Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano (edytowane)

Blisko dziury zasłoniętej wodą, siedziała na leśnym poszyciu↔jak ten wróbel na dachu, co nie odleciał nawet po wystrzale, chociaż wcale nie dlatego, że był odważny↔ urodziwe dziewczę, a ściślej – księżniczka.

 

Popatrywała nie samotnie, bo z tęsknotą, na owe rozlewisko rozłożyste, zielonkawą wodę, krążącą niedbale po obwodzie, by udawać rwącą rzekę↔co prawda, bez żadnego wyjścia ale zawsze.

 

Pewnego razu, o szarym świtaniu, przechodziła tamtędy: zielona, mała żabka.

Roztropne dziewczę ujrzawszy gościa, nie krzyknęło z obrzydzenia jak jakaś inna, tylko radośnie zarechotała całą gębą.

 

Żabsko zdziwione nieco, zamarło w pół skoku – słupiejąc.

 

A to dlatego, iż żabka poczuła nie tylko mdlący zapach stawu, lecz przede wszystkim: bratnią duszę, patrzącą na nią z uśmiechem.

 

– Jam kontent. Naprawdę! Uciecha w mym serduszku zaiwania – zakumkała żaba, zamieniona w Księżniczkę. – Chociaż po prawdzie, mam powody po temu, aby nie tylko radość okazywać, ale i smutek wpuszczać do jaźni mej. Poradź coś prędko, miła żabko, rodaczko ty moja!

–– To fakt. Wyglądam jak żaba, lecz naprawdę, to jestem z dziada pradziada, pięknym młodzieńcem, co niestety muszę ukrywać. A to wszystko przez tą głupią czarownicę, która podobna do wiedźmy, jak dwie krople krwi. Ona ze mnie uczyniła: pokraczną, przebrzydłą, oślizgłą żabę. Spójrz jak wyglądam! Jak głupi płaz!

– Smutna to historia wielce, ale wrzasnąć muszę! Jak śmiesz obrażać moją czcigodną rodzinę, moich kochanych protopłazów. Nie wspomnę o mnie, bo słów szkoda, na takiego… och doprawdy, nie wiem co powiedzieć, w okowach stresu. Jam żabą wewnątrz.

–– Niech tylko twoi rodzice cię zobaczą. Mniemam, że padną ze wstydu na same dno bajora.

– Jesteś okropny! Wstrętny. I taki idiotycznie suchy! A miejsce na rozum, to ty w ogóle masz? A może jeno, tam gdzie spozieram?

–– Pyskaty z ciebie płaz, dziewucho. Na dodatek świntuszek.

– Jaki tam płaz! Oczu nie masz, głupolu?! Wyglądam durnowato. Przejrzałam ciało w stawie. Od takiego widoku, nawet ryba przemówiła. No cóż… miałeś rację z rodzicami. Rzeczywiście, gdyby mnie zobaczyli… chociaż z drugiej strony, mam do nich trochę żalu.

–– O co? Mówże!

– No wiesz… zmuszali mnie do okropnych rzeczy. Strasznie nudnych i baz sensu. Jednym słowem, badziewiastych.

–– Doprawdy? Do jakich? Bom ciekaw.

– Wstyd mi mówić.

–– Ale mnie nie wstyd słuchać. A poza tym – studnia!

– Co?…. aha, no więc powiem. Otóż przez całe noce musiałam rechotać jak ta głupia. A z czego tu kumkać radośnie, w takim nędznym stawie. Stare żaby nawet nie pomyślały, żeby nam jakieś rozrywki zorganizować.

–– Nie pluj w swoje gniazdo. Nawet ja tego nie czynię. Jak już, to obok.

– Co mi tam po pluciu! Myślisz, że ktoś by zauważył moją symbolikę. W wodzie? Chociaż tak po prawdzie, chciałabym wrócić do swoich. Nawet do starych ropuch. Trochę marudzą, ale cóż… to zawsze ojczyzna, kochani moi.

–– No tak. Wiesz co ci powiem. Na początku byłem trochę niegrzeczny, ale w sumie...

– Sumy są niedobre, bo nas atakują.

–– To zawsze jakaś rozrywka.

– Chwilowa.

–– Zeszliśmy z tematu. Ja też mam kłopot.

– Ty? Jesteś śliczną żabką!

–– Nie zaczynaj znowu, bo… aczkolwiek nieszkodliwe waśnie, miłość wspomagają.

– Miłość? A niby jak? Nieważne pókim dobra. No słucham. Jaki kłopot? A tak a propos, jak to jest, że mówisz po ludzku, a ja ciebie rozumiem, chociaż rechocę po żabiemu, a ty rozumiesz mnie.

–– Wiedźma zawaliła sprawę.

– To znaczy?

–– To znaczy, zostawiła nam po dwa języki.

– Nie zauważyłam. Co prawda, nie liczyłam. Przyznaję.

–– Nie o to biega. To znaczy, jeden rodzony, a drugi ten drugi. Rozumiesz? Inne sprawy dopilnowała.

– To znaczy?

–– Co ciebie napadło, z tym: nie znaczy? Pomyśl trochę!

– To znaczy. Powiedziałeś: nie znaczy.

–– To znaczy, mogę skakać tylko tak daleko, jakby skoczył człowiek. Proporcjonalnie.

– Za to ja mogę skakać tak daleko, jak skacze żaba. Proporcjonalnie. To mi zresztą życie uratowało.

–– Chwila… wiedziałaś? To po co zgrywasz głupią?

– Bo jesteś taki zielono – kochany.

–– Rozumiem. No i co z tym ratowaniem życia?

– Wyobraź sobie. Siedzę przy stawie, jakby nigdy nic, aż nagle podchodzi do mnie… masz ty masz pojęcie… podchodzi! … tfu… człowiek, bodajże płci męskiej. Taki pokraka jak ty. Mówi do mnie, tym swoim słodkim głosem, ociekającym durnowatością, że jestem ślicznym kwiatem w jego sercu, śpiewem słowika, a nie rechotaniem oślizgłych żab. To ja na niego nakumkałam, z naganą w głosie. Masz pojęcie? Nie rechotaniem oślizgłych żab, że powtórzę. Tak mnie obraził, głupi ludź! I mówię, że jestem żabą i wyrządził mi przykrość. Suchy palant człowieczy.

–– A on co?

– Nie uwierzył! Uwierzyłbyś?

–– Tak. To znaczy w co? Że suchy palant?

– Nie. Że jestem żabą.

–– No tak.

– Co no tak? Głupi ludź. Zresztą nie ważne. Chciał mnie dotknąć ludzkim łapskiem. Wtedy skoczyłam kilka kilometrów i jestem tutaj. A poza tym wychwalał bociany, bęcwał jeden!

–– Bociany? Nie wspominaj o bocianach!

– To we mnie powinien być strach, z racji tradycji. I jest.

–– Głupiaś. Nie widzisz, że jestem żabą, chociażby z wyglądu.

– Widzę. To mi dodaje otuchy.

–– Otuchy!? Czy nie rozumiesz płazie jeden, że moich kochanych rodziców, ta głupia wiedźma zamieniła w...

– W bociany?

–– Skąd wiesz?

– Bystra jestem! Nie człowiek.

–– I co mi po tym, przemądrzała... żabko.

– No tak. To rzeczywiście problem. Czy mogłabym ci jakoś pomóc, dopóki jestem takim straszydłem.

–– Owszem, możesz. Tylko jak?

– Nic mi nie grozi, z wyglądu.

–– Doprawdy? Mogą wyczuć w Tobie żabę i rozerwać własną córkę na strzępy, w celu łatwiejszego połykania. Rozumiesz? To zadziorne, fałszywe bestie, wiecznie klekocące o swoim głodzie. Na dodatek z jedną nogą. Widocznie pożerają się nawzajem.

– Bez przesady. Chyba, aż takie bęcwały nie są?

–– No tak. Masz racje. Ale klekotać i narzekać lubią, na wszystko wokół. Czyli mi pomożesz?

– A co! Pomogę!

–– Tylko jest mały problem. Naszą poczciwą krowę, ta bezrozumna czarownica, zamieniła w bezskrzydlatego smoka, co wszystko pożera, gdy jest mu wesoło. A poczucie humoru to on ma. Trzeba mu przyznać. Bocianów nie dostał, bo ciągle krążą. Kochani, wredni, starzy. Tylko jak długo można tak krążyć? No powiedz sama.

– Hmm. To trochę zmienia postać rzeczy. Muszę ci jednak wyznać, że moją cioteczną babkę, ze strony kuzyna, ta głupia wiedźma zamieniła w groźnego szewca… co prawda bez butów, ale za to, z pomysłami, które potrafi wprowadzić w czyn.

–– A gdzie on?

– Skoczę i go dostarczę.

–– Poczekam.

– Już jesteśmy. To mój szewc – to znaczy – cioteczna babka.

–– Nic z tego. Nie znacie bociańskiego.

– Wiedźma zapewne spartoliła robotę.

–– Strasznie mi głupio, że tak was wykorzystuję. Ale sami rozumiecie. Z jednej strony by mnie kochali, a z drugiej, obżerali.

– Rozumiemy. Spoko. Co mamy im przekazać od ciebie – zapytał rozważnie szewc ciotkowy – kiedy już zarżnę smoka?

–– Chcesz naszą jałówkę życia pozbawić? A mleko skąd będziemy brać?

– Wolisz doić smoka?

–– No cóż. W zasadzie jest to trochę niebezpieczne. Zarżnijcie. Przekażcie ode mnie, że bardzo ich kocham i jak tylko powrócę do ludzi, a oni wylądują jako… też ludzie…

– Ja też bym chciała do swoich – zarechotało dziewczę. – Rodziców zapewne gnębi tęsknota za mną. I wszystkie inne kumy. No… może nie wszystkie?

–– Nie są w cokolwiek zamienieni?

– Mam nadzieję. Chyba nie.

 

Po tym uroczym wyznaniu prześlicznej księżniczki, wyszło jednak na jaw, że jej kochanych rodziców, mądra – w tej sytuacji – wiedźma, zamieniła w litościwych dla czytelników: pożeraczy pisarzy, którzy przynudzają.


 

Edytowane przez Dekaos Dondi (wyświetl historię edycji)

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • w czarnym ogrodzie opowiesz mi wszystko   w czarnym ogrodzie nie mogę być blisko   słowa rzucane z kamieniem o drzewo   rozejrzyj się drugi masz serce po lewo   marzę o wiśniach czerwonych na liściach   otwarcie zamknięci miłością ujęci   gorycz otula wiatrem przeklętym   patrzę na Ciebie cieniem objętym   czerni przeniknę zostawię nadzieję   wierzę że wróci   nim się przemienię...   @Achilles_Rasti

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

        Wiersz bliskiej mi osoby... publikuje za jej zgodą :)  
    • Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      z tym zdaniem jest coś nie tak, proponuję zamiast staje się napisać jest, albo zamienić na cięższy. Bardzo dobry tekst.
    • @Migrena  dziękuję za raki odbiór. Pozdrawiam serdecznie.
    • @hollow man  Wiersz wręcz reporterski , brak metafor , sugestywny tytuł. Bez oceny. Mamy tu książkę i niedopitą herbatę, miękkie światło.  .Kobieta pozuje, leży swobodnie, patrzy z czułością.  Powstaje obraz. Pozdrawiam. 
    • Zegar wskazywał już późny wieczór, a w biurze było prawie pusto. Klawiatura komputera stukała w ciszy, wypełnionej tylko szumem klimatyzacji. Karolina siedziała przy biurku, zgarbiona, ze wzrokiem utkwionym w nieskończonej liście e-maili. Każdy nowy komunikat był jak kamień wrzucony do jej już przepełnionego kosza. Nadmiar obowiązków, terminów, nieodpowiedzianych telefonów – wszystko zlewało się w jeden gęsty, nieprzenikniony chaos, który zaciskał się wokół jej umysłu. Patrzyła na ekran, ale nie była w stanie przetworzyć żadnej z informacji. Dłońmi masowała czoło, próbując złapać oddech, ale powietrze wydawało się ciężkie, duszące, jakby każda myśl ważyła tonę. Czuła się, jakby była zatopiona w oceanie zadań, który wciąż się rozrastał, pochłaniając ją coraz bardziej. Wzrok jej błądził, zatrzymując się na półce z filiżankami do kawy, które teraz wydawały się zupełnie nieistotne. Dźwięk telefonu, który nagle zadzwonił, wytrącił ją z zamyślenia, ale tylko sprawił, że poczuła się jeszcze bardziej osamotniona w tym niekończącym się wyścigu. – Tak, Karolino, jeszcze jedno zadanie – powiedział głos w słuchawce. – Będzie trzeba to zrobić na wczoraj. W jej głowie tylko wzbierała cisza. Każdy kolejny dzień stawał się coraz bardziej nie do zniesienia. Przytłoczenie jest jak ciemna chmura wisząca nad głową, która nieustannie rośnie, aż w końcu zapełnia całą przestrzeń. To nie tylko brak czasu, ale nadmiar tego, co musimy zrobić – rzeczy, które wkradają się w nasz umysł, jak hałas, który nie pozwala usłyszeć własnych myśli. Zbyt wiele do zrobienia, za mało przestrzeni na oddech – każdy obowiązek staje się coraz bardziej ciężki, jak kamień na plecach, który zdaje się rosnąć z każdą godziną. Czasem przytłoczenie to nie tylko wielka lawina zadań, ale cichy proces, który wkrada się w naszą codzienność. Niezauważenie przestajemy oddychać pełną piersią. Zamiast żyć, zaczynamy tylko reagować, próbując dotrzymać kroku temu, co nieustannie nas goni. Tłumione emocje, zapomniane potrzeby – wszystko to staje się jednym wielkim ciężarem. Jednak przytłoczenie nie jest nieuniknione. To, co na pierwszy rzut oka wydaje się nie do pokonania, może okazać się tylko falą, która w końcu opadnie, jeśli pozwolimy sobie na moment zatrzymania. Bo przytłoczenie nie jest końcem. To jedynie sygnał, że trzeba zwolnić, posłuchać siebie, oddzielić to, co naprawdę ważne, od tego, co jest tylko dodatkiem. W chwilach, gdy czujemy się przytłoczeni, nie musimy walczyć z ciężarem. Możemy go puścić, oddać to, co nie jest naszym, i znaleźć w sobie przestrzeń do oddychania. To w tej ciszy rodzi się spokój, który pozwala znowu zobaczyć, że życie nie jest serią niekończących się zadań, ale podróżą, w której to, co najważniejsze, może odbywać się w rytmie serca, a nie w tempie zegara.
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...