Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

 

 

Nie wiem, czy zwracasz się tylko do Marcina, bo jego cytujesz, ale co do wspomnianego przez Ciebie pielęgnowania to jest to jedna z najpiękniejszych czynności, jakie może człowiek wykonywać.

A co do przewrotności tytułu... :) to  musi taki być, aby coś przewrócić ;)

Pozdrowienia

 

 

 

 

@Marcin Krzysica  podziękowania za serce

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Zaraz Ci udowodnię, że się z Tobą nie zgadzam:D Wprawdzie tylko w jednej kwestii, ale jakże ważnej.

 

Na temat miłości i tego czym jest owa siła, można by długo dyskutować. Co jeśli wziąć pod lupę miłość metafizyczną? Zapewne znasz moje opowieści piotrowe, tam jest dużo metafizyki, ale wracając;
Załóżmy że nie ma już przedmiotu miłości (kochana osoba umarła) i jakkolwiek dotarło do nas że go nie ma, to niepodobna wyobrazić sobie, że nie ma go/tej miłości wcale. 

Więc tu się z Tobą nie zgodzę, że wtedy nie ma już miłości, jak to napisałeś. To jest było i będzie w naszych zmysłach, wyobrażeniach. Pamiętamy o marności i znikomości życia doczesnego, dlatego też chcemy zachować pewną czystość. Są ludzie, którzy z łatwością (choć może to niewłaściwe słowo) potrafią oddzielić to co było, od tego co jest i iść dalej, naprzód, wziąć jak to powiedziałeś ster w swoje ręce i szukać szczęścia i nie ma w tym, ani nic złego, ani nic dziwnego. Człowiek potrzebuje drugiego człowieka, pragnie miłości, bo to nadaje życiu prawdziwy sens, ale są też i tacy, którzy pomimo iż potrafią przekraczać samego siebie, bo tak poniekąd pojmujemy metafizykę, to jednak porządek poznania uważają za wtórny wobec uczucia jakim jest miłość, lub jej brak. 
Tak więc temat trudny, a samo zjawisko miłości jeszcze bardziej:)

 

 

A i owszem Iw odniosłam się do komentarza Marcina z racji tego, że mnie ten komentarz zaczepił, jest ciekawy, ale nie tylko, do Twojego również, pisząc o okolicznościach i fazach. Ujęłam to ogólnie, bo nie widzę potrzeby cytowania każdego. Kończąc odniosłam się także do tytułu, więc wszystko o wierszu pod wierszem:) 

Co do pielęgnacji zgadzam się z Tobą w stu procentach. Tytuł idealnie przewrócił myślenie;) Pozdrawiam.
 

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

 

To dla mnie rdzeń Twojego wiersza, jego wspaniała, decydująca i rozstrzygajaca wypowiedź, dlatego mogłaby, według mnie, być jego silnym i pozostającym w pamięci zakończeniem, które nie epotrzebuje dalszego rozwinięcia... Z tą wypowiedzia też się zgadzam, lecz dołączę do niej pewne "ale": "jeśli masz w sobie zdolność kochania", bo w odróżnieniu do powszechnej i wciąż obecnej w nas zdolności grzeszenia, możemy ją stracić lub jej nie rozwinąć... Chociaż na pewno wszyscy mamy w sobie jej potencjał. Pozdrawiam :)

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

 

No tak, sporo ludzi żyje i umiera tylko z potencjalnością, a szkoda.

Ten rdzeń jest u mnie w środku :) żart ;)

Nie chciałabym być źle zrozumiana z tym nicnierobieniem bo bardzo często miłość objawia się i sprawdza w działaniu. I tak też powinno być gdy ukochana przez nas osoba potrzebuje namacalnej, konkretnej, fizycznej pomocy. Natomiast bywają okoliczności, gdy możemy (jeśli potrafimy, mamy tę zdolność) doenergetyzować miłością na odległość. Ale Ty to wiesz :)

Dzięki i również pozdrawiam  :) 

Opublikowano

@iwonaroma  Fundamentalnie nie zgadzam się z wierszem. Grzechem rzeczywiście są takie czyny jak zabójstwo, kradzież, gwałt etc. I tak, to prawda, większość tego nie robi. Co jednak katolicy co niedziela powtarzają i będą powtarzać do grobu? ... Mową, myślą, uczynkiem i zaniedbaniem... Oto jak zgrzeszyłem. Nie zadzwoniłem do dziadków, choć bardzo czekali, nie zatrzymałem się pogadać z bezdomnym, zbyłem swoje dziecko, które chciało mi pokazać jaką fantastyczną zabawę wymyśliło, rzuciłem złym słowem, które będzie w kimś kiełkować przez lata, choć zapomnę go za dwie minuty... Można tak bez końca. Bycie odpowiednikiem niemego kamienia nie jest więc wcale rozwiązaniem. Ktoś mógłby skwitować, że powyższe przykłady to właśnie to ,,nic". To nie jest wcale ,,nic". To z tysięcy takich drobnostek składa się nasze życie i to w nich tak naprawdę waży się nasza świętość.

Kochać to znaczy cały czas wychodzić do drugiej osoby. To wymaga czasu, zaparcia i wysiłku, a wbrew pozorom nie jest samo w sobie wcale łatwe. Umiejętność do kochania trzeba w sobie bez przerwy ćwiczyć, aż nie wejdzie w krew. Wtedy dopiero jest łatwe jak oddech i intuicyjne. Nie wcześniej. Człowiek z natury jest egoistyczny, lecz miłość (zdefiniowana jako bezwarunkowe dążenie do dobra drugiego człowieka) jest tego egoizmu zaprzeczeniem. W tym świetle droga do świętości to droga do okiełznania swojej natury- ponownie- nie jest to łatwe.

Nie jest na szczęście też znowu tak katastrofalnie jak to opisałem, bo nie jesteśmy na tej drodze sami. Wystarczy tylko prosić o pomoc, a On ją da.

I tym optymistycznym akcentem zakończę swój wywód, amen :)

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

 

Tomku :) jak dobrze, że użyłeś znaku zapytania oraz słowa 'chyba', bo moje "dzieło " rozpuchłoby się a potem rozsypało  :);)

Dzięki i pozdrowienia również 

 

 

 

 

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

 

 

:) A ja fundamentalne z Twoim komentarzem :) no, nie tak z całym ;)

Podane w wierszu grzechy celowo zostały użyte, aby dobitnie ukazać wysiłek konieczny do ich wykonania. Oczywiście mamy mnóstwo pomniejszych grzechów i do każdego potrzebny jest wysiłek. Złodziej musi się wysilać logistycznie i konceptualnie (na ile oczywiście jego ograniczony umysł mu pozwoli :)). Do chorej babci się nie zadzwoni ale potem trzeba to jakoś wytłumaczyć, skłamać, sprawa może  się  ciągnąć w nieprzyjemny sposób, pojawią się wyrzuty (babci i sumienia) a jak jeszcze babcia umrze to wyrzuty sumienia mogą nam towarzyszyć długo. 

Ale... nie zadzwolilismy, bo nam się nie chciało, czy mieliśmy powód? Ukradliśmy z pazerności, czy byliśmy śmiertelnie głodni? etc.itp.

Następną kwestia - piszesz, że  z miłością trzeba cały czas wychodzić do drugiego człowieka. A co z miłością do siebie? Wychodzenie CAŁY CZAS na zewnątrz skutkuje wyczerpaniem, konieczny jest czas na doładowanie siebie.

Oczywiście, dostajemy z góry mnóstwo energii do kochania/służenia innym ( znam przyklad kobiety - drobnej :) - która podniosła samochód, by wydostać spod kół swoje dziecko) ale potem potrzebny jest odpoczynek. Takie są realia wydolności ciała fizycznego (ale także emocjonalnego jak i umysłowego) - ruch i odpocznienie, ruch i odpocznienie.  

Ten niemy kamień... :) nie mów, że tak to zrozumiałeś :) kochający człowiek, który jest daleko też może pomóc. Miłość to określony typ energii, dla której czas i przestrzeń nie stanowią problemu. Oczywiście, by się nią w ten sposób dzielić trzeba ją najpierw mieć. I tu zgoda - trzeba nad sobą pracować, doskonalić się, ale taka praca przynosi radość :) Jeśli będziemy straszyć ludzi mozołem, 

niewyobrażalnym wysiłkiem- to nie podejmą się tego. I nawet ksiądz ze straszeniem o piekle nic tu nie wskóra. 

Trochę chaotycznie coś odpowiadam :)

 

 

 

 

 

@milczenie owiec  podziękowania :)

Opublikowano

@iwonaroma  Niemy kamień to tylko taka metafora na osobę, która robi dosłownie nic ;)

Zacznijmy od tego, że każda czynność, nawet najprostsza wymaga wysiłku. Nawet oddychanie czasem go wymaga.

Podane przeze mnie przykłady grzechów miały pokazać, że istnieje cała kategoria przewinień, które popełnieniamy robiąc nic, ignorując coś/kogoś, albo używamy minimum energii (np. obrażenie kogoś). Czy można z tego wywnioskować, że grzech jest czymś prostym? Nie, ponieważ mamy też przykłady na to, że może wymagać dużo wysiłku. Jedynym logicznym wnioskiem jest zatem stwierdzenie, że nie możemy jasno sklasyfikować jego trudności popełnienia.

Przemawia też za tym powszechność grzechu. Gdyby bezgrzeszne życie było proste, to czemu jednak tak nie żyjemy? To prawda, nie popełniamy (w większości) wielkich zbrodni i przestępstw, ale jednak czystego konta nie mamy.

Przechodząc do tematu miłości- odnoszę wrażenie, że mamy inne jej definicje ;)

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

 

Może to z tego wynika nieporozumienie. Kiedy piszę, że miłość jest trudna, nie mam na myśli syzyfowego trudu kochania. Łakniemy miłości całymi sobą, szukamy jej przez całe życie- jesteśmy przecież do niej stworzeni. Jednak ta jej oczywistość i naturalność, nadal wymaga od nas wysiłku. Osoba za oceanem pomaga bardziej tylko będąc, czy raczej pamiętając codziennie wysłać jakiegoś króciutkiego SMSa, albo dzwoniąc co jakiś czas? Oczywiście nie musi to być zawsze wysiłek wielki, lecz stoi za nim przeorientowanie swojego myślenia z siebie na drugą osobę.

Czy powinniśmy się więc martwić, że jest to harówa bez końca? Nie, powinniśmy być wdzięczni za to co już udało się nam zrobić :) I nie jest to też praca bez nagrody, bo czy muszę tłumaczyć, że gdy się kocha, życie nabiera kolorów (i większego sensu)?

Pozdrawiam

 

Opublikowano (edytowane)

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

 

No - wiadomo :) z tym kamieniem.

Zgoda, że czynności wymagają  wysiłku, ale czy zawsze? Chory człowiek oczywiście oddycha z wysiłkiem, ale zdrowe niemowlę? Poza tym czynności, które sprawiają nam autentyczną radość czyni się tak lekko... wschodni nazywają to działaniem bez działania (wu wei ). 

Oczywiście masz rację że spektrum grzechów jest przeogromne, i niektóre takie, które na pierwszy rzut oka wydają się nie być grzechami np. grzech zaniechania. Rozumiem Twój protest, że nicnierobienie jest w takie sytuacji złe. Ale to zawsze trzeba rozpatrywać indywidualnie. Czasem pomocą jest nieudzielenie pomocy. 

Pytasz, dlaczego powszechnie grzeszymy jeśli założylibysmy zgodnie z moim poglądem, że do grzechu potrzebny jest wysiłek.  

Z głupoty :) z ignorancji, wdruków społecznych i rodzinnych. Z choroby, cierpienia, depresji, zazdrości etc.  Są oczywiście świadome przypadki czynienia zła ( i przy tym bardzo sprawne, perfidne) ale na szczęście to wyjątki. 

Co do definicji... cóż, można mnożyć :) miłość niejedno ma imię ale energia jest jedna w tym względzie - scalająca. To co dzieli, rozwala, niszczy - też używa energii, ale nie scalającej  :)

 

Mam pytanie do Ciebie:

 

lekkie jak piórko - 

 

ciężkie ja kamień - 

 

Gdzie umieściłbyś miłość a gdzie grzech? 

 

wg mnie miłość czyni lekkim, radosnym, bezwysiłkowym

 

a grzech ciężkim, coraz bardziej ciężkim. 

 

To oczywiście w konsekwencji, bo na początku może  faktycznie miłość wydaje się trudem a grzech łatwością. Ale to pozór.

 

No to namieszałam :);)

 

Pozdrowienia 

 

 

 

 

 

:) Grzesiu skąd wiedziałeś, że będę wieczorem odpisywać? ( odnośnie życzeń miłego wieczoru, które pisałeś lekko po południu :))

Odwzajemniam oczywiście :)

No tak, uciekamy, czasem od wszystkiego ... a wystarczyłoby tylko od złego...  ale ja taka mądra jestem tylko teoretycznie :) Nie raz nie dwa zdarzaly mi się ucieczki od dobrego.. z własnej nieprzymuszonej głupoty :);)

Dzięki za serce 

 

 

 

@Sylwester_Lasota  :) podziękowania 

Edytowane przez iwonaroma (wyświetl historię edycji)
Opublikowano

@iwonaroma czy zabić człowieka sprowadza się do.... "porąbać, zakopać, zatopić"... ciało? Czy tylko o ciało chodzi...? 

Kolejne pytanie kto komu przewrócił myślenie? I dlaczego "nam"? Kto kryje się za użytym w tytule "nam" ? Czy piszesz również w moim imieniu? 

Poezja to język, styl, smak, metafora.... w twoim tekście jest, jak dla mnie, tylko teza i powtórzenia. 

Oj nie, pozdrówka

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Opublikowano

Z jednej strony to prawda, że nam wmówiono, że grzech jest łatwy, ale z drugiej - Kain zabił Abla z własnej inicjatywy...

Nie zgadzam się jednak, że miłość jest łatwa - samo  o d c z u w a n i e  miłości - może tak, ale okazywanie jej to zwykle wielki wysiłek, nawet jeśli jest to wysiłek radosny.

 

Pozdrawiam

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

 

 Oczywiście, mówi się o trudzie miłości ale mam wrażenie, że to bardziej jest do zaobserwowania z zewnątrz, wewnątrz człowiek jest radosny w tym trudzie, a więc lekki. Poza tym pozostawia po sobie lekkość natomiast grzech ciągnie się za człowiekiem jak kula u nogi. 

 

 

 

 

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

 

:) zawsze można się przyczepić do uogólnień, nikt ich nie lubi, bo niejako zabierają nam indywidualność, jednostkowy ogląd i przeżywanie rzeczywistości. Rozumiem to. Ale czasem trudno jest coś zapisać by uniknąć tego i owego. Część się zgodzi, część się nie zgodzi. Bywa, że nikt się nie zgodzi :) Czasami zgadzają się wszyscy, ale to rzadkość i nie u mnie ;) Ale ja aż tak nie chcę się certolić w moich tekstach czy coś jest dla kogoś prawdziwe, słuszne etc. Piszę co mi w duszy gra :) zresztą , chyba każdy z nas to robi...

Zawsze można olać i nie czytać ( to do @w kropki bordo  :)) jeśli coś notorycznie nie pasuje). 

Wrażliwie czytasz, że wiersz to zapis chwili, w ktorej tak a nie inaczej odczuwamy, myślimy, postrzegamy... już następnego dnia może być przecież całkiem inaczej :) bo coś lub ktoś przewrócić nam myślenie ;)

Zdrówka serdeczne 

 

Opublikowano (edytowane)

@iwonaroma  W przytoczonej przez ciebie analogii dokonałbym pewnie takiego wyboru jak ty (piórko- miłość, kamień-grzech), ale dokonałbym go myśląc o wpływie na mnie, (jak z resztą mówisz) a nie o ciężarze wykonania. Ponownie- gdyby grzeszenie było trudne, mniej ludzi by grzeszyło.

I już ostatni przykład, że miłość to nie ,,hopsiuptralalala": ile siły i cierpliwości wymaga w okresie niemowlęcym bycie rodzicem? Ile trzeba znosić dla takiej małej osóbki, która jeszcze bardzo nieporadnie umie tę miłość odwzajemnić?

Pozdrawiam serdecznie :)

Edytowane przez dmnkgl (wyświetl historię edycji)
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

 

:) widzę, że jesteś cierpliwy w ukazywaniu swojego stanowiska :)

No tak... opieka nad nad dzidziusiem a opieka np.nad zniedołężniałą teściową, która deklarowala nam nienawiść.. te same czynnosci a jednak ... ciężar opieki jakby inny... Zgoda, miłość czasem wymaga większego wysiłku, zwłaszcza w stosunku do osób, które nas nie lubią, nawet nienawidzą ale znoszenie go w stosunku do osoby, która nas kocha, akceptuje bądź jest przynajmniej neutralna to jest na pewno lżejsze :) (nawet jak jest ciężkie ;))

Z tym grzeszeniem to ja akurat podtrzymuję swoje stanowisko. Ludzie nagminnie grzeszą z głupoty, ignorancji gdyż jesteśmy jednością i szkodzenie drugiemu jest w konsekwencji szkodzeniem samemu sobie. Ponieważ tego tak od razu nie widać - jest jak jest. 

Również serdecznie pozdrawiam :)

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   - Oby Njord podarował nam dobre wiatry, moje dzieci – mawiał ojciec do Vivian i Hespera przed każdym wejściem na statek. Łowili dorsze i halibuty, czasem homary. Morze zazwyczaj było spokojne. 

        W domu nie głodowali. Nawet jeśli dzieciom po wielu godzinach rejsu zaczynała doskwierać monotonia i rozrabiały na pokładzie, to pracę ojca darzyły szacunkiem. Co dzień na stół trafiała świeża ryba. 

        Hesper był kłopotliwym chłopcem. Wspinał się na maszty i pokazywał język wołającym za nim marynarzom. Bujał się na linach, rozplątywał supły. Nierzadko przemycał na pokład farby i pędzle, skrzętnie ukryte pod kamizelką.  Każdego popołudnia ktoś zmywał mopem namalowane przez niego murale. Załoga pokpiwała z jego dzieł inspirowanych Alidą Withoos. Jemu mówili, że niewieścieje, a między sobą szeptali o jego talentach. Twierdzili, że ma potencjał na wielkiego artystę, lecz nikt nigdy nie powiedział mu tego w twarz.

        Vivian na morzu odnajdywała spokój, którego nie mogła zaznać na lądzie. Uwielbiała wpatrywać się w bezkresne wody i słuchać ich szumu. Wyobrażała sobie, co kryje się za horyzontem. Dopiero gdy jod dostawał się do jej nozdrzy czuła, że naprawdę oddycha. Ścigali się z Hesperem w ilości złowionych ryb. Przed zmrokiem ojciec ważył ich zdobycze. Zwycięzca otrzymywał tabliczkę czekolady. Hesper przeważał siłą fizyczną i niemal zawsze pokonywał starszą siostrę.

        Ojciec dbał, by jego dzieci miały fach w ręku. Uczył ich wiązać węzły, sprawdzał czy pamiętają ich nazwy i zastosowanie; pokazywał jak zarzucać sieci i jak uniknąć szkorbutu, kazał im uczyć się na pamięć każdej części pokładu. Tym samym zapewniał im przyszłość, wyjście awaryjne, gdyby ich plany się nie powiodły.

        Przed zachodem słońca, kierując się do portu, stawali we trójkę na dziobie i podziwiali horyzont. Pewnego razu zadał im pytanie poprzedzone ociężałym westchnieniem, jak gdyby przez długi raz zbierał się do tego, co ma powiedzieć.

        - Powiedzcie mi, dziatki, macie jakieś marzenia?

        - Być bogatym! – wykrzyknął od razu Hesper, którego sny o zostaniu światłym malarzem zostały stłamszone przez złośliwości marynarzy. 

        Vivian zastanawiała się przez moment. Do tej pory nie rozmyślała nad swym losem, nie szukała sensu istnienia. Do szczęścia wystarczyły jej wyprawy w morze i słuchanie szumu fal. Cieszyło ją, że rodziny nie dotyka głód. 

        - Pragnę spokojnej duszy, tato – powiedziała. Uśmiechu ojca nie było widać pod gęstym wąsem, ale zawsze wiedziała, kiedy się pojawiał – A ty? 

        - Ja już mam wszystko, co miałem… choć jest jedna rzecz, o której marzę skrycie każdej nocy…

        - Co to takiego? – spytało równocześnie rodzeństwo. Nie mogli doczekać się, aż usłyszą nową historię.

        - Jak myślicie, co znajduje się za horyzontem? – każdą opowieść ojciec poprzedzał pytaniem. 

        Nieznane lądy? Nowe cywilizacje? Dzikusy? Skarby? Koniec świata?, padały odpowiedzi i fakt – każda z nich mogła być tą poprawną, lecz on na myśli miał tylko jedną. 

        - Zgadza się, moi mali. Mnóstwo, mnóstwo skarbów…

        - Co to za skarby? – Hesperowi oczy zabłysły na wieść o bezpańskich bogactwach.

        Ojciec roześmiał się ciepło.

        - Oczka ci się świecą, synku – pogładził chłopca po głowie – Pewnie widzisz już te wszystkie skrzynie ze złotem i klejnotami, które zostawili po sobie piraci. Tak, to też znajdziemy na wyspie Hollowstone, lecz prawdziwy skarb kryje się w jaskini przy brzegu.

        Dzieci milczały, w napięciu czekając na to, co dalej usłyszą; zachwycały się obrazami tworzącymi się w ich głowach.

        - Można tam wpłynąć tylko łodzią. Podobno na środku jeziora rośnie drzewo o liściach czerwonych jak krew i miękkiej, brunatnej korze. Mówi się, że jego sok zapewnia zdrowie na pięćdziesiąt lat! Żadna choroba nie jest ci straszna! 

        Zapał ostygł w sekundę. Vivian i Hesper spodziewali się usłyszeć o górach monet. Zdrowia oboje mieli w dostatku.

        - Teraz mnie nie rozumiecie, ale z czasem… z czasem sami dojdziecie do tego, jak bardzo jest to ważne.

        - Jak tam się dostać, tato? - zapytała Vivian po kilku minutach ciszy, podczas których ojciec wpatrywał się markotnie w horyzont. Z westchnieniem wyprostował plecy.

        - I to, moja córeczko, jest najtrudniejsze do wykonania… Otóż drogę na wyspę mogą wskazać jedynie duchy żeglujące po Morzu Dusz od początku istnienia. Kiedyś powstała pieśń, która przywołuje je i wszystkich, którzy spoczęli pod falami, chcąc napić się soku z drzewa Arbivon. 

        - Dlaczego ten sok nie daje nieśmiertelności. Ja nie chcę umierać! - zawołał rozczarowany Hesper, na co ojciec roześmiał się serdecznie. 

        - Prędzej, czy później wszystko obróci się w proch. Poza tym, gdzieś tam czeka na nas lepsze miejsce - powiedział, spoglądając w niebo.

        Wszystkich bywających w porcie ludzi Vivian i Hesper znali od najmłodszych lat. Kiedy przychodzili z ojcem, marynarze i ich żony głaskali ich czule po łowach, pytając o zdrowie. Przed wejściem na statek ojciec lubił uciąć sobie pogawędkę z kobietami żegnającymi mężów. Rodzeństwo oglądało wtedy kilkumetrowy, strzelisty monolit. Czytali na głos wyryty na nim cytat: Pamięci tym, co wybrali Morze i spoczęli na jego dnie. Pod spodem spisano nazwiska żeglarzy, którzy nie powrócili ze swoich wypraw i zostawili rodziny.

        Nocami ojciec chwytał za lupę i przy świetle kilku świeczek studiował mapy. Latami szukał informacji o Hollowstone. Wertował książki, wypytywał kolegów i co jakiś czas zagajał starego Hermita, nie skorego do wspominek. Jak trafił na właściwy trop, nigdy rodzinie nie ujawnił. Pewnego poranka wszedł do kuchni z tobołkiem na plecach i oznajmił, że zbiera załogę. Ucałował żonę, pokrzepił dzieci i rzucił na stół garść monet i zwinięty w rulon papier - testament mający wejść w życie po roku jego nieobecności. 

        Vivian co świt i po zmierzchu wyruszała z latarnią na plażę. Wypatrywała statków powracających do portu. Składała modły, by na którymś pokładzie wracał do niej jej ojciec. Bogowie jednak nie byli łaskawi. Dni mijały, ewoluując w tygodnie, miesiące, aż w końcu i lata. Dopiero skończywszy osiemnaście lat, Hesper przestał wypytywać w każde urodziny, czy tata zjawi się z prezentem. Dorosłość rodzeństwo osiągnęło pod okiem jedynie matczynym, pod okiem smutnym i wyczerpanym. Nazwisko Carsena Vissera zostało wyryte na monolicie na wieki.

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach




×
×
  • Dodaj nową pozycję...