Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Tylko się rusz, tylko spróbuj! No staruszku, wyciągaj te nogi. Jeszcze troszeczkę, zaraz, czy aby na pewno skopiowałem te pliki dla Basi? Basia mnie zabije, a ja zabije tego łotra, jeśli tylko ruszy. Dowiem się kto miał dziś ten kurs, znajdę go na końcu świata i zabiję, albo lepiej obedrę ze skóry, poćwiartuję, posolę a potem zabiję. Tak na pewno skopiowałem wszystko dla Basi, tylko czy wziąłem zdjęcia na dyskietkach? Moje serce, Boże Najświętszy w Trójcy Jedyny obiecuję, że tej niedzieli dam na tacę całą stówę, będę klęczał całą mszę, tylko niech ten pieprzony autobus nie odjeżdża! Czy ty dobry Boże wiesz, co to znaczy spóźnić się na delegację służbową, której uczestnikiem jest sam Dymerski? Czy ty w ogóle wiesz kim jest general menager Rafał Dymerski? Ale ciebie to nie obchodzi? Ty masz ważniejsze sprawy niż pośpieszny do Płocka, który mógłby się trochę opóźnić. Czy ja na pewno, obudziłem Krystiana? Wydaję mi się, że tak. Chociaż jak jadłem śniadanie, to przy stole go nie było. Rany, jeszcze ta teczka, dlaczego ona jest taka ciężka? No tak, przecież tych materiałów do mojego wystąpienia, był cały stos, muszą ważyć. Czy ja w ogóle je zapakowałem? Tak, tak przypominam sobie, wrzuciłem je obok klocków Patryka. Stać, jeszcze ja! Nie ruszaj jeszcze! Panie kierowco, kochany, złociutki, jeszcze ja, mam bilet! Czy mi się zdawało, czy ja dzisiaj rano widziałem w mojej teczce zestaw klocków do samodzielnej budowy pancernika Potomkin? Nie to nie możliwe! Przecież Patryk nie mógł mi zrobić drugi raz tego samego numeru w ciągu tygodnia, to smarkacz, o nie! Skończyło się kolego beztroskie dzieciństwo! Od jutra sam będziesz chodził do przedszkola! Proszę zaaaaczekać, jeszcze chwileczkę...najważniejsze, że zabrałem te materiały w pomarańczowej okładce. Uff zdążyłem. „Dzień dobry panie kierowco, jak to miło z pana strony, że pan zaczekał, bardzo serdecznie przepraszam za spóźnienie, ale to nie z mojej winy. Zaraz pokażę bilet, mam, na pewno, wkładałem go pod okładkę z moimi referatem. O jest, widzi pan – H. C. Andersen – „Baśnie”, to właśnie mój referat?”

W takich sytuacjach na usta cisną się brzydkie słowa. Sformułowania wykorzystywane przez furmanów do popędzania konia. Usiadłem przytulając się do brudnego okna, w głowie huczało mi od przekleństw: „cholera”, „psiakrew”, „jasna dupa”, „jasna dupa co teraz będzie”. Próbowałem się uspokoić. Pamiętając ze szkolenia, że pozytywne słowa sprawiają, że nawet w największym stresie zaczynamy myśleć pozytywnie. Myśleć pozytywnie, myśleć. Ale o czym, może właśnie o jasnej dupie. O jakiejś nieopalonych półdupkach udekorowanych stringami, albo w ogóle nie udekorowanych. O gołych, zimnych pośladkach, na których być może zatrzymają się moje ręce jeszcze tego wieczora.

Niezwykły był czar wyjazdów służbowych. Nie zmieniły go dziejowe burze, upadki ustrojów i zmiany gospodarcze. Przed 1989 rokiem z domowych smyczy zrywali się partyjni kacykowie, kierownicy, wszelkiego szczebla urzędasy, instruktorzy, agitatorzy, naukowcy, literaci. Nie zawód był istotny ani stanowisko. Istotny był fakt urwania. Po zmianie ustroju nic się nie zmieniło. Może tylko kacykowie zmienili garnitury na lepsze, stanowiska i funkcje na bardziej angielskie. Żony zostały. Cechy charakterystyczne uczestnika szkoleń widoczne na pierwszy rzut oka pozostały niezmiennie. Nerwowy wzrok dzikusa, który pierwszy raz w życiu spotkał się z cywilizacją. Łapczywa obserwacja wszystkiego, co ma dwie nogi i nie przypomina żony. Najlepiej żeby obiekt krańcowo różnił się od posiadanego w domu. Jak w domu brunetka, to na wyjeździe blondynka, jak chuda to gruba, jak mądra to głupia. Radość kontrastu. A jak się wróci, to i własna lepiej smakuje.

Na Dworcu Zachodnim dosiadł się Dymerski z Basią, asystentką od specjalnych poruczeń. Można i tak. A jak w Płocku nic nie będzie, przynajmniej poklepie znany dobrze tyłek, opatrzony co prawda, ale zawsze.
-Jak referat? – Dymerski rzucił na przywitanie sadowiąc się za moimi plecami.
Srak – chciałem mu odpowiedzieć, ale coś mnie powstrzymało. Udając senność kiwnąłem głową na odczepnego.
Pliki dla Basi? – szef kontynuował natarcie.
Kiwnąłem ponownie.
-Co wy tak kiwacie? – Dymerski nie wyzbył się socjalistycznej przypadłości mówienia do dwóch osób, chociaż do jednej.
-My? – reagowałem niemal automatycznie.
Na szczęście z szelestem sreberka rozwinęły się kanapki. Basia wetknęła Dymerskiemu trójkątny kawałek pieczywa, z wystającym fragmentem sałaty. Tak właśnie wygląda jedzenie z ręki, karmienie małpki. A przecież Dymerska nie wypuściła Dymerskiego bez kanapek, może nawet tak samo trójkątnie apetycznych, z identycznym zestawem wędlin i sałaty. Ale nie. Tamte wyrzucił do pierwszego napotkanego kosza. Może przed własnym domem. Może Dymerska przechodząc obok, przypadkowo zerknie, przypadkowo rozpozna. I co wtedy, czy nie ruszy najbliższym i najszybszym środkiem lokomocji w pościg. Cóż może oznaczać wyrzucenie zrobionych przez żonę kanapek, jeśli nie planowana zdrada. I to nie tylko kulinarna.

Mój referat z racji napiętego nadmiernie planu dnia wypadł. Bóg czuwał. To był cud, jaki zdarzyć się może komuś takiemu jak ja. Dymerski był niepocieszony. Obiecałem mu, że w najbliższym czasie zrobimy w firmie jakiś małe szkolenie i moje wystąpienie na temat nowoczesnych metod pozyskiwania klientów będzie akurat.
Wieczór w Płocku okazał się całkiem beznadziejny. Miasto wyglądało na opustoszałe. Znikąd pocieszenia, znikąd choćby kawałka kobiety. Same pryszczate smarkule, czupiradła, w porozciąganych swetrach i bluzach z demobilu. Za to w knajpach jakieś rykowisko, smętne typy patrzące spod oczu, bydlęco, jakby na dzień dobry chciały zabić. Wypiłem na prędce piwo, obficie chrzczone wiślaną wodą i postanowiłem wrócić do hotelu. Nic z tego nie będzie. Trzeba będzie ten wyjazd zapisać na straty. A bywało tak pięknie. Toruń. Zapach średniowiecznych murów wymieszany z niepokojącym „Dolce Vita” od Diora, za trzysta złotych. Marzena mogła sobie na to pozwolić, pracowała w drogerii i wykorzystywała darmowe próbki. Nie miała zasadniczo większych wad i mógłbym jej telefon zachować, gdyby nie to, że nie miała też zalet. Była źle ubrana, jakoś tak niemodnie. Ciało przeciętne, no i mąż, właściciel siłowni, o którym bez przerwy mówiła, nawet w łóżku. Nie chciałbym go spotkać. We Wrocławiu Krysia. Oszalała na punkcie tańca. Ponadrywała mi stawy i tyle. Rozwódka, pewnie mąż nie przepadał za tańcem. Ładna, ale bez przesady. Nie rzucająca się w oczy. Gorzów. Niech pomyślę. W Gorzowie była Iza, nie Iza była w Zielonej Górze. Iza namiętna palaczka. Wyglądała na dziesięć lat więcej. W Gorzowie była Iwona, udawała, że ma osiemnaście lat. Przysiadła się w barze, myśląc, że jestem kimś ważnym. Jak jej powiedziała, że sprzedaję ubezpieczenia, chciała uciec. Na szczęście lubiła piwo. Szczególnie darmowe. Po trzech wypłakała mi się w rękaw, opowiadając zapewne zmyśloną historię swojego życia. Najgorszy był Płock. Kompletne bezrybie. Może chociaż przez ścianę posłucham co Dymerski wyprawia z Basią? Próbowałem ułożyć się wygodnie ze szklanką przy ścianie, gdy rozległo się pukanie. Kto to mógł być? Może Dymerski chciał mnie za coś opieprzyć, za ten referat, którego nie przeczytałem? A może stary zasnął i znudzona Basieńka szuka pocieszyciela? W drzwiach z tajemniczą miną stał general menager Rafał Dymerski. Cholera, co ta ckliwość na jego licu, mogła oznaczać. Czy to zasługa Baśki? A może miał do mnie jakiś interes?
-Panie Krzysztofie, gdzie to pan się ukrywał?
Dopiero teraz dostrzegłem, jak za pazuchy wyciąga litrową „Finlandię”.
-Chciałem trochę z panem porozmawiać.
-A gdzie pani Basia?
-Ach, rozbolała ją głowa. Zasnęła. Jak tam pańskie zatrucie?
-No właśnie, byłem w aptece. Rozbolał mnie żołądek.
-Zupełnie niepotrzebnie. Mam coś na niestrawność. Skuteczność gwarantowana.
Nie znałem go z tej strony. Dymerski, jak matka troszcząca się o moje zdrowie, Dymerski z wódką na progu pokoju. Nie jeden zazdrościłby mi tej sytuacji. Już słyszę te jęki: „Stary, wiesz ile spraw można załatwić przy wódce?”. Wiedziałem, ale nie należałem do tych, co je wykorzystują. Poza tym po wódce nie potrafiłem kłamać. Co będzie jak powiem mu, że jest starym, obrzydliwym knurem, na którego nie mogę patrzeć.
-To, co napijmy się. Pomyślałem, że można by zejść na dół do restauracji, ale w pokoju, to zawsze w pokoju.
Stary sknera żałował na napiwki.
-Oczywiście, ma pan rację.
-Jakoś tak bardziej intymnie.
-Intymnie?
-Ktoś mógłby usłyszeć, coś czego nie powinien usłyszeć. Zdrowie.
-Na zdrowie.
Po trzeciej kolejce, Dymerski spojrzał na mnie małymi świńskimi oczami i zadał dziwne pytanie.
-Czy jesteś szczęśliwy?
-Ja czy jestem szczęśliwy?
-Tak ty. Przepraszam. Nie wypiliśmy jeszcze brudzia. Rafał.
-Krzysztof.
Złapał mnie za głowę i niczym Breżniew obcałował z dubeltówki. Przez chwilę poczułem jego oddech i zrobiło mi się niedobrze.
-No więc czy jesteś szczęśliwy?
-Chodzi o pracę? Tak, jestem bardzo zadowolony. Jako szef pionu sprzedaży, w naszej firmie jestem bardzo szczęśliwy. Jestem szczęśliwy, że moja praca jest przydatna. Ubezpieczenia na życie są bardzo ważne.
-Przestań pieprzyć! – Dymerski nalał sobie wódki i przechylił nie czekając na kolejkę. – W życiu czy jesteś szczęśliwy?
-Jak w życiu. Tak w ogóle?
-Tak w ogóle. Czy ci się wszystko układa?
-Co znaczy wszystko? Chodzi o rodzinę.
-Też.
-Owszem układa mi się. Mam dzieci.
-A z żoną?
-Wie pan. Przepraszam, wiesz jak to jest z żoną. Raz tak, raz tak. Ale nie narzekam.
-Bo wiesz, ja...ja...
Po raz pierwszy zobaczyłem starego jak się wzrusza, co gorszę nad sobą.
-Ja nie mam z kim porozmawiać.
-Śmiało Rafał. Napijmy się jeszcze. Wal śmiało, co ci leży na duszy.
-To nie takie proste.
Przyjrzałem się mu. Był dostatecznie pijany by zacząć się żalić. Brakowało mu jeszcze trochę, żeby się rozkleić całkowicie. Pomyślałem o dyktafonie w kieszenie marynarki. Dyskretnie włączyłem go udając, że szukam papierosów. Wyobraziłem sobie poniedziałkowy poranek, kiedy dział po dziale, pokój po pokoju będzie odsłuchiwana jedna audycja: „Zwierzenia Rafała D.”
Nie wiem od czego zacząć. Poczułem to jakiś czas temu. Broniłem się przed tym, walczyłem, ale już nie mam siły, jestem na to za słaby.
Nie mogłem zrozumieć o co mu chodzi, chciałem słuchać dalszego ciągu, ale stary stanął przy oknie i milczał. Paliłem papierosa i uśmiechałem się do swoich myśli. To imbecyl jak się wzruszył, zaraz zacznie łkać i poprosi żeby go przed snem pogłaskać po głowie.
-Krzysztofie, co byś powiedział gdybyśmy wyjechali.
-Wyjechali? Z Płocka?
-Nie, wyjechali gdzieś daleko. Tylko ja i ty...
-Daleko?
-Na koniec świata.
-Nie rozumiem.
Podszedł do mnie. Dostrzegłem łzy, płynące mu policzku.
-Kocham cię. Nie mogłem dłużej tego ukrywać. Kocham cię słyszysz!
Dymerski rozbeczał się a ja z ledwością zdążyłem do łazienki. Rzygałem jak kot. Zza drzwi usłyszałem jego głos.
-Musiałem ci to powiedzieć, przepraszam, nie gniewaj się. Naprawdę cię kocham.

Po godzinie stary przestał się odzywać. Chrapał jakby mu się coś gotowało w gardle. Spakowałem się i wyszedłem. Noc spędziłem na dworcu. Wróciłem do domu pierwszym autobusem. Był poniedziałek. Po śniadaniu zszedłem po „Wyborczą”. Miałem nadzieję, że specjalistów od sprzedaży ubezpieczeń na życie ciągle jeszcze poszukiwali.

Opublikowano

Patrzę, że Asher miał rację pisząc abym poczytał Pana prace. Niezła historyjka, chociaż zakończenia można było się domyśleć gdy Dymerski stał już z wódką w drzwiach, posmiałem się z Krzysztofa, a właściwie z jego myśli. Swoją drogą to niespodziewane rzeczy mogą wydarzyć się przy takiej okoliczności jak delegacja. ++ Pozdrawiam

Opublikowano

Nie lubię rozróżnienia na twórczość "męską" i "kobiecą", bo mężczyźni potrafią pięknie pisać o emocjach a kobiety też potrafią tworzyć dobre, mocne teksty, a nie tylko rozmytą "prozę poetycką"... Ale tu mi się nasuwa skojarzenie, że to jest takie typowo "męskie". Szczególnie ta homofobia:). Od razu rzygać musiał bohater... A przecież ten biedny Dymerski też ma swoje uczucia!:-) W dodatku on temu Krzysztofowi pięknie miłość wyznał, a nie od razu chciał obciągać (jestem po lekturze Witkowskiego, więc proszę się nie dziwić za skojarzenie)...

Ale bynajmniej to nie są zarzuty! Raczej takie przemyślenia pół żartem:). Tekst jest świetnie napisany, oby więcej tu było takich. Pozdrawiam serdecznie.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Bożena De-Tre Dzisiaj w nastroju na blusik, chociaż jazz też bardzo lubię. Chyba, że coś "zmierzłego" dla ucha sobie zapodam...Kurta Weilla może...

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      Oglądaj, komentuj i krytykuj...zabronić Ci tego przywileju w stanie nie jestem (ale jak będziesz zbyt wredna to Cię odeślę wraz z dedykacją do jednego z moich, specjalnie stworzonych na taką właśnie okazje, dzieł absolutnych z serii "wiem lepiej" ....żebyś tylko mi się na poziom V nie załapała....straszna wulgara...uffff...) Doszedłem do wniosku, że do pracy nad dalszymi rozdziałami muszę się bardziej gruntownie przygotować. Tak więc zacznę od lektury Twoich książek...którą na początek? (tak, żeby się zachęcić, albo nie zniechęcić ) "Ludzie w biegu" czy "Na krańcach klawiatury"? Szczerze mówiąc tytuł pierwszej już mnie drażni...nie lubię pośpiechu, to raz... a dwa, do gatunku ludzkiego nabawiłem się swojego rodzaju alergii ...ale nie oceniamy książki po tytule...czy jakoś tak Zakładam, że jakieś "wystąpienia publiczne", związane chociażby z promowaniem wydanych przez Ciebie książek, już zaliczyłaś...o co Cię głównie ludzie/fani pytają? (muszę się zapytać, żeby nie dublować tematów w mojej biografii ... w sensie Twojej ) Tak to bywa, że na dnie doliny jest znacznie lepiej na samej górze...człowiek nie rzuca się w oczy,co pozwala na zachowanie własnego ja (w miarę możliwości rzecz jasna, trzeba jeszcze brać pod uwagę presje środowiska pozostałych "doliniarzy" ),  doskonale widać co się dzieje na szczycie , a i upadek mniej boli (przewalając się z doliny w dolinę jeszcze nikt chyba krzywdy sobie nie zrobił ). Dobrej nocy P.S. Bodetré i futbol.....???? ...armagedon się iści....
    • Nieruchomieją w apatycznej formie lirycznej i zastygają w obłokach niedomówień tracą powoli barwy tuląc szarość minionych snów na koniec milkną w dokolnej ciszy prosząc zegary o jeszcze jedną chwilę nasączoną szeptem niewypowiedzianych słów.   Autor fotografii: Mirela Lewandowska  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @Gosława piękna, zmysłowa liryka o charakterze intymnym, traktująca o głębokim przeżyciu cielesnym i emocjonalnym. Podoba mi się motyw czereśni- ten ich soczysty smak i cudny kolor nadają  ciekawej barwy wersom. Natomist ta zieleń jest dopełnieniem całości obrazu , który tak pięknie pieści wzrokiem...
    • @violetta

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • Tekst powtórkowy?     Na cholerę tutaj przyszłam. Zimno, wietrznie, aż me piersi rozedrgane nieco. Dobrze chociaż, że las niczego sobie. Żeby jeszcze drzew nie było. Zasłaniają widok. No nic. Muszę wyciągnąć bułkę z wątrobianką. Uwielbiam. Tym bardziej, że zgłodniałam trochę. Coś mnie w to miejsce sprowadziło… ale co? Przeczucie lub jakieś inne pieprzone zjawisko, którego pojąć nie mogę.    Zgryzam. A niech to. Za raptownie przedziałek dupki nadusiłam i część nadzienia, gęsto szybuje na ściółkę leśną. Dziwna jakaś… materiałowa. Wiem, bo dłonią pomacałam. Muszę wytrzeć papierkiem, bo plama będzie. Dobrze, że nie wierzę w krasnoludki, bo jeszcze by łydki pogryzły, gdyby dostały szarą masą po kapeluszach. Durnowata ja. Najlepszy apetyt, poszedł się…    … a to co? Budka z piwem? Chyba nie, gdyż dziwna jakaś. I skąd nagle tu, po oczach daje. Ciekawe, czy pomoże? Słyszę, jakby za mgłą, że niby tak. Co tak? Może ćwierka ptak? Na dodatek najbliższe drzewa wokół, nabierają błękitnego koloru, a drzwi w owym czymś, samoczynnie otwarte na żółto. Czyżby chatka chciała, żebym tam wlazła. Takiego! Nigdy w życiu – nagle wrzeszczę na całe knieje, pokazując wejściu środkowy palec…    … tylko nie mój. Skąd to obrzydlistwo w dłoni. Inny jakiś. Jakby nie z tego świata. Nawet nie wiem, czy to faktycznie palec. Jedno jest raczej pewne… wskazuje kierunek, a ja nie mogę nie chcieć, wbrew sobie. Na dokładkę w drzwiach chatki, widzę moją matkę. Kiwa do mnie uśmiechnięta i zaprasza na ulubiony obiad. Tak jak kiedyś, gdy byłam małą dziewczynką. Oj nieładnie, brzydko wprost. Ktoś mi gra na emocjach. Chce zwabić, bym tam weszła. Znowu pokazuje, tym razem swój i co…    … i wchodzę, do wewnątrz, niczym bydlę na rzeź. Od razu lepiej – stwierdzam sarkastycznie – drzewa nie zasłaniają. A dlaczego – myślę jak umiem – bo ich nie ma. Oddycham z ulgą. Potrafię jako tako logicznie rozpatrywać w tej krainie, w której nagle zaistniałam.. Dobrze, że zapasowa bułka z wątrobianką jest ze mną w potrzebie. Symbol więzi z tamtym lasem, by nie zgłupieć zupełnie. Tak daleko, że już nie ma powrotu. Dopiero teraz popatruje wokół, co jest, a czego nie ma.    Niestety, mózg nieprzystosowany. Widzi wszystko po raz pierwszy w życiu, ale tak naprawdę, łącznie ze składowymi obiektów, czy czegoś tam. Nie potrafi przerobić na rozpoznawalne obrazy. Brakuje mu punktów odniesienia. Jestem jak ten niemowlak. Dostrzegam jakieś zamazane kształty. Widzę po ludzku, tylko żaden z tego pożytek, w tym obcym świecie.    Jedyne co rozpoznaje, to swoją twarz w lusterku – nie pamiętam żebym brała – dalsze ciało, bułkę i wspomnianą wątrobiankę. Dobre i to. Jak to… ciało? Kurdę, jestem naga, do ostatniego szczegółu. Na domiar złego, czuję wokół… obecności. Tylko tak mogę to określić. Najbardziej jedną. W ten sposób, że aż ciało moje, drży i wcale to nie jest, takie znowu nieprzyjemne. Zaczynam iść przed siebie…     … kolejna ciekawostka. Widzę, że idę pod górę… lecz nogi, mówią wyraźnie, że schodzę w dół. Muszę wstrzymywać kroki, by nie zjechać po tyłku. Taka sprzeczność, jest trochę męcząca dla mózgu. Nagle całkiem niespodziewanie, dostrzegam siebie, przy… przystojnym kształcie, w ludzkim pojęciu. Obiekty wokół nabierają jakiegoś sensu, lecz mam dziwne wrażenie, że nie zabawię tu dostatecznie długo, by rozpoznać do końca. Siedzenie, sprawia mi coraz większą trudność. Mam ścierpnięte ciało. Słyszę – odpręż się. To sama wiem. Jakie siedzenie? Gdzie? Przecież chodzę tu, lecz nagle przystaje. Normalnie mnie zatyka...       … i odtyka, gdyż ów przystojny kształt – o matko – urywa mi głowę. Zaczyna pieścić i jakby całować, tylko czym. Zamazany cholerny kształcie, pokaż wreszcie swoje oblicze. Nienawidzę cię. No nie, nie mogę powiedzieć, to całkiem przyjemne nawet. Aż mnie nawiedzają spazmy rozkoszy. Chociaż z drugiej strony, jak on śmie. Bez mojej zgody. Jaki on? Może ona? Pieprzone ufoludki. Co to w ogóle jest?     Czuję dokładnie, jego wyczyny z bliźniaczą głową. A jednak doznania więcej, niż boskie. Teraz wyrywa nogi z tułowia. Tej drugiej ja, oczywiście. Pieści me uda. Najpierw jedno, później drugie. No nie. Tylko nie to, co pomiędzy nimi, proszę. A jednak, wyszarpnął paskud jeden. Coś tam gmera, grzebie, wkłada. Cholernie przyjemnie. Odrywa moje piersi. Czule miętosi… i nagle koniec…       … raczej nie. Kolejna niespodzianka. Tamta druga ja, znika. Czuję teraz na całym ciele, delikatne stukanie. Co to znowu za cuda? I tak samo jak poprzednio, nagle mnie olśniewa. To mowa dotykowa. W zależności od tego, gdzie przypada ukłucie, znaczy inny… wyraz… lub literkę… myśląc po ludzku…     … bo tylko tak mogę myśleć, lecz zaczynam nieco rozumieć, co ów przystojny kształt chce przekazać. Czuję się cholernie… zakochana. A niech to, co za banał na obcej planecie chyba? Kształt… we mnie też zakochany. Zakochany? Co ja pieprzę za farmazony. Doprawdy, fajne tu się kochają, rozczłonkowując ciała, kochanej osoby. Chyba jednak zaczyna mi odwalać w tym pokręconej krainie. Nie mogę usiedzieć na miejscu, muszę pochodzić…    … i na cholerę tutaj przeszłam. Zimno, wietrznie, aż me piersi rozedrgane. Chyba na kogoś czekam. Tylko jak długo? No wreszcie. Idzie do mnie uśmiechnięty i już z daleka wrzeszczy, przepraszając za spóźnienie. Tłumaczy to tym, że dość długo trwało, zanim się upodobnił do męskiego, w każdym aspekcie, niekoniecznie na co dzień widocznym.       Jest coraz bliżej. Wreszcie przy mnie. Przytula mnie, a ja jego. W czasie pocałunku, mamroczę niewyraźnie, dziękując za wspaniały żart słowny, którym mnie obdarzył. Że niby… przerobiony na człowieka. Chichoczę w głos na cały las. On też. Jesteśmy tacy... nieziemsko szczęśliwi. Częstuję go połówką bułki z wątrobianką i po chwili, gnieciemy leśną ściółkę.      Po finalnym zakończeniu, zakładamy odzienia, chociaż nie czujemy się nadzy. Idziemy w kierunku obrzeża lasu. Jesteśmy na skraju. To początek rozłożystej łąki, nakrytej żywym całunem, z różnorodnych kwiatów. Z tyłu promienie słońca, prześwitują przez zielone gałęzie. Widzimy przed sobą nasze wydłużone cienie oraz fruwające na ziemi, ślady ptaków.   A jednak coś zakłóca wspólną sielankę. Zaczyna padać drobny grad. Migoczące drobinki, szybują w naszym kierunku. Czuję stukanie na sobie, w różnych przedziwnych miejscach, a on patrzy na mnie, jakby chciał coś powiedzieć.        
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...