ależ mam ego, prawda? a to wydaje się, że
jestem literówką na płycie, z winy której to
literówy trzeba wykuwać od nowa monument
(spękał okrutnie cały przy próbie
poprawienia mnie, wystarczyło lekkie uderzenie
dłutem – i zaraz pomnik, od cokołu,
przez korpus, po czubek głowy granitowej postaci,
obrósł siateczką szybko powiększajacych się rys,
grozi teraz zawaleniem i konieczna jest
jak najpilniejsza rozbiórka),
to znowu widzę siebie jako wiecznie zdechłe
feniksię z cienkiego szkła, które odradza się coraz
bardziej kruche – i leci sypiąc kłującymi odłamkami,
niedotykalne i pełne egotycznej dumy,
by po paru chwilach zmienić się
w grudę topniejącej margaryny.
koj to przypominając, że nie jest tak
najesencyjniej, żadna tam stągiew, z której
wylewa się ogromny potwór, bardziej:
nieudolna metafora, scenariusz napisany babeszjozą,
modlitwa, by nikt nigdy nie rozdeptał kociąt,
niekiedy: wspinaczka na Himalaje żenady,
bez czekana, za to z butlą w łapie
i że moja pomyłka podczas kodowania
nie spowoduje globanego chaosu,
a z rozsypanych cyferek nie powstanie cybernetyczny
neologizm, po wymówieniu którego eksploduje
komputer, na jakim posadowiony jest świat.