Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Może to jesień, mgła, może po prostu niepokój.
Zaduch bram, przerażająca cisza nagich konarów i nieprzyjazne spojrzenia zmrużonych oczu – to wszystko składało się na ciężar nie do udźwignięcia. Dachy domów śmiały się cicho, kiedy ona szła przez ulice pełne błota, nie podwijając spodni. Wiatr bawił się apaszką, którą zawiązała na szyi. Miasto wieczorem, kiedy dzień wcześnie chował głowę do snu, nie było dobrym przyjacielem.
Kupiła sobie różę i teraz szła otulając ją dłońmi bez rękawiczek. Płatki przytulały się do siebie zmarznięte, a ona myślała o chwili, kiedy ogrzeją się i rozwiną w ciszy jej pokoju. Ciekawe spojrzenia przechodniów, zazdrosny wzrok kobiet, które w rękach zamiast kwiata trzymały uchwyty siatek. Człowiek niosący różę jest podejrzany o miłość. W niej nie było miłości tylko pustka pełna dużych i małych rozczarowań. Co ciekawe, nie było w niej też żalu, ale zaspane znużeniem, niedowierzające oczekiwanie. Ból spowszedniał na tyle, by stać się jej dobrym towarzyszem, ale ktoś, kto ją stworzył nie przewidział, że nawet największe pokłady nadziei kiedyś po prostu się kończą. Czy to był właśnie ten moment? Może. Ale w tej chwili było coś pilniejszego niż śmierć – należało bezpiecznie donieść różę do domu i wstawić ją do wazonu.

Miała mamę i tatę, dwóch braci, kota i małe rybki w akwarium - ufne i kolorowe. Pokój na poddaszu dużego domu – słonecznie pomarańczowy, z oknem na wschód i dużą, dębową szafą był miłą kryjówką na takie wieczory jak ten. Tak jak myślała, kwiat zadomowił się w tej przestrzeni i wtapiał w nią małą, czerwoną plamką.
Bujany fotel pojękiwał głośno, kiedy ona kołysała się w przód i w tył, mocząc stopy w czerwonej misce parującej wody. Sięgnęła za siebie i włożyła wtyczkę do gniazdka. Wystarczyło jeszcze tylko nacisnąć jeden z małych guziczków, żeby po pokoju rozlała się muzyka, która nie koi, ale pomaga zrozumieć. Pierwsza łza potoczyła się po ciepłym policzku, zatrzymała się na skraju brody żeby poczekać na drugą. Tańczyły po jej twarzy bezkarnie, choć dotąd uważała płacz za banalną próbę przyciągnięcia czyjejś uwagi. Ale teraz patrzyła na nią tylko dumna róża na wątłej, zielonej szyjce i nie zanosiło się na to, żeby skłoniła głowę i pocieszająco dotknęła jej ramienia.

Lubiła jego jasne oczy a cała reszta też dawała się lubić, i gdyby przyszło do kochania to te oczy zginęłyby w całej masie najprzeróżniejszych rzeczy, które dla niej byłyby najwspanialsze. Dobrze było być przy nim i czuć na sobie uważne spojrzenie pełne młodego błękitu, czytać razem gazety i wyprowadzać psa. Dobrze było wyłączyć w sobie czujność na fałsz i złośliwość, bo w nim tego po prostu nie było. Dobrze byłoby zasypiać w jego ciepłych od jej oddechu ramionach. Powstrzymywała się od kochania, bo nie chciała znów zapychać sobie ust niedorzecznym zachwytem i skakać z wysokiej góry z nadzieją, że tym razem wyrosną jej skrzydła. Poza tym należało wyzbyć się wszelkich uczuć, żeby spokojnie móc odejść. Tak lekkomyślne zauroczenie ściągnęłoby ją na ziemię, podczas gdy ona tęskniła do dolin pełnych światła. Chciała przenikać wszystkowiedzącym wzrokiem misternie utkane wszechświaty, pływać w nieskończoności i biegać w trawach do kolan a nie bać się i troszczyć o rzecz tak niepewną jak czyjąś wzajemność.
Może gdyby on o wszystkim zadecydował za nią, ziemia byłaby pewnym kawałkiem nieba. Zazdrościła dziewczynie, dla której będzie gotowy wyrywać pióra obłokom, ale nie chciała być na jej miejscu by grać cudzą bajkę.
Tego dnia krew w niej popłynęła winem i uderzyła do głowy. Przedtem oblała twarz rumieńcem, który wyglądał zuchwale przy jasnych splotach warkoczy.
Tak chciała siebie kochać, a półsłodki napój czyni ruchy płynniejszymi. Nogi same rwą się do tańca, więc wiruje boso na parkiecie, sama, sama, kręci jej się w głowie, oddech urywany, szybki, gdzieś po drodze gubi się to wszystko, co potrafi zniszczyć człowieka od wewnątrz, teraz ona jest tańcem, taniec jest nią i tańczą.
Wyciąga ręce w bok, w tył, to ugina, to prostuje łokcie i kolana. Włosy wirują złotawym kołem i podskakują na plecach.
Już zadyszana, lecz wciąż pełna siły, zaczyna tracić umiar. Skacze na stół, ze stołu na parapet, dotyka okna nagą stopą, wciąż tańcząc rozsuwa zasłony. Nie wiedzieć kiedy zrzuca biały wazon, który zaraz błyska tysiącem odłamków. Woda cicho płynie tam, gdzie nie powinna, gdy róża jak samotna kochanka leży na środku pokoju. Już rozwinięta, pełna, zmysłowa, prosi, by ją pocałować.
Ale ona całuje szkło, zjada je kawałek po kawałku. Tak, to już teraz, zmęczył ją taniec, zmęczyła bezduszność, okrucieństwo, samotność i najróżniejsze lęki. Krew płynie z bladych ust, ręce brudzą się krwią, a oczy błyszczą szaleńczo w zarumienionej twarzy.
Ona już widzi jasność w wielkim niebieskim spokoju

To jasnobłękitne oczy patrzą na nią tysiącami westchnień. On ją ratuje i trzyma mocno żeby nie mogła się wyrwać. Trzepocze skrzydłami jeszcze chwilę, wierzga, a później daje za wygraną. Nie ma już krwi tylko oddechy i nie ma szkła, to tylko paznokcie błyszczą w splecionych ze sobą dłoniach. Wszystko staje się proste.
On się boi bliskości, ale w niej przytula wszystkie sprawy, gładzi napięte mięśnie, kocha ją każdym pociągnięciem twardych opuszków. Ona nie lubi siebie, bo tak ją nauczyli, ale teraz uczy się na nowo każdego milimetra skóry i wie, że jest piękny dla Niego. Klęczą na środku pokoju i przenikają się cicho. On jej wyrywa wszystkie złe wspomnienia i miażdży mocnym uściskiem dłoni.
Gdy ona żyła czarnym życiem, to jego było bezbarwne. Dla Niego wyciąga schowane farby, rumieni puste chwile, innym nadaje kolory wiosny, aż jest tak, jak być powinno. Przyzwyczajają się do siebie i uczą całkiem bezbronni. Każde należy już do kogoś, by mieć go w czułej opiece. Zeschnięta róża będzie głową w dół uważnie czuwać nad ich domem.

To tylko róża rzeczywiście uschła, ale na szarym kamieniu pomnika. I tylko on ma wciąż jasne oczy, choć jej odejście go trochę przeraziło. Znał w końcu tą biedną dziewczynę, mieszkała na jego osiedlu, czasem czytali razem gazety, raz czy dwa byli na spacerze. Straszne. Śmierć, i tak szybko, tak nagle, tak młodo.
Szmery rozmów to cichną, to wybuchają na nowo podnieconym wulkanem wielogłosu. Brzmią brzydko, tuzin słów na wdechu, bo samobójstwo to ciekawy temat. Skrzeczą splecione tony, tak podobne do tych, co kiedyś zagłuszały jej melodię. Mało kto wiedział, że gdzieś w najcieplejszym zakamarku labiryntu brzmiała w niej czysta nuta. Musiała zerwać to, co naokoło, musiała obrać się jak jabłko z ciała, by ją wyzwolić z fałszywego zgiełku. Pozwolić jej dźwięczeć w ciszy.

Opublikowano

kolejny tekst o samobójstwie...choć napisany ładnie,lotnym językiem. Jest dziwna tendencja że to kobiety tutaj opisują tak bardzo uczucia- podejrzewam że są one(uczucia bohaterki) w pewien sposób związane z czymś co przeżyła autorka...rozumiem,rozumiem, tylko już mnie to trochę nudzi. Brak radości. Bo zawsze może byc gorzej, a jesli gorzej byc nie moze to po co sie martwic? :) ale zle to nie bylo...

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Sam widok oczu byłby dla mnie natchnieniem by znaleźć sens w życiu między naszym spojrzeniem   sama woń perfum dałaby mi nadzieję że bez żadnych słów spotkalibyśmy się w zapachu   samo przytulenie byłoby darem od losu dwojga ciał przeznaczeniem pięknym czarem dotyku   same dźwięki głosu byłyby balsamem w świecie hałasu moim marzeniem   sam spacer za rękę byłby dla mnie Wniebowzięciem a pocałunek cudem na więcej zachłanny nie jestem
    • @Poet Ka   Bardzo dziękuję!  To naprawdę duże słowa. Zależy mi właśnie na tym, żeby tradycja nie była cytatem doczepionym na siłę, tylko czymś, co naturalnie przenika współczesny język - cieszę się, że to widać. Bardzo dziękuję za tak uważne czytanie. Serdecznie pozdrawiam. :) @Wal   Bardzo dziękuję!    Dziękuję - "nieuniknione" to chyba najtrafniejsze słowo, jakie mogłam usłyszeć o tym wierszu. Cieszę się, że to widać. Serdecznie pozdrawiam. :)
    • @Marek.zak1 Chętnie zobaczę, może gdzieś znajdę na YT. Dziękuję :-)
    • Nastał czas deszczu. I deszcz ten… Łzy w swojej obfitości skapują z wielkich fasad kamienic. Z gzymsów i z liści akantu. I z gałęzi jeszcze. I z tych innych, co są splątane ze sobą na wieki…   Spływają kropliście szemrzące strumyki. Szumiące w swojej niemocy. W milczeniu, w swojej skromności nieuchwytnych drżeń.   Płynę, a wraz ze mną ty. Płyniemy cicho na siny skraj. Za las. Za wszelki czas istnienia.   Choć może to tylko ja płynę. Bez ciebie płynę. Choć może…   Nie było nas wiele ze sobą. Pamiętasz? Wiem, że tak było. Ale ja tylko na chwilę. Zobaczyć jak się masz. Ja tu tylko na chwilę. Przelotnie, jak ten deszcz.   A zaraz po mnie jedynie wiatr. Taki lekki powiew wspomnienia na twarzy. I już. Jakby nigdy nic nie było.   Wiesz, ten deszcz dzwoniący (słyszysz jak łka?) skapuje wciąż kropliście i tkliwie. Deszcz we mnie płynący strumieniem kryształowych tchnień. I deszcz ten. I łzy… I ten deszcz odbijający się echem. Idący tryumfalnie jasnym snopem światła. Idący między nas.   Pamiętasz wtedy, kiedy nie było nas?   I mokre plamy na tynku, kiedy przytulam twarz (tu, tu, i tam, i jeszcze tam…) do chropowatej ściany. A na języku...   Na wystawionym, lśniącym i mokrym… Na języku tym okruchy i pył. I łzy... Kiedy całuję mikroskopijne ziarenka kwarcu, smakując je czule jak usta umarłej dawno kochanki.   Kiedy ty. I ty. I tylko ty… W ten deszcz.   W ten czas ułomny. Chwilowy. Zaprzepaszczony. A, co potem? Nic. Tylko przeszłość. Spokojna jak morze. Jak całe niebo… Jak wieczność… Jak my…   (Włodzimierz Zastawniak, 2026-08-02)      
    • @Stary_Kredens   Bardzo dziękuję!    To prawda - choć tyle już o tym napisano, to wzruszenie wraca za każdym razem na nowo, jakby czas nie miał tu żadnego znaczenia. Pozdrawiam serdecznie. @Leszczym   Dziękuję, że tyle o niej napisałeś - to jest dokładnie ten rodzaj obrazu, którego nie da się znaleźć w żadnym archiwum.  Twoja babcia brzmi jak ktoś naprawdę żywy - z honorem, ale i z fantazją, z wymaganiami, którym mało kto mógł sprostać. To chyba bardzo trudne - dorastać obok kogoś, kto mierzy ludzi miarą wojny, kiedy dookoła jest już pokój. Cieszę się, że mogłam choć trochę dotknąć tej historii.   Co do samego Powstania - to pytanie, które historycy do dziś toczą bez jednoznacznej odpowiedzi- decyzja o wybuchu, moment, rachuby polityczne wobec Zachodu , itp. – to wszystko można analizować na chłodno. Ale masz rację, że to nie umniejsza czystości intencji tych, którzy poszli walczyć. Można uznawać decyzję dowództwa za błąd,   (jesteśmy  mądrzy po faktach)  a jednocześnie oddawać cześć ludziom, którzy zapłacili za nią najwyższą cenę. Bo to jest w tym wszystkim najważniejsze.   Pozdrawiam.  @Migrena   Bardzo dziękuję!    Jestem poruszona tym komentarzem. Ująłeś coś, czego sama nie umiałabym tak nazwać - że to nie dziecko zostaje ocalone, tylko "zakonserwowane" w kształcie przedmiotu. To zdanie zostanie ze mną na długo. Dziękuję za tak głębokie czytanie. Serdecznie pozdrawiam.  @Rafael Marius  @Leszek Piotr Laskowski   Bardzo dziękuję! Serdecznie pozdrawiam. 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...