Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano (edytowane)

CHARLES IVES (1874-1954)

 

 

Music and Lyrics by Charles Ives, USA
Muzyka i słowa: Charles Ives [aiwz]

THE CIRCUS BAND
ORKIESTRA CYRKOWA

All summer long, we boys
Przez całe lato my, chłopcy,
dreamed 'bout big circus joys!
marzyły o wielkich radosciach cyrkowych!
Down Main street, comes the band,
Po głównej ulicy idzie orkiestra.
"Oh! Aint it a grand and glorious noise!"
"O! Czy to nie jest wielki i wspaniały hałas!"

 

Horses are prancing, knights advancing;
Konie galopują, rycerze posuwają się naprzód;
Helmets gleaming, pennants streaming,
Błyszczą hełmy, płyną proporczyki.
Cleopatra's on her throne!
Kleopatra na tronie!
That golden hair is all her own.

Wszystkie te złote włosy należą do niej.

 

Where is the lady all in pink?
Gdzie jest dama w różu?
Last year she waved to me I think,
Chyba machała do mnie w zeszłym roku.
Can she have died? Can! that! rot!
Może umarła? Mogła! Oto! Сholera!
She is passing but she sees me not.
Przejeżdża obok, ale nie widzi mnie.

<1894>

 

Bravura march of "The Circus Band" in a style of "quickstep" with moments of the unexpected rhythmic turns and syncopations, with "wrong notes" of the amateur bands of the small towns is the last of a set of five songs, which Ives called "Five Street Songs". It was written when he was a student at the Yale University.

 

Brawurowy marsz "The Circus Band" w stylu "quickstep" (szybki krok) z  nieoczekiwanych zwrotamy rytmicznymy i synkopamy, z "złymi nutami" zespołów amatorskich z małych miasteczek jest ostatnią z  pięciu piosenek, które Ives nazwał "Five Street Songs". Zostały napisany, gdy był studentem na Uniwersytecie Yale.

 

"Ann Street". Sung by Corinne Curry,
Piano by Luise Vosgerchian

 

Music by Charles Ives
Lyrics by Maurice Morris
Muzyka: Charles Ives
Tekst: Maurice Morris

ANN STREET
ULICA ANNY
Quaint name, Ann street.
Osobliwa nazwa, ulica Anny.
Width of same, ten feet.
Ta sama szerokość, dziesięć stóp.
Barnums mob - Ann street,
Tłum Barnuma - Ulica Anny,
Far from obsolete.
Nigdy nie przestarzała.

 

Narrow, yes. Ann street,
Wąskie, tak. Ulica Anny,
But business, both feet.
Ale biznes, obiema stopami.

(Nassau crosses Ann Street)
(Ulica Nassau przecina ulicę Ann Street)
Sun just hits Ann street,
Słońce właśnie uderza w ulicę Ann,


Then it quits - some greet!
Potem się kończy - jak pozdrawiam!
Rather short, Ann street...
Raczej krótka, ulica Anny ...
<1921>

 

Ann Street is a metaphor for a great success and unavoidable end of a rather short life of any human being in spite of any success and failure. Ann street is one of the Manhatten`s streets in New York. There was a famous museum of Phineas Taylor Barnum (P.T. Barnum), the American Museum, in it, the one that was set on fire after a severe bombardment of New York by the U.S. Navy which was ordered to destroy the Irish rebels in downtown. Ann a street is also a metaphor for the New York business life.

 

Ulica Anny (Ann Street) to metafora wielkiego sukcesu i nieuchronnego końca raczej krótkiego życia każdego człowieka, pomimo wszelkich sukcesów i porażek. Ann Street to jedna z ulic Manhattena w Nowym Jorku. Było tam słynny muzeum Phineas Taylora Barnuma (P.T. Barnum), American Museum, które zostało podpalono po ciężkim bombardowaniu Nowego Jorku przez marynarkę wojenną USA, która miała zniszczyć irlandzkich rebeliantów w centrum miasta.

 

 

Ann Street to także metafora życia biznesowego Nowego Jorku.

 

Ann Street is one of the oldest streets in Manhattan (first appears on a map in 1728), only three blocks long, and located in the Financial District. Barnum's American Museum was located on the corner of Ann Street and Broadway.


Ann Street to jedna z najstarszych ulic na Manhattanie (po raz pierwszy pojawia się na mapie w 1728 roku), ma tylko trzy przecznice i znajduje się w dzielnicy finansowej. Barnum's American Museum znajdowało się na rogu Ann Street i Broadway'u.

 

Ives marks that the song should be sung "Fast and Noisily".
Ives zwraca uwagę, że piosenkę należy zaśpiewać "Szybko i Głośno".

 

"Ann Street". Sung by Roberta Alexander. 

"Ulica Anny". Śpiewana przez Robertę Alexander.

 

"Ann Street" is the 25th song in Ives's song collection 114 Songs. The text originally printed in the New York Herald Tribune was written by the newspaper poet Maurice Morris. Little is known about the writer.


"Ulica Anny" to 25 piosenka z kolekcji 114 piosenek Ivesa. Tekst pierwotnie wydrukowany w "New York Herald Tribune" został napisany przez poetę z tej  gazety Maurice'ego Morris'a. Niewiele wiadomo o tym poetu.

 

SONG ON "THE OTHER SIDE OF PIONEERING" 

 

 

Music by Charles Ives
Lyrics by Charles James Sprague (1823-1903)
Muzyka: Charles Ives
Tekst: Charles James Sprague (1823-1903)

THE INDIANS
INDIANIE
Alas! for them their day is o'er,
Niestety! dla nich ich dzień się kończy,
No more, no more for them the wild deer bounds,
Nigdy więcej, nie ma już dla nich granic dzikich jeleni,
The plough is on their hunting grounds;
Pług jest na ich terenach łowieckich;
The pale man's axe rings through their woods,
Topór białego człowieka dzwoni w ich lasach,
The pale man's sail skims o'er their floods;
Żagiel białego człowieka ślizga się po ich powodzi;
Beyond the mountains of the west
Za górami na zachodzie
Their children go to die.
Ich dzieci umierają.
<1921>

 

 

Everyone is precious, genocide is the eveliest enemy of diversity and future of the human race, of its biological and social survival.
Każdy jest cenny, ludobójstwo jest największym wrogiem różnorodności i przyszłości rasy ludzkiej, jej biologicznego i społecznego przetrwania.

 

***

 

Innovative and original music by Charles Ives reminds by its sound that of the ancient modes of the Near East. Some modern works of the Persian composer only seem to be the contemporary and modernistic, Western ones, because de facto they originate from the traditional Oriental music.

 

Nowatorska i oryginalna muzyka Charlesa Ivesa przypomina dawne style Bliskiego Wschodu. Niektóre ze współczesnych dzieł kompozytorów perskich wydają się być tylko współczesne i modernistyczne, zachodnie, bo tak naprawdę wywodzą się z tradycyjnej muzyki orientalnej.

 

 

The song of "Mowj (The Wave)" in a traditional music mode "(dastgah-e) nave" by a Persian composer Siyavash Beizai from the poem by Fereydoun Moshiri. Sung by an outstanding Persian soprano singer Shagayegh Kamali who performs the traditional, folkloric songs. The sound makes even remember Schoenberg rather than Ives. Believe it or not, but all new is well-forgotten old!

 

Pieśń "Mowj (Fala)" w tradycyjnym trybie muzycznym "(dastgah-e) nawa" perskiego kompozytora Siyavasha Beizai z wiersza Fereydouna Moshiriego. Śpiewana przez wybitnej perskiej sopranistkę Shagayegh Kamali, która wykonuje tradycyjne pieśni ludowe. Dźwięk przypomina nawet Schoenberga, a nie Ivesa.
Wierzcie lub nie, ale analogi wracają!

 

 

Edytowane przez Andrew Alexandre Owie (wyświetl historię edycji)

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Krótki, ostrzegawczy szmer poprzedził huk, który rozszedł się w ciemności podziemia, głośny do tego stopnia, że z nadmiarem wypełnił pustą do tej pory przestrzeń zmysłów. Ryk żołądka fabryki jeszcze chwilę kaskadował, a Karol zdał sobie sprawę z tego co właśnie usłyszał - jedna z wielkich gór węgla musiała runąć na ziemię.

      Odurzony dziecięcą fascynacją, chłopiec z powrotem włączył latarkę, otrzepał spodnie, i ruszył w drogę powrotną. Wszystkie pomieszczenia zdawały się jałowe, ich osnowa tajemniczości leżała poszarpana w strzępach tłustych pajęczyn, lecz kiedy wreszcie Karol skierował wzrok latarki na drzwi pierwszego pokoju, ciemność nie ustąpiła ani kroku. Pierwszy raz dzisiaj jedenastolatka ogarnął prawdziwy strach, nie ten napędzający wolę walki, czy wzniecający pożądanie zakazanego, ale najprostszy, dziecięcy strach, ten sam, który każe chłopcowi bać się wilkołaków lub kosmitów. Przez chwilę, Karol stał wpatrując się w ścianę czerni, nie wiedząc nawet co ze sobą zrobić, aż instynktownie rzucił się ku zaspie wyrzucając z niej pojedynczo kolejne grudki węgla. Każdy wyrzucany kamyczek zdawał się być od razu zastępowany następnym i następnym, a niektóre zwalały do środka jeszcze więcej gruzu, aż rozsypywał się on pod butami chłopca. W panice Karol odrzucił latarkę, nadal żarzącą się w rogu pokoju, aby obiema rękoma wyryć sobie drogę przez zaspę. Kolejnymi, długimi zamachami wyrzucał sprzed siebie garści kamienia, jakby płynął w ciemności, jak niedoświadczony pływak - nieważne ile energii nie wkładający w swe ruchy, zastygły w miejscu. Chłopiec poczuł na sobie ciepły dotyk, a kiedy spojrzał w dół, zobaczył, że wokół jego paznokci zbiera się krew. Karol cierpiał na tę przypadłość, przez którą mdlał na widok własnej krwi. Jej mezalians z węglowym pyłem odbierał mu powoli wzrok. Musiał zrobić sobie przerwę, lecz praktycznie całą posadzkę pokoju pokrywały rozrzucone grudki węgla, przeszedł więc on do następnego pokoju, gdzie padł dopiero na ziemię, wychładzając się z pierwszego przypływu adrenaliny. Próbując racjonalnie myśleć, zdjął z siebie zimową kurtkę, pod którą zdążył się już porządnie spocić, wytarł w jej futro brudne dłonie i ustabilizował oddech. Przez jego gardło przeszedł najbardziej donośny krzyk na który mógł się zdobyć. Wzywał pomocy w regularnych odstępach, a jego ślina gęstniała z każdym kolejnym przełknięciem.

      Rozpłakał się. Spływające, gorące i ciężkie łzy, wytyczyły ślady w czarnym pyle pokrywającym jego policzki. Nie miał czasu się wstydzić, szlochał prawdziwie rozdzierająco, to znów przechodził w przerywany oddech, mamrotał pod nosem, lub trwał w całkowitej ciszy, gdzie tylko lekkie spazmy oznaczały rozpacz. Rozbolała go głowa, a ciemność przed nim zaczęły wypełniać finezyjne kształty i kolory, przypominające wygaszacz ekranu z domowego komputera - fioletowe i niebieskie wstążki zwijały się wokół Karola, kurczyły i pulsowały, uciekały na chwilę, i wracały z drugiego krańca wizji. Rozłożył się na posadzce, i mógłby przysiąc, że gdzieś w tle rozlega się kolejny szkolny dzwonek. Zatkał uszy palcami, a hałas trwał w najlepsze. Jak alarm przeciwpożarowy, nieprzerwany brzęk wdrążał się w jego mózg, tupot uczniowskich kroków na schodach wybijał marszowny, wojskowy krok, jakiegoś pośpiesznego i niecierpliwego wojska, głodnego krwi i śmierci. Tupot. Tupot. Trupot. Nieprzerwane bębny kołatającego serca. Karol zerwał się na równe nogi, a jego głowa pozostała na ziemi. Formy przed oczami przypominały lany w andrzejki wosk. Świetliste kontury składały się w rude gwiazdozbiory. Rude. Nitki rudych włosów trzepotały na wietrze ciała szklistego. Karol nachylił się, żeby je pocałować, a one odfrunęły pod sam sufit, nęcąc go po kolei swoją bliskością, tylko po to, aby uciec w ostatnim momencie. Zlizana z warg sól zdawała się teraz smakować owocową pomadką do ust. Truskawki. Kiedy jego mama usługiwała sąsiadom, aby zarobić na związanie początku miesiąca z końcem, zabierała go ze sobą do ogródka, on plewił chwasty, a ona zbierała z krzewów owoce - dojrzałe i ponętnie czerwone w skwarnym, letnim słońcu. Jego dłonie w roboczych rękawiczkach nie mogły się równać jej, czerwonym i gładkim, jak wyrobiony w korycie rzeki kamień.

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Krótki, ostrzegawczy szmer poprzedził huk, który rozszedł się w ciemności podziemia, głośny do tego stopnia, że z nadmiarem wypełnił pustą do tej pory przestrzeń zmysłów. Ryk żołądka fabryki jeszcze chwilę kaskadował, a Karol zdał sobie sprawę z tego co właśnie usłyszał - jedna z wielkich gór węgla musiała runąć na ziemię. Odurzony dziecięcą fascynacją, chłopiec z powrotem włączył latarkę, otrzepał spodnie, i ruszył w drogę powrotną. Wszystkie pomieszczenia zdawały się jałowe, ich osnowa tajemniczości leżała poszarpana w strzępach tłustych pajęczyn, lecz kiedy wreszcie Karol skierował wzrok latarki na drzwi pierwszego pokoju, ciemność nie ustąpiła ani kroku. Pierwszy raz dzisiaj jedenastolatka ogarnął prawdziwy strach, nie ten napędzający wolę walki, czy wzniecający pożądanie zakazanego, ale najprostszy, dziecięcy strach, ten sam, który każe chłopcowi bać się wilkołaków lub kosmitów. Przez chwilę, Karol stał wpatrując się w ścianę czerni, nie wiedząc nawet co ze sobą zrobić, aż instynktownie rzucił się ku zaspie wyrzucając z niej pojedynczo kolejne grudki węgla. Każdy wyrzucany kamyczek zdawał się być od razu zastępowany następnym i następnym, a niektóre zwalały do środka jeszcze więcej gruzu, aż rozsypywał się on pod butami chłopca. W panice Karol odrzucił latarkę, nadal żarzącą się w rogu pokoju, aby obiema rękoma wyryć sobie drogę przez zaspę. Kolejnymi, długimi zamachami wyrzucał sprzed siebie garści kamienia, jakby płynął w ciemności, jak niedoświadczony pływak - nieważne ile energii nie wkładający w swe ruchy, zastygły w miejscu. Chłopiec poczuł na sobie ciepły dotyk, a kiedy spojrzał w dół, zobaczył, że wokół jego paznokci zbiera się krew. Karol cierpiał na tę przypadłość, przez którą mdlał na widok własnej krwi. Jej mezalians z węglowym pyłem odbierał mu powoli wzrok. Musiał zrobić sobie przerwę, lecz praktycznie całą posadzkę pokoju pokrywały rozrzucone grudki węgla, przeszedł więc on do następnego pokoju, gdzie padł dopiero na ziemię, wychładzając się z pierwszego przypływu adrenaliny. Próbując racjonalnie myśleć, zdjął z siebie zimową kurtkę, pod którą zdążył się już porządnie spocić, wytarł w jej futro brudne dłonie i ustabilizował oddech. Przez jego gardło przeszedł najbardziej donośny krzyk na który mógł się zdobyć. Wzywał pomocy w regularnych odstępach, a jego ślina gęstniała z każdym kolejnym przełknięciem. Rozpłakał się. Spływające, gorące i ciężkie łzy, wytyczyły ślady w czarnym pyle pokrywającym jego policzki. Nie miał czasu się wstydzić, szlochał prawdziwie rozdzierająco, to znów przechodził w przerywany oddech, mamrotał pod nosem, lub trwał w całkowitej ciszy, gdzie tylko lekkie spazmy oznaczały rozpacz. Rozbolała go głowa, a ciemność przed nim zaczęły wypełniać finezyjne kształty i kolory, przypominające wygaszacz ekranu z domowego komputera - fioletowe i niebieskie wstążki zwijały się wokół Karola, kurczyły i pulsowały, uciekały na chwilę, i wracały z drugiego krańca wizji. Rozłożył się na posadzce, i mógłby przysiąc, że gdzieś w tle rozlega się kolejny szkolny dzwonek. Zatkał uszy palcami, a hałas trwał w najlepsze. Jak alarm przeciwpożarowy, nieprzerwany brzęk wdrążał się w jego mózg, tupot uczniowskich kroków na schodach wybijał marszowny, wojskowy krok, jakiegoś pośpiesznego i niecierpliwego wojska, głodnego krwi i śmierci. Tupot. Tupot. Trupot. Nieprzerwane bębny kołatającego serca. Karol zerwał się na równe nogi, a jego głowa pozostała na ziemi. Formy przed oczami przypominały lany w andrzejki wosk. Świetliste kontury składały się w rude gwiazdozbiory. Rude. Nitki rudych włosów trzepotały na wietrze ciała szklistego. Karol nachylił się, żeby je pocałować, a one odfrunęły pod sam sufit, nęcąc go po kolei swoją bliskością, tylko po to, aby uciec w ostatnim momencie. Zlizana z warg sól zdawała się teraz smakować owocową pomadką do ust. Truskawki. Kiedy jego mama usługiwała sąsiadom, aby zarobić na związanie początku miesiąca z końcem, zabierała go ze sobą do ogródka, on plewił chwasty, a ona zbierała z krzewów owoce - dojrzałe i ponętnie czerwone w skwarnym, letnim słońcu. Jego dłonie w roboczych rękawiczkach nie mogły się równać jej, czerwonym i gładkim, jak wyrobiony w korycie rzeki kamień.
    • @Charismafilos  wiersz nie jest o tym:)) .Zaskakujące skojarzenie ;) Dziękuję  @Marek.zak1

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      Dziękuję, nie znałam tego. Sprawdziłam i rozumiem aluzję . Spokojnej nocki;))  @Mel666 Bardzo trafne odczytanie.  Serdecznie dziękuję.  Uściski.

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @wiedźma nie wiem czy się nie mylę, ale dla mnie jest to wiersz o przemocy. Psychicznej, fizycznej....ale ukrytej. Tak o nim mysle po pierwszym czytaniu. Jest świetny!
    • ?trwałość pamięci*   upłynnij wymowę cz chupa chups w kwiatek czy chmurkę   od lat podnosi  poziom serotoniny staś dla nel zdobyłby chupsa zamiast chininy    logo zbyt  późno powstało avida słodycz salvadora dolar   galowe logo którego nie czupiają się zegary co zostało  osiemdziesiąt dziewięć    przełom zabrał malarza cukierek poszedł do kosza  papierek pozostał  w dłoni   * Nawiązanie do tytułu jednego z obrazów S.Dalego.
    • @Poet Ka i dziękuję za wszystkie lajki i komentarze. Wiele dla mnie znacza
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...