Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano (edytowane)

 

                   

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

         

 

– Co pan chirurg sobie wyobraża?! Przychodzi do mnie takich dwóch w nie ogolonych kitlach i obszarpanych gębach i co ?

– No właśnie. I co?

– Świgają mnie przemocą na chodzący stół i przywożą tutaj. Potrzebne mi to?

– Owszem.

– Jeszcze z głupim Jasiem musiałem podróżować. A właściwie jechał we mnie. Na gapę! Ladaco zatracone! Nie dosyć, że głupie, to jeszcze bezczelne. Przecież skoro mądrze mówię, to chyba żyję. No nie?

– Owszem.

– Proszę przestać z tym: owszem, bo jak wstanę i przywalę, a jak jeszcze w tą pańską buzię trafię.

– Proszę się uspokoić. Gada pan głupim Jasiem.

– Nie gadam głupim Jasiem. Mówię po swojemu.

– Tym gorzej.

– Co tym gorzej? A właściwie po co tu leżę? Żeby się wydzierać? Mam chore gardło.

– Tylko gardło?

– Oczywiście. Co to za insynuacje? Przecież nie umysł! Nawet nie wiem, gdzie go szukać. Taki zapracowany. Często go nie ma w domu. Sam pan rozumie. Pan też musi szukać ?

– Jutro poszukam, obiecuje.

– Będę wielce zobowiązany.

– Bardzo mnie to cieszy. Pan godność ?

– Zgodność ? Z czym? Pytam się.

  

– Jak się pan nazywa?

– Trzeba było od razu po ludzku gadać. Nazywam się Śliwka.

– Robaczywą.

– Co robaczywą?

– Jest pan robaczywą śliwką i musimy usunąć robaczka.

– Och nie jaśnie panie! Jestem zdrowy jak byk.

– Co ma szpadę w dupie ?

– Co mam?

– To taka metafora chirurgiczna. Nie trzeba się lękać.

– Głupi Jasiu podpowiada, że jednak trzeba.

– Głupi jest głupi i nie wie co mówi. A prawda jest taka, że jak już nadmieniłem, robaczka ze Śliwki wyszarpnąć trzeba.

– Ale ja mam stracha. Jasiu też.

– Jasiu nie musi się bać. Jego nie będę operował.

– Ulżyło mi.

– Właśnie czuję. Proszę się nie denerwować. Leżeć spokojnie i nie ruszać ogonkiem.

– Czym?

– Ogonkiem. Śliwka ma ogonek.

– Co racja, to racja.

   

– No szybciej, kolego. Chce otworzyć brzuch.

– Ale czym?

– Jak to czym? Narzędziami chirurgicznymi! Dawaj.

– Tutaj nie ma takich narzędzi.

– Jak to nie ma? Kazałem przygotować!

– Kazał kolega ślusarskie.

– Jedne i drugie metalowe. Jeden pies!

– Gdzie doktorze? Tutaj nie można wprowadzać zwierząt. Mogą przypadkiem zjeść organy do przeszczepu.

– Proszę mi tu nie grać! Czy to jasne?

– My i tak nie mamy słuchu.

  

 

– Dawać tlen. Pacjent nie oddycha!

– On już dawno nie oddycha.

– Jak to nie oddycha. Każcie mu oddychać.

– Ale on jest uparty.

– A Jasiu oddycha?

– Jaki Jasiu, doktorze?

– Nie ważne. Ruszam stołem. Może zacznie. Co mówicie?

– Że raczej spadnie.

– Wykrakaliście. Te wasze pomysły – dodaje przywieziony. – Niech was diabły wezmą. Dlaczego leżę na podłodze i mają mnie diabły wziąć. Niczego złego nie zrobiłem. Święty ze mnie człowiek. No chyba, że się zapomnę. Ćwiczyłem wstrzymywanie oddechu. Zimno tu i twardo. Jasiu też narzeka. Banda z was nie wiadomo z czego. Jestem po operacji, czy w trakcie? Bo jeżeli w trakcie, to wrzućcie mnie z powrotem na ten pieprzony stół. Nie będziecie musieli przy mnie kucać, jak sfora…

–... nie wiadomo z czego, chce pan zgryźliwie powiedzieć?

– Właśnie. Tępaki, a szybko się uczą. Dziwne!

  

– Dajcie Jasiowi w łeb. Uśnie i nie będzie się ruszał… i gadał.

– Jasiowi czy jemu? Z kim właściwie gadamy? Mocno czy z uczuciem?

– Nie miałeś się w nim zakochać, tylko walnąć – wtrąca niecierpliwy grabarz.

– Po co pan mnie walnął w łeb – znowu dodaje podłogowy. – Teraz nie będę mógł zasnąć z bólu.

– Zaśpiewam mu kołysankę. Co wy na to?

– Gdy pan doktor zaśpiewa, to my też uciekniemy – dodają zgodnie wszyscy.

– Dlaczego też?

– Śliwka z Jasiem uciekną razem z nami. Rozumie pan?

– Znowu się nie rusza.

– Ale chociaż oddycha. Zaoszczędzimy na butli.

– No to otwieram brzuch. A niech to. Ale siknęło.

   

– Doktorze! Niech pan łapie!

– Co?

– Jasiu z bebechów wyskoczył.

– To nie był w Śliwkowym mózgu?

– Może nie znalazł czego szukał.

– A może znalazł i dlatego zwiewa.

– Matkości świata. Ale ma galimatias w klatce.

– Tylko proszę doktorze, wszystkiego mi nie wyjmować – rzecze roztropnie i uprzejmie pacjent. – Niektóre narządy mogą mu się jeszcze przydać.

– Komu? Jasiowi?

– Nam obu.

– Zostawię co uznam za stosowne. Pan usilnie chce ośmieszyć moją wiedzę. Niby prawie trup, a jaki arogancki.

– On i tak nic nie czuje – dodaje z nadzieją grabarz.

– Gdyby nic nie czuł, to by oczami nie błądził.

– A może widzi nie to, na co patrzy?

– Wodzi wzrokiem za moim paluchem.

– Ale nie mówi, że coś go boli.

– Fakt. Mój paluch milczy od urodzenia.

– A niech to. Wstaje. Doktorze! Co z niego zwisa?

– Z palucha?

  

– No właśnie! Co ze mnie zwisa? – rzecze z odrazą patroszony. – Obrzydlistwo! Takie coś miałem w sobie? Przez całe życie?

– Panie Śliwka. To jest panu potrzebne. Proszę jeno nie urwać.

– Taka ohyda?

– To jelito grube. Przestań pan wierzgać, bo się pan zaplątasz. Pukniesz w głowę, przewrócisz, zawartość barku potrzaskasz i dopiero będzie... i proszę nas tym diabelstwem nie majtać po oczach.

– Przecie to jest paskudne. Oślizgłe takie. Obrzydlistwo. A co tam jest w środku? Miękkie jakieś?

– Pańskie gówno. Bierzcie go na stół, bo już mi nerwy puszczają. Siłą. Trzeba mu to włożyć. Zaszyć i wygonić z sali.

  

– Ależ doktorze. On się strasznie rzuca. My wkładamy, a on wyciąga.

– Skąd w nim tyle siły?

– Jasiu mu pomaga widocznie.

– Niech ich kolega złapie za wspólny ogonek. To się uspokoją.

– Oni nie ma ogonka. Widocznie na drzewie został.

– No dobra. Wkładajcie, bo mi zimno – znowu wrzeszczy poniewierany operacyjnie. – Odkryty jestem. Nie będę wierzgać. Obiecuję.

– Dobra Śliwka.

– A tak właściwie, na co byłem operowany?

– Kolega podpisał. Zgodził się być królikiem doświadczalnym w niestabilnych warunkach, których będzie kluczową przyczyną. W świecie wizualnych i odczuwalnych halucynacji.

– To chyba spadłem z drzewa.

– Gorzej. Sądzi pan, że tylko na głowę? A może na ogonek?

– Naprawdę muszę was walnąć. Jak śliwkę kocham.

– Nas? Pan myśli, że my prawdziwi. Dobre sobie. My holohomo.

– O kuźwa. To chyba jeszcze spadam. Między konarami. Cholera! Wiewiórka mnie szarpie. Nawet zaczyna wrzeszczeć...

  

… wstawaj stary z wyra, bo na operacje się spóźnisz. Ale już! Zaspałeś naumyślnie! Już ja to wiem. Przyznaj się, bo jak ci przywalę… lepiej nie, bo znowu zaśniesz… leniu jerychoński. Chyba coś namieszałam. To z tego stresu. Paskud jeden. Ktoś dzwoni do drzwi. Właśnie teraz. No nic. Muszę otworzyć.

 

– Dzień dobry.

– Kim pan jest?

– Grabarzem.

– Po co?

– I podróżnikiem w czasie. Znam finał. Po co go męczyć operacją. Omówmy szczegóły.

– Kochanie. Kto przyszedł?

– Pan grabarz.

– O!

– Jasiu. Nie smutaj. Chociaż ty mi zostaniesz.

                              

 

 

 

Edytowane przez Dekaos Dondi (wyświetl historię edycji)
Opublikowano

Nieźle, Dekaos. Całkiem nieźle. ☺ 

Przeczytałem z przyjemnością, jej też spodobał się Twój tekst.

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

 

Niedzielne pozdrowienia.  

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Zemdlałem. Podoba mi się estetyka i to, że jazda jest bez trzymanki - wyższa szkoła jazdy. Maślak sitarz i kuna - obłęd. Podziwiam.
    • @iwonaroma Koteczki zawsze na propsie. @MIROSŁAW C. Widać, że nie masz bogatej wyobraźni :P   Macham ogonem :)
    • Sakura najpiękniejsza pora w życiu:)
    • @KOBIETATrafiony zatopiony:)
    • Na wzgórku rządzą: Knurr, Bidon i Amida Trzech muszkieterów raka wątroby We wzgórkowym zamczysku Sceny jak w Otranto   Ojciec sarmata zakłada palto Dał ciepłą kluchą synowi po pysku Wzniósł razem gmach na obroty Cieniem nad wioską obraca kippa Na wzgórku rządzą:   Sepsi, Kiła i Mogiła Zagazowanych tępią tumanów Turlając przed okiem rozległą miedzą Zaczęło się to czarnym handlem Wraz z nawałnicą piętnastego wieku   Obite jak grunt falą u brzegu Nadęli policzki i jednym haustem Napawają się złotem i miedzią Do tego nadzieję marylskich kurchanów

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      * palcem zabija   Na stołku pierdzą: Garry, Eustachy, Noe i Zygmunt Tylko nie w tym kościele praży Zagłuszają go chmury wzgórkowe DIETA CUD DIETA CUD DIETA CUD   Z wędzidłem wyssany brud Niebo przykrył termicznym kocem I każe gwiazdom ubiegać się o azyl Jak dyrygent ma pilnować rytmu? Tak o jego pracy twierdzą.   Szklarze sparzone w hucie paluchy Umęczone w powszechnym cyberzakładzie Wsadzają sobie głęboko w dupę Ażeby chociaż kciuk uratować od tego odoru Wyciągnięty w góre, mówi że jest okej   Ozon wściekły drży do okien Że na próżno schylił otworu Brzydko dzisiaj rozdał krupier Więc zastygł lud w szklanym przysiadzie Setki serc zobaczą, nim wyzioną duchy   Przy stole siedzą: Kozyra, Baal i Abbadon Cóż ten rok ze sobą przyniesie? Ten trzeci, w ciemnych okularach Szpera nosem po globusie   U boku Szatana w balowym luksusie Chwalił się co wszczął w kontuarach I co zrobił w * mieście Jako mięso armatnie byle Meigel baron "Wstawił się" przed twierdzą.   Ten drugi, stoi w Nowym Jorku Skorodowana żądzą płonąca pochodnia Chwieje się na samą woń Kruków krążących nad Tel Awiwem Toteż rzuca im trochę ziarna   Ten trzeci, nie byle parias Na wieść że wkrótce trzej pójdą z dymem Wyciągnął w powietrze dłoń Opróżniono wtem krwiste rzeki do cna Jak stare wino, z tęsknotą marzące o korku.  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...