Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano (edytowane)

O Cukrowym Dziadku krążyły legendy, niczym wrony nad naszą wioską. Wszyscy coś gadali, ale nikt tak naprawdę nie wiedział, o co w tym wszystkim chodzi. Już sama nazwa była tajemnicza, bo każdy z nas domniemywał, że raczej o słodycz w tym przypadku nie chodzi. A jeżeli nawet, to w jakimś innym rozumieniu, nikomu nieznanym. Kojarzono to różnie. Przeważnie z lepkością, albo czymś, od czego trudno ciało oderwać, lub do czego łatwo je przykleić. Zresztą niektórzy sądzili, że wcale nie chodzi o człowieka, tylko raczej o: coś. Byli nawet tacy, którzy twierdzili, że zapewne chodzi o myślącą maszynę, słodką na wierzchu. Przypuszczenia były zaiste: przedziwne. Każdy myślał jak umiał, a jak przestawał myśleć, to było mu wszystko jedno i nisko zwisało.

 

Tak było do czasu:Pierwszego Odlepienia.

 

Idę sobie spokojnie ulicą, aż nagle widzę przed sobą osobnika, który dziwnie manewruje ciałem. W tym sensie, że stoi. U nas jest to zjawisko dość rzadko spotykane. Przeważnie szybko chodzimy. Mamy to jakby zakodowane. Nie wiemy dlaczego, ale tak po prostu jest. Jakby nie mogło być zastoju, tylko ciągły przepływ czegoś nieznanego. Tylko jedynie krótkie odpoczynki, od czasu do czasu.

 

A on stoi, sprawiając wrażenie częściowo nieprzytomnego. Wiem, że dziwnie to brzmi, lecz jego zachowanie – a raczej brak – na taką diagnozę jak najbardziej zasługuje. Nagle widzę, że z góry w kierunku głowy, opada coś cienkiego. Trudno mi dokładnie określić wygląd. Ślizgam wyżej wzrokiem, po tym czymś, ale nie widzę końca. Coś tam wysoko zmieniło swoją barwę. Jakby jakaś żółtawa mgła. Nie wiem, jak to nazwać. Dopiero teraz do mnie dociera, że wszyscy z nas zaczynają wolniej chodzić.

 

Niektórzy tak samo stoją, jak ten pierwszy, którego zobaczyłem. A na dodatek uświadamiam sobie, że ja także nie wykonuję żadnego ruchu i patrzę jak ten głupi. Do wszystkich naszych głów, docierają te dziwne „nitki.”Jesteśmy przez to bezwolni, przylepieni do podłoża. Każdy widzi swoją sytuację, obserwując innych, bo pozostałych dotyczy ta sama przypadłość. Nitki zaczynają dziwnie świecić. Chociaż słowo „świecić”, jest raczej nieadekwatne do tego co widzę. Zdaję sobie sprawę, że do mojej głowy, przyklejone takie same „nie wiadomo co”. Ale nic nie czuję.


 

Nagle doznaję małego szoku. Jakby ode mnie coś uciekło. Jednocześnie z innych głów, nitki odklejają: cienkie plasterki. No właśnie. Znowu nie wiem jak to nazwać. Zaczynam myśleć trochę wolniej. Pozostałe twarze też mają otępiały wygląd. Wiem, że moja wygląda tak samo. Między głową, a oderwanym kawałkiem, dostrzegam cienkie lepkie włosy. Drgają jakiś czas, żeby za chwilę być zupełnie przerwane i zabrane razem z cząstką poza nasze postrzeganie. Wygląda to doprawdy klejowo.

Coraz więcej „sznurowadełek” coś nam wykrada. Tylko co?

 

Tego nie wiemy. Tym bardziej, że myślenie sprawia każdemu, coraz więcej trudności. Stoimy oblepieni cienkim paskudztwem i jest z nami coraz gorzej i gorzej. Włosy na głowie prawie całkowicie posklejane. Póki co jeszcze czujemy i widzimy, że za każdym razem więcej plasterków jest od nas odrywanych. Szybują jakiś czas nad nami, przyklejone do falujących długości, by po chwili zniknąć na wysokościach, nie wiadomo gdzie.

 

Nagle, jakby w ułamku sekundy, chyba już wiemy kim jesteśmy. Albo raczej z czego są nasze ciała i cała nasza wioska, łącznie ze zwierzętami. Ze słodkiej lepkiej mazi. Takie z nas cukrowe stworki. Nie wiemy też, skąd nagle w nas taka wesołość? Może to jakiś łaskawy dar, przed… no właśnie… przed czym? Z każdą chwilą jesteśmy słabsi i bardziej otumanieni. Jakby chciano nam czegoś zaoszczędzić. Mamy wrażenie, że przestajemy kontaktować z otoczeniem w sensie rozeznania, co i jak. Tam wysoko, poza naszym pojęciem, coś musi być.

I jest.

 

*~~~~~~~~~~~~~~~*

Cukrowy Dziadek siedzi przy stole, oświetlony żółtą lampą. W rękach trzyma kłębek nitek. Manewruje nimi całkiem sprawnie. Chociaż nie zawsze trafia prosto w cukrową główkę. Niektórzy chodzą jeszcze za szybko. Ale spokojnie – myśli sobie – za chwilę będą chodzić wolniej, a później to już całkiem staną. Wtedy najłatwiej pobrać potrzebne myśli. Aczkolwiek musi przyznać, że jego młodsi koledzy, radzą sobie o wiele lepiej. No cóż. On też dojdzie do wprawy. Zaczął późno. Dorabia do emerytury.

 

Wie, że Cukrowe Komputery, potrzebują: słodkiego myślącego wkładu. Takiego, który jakiś czas, musi ćwiczyć rozumowanie w różnych warunkach, zanim trafi do ich systemu. A zatem powinien dużo chodzić. Dlatego ten cały eksperyment. Wymyślono malusieńkie stworki, z nasionkiem wewnątrz. Zbudowano specjalne dla nich, malutkie cukrowe miasta, żeby ich myśli i świadomość, ćwiczyły w odpowiednich warunkach. Z doświadczenia wynikało, że im lepsze otoczenie pod tym względem, to i produkt wyższej jakości. Aczkolwiek miasta, powstają tylko na krótki czas. Nie można wpuszczać inne „cukierki”, to wykorzystanego środowiska. To zmniejsza myślową wydajność. Komputery zaczynają fiksować. Zrezygnowano z tego całkowicie. Tylko raz nowe „cukierki” w nowej „cukierni.” Chociaż zawsze trochę poprzednich myśli, na podłożu zostanie.

 

W początkowej fazie, potrzebny towar pozyskiwano dość drastycznie. W końcu to są – chociaż sztuczne – myślące istoty. Po prostu wyciskano z nich, karmelowe pliki, pamięć i różne inne przydatności, prosto w czeluście komputera. Miało to jednak niepożądane skutki. Z uwagi na stres w czasie przekazu, owe myśli z gniecionych osobników, miały małą wartość przerobową. Można by rzec… były po takich przejściach, psychicznie coś nie tego. Trzeba było wykombinować w miarę humanitarny, delikatny i wydajny sposób, który oczywiście nie wzbudzał podejrzeń, co do ograniczeń wolnej woli.

I wymyślono.

 

*~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~*`

W ostatniej fazie naszego postrzegania widzimy wielkie roztapianie i zapadanie. Łącznie z nami. Zaczynamy tworzyć słodkie kałuże. Domy przygniatane przez dachy, są niższe i jeszcze niższe. Ciała fruwających ptaków, skapują na ziemię w swoim locie, a ich szczątki z mlasknięciem, spadają gdziekolwiek. Drzewa coraz bardziej rozpłaszczone, a ich wielkie drzewiaste korony, poziomo wchłaniają niektórych z nas. Mamy świadomość do samego końca, chociaż nasze szczątkowe myślenie, z coraz bardziej niskiej pozycji jakoś się nam… nie klei. Szczątki wylęgarni zostaną przerobione i wykorzystane. By wybudować następne.

 

*~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~*

Cukrowy Dziadek siedzi w kawiarni. Przychodzi kelner.

– Życzy pan sobie posłodzić ?

– Poproszę dwa miasta.

– Dwa?

– Koledzy przyjdą . Też lubią coś słodkiego, do kawy przekąsić.

 

Edytowane przez Dekaos Dondi (wyświetl historię edycji)
Opublikowano

Bardzo dobrze napędzający wyobraźnię tekst :D

 

Rozmowa kelnera z Cukrowym Dziadkiem była pięknym zakończeniem dla głównej części historii. No to jest dopiero niespodziewane zakończenie. 

Czekam na więcej takich!

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Sam widok oczu byłby dla mnie natchnieniem by znaleźć sens w życiu między naszym spojrzeniem   sama woń perfum dałaby mi nadzieję że bez żadnych słów spotkalibyśmy się w zapachu   samo przytulenie byłoby darem od losu dwojga ciał przeznaczeniem pięknym czarem dotyku   same dźwięki głosu byłyby balsamem w świecie hałasu moim marzeniem   sam spacer za rękę byłby dla mnie Wniebowzięciem a pocałunek cudem na więcej zachłanny nie jestem
    • @Poet Ka   Bardzo dziękuję!  To naprawdę duże słowa. Zależy mi właśnie na tym, żeby tradycja nie była cytatem doczepionym na siłę, tylko czymś, co naturalnie przenika współczesny język - cieszę się, że to widać. Bardzo dziękuję za tak uważne czytanie. Serdecznie pozdrawiam. :) @Wal   Bardzo dziękuję!    Dziękuję - "nieuniknione" to chyba najtrafniejsze słowo, jakie mogłam usłyszeć o tym wierszu. Cieszę się, że to widać. Serdecznie pozdrawiam. :)
    • @Marek.zak1 Chętnie zobaczę, może gdzieś znajdę na YT. Dziękuję :-)
    • Nastał czas deszczu. I deszcz ten… Łzy w swojej obfitości skapują z wielkich fasad kamienic. Z gzymsów i z liści akantu. I z gałęzi jeszcze. I z tych innych, co są splątane ze sobą na wieki…   Spływają kropliście szemrzące strumyki. Szumiące w swojej niemocy. W milczeniu, w swojej skromności nieuchwytnych drżeń.   Płynę, a wraz ze mną ty. Płyniemy cicho na siny skraj. Za las. Za wszelki czas istnienia.   Choć może to tylko ja płynę. Bez ciebie płynę. Choć może…   Nie było nas wiele ze sobą. Pamiętasz? Wiem, że tak było. Ale ja tylko na chwilę. Zobaczyć jak się masz. Ja tu tylko na chwilę. Przelotnie, jak ten deszcz.   A zaraz po mnie jedynie wiatr. Taki lekki powiew wspomnienia na twarzy. I już. Jakby nigdy nic nie było.   Wiesz, ten deszcz dzwoniący (słyszysz jak łka?) skapuje wciąż kropliście i tkliwie. Deszcz we mnie płynący strumieniem kryształowych tchnień. I deszcz ten. I łzy… I ten deszcz odbijający się echem. Idący tryumfalnie jasnym snopem światła. Idący między nas.   Pamiętasz wtedy, kiedy nie było nas?   I mokre plamy na tynku, kiedy przytulam twarz (tu, tu, i tam, i jeszcze tam…) do chropowatej ściany. A na języku...   Na wystawionym, lśniącym i mokrym… Na języku tym okruchy i pył. I łzy... Kiedy całuję mikroskopijne ziarenka kwarcu, smakując je czule jak usta umarłej dawno kochanki.   Kiedy ty. I ty. I tylko ty… W ten deszcz.   W ten czas ułomny. Chwilowy. Zaprzepaszczony. A, co potem? Nic. Tylko przeszłość. Spokojna jak morze. Jak całe niebo… Jak wieczność… Jak my…   (Włodzimierz Zastawniak, 2026-08-02)      
    • @Stary_Kredens   Bardzo dziękuję!    To prawda - choć tyle już o tym napisano, to wzruszenie wraca za każdym razem na nowo, jakby czas nie miał tu żadnego znaczenia. Pozdrawiam serdecznie. @Leszczym   Dziękuję, że tyle o niej napisałeś - to jest dokładnie ten rodzaj obrazu, którego nie da się znaleźć w żadnym archiwum.  Twoja babcia brzmi jak ktoś naprawdę żywy - z honorem, ale i z fantazją, z wymaganiami, którym mało kto mógł sprostać. To chyba bardzo trudne - dorastać obok kogoś, kto mierzy ludzi miarą wojny, kiedy dookoła jest już pokój. Cieszę się, że mogłam choć trochę dotknąć tej historii.   Co do samego Powstania - to pytanie, które historycy do dziś toczą bez jednoznacznej odpowiedzi- decyzja o wybuchu, moment, rachuby polityczne wobec Zachodu , itp. – to wszystko można analizować na chłodno. Ale masz rację, że to nie umniejsza czystości intencji tych, którzy poszli walczyć. Można uznawać decyzję dowództwa za błąd,   (jesteśmy  mądrzy po faktach)  a jednocześnie oddawać cześć ludziom, którzy zapłacili za nią najwyższą cenę. Bo to jest w tym wszystkim najważniejsze.   Pozdrawiam.  @Migrena   Bardzo dziękuję!    Jestem poruszona tym komentarzem. Ująłeś coś, czego sama nie umiałabym tak nazwać - że to nie dziecko zostaje ocalone, tylko "zakonserwowane" w kształcie przedmiotu. To zdanie zostanie ze mną na długo. Dziękuję za tak głębokie czytanie. Serdecznie pozdrawiam.  @Rafael Marius  @Leszek Piotr Laskowski   Bardzo dziękuję! Serdecznie pozdrawiam. 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...