Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano (edytowane)

BASHANA HABA-A

 

„BaShana HaBa'a” (hebr. בשנה הבאה, „Następny rok”) to izraelska piosenka z 1970 roku z muzyką Pani  Nurit Hirsch i tekstem  Pana Ehud'a Manor'ego. Piosenkę po raz pierwszy wykonał duet Ilan & Ilanit.

 

Ilanit - Bashana Haba-a 

 

Niewątpliwie jest to dzieło różnorodne, wielopłaszczyznowe, chwytając prawdopodobnie coś archetypowego, ma prostą i złożoną formę, łącząc trudny, bardzo dynamiczny rytmiczny rym literacki i muzyczny. Melodia i tekst  są ze sobą nierozerwalnie związane.

 

 

Text jest uważany za nieprzetłumaczalny, ale został doskonale przetłumaczony na niemiecki i polski (Maciek Froński). Jednak jego przetłumaczenie jest wyzwaniem, polega na tym, jak rozwiązać złożone równanie lub udowodnić twierdzenie, które do tej pory nie zostało udowodnione.

 

Żydowska grupa muzyczna a cappella Shir Soul - „Bashana Haba'ah”

 

מילים: אהוד מנור
לחן: נורית הירש

בשנה הבאה
בשנה הבאה נשב על המרפסת
ונספור ציפורים נודדות.
ילדים בחופשה ישחקו תופסת.

בין הבית לבין השדות.

 

מקהלה:

עוד תראה, עוד תראה
כמה טוב יהיה
בשנה ־ בשנה הבאה.

(פעמיים)

 

ענבים אדומים יבשילו עד הערב
ויוגשו צוננים לשולחן,
ורוחות רדומים ישאו אל אם הדרך
עיתונים ישנים וענן.

 

מקהלה

 

בשנה הבאה נפרש כפות ידיים.

מול האור הנגר הלבן
אנפה לבנה תפרש באור כנפיים
והשמש תזרח בתוכן.
<1970>

 

 

Text: Ehud Manor
Muzyka: Nurit Hirsch
Zacznie się nowy rok

Zacznie się nowy rok,
Siądziemy przytuleni
Patrząc jak ptaków klucz niebo tnie.
Dzieci rój tuż o krok,
Za domem wśród zieleni,
Będzie znów w berka grać w wolne dnie.

Refren:
Uwierz mi, uwierz mi,
Przyjdą wnet dobre dni,
Tylko niech zacznie się nowy rok,
Uwierz mi, uwierz mi,
Przyjdą wnet dobre dni,
Tylko niech zacznie się nowy rok.

 

 

Wróci chęć, żeby jeść
Czerwone winogrona –
Kiść na stół, no i cóż więcej chcieć?
Senny wiatr przegna gdzieś
Po świata czterech stronach
Gazet kłąb, stary druk, jakiś śmieć.
 
Refren:
Uwierz mi, uwierz mi…
 
Zacznie się nowy rok
I słońce tak zapała,
Że aż je mógłby kto brać do rąk.
Skrzydła, gdy pierzchnie mrok,
Rozłoży czapla biała,
Jakby chcąc ująć w nie złoty krąg.


Refren:
Uwierz mi, uwierz mi…

(Tłumaczenie: Maciek Froński) 

 

"Dieses Jahr" - Bashana Haba-a w języku niemieckim - Daliah Lavi

 

Lyrics by Ehud Manor
Music by Nurit Hirsch
IN THE YEAR TO COME

In the year to come
We"ll sit as we sit now
On our porch and will count the birds.
Our kids in the yard
Will play tag all around,
On vacation, their voices be heard.

 

Chorus:
So next year, I suppose,
All will be as it was!
Right you are, right you are, right you are!
(twice)

 

'Viens chanter, viens danser' - Yaffa Yarkoni

 

The red grapes will again
Grow ripe until the twilight
To be served at our table, cold and fresh.
Dropping off to sleep well
The wind will drive a cloud
Of the wayside print paper and trash.

 

Chorus

 

In the year to come
We"ll turn our palms towards sunlight,
Towards the radiant flowing light.
A white heron not far
Will stretch its wings wide out,
And the Sun will peep out and shine.

(Trans. By Andrew Alexandre Owie) 

 

Text: Michael Prostějovský, wykonanie: Waldemar Matuška i Eva Pilarová

 

Rozrzucona po całym świecie piosenka zachowała melodię, która była uważana za folklorystyczną w każdym kraju, w którym ludzie się w niej zakochali, ale zdobyla nowe słowa.

 

Aref عارف‎  - Koochoolu  (1973) کوچولو

 

We Francji ona jest znana jako „Będziemy śpiewać, będziemy tańczyć” ('Viens chanter, viens danser' ), w Czechach i na Słowacji jako „Błąd się nie liczy” ('Zmýlená Neplatí'), w Iranie jako „Moja laleczka” ('Kochooloo'  کوچولو ) i tak dalej.

 

 

Edytowane przez Andrew Alexandre Owie (wyświetl historię edycji)
Opublikowano

Dobra robota Maćka Frońskiego. Jednak tłumacz googla też sobie poradził tłumacząc dosłownie (tak dla porównania);

 

Słowa: Ehud Manor
Kompozytor: Nurit Hirsch

 

Następny rok
W przyszłym roku usiądziemy na werandzie
I policzymy ptaki wędrowne.
Dzieci na wakacjach zagrają chwytliwe.

Między domem, a polami.

 

chór:

Zobaczysz, zobaczysz
Jak dobrze to będzie
W roku - w przyszłym roku.

(Dwa razy)

Czerwone winogrona dojrzewają wieczorem
I zostaną podane na zimno do stołu,
Uśpione wiatry przeniosą się na matkę drogi
Stare gazety i chmura.

chór

W przyszłym roku rozłożyliśmy ręce.

Przed białym światłem stolarza
Biała czapla rozpościera skrzydła w świetle
A w jego zawartości wzejdzie słońce.

Opublikowano (edytowane)

Zmýlená neplatí

 

Lá, lá, lá-la-la-lá, la-la-lá-la-la-lá,
la-la, lá-la-la-lá, la-la-lá.


Léta jdou, spěchají
a svíčky, ty se málem
najednou už na náš dort nevejdou.
Fůru chyb ukryl čas,
smyl půvab dětským hříchům,
ledacos víme líp nežli dřív.


Žít je lék, je to dar,
ať jsi mlád nebo stár,
zmýlená neplatí, neplatí.

 

Refren:
Omylům splácíš daň,
hledáš mou něžnou dlaň,
zmýlená neplatí, neplatí.
Zmýlená neplatí,
to nejlíp asi vědí
ti co jsou na počet let bohatí.


Žít je hra, je to pryč,
ke správným dveřím najít klíč
je fór, zmýlená neplatí.
Žít je lék, je to dar...
Ať si mlád nebo stár...

 

Refren


Omylům splácíš daň,
hledáš mou něžnou dlaň,
zmýlená neplatí, neplatí.
La-la-lá, la-la-lá, la-la-lá, la-la-lá,
zmýlená neplatí, neplatí.
La-la-lá, la-la-lá, la-la-lá, la-la-lá,
zmýlená neplatí, neplatí.
La-la-lá, la-la-lá, la-la-lá, la-la-lá,
zmýlená neplatí, neplatí...

 

 

Edytowane przez Andrew Alexandre Owie (wyświetl historię edycji)
Opublikowano
KOOCHOOLU MY LITTLE ONE
مردم از دست تو دیگه بسه دو رویی
یا این رو یا اون رو کوچولو
دست به دست میکنی زدستم گریزی
مثال یه آهوکوچولو
پریشون میکنی من وچون گیسویت
از این سو به اون سو کوچولو
من و با دلم رو به بازی گرفته
دوچشم و دو ابرو کوچولو
 
تو چشمام نگاه کن بارون پشت شیشه
تو دلم آتیش کوچولو
تو من و سوزوندی میون آتیش نشوندی
واسه همیشه کوچولو
اون عهدی که بستی تو دستت شکستی
مگه نه تو بگو کوچولو

 

 

 

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Krótki, ostrzegawczy szmer poprzedził huk, który rozszedł się w ciemności podziemia, głośny do tego stopnia, że z nadmiarem wypełnił pustą do tej pory przestrzeń zmysłów. Ryk żołądka fabryki jeszcze chwilę kaskadował, a Karol zdał sobie sprawę z tego co właśnie usłyszał - jedna z wielkich gór węgla musiała runąć na ziemię.

      Odurzony dziecięcą fascynacją, chłopiec z powrotem włączył latarkę, otrzepał spodnie, i ruszył w drogę powrotną. Wszystkie pomieszczenia zdawały się jałowe, ich osnowa tajemniczości leżała poszarpana w strzępach tłustych pajęczyn, lecz kiedy wreszcie Karol skierował wzrok latarki na drzwi pierwszego pokoju, ciemność nie ustąpiła ani kroku. Pierwszy raz dzisiaj jedenastolatka ogarnął prawdziwy strach, nie ten napędzający wolę walki, czy wzniecający pożądanie zakazanego, ale najprostszy, dziecięcy strach, ten sam, który każe chłopcowi bać się wilkołaków lub kosmitów. Przez chwilę, Karol stał wpatrując się w ścianę czerni, nie wiedząc nawet co ze sobą zrobić, aż instynktownie rzucił się ku zaspie wyrzucając z niej pojedynczo kolejne grudki węgla. Każdy wyrzucany kamyczek zdawał się być od razu zastępowany następnym i następnym, a niektóre zwalały do środka jeszcze więcej gruzu, aż rozsypywał się on pod butami chłopca. W panice Karol odrzucił latarkę, nadal żarzącą się w rogu pokoju, aby obiema rękoma wyryć sobie drogę przez zaspę. Kolejnymi, długimi zamachami wyrzucał sprzed siebie garści kamienia, jakby płynął w ciemności, jak niedoświadczony pływak - nieważne ile energii nie wkładający w swe ruchy, zastygły w miejscu. Chłopiec poczuł na sobie ciepły dotyk, a kiedy spojrzał w dół, zobaczył, że wokół jego paznokci zbiera się krew. Karol cierpiał na tę przypadłość, przez którą mdlał na widok własnej krwi. Jej mezalians z węglowym pyłem odbierał mu powoli wzrok. Musiał zrobić sobie przerwę, lecz praktycznie całą posadzkę pokoju pokrywały rozrzucone grudki węgla, przeszedł więc on do następnego pokoju, gdzie padł dopiero na ziemię, wychładzając się z pierwszego przypływu adrenaliny. Próbując racjonalnie myśleć, zdjął z siebie zimową kurtkę, pod którą zdążył się już porządnie spocić, wytarł w jej futro brudne dłonie i ustabilizował oddech. Przez jego gardło przeszedł najbardziej donośny krzyk na który mógł się zdobyć. Wzywał pomocy w regularnych odstępach, a jego ślina gęstniała z każdym kolejnym przełknięciem.

      Rozpłakał się. Spływające, gorące i ciężkie łzy, wytyczyły ślady w czarnym pyle pokrywającym jego policzki. Nie miał czasu się wstydzić, szlochał prawdziwie rozdzierająco, to znów przechodził w przerywany oddech, mamrotał pod nosem, lub trwał w całkowitej ciszy, gdzie tylko lekkie spazmy oznaczały rozpacz. Rozbolała go głowa, a ciemność przed nim zaczęły wypełniać finezyjne kształty i kolory, przypominające wygaszacz ekranu z domowego komputera - fioletowe i niebieskie wstążki zwijały się wokół Karola, kurczyły i pulsowały, uciekały na chwilę, i wracały z drugiego krańca wizji. Rozłożył się na posadzce, i mógłby przysiąc, że gdzieś w tle rozlega się kolejny szkolny dzwonek. Zatkał uszy palcami, a hałas trwał w najlepsze. Jak alarm przeciwpożarowy, nieprzerwany brzęk wdrążał się w jego mózg, tupot uczniowskich kroków na schodach wybijał marszowny, wojskowy krok, jakiegoś pośpiesznego i niecierpliwego wojska, głodnego krwi i śmierci. Tupot. Tupot. Trupot. Nieprzerwane bębny kołatającego serca. Karol zerwał się na równe nogi, a jego głowa pozostała na ziemi. Formy przed oczami przypominały lany w andrzejki wosk. Świetliste kontury składały się w rude gwiazdozbiory. Rude. Nitki rudych włosów trzepotały na wietrze ciała szklistego. Karol nachylił się, żeby je pocałować, a one odfrunęły pod sam sufit, nęcąc go po kolei swoją bliskością, tylko po to, aby uciec w ostatnim momencie. Zlizana z warg sól zdawała się teraz smakować owocową pomadką do ust. Truskawki. Kiedy jego mama usługiwała sąsiadom, aby zarobić na związanie początku miesiąca z końcem, zabierała go ze sobą do ogródka, on plewił chwasty, a ona zbierała z krzewów owoce - dojrzałe i ponętnie czerwone w skwarnym, letnim słońcu. Jego dłonie w roboczych rękawiczkach nie mogły się równać jej, czerwonym i gładkim, jak wyrobiony w korycie rzeki kamień.

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Wiechu J. K. taka na odległość rzęs

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @Wiechu J. K. Każdy z nas ma jakieś "gdzieś gdzie jeszcze nie był a bardzo chce" Pozdrawiam serdecznie 
    • @Wiechu J. K. zielsko anielsko

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @aff dziękuję Agatko  Twoje słowa są niezwykle budujące

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • Krótki, ostrzegawczy szmer poprzedził huk, który rozszedł się w ciemności podziemia, głośny do tego stopnia, że z nadmiarem wypełnił pustą do tej pory przestrzeń zmysłów. Ryk żołądka fabryki jeszcze chwilę kaskadował, a Karol zdał sobie sprawę z tego co właśnie usłyszał - jedna z wielkich gór węgla musiała runąć na ziemię. Odurzony dziecięcą fascynacją, chłopiec z powrotem włączył latarkę, otrzepał spodnie, i ruszył w drogę powrotną. Wszystkie pomieszczenia zdawały się jałowe, ich osnowa tajemniczości leżała poszarpana w strzępach tłustych pajęczyn, lecz kiedy wreszcie Karol skierował wzrok latarki na drzwi pierwszego pokoju, ciemność nie ustąpiła ani kroku. Pierwszy raz dzisiaj jedenastolatka ogarnął prawdziwy strach, nie ten napędzający wolę walki, czy wzniecający pożądanie zakazanego, ale najprostszy, dziecięcy strach, ten sam, który każe chłopcowi bać się wilkołaków lub kosmitów. Przez chwilę, Karol stał wpatrując się w ścianę czerni, nie wiedząc nawet co ze sobą zrobić, aż instynktownie rzucił się ku zaspie wyrzucając z niej pojedynczo kolejne grudki węgla. Każdy wyrzucany kamyczek zdawał się być od razu zastępowany następnym i następnym, a niektóre zwalały do środka jeszcze więcej gruzu, aż rozsypywał się on pod butami chłopca. W panice Karol odrzucił latarkę, nadal żarzącą się w rogu pokoju, aby obiema rękoma wyryć sobie drogę przez zaspę. Kolejnymi, długimi zamachami wyrzucał sprzed siebie garści kamienia, jakby płynął w ciemności, jak niedoświadczony pływak - nieważne ile energii nie wkładający w swe ruchy, zastygły w miejscu. Chłopiec poczuł na sobie ciepły dotyk, a kiedy spojrzał w dół, zobaczył, że wokół jego paznokci zbiera się krew. Karol cierpiał na tę przypadłość, przez którą mdlał na widok własnej krwi. Jej mezalians z węglowym pyłem odbierał mu powoli wzrok. Musiał zrobić sobie przerwę, lecz praktycznie całą posadzkę pokoju pokrywały rozrzucone grudki węgla, przeszedł więc on do następnego pokoju, gdzie padł dopiero na ziemię, wychładzając się z pierwszego przypływu adrenaliny. Próbując racjonalnie myśleć, zdjął z siebie zimową kurtkę, pod którą zdążył się już porządnie spocić, wytarł w jej futro brudne dłonie i ustabilizował oddech. Przez jego gardło przeszedł najbardziej donośny krzyk na który mógł się zdobyć. Wzywał pomocy w regularnych odstępach, a jego ślina gęstniała z każdym kolejnym przełknięciem. Rozpłakał się. Spływające, gorące i ciężkie łzy, wytyczyły ślady w czarnym pyle pokrywającym jego policzki. Nie miał czasu się wstydzić, szlochał prawdziwie rozdzierająco, to znów przechodził w przerywany oddech, mamrotał pod nosem, lub trwał w całkowitej ciszy, gdzie tylko lekkie spazmy oznaczały rozpacz. Rozbolała go głowa, a ciemność przed nim zaczęły wypełniać finezyjne kształty i kolory, przypominające wygaszacz ekranu z domowego komputera - fioletowe i niebieskie wstążki zwijały się wokół Karola, kurczyły i pulsowały, uciekały na chwilę, i wracały z drugiego krańca wizji. Rozłożył się na posadzce, i mógłby przysiąc, że gdzieś w tle rozlega się kolejny szkolny dzwonek. Zatkał uszy palcami, a hałas trwał w najlepsze. Jak alarm przeciwpożarowy, nieprzerwany brzęk wdrążał się w jego mózg, tupot uczniowskich kroków na schodach wybijał marszowny, wojskowy krok, jakiegoś pośpiesznego i niecierpliwego wojska, głodnego krwi i śmierci. Tupot. Tupot. Trupot. Nieprzerwane bębny kołatającego serca. Karol zerwał się na równe nogi, a jego głowa pozostała na ziemi. Formy przed oczami przypominały lany w andrzejki wosk. Świetliste kontury składały się w rude gwiazdozbiory. Rude. Nitki rudych włosów trzepotały na wietrze ciała szklistego. Karol nachylił się, żeby je pocałować, a one odfrunęły pod sam sufit, nęcąc go po kolei swoją bliskością, tylko po to, aby uciec w ostatnim momencie. Zlizana z warg sól zdawała się teraz smakować owocową pomadką do ust. Truskawki. Kiedy jego mama usługiwała sąsiadom, aby zarobić na związanie początku miesiąca z końcem, zabierała go ze sobą do ogródka, on plewił chwasty, a ona zbierała z krzewów owoce - dojrzałe i ponętnie czerwone w skwarnym, letnim słońcu. Jego dłonie w roboczych rękawiczkach nie mogły się równać jej, czerwonym i gładkim, jak wyrobiony w korycie rzeki kamień.
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...