Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Koleżanka z mego biura

stojąc wczoraj przy śmietniku

obiecała, że już jutro

zrobi dla mnie fiku - miku

 

nie wiedziałem, co powiedzieć

więc jedynie wybąkałem

ależ owszem, oczywiście

dawno o tym już myślałem.

 

Rozpalony niczym konar

ten płonący w palenisku

nocą oka nie zmrużyłem

myśląc o niej i ognisku

 

snułem wizje marzyciela

na polanie w środku lasu

zrobi mi to fiku miku

po mistrzowsku, bez hałasu.

 

Tak też było bo po pracy

usiedliśmy pod jałowcem

koleżanka Bernardeta

ze mną, czyli z H. Jakowcem

 

wyobraźcie teraz sobie

me zdziwienie do sześcianu

ona wydobyła kartkę

mówiąc proszę, daję panu.

 

ф q - μ q

 

Opublikowano

aż nie wierzę drogi Heniu

żeś zakończył na literach

wersja dla nas ludków z orgu

Twa wypowiedź nie jest szczera

 

rozumiemy żona dzieci

żaden szczegół wyjść nie może

Tyś cnotliwy jest nad wyraz

składasz łapki "Panie Boże"

 

ja serducho Ci postawię

bo jak zwykle fajnie prawisz

co przeżyłeś sza... po sprawie

w innym wierszu nam przedstawisz

 

:))

Pozdrawiam

 

Opublikowano

@Jacek_Suchowicz

Jakże mogło być inaczej

ja do dziś udaję Greka

Bernardeta zaszła w ciąże

mnie rozmowa z żoną czeka

 

nie wiem jak się wytłumaczę

myślę nad tym intensywnie

wszystko zwalę na hormony,

że to one impulsywnie

 

zadziałały z taką siłą,

że mój opór niknął z czasem

dalej sobie sam dośpiewasz

ja pozdrawiam Cię tymczasem

 

i o wstrzemięźliwość proszę

po co rany rozdrapywać

proszę nie mów nic nikomu

gdyby chcieli podpytywać.

 

Pozdrawiam

Opublikowano

@Waldemar_Talar_Talar

Bardzo proszę nie przesadzaj

na patelni się pomieszczą

jednak pewne to, że mrówki

wniebogłosy jeszcze wrzeszczą

 

dla nich to ogromne głazy,

które swym ciężarem nagle

ocierając się o siebie

przepuszczały jak przez magle

 

choć broniły się zaciekle

na nic była ich obrona

kiedy na mnie Bernadeta

siadła lekko rozkraczona

 

tego było już za wiele

ciężar nie do udźwignięcia

uciekały gdzie pieprz rośnie

wyjąc z bólu i z przejęcia.

 

Serdecznie pozdrawiam

 

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   Klaustrofobia podziemi rosła, im bardziej puste okazywały się kolejne pomieszczenia, nagie i ascetyczne w swoich małych pokutach. Brakowało jednego przejścia, aby cały poziom tworzył jeden spójny cykl, krąg piekieł, albo aureolę na głowie kościoła przemysłu. 

        Zderzony z ostatnią ścianą, Karol odwrócił się, żeby spojrzeć na ślady butów wybite w zalegającym prochu. Nie martwiąc się o pobrudzone spodnie, usiadł na ziemi i, aby nie musieć zamykać oczu, wyłączył latarkę. Rozczarowanie. Nienasycenie. Karol był zawiedziony - nawet nie fabryką, lecz samym sobą. Ciemność trzymała go w serdecznym uścisku, ale nadal dało się wyczuć drżenia przestrzeni z każdym przejeżdżającym samochodem, a spomiędzy zawieszonej pleśni przebijał się zapach płynu do prania. Może właśnie o to chodziło? Centrum zniewolenia jesteśmy my sami, próbujemy uciekać w egzotyczne kraje lub kariery, a mimo tego i tak nie możemy nigdzie znaleźć miejsca brutalnie prawdziwego, brudnego absolutu istnienia. Człowieka chowa się czystego, a dopiero jego zadaniem jest samogwałt - wyrwanie ze swoich trzewi czegoś, czym faktycznie można by powiedzieć, że się jest (bo przecież chyba nie ,,piątoklasistą”?). Mały chłopczyk zastanowił się nad zdjęciem z siebie wszystkich ubrań (o zgrozo - ubrań ,,do szkoły”), nad pozbyciem się fetoru higieny. Nie, to nie to, to byłoby głupie - myśli chłopaka wróciły z powrotem pod ziemię.

        Strużki wody zostawiały rude ścieżki spływając powoli po ścianach. Kiedy Karol z rodzicami mieszkali jeszcze w biedzie, w nędznym domku pod miastem, całe dnie upływały mu w jego ,,bazie” - wciśniętej pomiędzy rosnące na działce drzewa a siatkę ogrodzenia. Ze wstydem wspominał do dzisiaj dzień, kiedy grupka dzieci w jego wieku, w czystych ubraniach, na kolorowych rowerach, zapuściła się w jego ulicę (co było na tyle niezwykłą rzadkością, że jest to jedyna taka sytuacja, jaką Karol pamiętał), aż spotkali go, skulonego w swojej kryjówce. Z dziecinną ochotą próbowali z nim zacząć rozmowę, lecz on, jak nieoswojony dzikus, nie był nawet w stanie spojrzeć im w oczy. Speszeni, ruszyli dalej błotnistą drogą, która prowadziła chyba tylko do jakiejś żwirowni (sam Karol nigdy nie zagłębił się w tę uliczkę dalej niż koniec jego działki), najpewniej zapominając o dziwaku już w następnej minucie. Lecz Karol pamiętał to do dzisiaj. Pamiętał, jak po długiej minucie wreszcie dotarł do niego sens sytuacji, rzucił się on wtedy biegiem przez działkę, wyskakując spomiędzy krzaków na otwarte pole, biegł przez wysoką trawę z nadzieją zobaczenia jeszcze błysku ich plecaków, lecz przywarł wreszcie policzkiem do ogrodzenia, a na uliczce panowała absolutna cisza. Karol-dzikus wyrywał się z jakiegoś rezerwatu, wracając teraz na powierzchnię świadomości chłopca, jakby między rurami piwnicznej kotłowni odnalazł komfort zapomnianej bazy. 

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...