Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Jestem Zając Wielkanocny. Wywracam się z jajkami i z czymkolwiek. W tym cały kłopot. Roznoszę dzieciom łakocie w koszyczku, gdy przychodzi na to czas. Albo raczej mieszankę – od czasu do czasu – gdy akurat padam na pysk, wlatując pyszczkiem do wspomnianej kobiałki.

 

Dlaczego zostałem Zającem Wielkanocnym Ekstra – zapytacie. Po prostu miałem trudne dzieciństwo. Po trudnym dzieciństwie, trudną młodość. Po trudnej młodości – już wszystko miałem trudne. Pracowałem jako zamiatacz ulic, pomywajec, pucybut, listonosz. Aż wreszcie – przez pomyłkę – wysmarowałem czarną pastą, długie szare uszy, po sam czubek ich skromności – a że do tych uszów doczepiony był Stary Skromny Zając – to w ten sposób go poznałem [później to już go wszyscy rozpoznawali – chyba wiecie po czym].

 

Stary Zając – w ramach kary – kopnął mnie w zadek w czasie mycia uszu, następnie wybaczył i rzekł do mnie: "Rzuć to wszystko w stado diabłów. Tak będzie lepiej dla ciebie, dla mnie i ludzkości całej. Zostań Zającem Wielkanocnym Ekstra. Znajdziesz szacunek i poważanie wśród latorośli wszelakiej. Prześladować cię będą, roześmiane mordki, w dobrym tego słowa, słodkim znaczeniu. No co! Ruchy ruchy. Nie czyń sobie jaj z dzieci. Słowo się rzekło"

 

Rzuciłem wszystko w diabły, które w popłochu uciekły, bo nawet sam diabeł nie wytrzyma, gdy rzucić w niego wszystkim. Zostałem Zającem Wielkanocnym Ekstra. Z wrażenia padłem na miedzę i ten tik pozostał mi do dzisiaj. Strasznie mieszam w koszyku, ale gdy z całego serca pragnę, to nawet wiem... co i po co! Dzieci często nie wiedzą co jedzą. Ale swój honor mam. Nie rezygnuję. Kiedyś jakiś rodzic, krzyknął mi prosto do ucha: „Hej zając!!! Ta cała wiklina tworząca twój koszyk, jest mniej poplątana, niż twoje wyobrażenie, o tym co robisz.” Hmm.

 

Tyle mnie to wszystko obchodzi, co mego ogona z tyłu. Zwykłe, ludzkie gadanie. Zapomniałem wam powiedzieć, że złym ludziom, podkładam zgniłe pyry. Zgniłe bardziej mnie cieszy, kiedy mogę to oddać złemu człowiekowi [no chyba,że się pomylę i oddam dobremu]. A poza tym zgniłą pyrę trudniej stłuc. Za co? Obojętnie za co. Gość dostaje prezent w całości. W końcu to też ssak. Taki jak ja. Dlatego przeważnie jako całość, trafiają do adresata – zazwyczaj starego łobuza z niewyparzoną gębą.

 

Różne przypadki chodzą po ludziach i zającach, tz: po zającach , ludziach i reszcie. Nie odchodzę z pracy. Jestem zawzięty. Co by biedne dzieci zrobiły, bez wywrotowca. Na szczęście dla niewielu jest nas wielu. Nawet te bystre [jak zające] berbecie, niewiedzą dokładnie, który z nas namieszał, z sercem dla nich na łapce.

 

Odbieram telefon. Słyszę: „Mój syneczek kochany, chciałby dostać czekoladowego zajączka, ale tylko z białej czekolady. W innym kolorze sobie nie życzy, mój – jak już nadmieniłam uprzednio – skarbek”.

 

Albo taka mowa: „ Ja mamuśka, nie życzę sobie – z brązowej, żółtej, szarej, w kratki, w paski – tylko z odpowiedniej, dla mojej córeczki, która drapie mnie po twarzy, gdy mówię inaczej”.

 

Och ci ludzie! Jak oni swoje młode wychowują. Może w końcu zabraknąć – no dobra – nie całkiem zgniłych ziemniaczków oraz innych warzyw we wspomnianym stanie. O zgrozo! Chyba się przerzucę na banany. Właściwie nie. Szkoda. Jeszcze to złowieszcze słowo: „szarej”. Chyba wyrwę je z kontekstu, by za chwilę udawać, że moje serce niekrwawi – nieporanione – oraz ślady moich umęczonych stóp – plus honor. Kiedyś wszedłem na dach i wrzuciłem całą mieszankę, prosto z góry przez komin, żeby dzieciaki pomyślały, że nie jestem jakiś tam zwykły, tylko Racjonalizator Ekstra, z inwencją własną.

 

Koszyk poleciał – jak już wspomniałem – prosto,wzdłuż wewnętrznych ścianek komina, który na końcu był kominkiem. Tzn: nie koszyk, tylko komin. Po chwili – wczesnym rankiem – wszyscy wybiegli z okolicznych domostw, by podziwiać niecodzienne zjawisko – czyli mnie. Gdy się jako tako rozbudzili, zaczęli gadać prawie po ludzku:

 

– Patrzcie ! Zając na dachu – wrzasnął tatuś

– To Zając Wielkanocny – umiał też wrzasnąć synuś

– Jaki tam Wielkanocny. Wielkanocne wchodzą drzwiami, jak na ludzi

przystało.

– To zwykły szarak, chodzący po dachach – dodał dziadek chodzący po drzewach,

który z takowego spadł rozbudzony, by spojrzeć trzeźwo na świat.

– Ja ci dam drzewa, opilcu jeden – wydarła się babcia, spojrzawszy na dziadka,

wzięta nie wiadomo skąd.

– Mówcie do mnie – krzyknął zając – bo się obrażę.

– Nie dosyć, że narobił bałaganu, to jeszcze bezczelny z niego stwór – dodał ktoś

– Może i stwór, ale rozdawniczy – pisnęła córeczka – Jesteście niemożliwi. Wrzucił

nam słodycze. Wszystko co miał najlepszego. A wy tacy podli i ladaco!!!

– O właśnie – przytaknął zając.

– Cicho bądź ty... bocianie od siedmiu boleści. – Kto to powiedział?

– Nie wiadomo.

– On ma legitymacje! Może się okazać!

– Kto, bocian? A co jemu do tego.

 

– Pokaż legitymacje, szaraku jeden!

– Tylko nie szaraku. Wypraszam sobie. Bo zejdę i komuś przywalę. Jak miedzę

kocham.

– Zamknij się pasztet!

– Co?!

– Właśnie to!

– Cicho tam !! Niech pokaże referencje !! – kto to powiedział?

– Proszę bardzo. Mogę pokazać. Ale dacie mi za to... no powiedzmy... kilka łbów

kapuścianych. Nie powinniście mieć z tym problemu.

– Za tą mieszankę sadzową!? Babciu, dawaj flintę – zagrzmiał dziadek.

– Pijany jesteś? Zająca na chałupie widzisz?

– A co! Inni też widzą. A niby z kim gadają?

– Ja tam widzę szarą szmatę. Wiatr przywiał.

 

– Hej babciu – zagrzmiał Zając. – Jaka tam szara szmata… no cóż… starszych kobiet bić nie będę, ale wnuczce przywalić mogę.

– Mnie? Za co? Ja w ciebie wierzę.

– Ja też wierzę, a dasz więcej? – dodał synek

– Co tu się wyprawia – wydarło się zgromadzenie sąsiadów.

– Zając na dachu.

– Wielkanocny.

– Niech sobie siedzi. Zawadza on komu?

– A jak odleci?

– Kto, zając?

 

Dużo mógłbym jeszcze opowiadać, ale wcinam kapuściane główki i trudno mi się skupić, na dwóch rzeczach jednocześnie. Przestałem wcinać. Pokazałem w końcu potrzebne papiery, gdyż sytuacja zaczęła być krytyczna. Stąd to całe zamieszanie w obiektywnej relacji.

 

– Nic nie widać – zagrzmiał tłum – za daleko te papiery!

– Mógłbym wam rzucić, ale sami widzicie, że akurat przelatuje stado gęsi i zapewne każda z nich postanowi całość przeczytać – a mówię wam, że warto – a w takich okolicznościach możecie nawet czekać, do następnych świąt.

 

W końcu ktoś zdobył lornetkę i to mnie uratowało. Oczywiście i tak dostałem po „szaraku” gdyż „posadziłem” jadło, dla tych berbeciów, stworzeń pociesznych. Uciekając, usłyszałem sympatyczny, niczym wiosenny zefirek – głosik:


– Od razu było widać, że to przebieraniec wielkanocny. Ale nikt mnie nie wierzył! Wyciąć wszelkie drzewa w pień – domyśliłem się, że to był głos babci, bo dziadek uważnie słuchał.

– Co za ładny zajączek. Jakie śliczne oczęta. Wielkanocny zapewne. Taki zmarnowany. Tak się natrudził, wchodząc na dach. A to wszystko dla dobra tych biednych dzieci. Niech sobie tam kuca ,biedactwo zmarnowane, co wszystko oddało, nawet koszyk, narzędzie pracy – rzekła sąsiadka, która zawsze mówi w czasie teraźniejszym i po czasie – stojąc samotnie przed chałupą, patrząc na opustoszały dach.

 

Trzeba wam jeszcze wiedzieć, że oprócz omówionej profesji, jestem jak mało kto, Tytanem Poezji Stosowanej. Takiego skromnego – jak ja zająca, z takimi zdolnościami – nie ma na całym świecie. Na co dzień, w ciągu roku, gdy nie jestem Zającem Wielkanocnym Ekstra, buszuję po ogródkach i warzywniakach, wracając do korzeni – przeważnie na handel. Trzeba z czegoś jakoś żyć. Nie mogę pomrzeć z głodu. Na słodycze dla dzieciaków, też odłożyć muszę [ można odliczyć od podatku ].

 

Jak mówi poeta, czyli ja: „ Koniec głupot! Popadam w otchłań twórczego milczenia”

 

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Magdalena Właśnie, dokładnie, w pewien sposób jest. 
    • @Berenika97 To  dobry wiersz — mroczny, gęsty i konsekwentny od początku do końca. Podoba mi się, że tutaj wszystko powoli gaśnie, osuwa się, rdzewieje i znika, ale dzieje się to bez histerii, tylko z jakąś chłodną godnością. Najmocniej zostają mi w głowie: ślepe okno, okuty kufer i klucz połknięty przez rdzę — świetne obrazy. Wiersz ma klimat i ciężar. Ja tak nie potrafię.  U mnie chaos -  usprawiedliwia mnie tylko  to, że jestem mężczyzną - archaicznym. 
    • Zobaczyłem dzisiaj kota W towarzystwie z kociętami Leżącego na środku drogi   Ich wnętrzności były czarne Padły na piekący asfalt A ich koniec był ubogi   Przy zapachu jajecznicy Odór smażonego truchła Przywołuje czarną dziurę   Postać jej zagina światło Jakby czernią emanuje Kiedy wzrokiem ją świdruję   Białe oczy niewzruszone Dwa to punkty w jej sylwetce Pusto patrzą na kocięta   Kiedy dusze ich wysysa Ścierwo gnije i rozkłada Lecz czerń nie jest tym przejęta   I po chwili gdy już skończy Każdy chce by sobie poszła By zniknęła każdy prosi   Lecz ta ciemność nie zanika Tylko wciąż dalej żeruje I na innych się przenosi   A ja stałem tak ciągle otępiony Gdy widziałem kolejne to demony Przyczepione do każdej tak istoty Miały ludzi, rośliny, nawet koty   Te od spodu kwiaty już wąchały Czarne byty wszystko rozkładały Gdy na głowie poczułem to ciążenie Zrozumiałem że wszystkim jest cierpienie   Śmierć - panowie rozkładu To oni nas hodują Mija krótki żywot Oni wciąż żerują   Mam nadzieję, że umrę Choć nie jestem gotowy Ot małe marzenie  Dawno ściętej głowy Nabitej na kark.
    • w mieszkaniu pachnącym rosołem i lekko przypalonym snem który ktoś próbował uratować dolewką wody stoi ona królowa klamek które same się naciskają  i drzwi które przestają należeć do was Pelagia wchodzi jak rachunek za cudze życie z odsetkami liczonymi od waszego pierwszego oddechu wchodzi z reklamówką która szeleści jak wyrok w zawieszeniu niosąc w środku mrożonki które nigdy nie zaznały wybaczenia jej włosy to tłuste kable pod napięciem gdyby je dotknąć można by zasilić pół osiedla w poczuciu winy i jeszcze zostałoby na oświetlenie waszych błędów twarz ma jak garnek po bigosie niby umyty ale zapach zostaje na zawsze wygląda jak protokół powypadkowy  każda zmarszczka to paragraf na waszą radość a usta zaciśnięte tak mocno że mogłyby prostować gwoździe. Pelagia arcykapłanka domowego porządku odprawia nabożeństwa nad waszym zlewem jakby tłuszcz był grzechem pierworodnym głosi że zbawienie przychodzi w płynie do naczyń a grzech najlepiej zeskrobać druciakiem i polać Domestosem aż zacznie skrzypieć z czystości jej głos to łyżka stukająca o zęby to odgłos żwiru sypanego do trumny waszego wolnego popołudnia suchy rytmiczny i ostateczny mówi długo jak czajnik który nie wie kiedy przestać gwizdać bo nikt go nigdy nie zdjął z ognia po trzech zdaniach nie oddychasz po pięciu przepraszasz za rzeczy których jeszcze nie zrobiłeś po siedmiu zaczynasz planować winy na przyszłość Pelagia nie pyta o zdrowie ona jest patomorfologiem waszej niedzieli w różowym fartuchu w bratki przeprowadza sekcję zwłok waszego entuzjazmu wsadza wam palec w przełyk żeby sprawdzić czy wasze sumienia mają odpowiedni odczyn ph i czy nie strawiliście przypadkiem resztek własnej godności którą podała wam w sosie na kolację w zeszły wtorek w jej obecności zegary zaczynają chodzić wstecz aż lądujecie w kącie z rękami za głową przepraszając za to że wasz ślub nie był mszą żałobną za jej młodość wypluwa waszą radość na spodeczek bo twierdzi że jest niedopieczona i ma w środku jeszcze krew waszych marzeń o ucieczce które według niej powinny być już dawno ścięte fileciarka relacji bierze wasz dzień kładzie go na desce i tnie w poprzek sensu aż zostaje tylko to co jej pasuje do obiadu i co da się łatwo przełknąć bez myślenia wasze plany lądują w misce jak odpadki a ona robi z nich "na szybko coś dobrego” co smakuje jak dożywotni obowiązek i zostaje w żołądku na zawsze wchodzi do waszej  sypialni z licznikem Geigera na grzechy; sprawdza czy wasze kołdry nie promieniują zbytnią swobodą i posypuje prześcieradła solą egzorcyzmowaną żeby namiętność nie wykiełkowała ponad normę unijną wasze łóżko traktuje jak stół do ping-ponga na którym rozgrywa mecz o waszą uległość  dezynfekuje was z intymności i przycina wasze sny sekatorem żeby nie wystawały poza krawędź jej przyzwolenia wasze "kocham” pakuje próżniowo w folię bąbelkową wyciska z niego powietrze i sens i opisuje flamastrem: do użytku po śmierci -  w razie braku innych atrakcji potem posypuje wasze ciała talkiem dla niemowląt żebyście nie mogli się do siebie przytulić bez poślizgu winy i lekkiego wstydu klienci czyli wy kiwacie głowami jak ziemniaki w gotującej się wodzie pękacie powoli od środka bo już nie macie siły się nie ugotować a ona bierze to za wdzięczność i dokłada soli aż zaczynacie smakować jak jej racja jej spojrzenie jak ręka wkładana do szuflady z nożami niby nic się nie stało a jednak krwawisz i nie wiesz skąd i zaczynasz podejrzewać siebie przesuwa talerze żeby głód miał odpowiednią hierarchię i wiedział gdzie jest jego miejsce a kiedy siada na kanapie meble jęczą w dialekcie staropolskiej męki i proszą o skrócenie wyroku jej śmiech to dźwięk widelca szorującego po dnie pustego garnka sygnał że właśnie zjadła wasze wolne popołudnie kiedy mówi "synku” powietrze gęstnieje jak sos zbyt długo gotowany robi się ciężkie tłuste i nie do odrzucenia oddychasz tym i zaczynasz smakować jak ktoś inny kto już dawno przestał mieć wybór otwiera okno i wpuszcza do środka zaduch z klatek schodowych roku osiemdziesiątego drugiego w którym każde wasze " chcę" brzmi jak zdrada stanu i powód do donosu Pelagia magazyn przeterminowanych prawd ma w torebce zamrażarkę turystyczną która buczy cicho jak wyrzut sumienia    trzyma tam wasze odcięte pępowiny z datą ważności: nigdy! żeby w każdej chwili móc was nimi poddusić gdybyście zachcieli odetchnąć bez jej zgody jej uśmiech to ekspozycja w muzeum patologii rodzinnej zwiedzanie obowiązkowe rzędy zębów jak nagrobki waszych wspólnych weekendów które osobiście zabiła ścierką do naczyń i kazaniem o wyższości firanek nad wolnością kiedy w końcu wychodzi nie zostawia pustki zostawia po sobie galaretę która tężeje na waszych twarzach to nie jest już dom to inkubator jej racji gdzie wasze kręgosłupy służą jej za szczebelki do drabiny po której wspina się by napluć Bogu w okno za zbyt małą ilość octu w waszej krwi zostajecie w tym rosole po kostki pływacie jak oka tłuszczu które nie mogą się połączyć bo ona już dawno was przesiała przez sito swoich oczekiwań wieczorami gdy próbujecie się dotknąć skóra schodzi wam płatami odsłaniając jej inicjały wypalone na waszych mięśniach jak znak jakości na mięsie armatnim Pelagia nie wraca do siebie Pelagia po prostu zmienia formę skupienia teraz jest waszą zgagą waszym bezdechem jest tym szarym nalotem na waszych językach który sprawia że każde wasze "kocham” smakuje jak stara ścierka do podłogi siedzicie cicho żeby nie zbudzić jej echa w rurach patrzycie w talerze gdzie wasze marzenia dogorywają w gęstym sosie a ona ta wielka pajęczyca w fartuchu w bratki już dawno was wypatroszyła wypchała trocinami waszych kompleksów i postawiła na meblościance swojego życia jesteście martwą naturą jej najsmaczniejszą bo podaną na żywca niedzielną ofiarą całopalną            
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...