaniem zdrowasiek albo buczeniem w pozycjach jogi, w trans wybijany po kolei na betonie, prawa, lewa, prawa, lewa, prawa, lewa. Cały świat zamyka się w tych dwóch słowach, wszystko i wszyscy są ode mnie oddzieleni tylko pewną ilością lewych i prawych, ja jestem wszechświatem doświadczającym samego siebie, więc kroczę, i muszę kroczyć, lewa, prawa, lewa, prawa.  Pamiętam czasy lepsze, czasy zauroczeń, nowych doznań, czasy, kiedy ludzie sami wyciągali do mnie dłonie, ale to nie ma znaczenia, pomiędzy miłością a rozstaniem jest tylko x lewych i prawych. Uciekłem, skończyły się czasy Feaków, gościnności, zabawy, igrzysk, odpłynąłem na ostatnim statku, na tramwaju zwanym dorastaniem, z nosem spłaszczonym na szybie i jednorazowym biletem. Im dalej patrzyłem, tym bardziej mi się wydawało, że stoję, ale teraz, patrząc pod nogi, muszę uważać, aby nie stracić gruntu pod nogami, i cały czas próbuję za nim nadążyć - lewa, prawa, lewa, prawa, lewa, prawa. Kompletnie przemoczone włosy odgarnąłem z twarzy, wracając przez sekundę do klnięcia na krakowską pogodę, na brak kaptura, a przede wszystkim, na tę całą sytuację, na młode dziewczyny, na pożądanie, na bary na Kazimierzu, na szybki seks, oraz oczywiście - na samego siebie. Na mojej drodze krzyżowej mijałem kolejne stacje, pamiątki minionych wieczorów - bary, pasaże, uliczki, teraz wszystkie martwe, na tyle wiernie oddające obecny stan mojego ducha (ach! czy to nie pretensjonalne?), że potrzebowałem chwili aby uświadomić sobie, że już za jakiś czas one z powrotem będą tętnić życiem, wypełnią się paczkami studentów, lanym piwem, dymem papierosów, głosami mniej i bardziej zrozumiałymi, rozmowami o wszystkim i o niczym, flirtami i odrzuceniem, słowem - życiem.  Złowieszcze to memento mori. Nic nie płynie, tylko ja przemijam, konsekwentnie kończąc i zaczynając następne ulice, a krakowskie bary będą trwać wiecznie. Nigdy nie skończy się zabawa, choć dla mnie zabawy już nie ma, nigdy nie przestanie grać muzyka, chociaż ja już nie mogę jej słuchać. Nieustanne bicia perkusji, przechodząc mi przez tors, nadały mojemu sercu tempo, którego wiem, że nie będzie ono w stanie utrzymać. Następne wspomnienia zaczęły po kolei wypływać na wierzch, przykrywając sobą teraźniejszość, którą zamalowano jak na starych obrazach, aby na jej miejsce postawić coś o wiele piękniejszego.   Teatr “Bagatela”. Jakieś pięć minut temu miałem tutaj dostać w mordę. Mówi się, że słowa pijanych to myśli trzeźwych, więc to tutaj można szukać wniosków na temat społeczeństwa, nie w książkach, książki to myśli pijanych, o tym co mówią trzeźwi. Ja doszedłem do wniosku, że ludzkość w zasadzie dzieli się na trzy grupy - na tych głupich, tych którzy chcą kogoś kochać oraz tych, którzy chcą dać komuś w pysk. W każdej chwili dnia te trzy grupy muszą mieszać się ze sobą, trwać pod wspólnym sztandarem pracy, aż wreszcie tutaj - pod afiszem “Umrzeć ze śmiechu” mogą one wreszcie odsłonić swoją prawdziwą twarz (bo co to jest za przyjemność walić w gębę). Kolejny mój powrót do Itaki, moja personalna odyseja, w której zawsze docieram do celu, a jednak nigdy nie kończę tam wracać, pokazuje tylko, że najmądrzej jest pewnie być jednym z tych głupich. Ciepła, lipcowa noc zostawia mi słodko-gorzki posmak na ustach, ten rodzaj nostalgii, który zaczyna się już w drodze powrotnej do domu, nostalgii tępej i niewymierzonej w żaden konkretny cel, rozchodzącej się stłumionym jękiem po całym ciele. Utknąłem za ostatnią kropką na końcowej, wpół zapisanej stronie rozdziału, tylko ja i biel pustej kartki oczekujący na to, aż wszechmogąca ręka przerzuci nas na następną stronę.   Teatr “Bagatela”. Znowu, i znowu. Czytam ulicę Krupniczą jak najsłodszą wiadomość, rozkładam zdania na słówka, każde z nich po kolei przeżuwam, aż wypuści z siebie wszystkie cukry, po czym puste, pozbawione już sensu litery wypluwam na chodnik. W ten sposób dotarłem do momentu, gdzie “Krupnicza” nie znaczy już nic. Znaczyła pierwszy semestr studiów, znaczyła dziewczyny których imion nie będę tutaj wymieniać, znaczyła porażki i sukcesy, wschody i zachody, a więc dzisiaj nie może znaczyć już niczego.   Minąłem studzienkę Badylaka. Już jakiś czas temu, ale wtedy musiałem przejść koło niej obojętnie. Idealne miejsce na jakąś cyniczną refleksję, może “Jego śmierć ma w sobie całą patetyczną bezpłodność męczeństwa, całą jego zmarnowaną piękność.”? Kto to powiedział? Nie pamiętam, nie żeby to miało znaczenie. Może sam pokuszę się kiedyś o podobny koniec, ale na pewno nie dziś, nie da się pięknie cierpieć w tej obrzydłej mżawce. Każdy jeden płomyk, który miałby zapewnić mi oczyszczenie, zdusiłyby kolejne warstwy tej brudnej, zimnej wody, każda kropelka po odparowaniu zostawiałaby mi szumowiny na skórze. Okropne. Echo moich kroków wracało do mnie zdwojone ze zdobionych fasad kamienic. Miałem ochotę gwizdać, ale popękane wargi mogły jedynie ranić siebie nawzajem fragmentami suchej, stwardniałej skóry. Z zażenowaniem schowałem mój “dziubek”, aby minąć jakąś postać na ulicy. Zarys kurtki z futrem okazał się być kobietą w średnim wieku. Spojrzała na mnie tym samym wzrokiem pełnym zniecierpliwienia, którym patrzy się na ludzika oznaczającego czerwone światło na pasach. Ludzie w tym mieście nie potrafią się do siebie uśmiechać.    Ulica Czysta. Faktycznie, o tej godzinie prosi się o żartobliwy komentarz. Mogę teraz poświęcić chwilę na sporządkowanie myśli zeszłego wieczoru, przede wszystkim na otworzenie się przed wami. Nie mogę ciągle kryć się za wodospadem błahych refleksji, z pozoru wszystkich “głębokich”, ale w praktyce służących jedynie do przyćmienia mojego ego, rozmycia konturów pomiędzy mną a tłem, nawet jeżeli ma to być tło tak piękne, jak stare miasto w Krakowie. Od początku - nazywam się K., urodziłem się wczoraj po dziewiętnastej, i za około 20 minut zamierzam umrzeć. Oczywiście na potrzeby tej historii. Nie oznacza to bynajmniej, że aż tak się zamierzam dla was poświęcić, po prostu jedynie w tych ramach czasowych istniałem jako “K”, myślałem i chodziłem jako “K”, z “K” powstałem i w “K” się obrócę. Wierzę, że wszechrzecz jest miarą człowieka. Przejdźmy do głównego problemu - do niej. Podoba mi się ta zagrywka, odwoływanie się do niej w ramach opowieści jako po prostu ona. W języku polskim nie postawię the przed jej rzeczownikiem, a więc muszę dla niej poświęcić wszystkie inne kobiety w moich zdaniach (nawet jeżeli ma to być nawet “ta” kostka brukowa). Nie będę strasznie przedłużać, nazwać rzecz po imieniu to jest zniszczyć trzy czwarte uroku poetyckiego, nieprawda?. Jakoś tak. Brunetka, okulary lennonki, czarny sweter, trochę piegów (generyczny opis? może. generyczny romans.). Uśmiechała się tylko dolną wargą, i chyba tym uśmiechem zabrała mnie do siebie.  Nigdy nie uważałem się za typ romantyka. Znaczy, nigdy nie uważałem się za typ osoby mogący romantyka udawać. Flirt wychodził mi żałośnie, a zainteresowanie, nieważne jak szczere, miało w sobie coś z teatralnej przesady. Mówiąc krótko, nie byłem nigdy psem na baby. Nie będę więc zmyślał - nie mam pojęcia jak udało mi się znaleźć w tej sytuacji. Zawsze z tego powodu unikałem alkoholu, odczuwałem, że zmieniając swoją osobowość tracę część swojego jestestwa, że to nie ja staję się bardziej wygadany i pewny siebie, ale że oddaję kontroler starszemu bratu, który musi pomagać mi przejść za trudne dla mnie poziomy, że w jakiś quasi-fetyszystyczny sposób przyglądam się zabawie innego faceta, tym bardziej bolesnej do oglądania, ponieważ zdaję sobie sprawę jak niewiele mnie od niego dzieli, jak trywialne powinno być dla mnie wyjście “do ludzi”. Co mnie skłoniło do tego, żeby dzisiaj się zwrócić do starszego brata o pomoc? Nie wiem. Znowu nie wiem, paskudna narracja. No cóż, człowiek jako jedyny szuka we wszystkim logiki, i jedyny się jej wymyka. Księżyc nie kaprysi na ciągłe zmiany, a Wisła nie upija się na Kazimierzu. Możemy się bawić w psychoanalizę (może i ona nawet ma coś z mojej matki?), ale wydaje mi się to bezsensowne, uznajmy więc, że napiłem się dlatego, bo tak musiało się stać, gdybym tego nie zrobił, to leżałbym teraz w łóżku, a więc musiałem się napić żeby móc tutaj być, tyle wystarczy. Niektóre rzeczy nie wydarzają się z przyczyny, pchają one jedynie akcję do przodu, są wypadkowymi tego co było przed nimi, i tego co spowodują. Wszechświat generalnie dąży do entropii, a nam strasznie ciężko to zaakceptować, wysyłamy sondy za pas Kuipera, desperacko krzyczymy w eter Ordnung muss sein!, a wszechświat ciągle zostawia nas na wyświetlonym. Mógłbym próbować odegrać teraz parę z tych rozmów, które musiały się między nami odbyć, ale boję się, że postawię siebie w zbyt pozytywnym świetle. Nie będę układał dialogów dla ciekawszej, zabawniejszej, śmielszej wersji mnie, to byłoby po prostu fantazjowanie, jak przeżywanie idealnych form odbytych już rozmów przed pójściem spać, odgrywanie ich w idealny sposób, gdzie nie dość, że jestem subtelnie flirtowny, sugestywny i zabawny, to jeszcze dostaję zawsze dokładnie taką odpowiedź o jaką proszę. Nie mogę się zdecydować czy takie marzenie jest żałosne, czy jest to coś, czego powinienem się wstydzić, w końcu każdy tak przecież robi, w momencie gdy zaczyna się postrzegać interakcje międzyludzkie jak przestrzeń do odnoszenia “porażek” i “sukcesów”, to naturalne, że człowiekiem zaczyna kierować ambicja, że chce się tylko “wygrywać”. Jak na społeczną istotę, człowiek potrzebuje nabyć całkiem sporo umiejętności, które mogłyby się wydawać wrodzone. Ja, na przykład, ostatnio próbowałem nauczyć się cierpieć. Już brzmi okropnie, co? Cierpienie paradoksalnie nie jestem naturalnym stanem człowieka, może bywało kiedyś, przed pierwszymi eposami, w czasach gdzie nic jeszcze nie było symbolem, a cierpieć można było jedynie “na prawdę”. Lecz dzisiaj? Ból wrzuca człowieka w szufladkę “cierpiącego”, ramy w których trzeba niezręcznie wyginać i kurczyć nogi, schylać się i garbić, gdzie nie można już zrobić niczego, aby to nie było pretensjonalne. Cierpienie jest w domyśle infantylne, i choć artyści trąbią nam o tragizmie na prawo i lewo, nigdy nie malują oni cierpiących, malują cierpienie samo w sobie, a człowiek powinien być w tym systemie jedynie kukłą, wycenianą na podstawie tego, jak autentyczne potrafią być jej ruchy. I ja też się na tym łapię, rzucam frazy pensjonarskie i szalenie dziecinne, aż zaczynam się zastanawiać, czy nie taki jest sens wyrażania siebie. Oczywiście, jeżeli zależy nam na artyzmie, należałoby postawić na dojrzałość, ale autentyczność? Autentyczność jest prosta i infantylna, nie boi się chodzić utartymi ścieżkami, bo autentyczność nie jest romantyczna, jest światopoglądowo neutralna i nie należy do nikogo z nas, nie boi się cytować Balzaka, harlekinów, albo tekstów Beatlesów, jest duchem epoki w skali wszechświata, zeitgeistem łączącym całą cywilizację trwającą jedynie błysk w zwartą, jednolitą masę. Prawdziwe uczucia to cztery grunge’owe akordy, kartki z tyłu zeszytu, i co po niektórzy artyści o tym wiedzą, starają się to fałszywie odegrać, ale poza autentycznie cierpiącego nie jest niczym ponad kolejną pozą. Jeżeli ukochany napiszę ci sonet, to znaczy, że cię kocha, jeżeli napisze ci sto sonetów, to znaczy, że kocha sonety.   Warkot przejeżdżającego samochodu wyrywa mnie z powrotem na aleję Mickiewicza. Stanąłem posłusznie przed przejściem, rzucając spoufalające spojrzenie czerwonemu ludzikowi po drugiej strony ulicy, takie, którym można obdarzyć publicznie skompromitowaną, powszechnie nielubianą osobę, aby pokazać, że tak naprawdę nie żywisz do niej żadnych złych uczuć, ale jesteś tylko częścią tłumu.
    • @Somalija  "trochę z boku" ale jest POTUS ;)
    • @Charismafilos Nosiłam wpis o Trumpie już od grudnia

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...