Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

  • Odpowiedzi 50
  • Dodano
  • Ostatniej odpowiedzi

Top użytkownicy w tym temacie

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się



  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Starzec   Lubię Twoje żarty. Wikipedia nie przyjmie tak zagmatwanych definicji. :)  Ale bardzo dziękuję! :)))
    • @Migrena   Czytam Twoje słowa i myślę - jak odpowiedzieć na podziękowanie, które samo w sobie jest wierszem?   Powiem prosto: Twój tekst sprawił, że poczułam, że to ma sens - to czytanie między wierszami.  I że ty, Jacku ,  po drugiej stronie - nie tylko przyjmujesz ten rodzaj uwagi, ale tak pięknie komentujesz.  I dziękuję Ci za to.    A co do karetki pogotowia - cóż, jeśli już mam być panią doktor, to chyba z tych, co czasem sami potrzebują resuscytacji :) Także wzajemnie ściskam i cieszę się, że nasze słowa się spotkały.  
    • @Berenika97 Po prostu jest cudowny. Jeden z najlepszych wierszy jakie dane mi było czytać w swoim życiu.  
    • Budkę chciał gwizdnąć wróblowi Szpak w miejscu dlań wymarzonym. Wróbel naćwierkał szpakowi: budka jest moja i żony. Chyba przekonać go umiał, bo uciekł szpak urażony. Nie wiem czy wróbla zrozumiał, bo zagadkową miał minę, a może mu świat zaszumiał, bo ujrzał szpaczą dziewczynę i z nią poleciał w gęstwinę
    • Wracam do miejsc  do których nie da się już wrócić. Spędzam czas w miejscach  w których ten czas bezpowrotnie minął. Czekam na ławce przeszłości na ludzi, którzy rozmyli się we mgle zapomnienia. Tylko ból trawi serce  z tą samą zawziętością. Tylko łzy wysychają na policzkach  tak samo szybko. Straciłem dobrą duszę. Straciłem swoje imię. Pseudonim pozostał, spisany w rogach, skrwawionych atramentem kartek. Stałem się anonimem. Tak bardzo tego potrzebowałem. Kiedyś mówiono, zmieniłeś się. Dlaczego? Bo moje oczy wygasły? Twarz stała się maską  chronicznego cierpienia. Skołtuniona, siwa broda jak kamuflaż  zakryła blizny zmarszczek. Nie zmieniłem się. Nadal jestem sobą. Awangardą. Cyganerią. Bezdomnym duchem. Wierszem co wyszedł z grobu i zapomniał drogi powrotnej. Zgasłym, zalanym deszczem słotnym, szklanym zniczem nagrobnym. Wiatr mnie może strącić, mróz spękać a człowiek podejść  i bez żalu wyrzucić do śmieci. Dokąd idę i skąd przyszedłem? Nie interesuje mnie to. Co będę robił jutro? Niewiadomo. Celem moim jest, nie dać się wyrzucić dalej  niż poza okręg człowieczeństwa.   Niedzielny, pchli targ  już powoli zamykał swe kramy. Kamienice pięknie iskrzyły w świetle zachodzącego wcześnie słońca. Tu kupiono obraz, tam srebrną zastawę. Uśmiechały się  drogocenne kamienie pierścionków. Lalki i kukiełki siedziały grzecznie, patrząc szklanymi oczkami  w ludzkie postacie klientów. Stare meble. Kredensy, szafy, toaletki i stoły. Zdobione w zamorskie ornamenty, rozmawiały ze szlachecką wyższością w tonie o tym gnuśnym wydarzeniu dla plebsu. Ich nigdy nie kupowano. Podziwiano jedynie z milczącym uznaniem  dawnego szlifu i kunsztu. Wyższości formy nad treścią. Nie oddałyby się zresztą byle komu. Do mnie jednak od lat,  zwracały się per pan. Kłaniały się grzecznie,  życząc miłego dnia lub wieczoru. Czasami podchodziłem do nich  by zamienić kilka słów. Przecież też byłem przedstawicielem  inteligenckiego salonu. Handlarz zawsze mówił to samo. Pan się napatrzy i tak pana nie stać. Wybuchał tym  rubasznym, wiejskim śmiechem. Jak uradowane, taplające się  we własnym błocie prosię. Nie muszę kupić by zrozumieć i poczuć… ale co wy możecie o tym wiedzieć.     Gwarno tu było zawsze i wesoło. Bruk rynku kochał dzień targowy. Z kubkiem kawy w ręku, spacerowałem i oddychałem chociaż  tym samym powietrzem co inni. Czując się wtedy choć trochę mniej obco. Aż pewnego razu przy jarmarku. Jedna z szaf zawołała mnie  już z daleka po imieniu. Zapytała czy może tym razem bym chciał? Stwierdziłem, że oczywiście  o niczym innym nie marzę  ale tam już nie da się pójść. Puściła mi oko i uchyliła dyskretnie swe drzwi. No to co, w drogę do przeszłości.  Oczywiście wszedłem.   Nikt nie widział już więcej, miłego, starszego pana z siwą brodą, który od lat co niedziela pojawiał się  na pchlim targu przy placu zamkowym. Nikt nie słyszał o tym by umarł. Nikt nie zauważył by gdzieś wyjeżdżał. Nie miał rodziny, przyjaciół i w ogóle nikogo. Meble od jego zniknięcia ucichły. Nie rozmawiały. Nie patrzyły. Nie oceniały z wyższością. Stały na rozgrzanym bruku. Czasami ktoś podchodził  i oglądał z bliska starą szafę. Otwierał jej skrzypiące lekko drzwi  i zaglądał do środka. Wtedy zdawało się jakby przez moment, że uchodził z jej wnętrza ludzki, męski cień. Ukłonił się zawsze  salonowej, dębowej śmietance. Po czym wtapiał się w tłum. Dokąd wędrował? Czy w przeszłość, czy w przyszłość? Nie wiadomo.   Dla Lenore Grey  za niesamowite inspirację z pogranicza jawy i snu oraz w hołdzie dla naszego ulubionego Bruno Schulza, bez którego przeszłość z moich  wierszy byłaby niema.        
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...