Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano (edytowane)

Nastał nowy dzień. Jak każdy inny. Zwyczajny.

Jesteś w połowie obudzona. Siadasz na łóżku. Przeciągasz się rozkosznie całymi rękami.

Patrzysz na kota. Naśladuje ciebie. Kładziesz się znowu.

Nagle wstajesz, bo masz przecież silną wolę.

 

Promienie wschodzącego słońca, włażą jakby nigdy nic przez szybę,

snując się po twojej twarzy.

Zakładasz na siebie, co masz założyć i odruchowo, wleczesz się do łazienki.

Myjesz twarz, przegarniasz włosy i monotonnym zaspanym krokiem, udajesz się do kuchni.

Pijesz herbatę, jesz bułkę {chociaż nie bardzo wiesz, co jesz, bo jesteś myślami gdzie indziej}.

Po chwili wstajesz, zakładasz kurtkę, bierzesz torbę i wychodzisz z domu.

 

Powietrze jest rześkie, wilgotne, pachnące ozonem.

Lecz nawet ozon – mimo wysiłków - nie jest cię wstanie do końca rozbudzić.

Masz wrażenie, że jesteś obserwowana. Prędko o tym zapominasz.

Idąc w kierunku uroczego mostka, widzisz małe piórko unoszące się w powietrzu.

Popatrujesz na nie z nutką zazdrości. Przechodzisz przez mostek.

Nagle słyszysz jak we śnie, trzepotanie skrzydeł.

 

To ptactwo wodne przypomina tobie, że zapomniałaś je nakarmić.

Wyjmujesz z torby trochę czegoś i radujesz dziobate żarłoki.

Godziny w szkole upływają bez większych niespodzianek.

 

Wracasz do domu, kiedy jest prawie ciemno. Idziesz prosto do swojego pokoju.

Rzucasz torbę do kąta, odpoczywasz, pojadasz, popijasz,

uczysz się trochę {ale nie za długo}, rozmyślasz o stu rzeczach naraz

i wreszcie jak stary zmęczony plęc, padasz na łóżko.

 

Przypominasz sobie, że dzisiaj kiedy wracałaś ze szkoły,

zobaczyłaś uroczego wróbelka, na którego czaił się kot.

Coś tam odgoniłaś i poszłaś dalej. Nie myślałaś o tym więcej.

Wtedy jeszcze nie zdawałaś sobie sprawy, jakie znaczenie,

będzie miał w twoim życiu, ten mały gest człowieczeństwa.

 

Nie wiedziałaś o tym teraz.

Nie tylko o tym.

 

*

Jest wieczór. Leżysz w łóżku. Oczy masz otwarte. Nie możesz zasnąć.

Ogarnia cię dziwny niepokój.

Świadomość, że nie ma tu nikogo, że w razie czego,

sama będziesz musiała się bronić przed wszelkimi stworami,

które mogą kryć się po kątach, nie dodaje tobie otuchy.

 

Jesteś cała spocona, obrócona do ściany.

Jej żółty kolor, z lekka spowalnia, twoje skołatane serduszko.

Uspokajasz się trochę.

Odwracasz głowę.

 

Siadasz na brzegu łóżka. Twoje stopy oparte są na czymś zimnym, sprężynującym i szarym.

W pierwszej chwili myślisz, że nadepnęłaś na kota. Ale to coś nie miauczy i jest trochę większe.

To ludzkie ciało. Jesteś tak zaskoczona, że prawie się nie boisz.

Odruchowo na nim stajesz. Ciało jest puste w środku.

 

Wydaje odgłos, jak pęknięta purchawka, znacznych rozmiarów.

Wylatuje z niego powietrze. Robi się całkiem płaskie. Jak kartka papieru.

W myślach nazywasz go: płaskoludem. Momentalnie robi się brzydszy niż przed chwilą.

Odskakujesz od niego, bo jest oślizgły i śmierdzi. Wtedy on się podnosi.

 

Z profilu, jest prawie niewidoczny. Strasznie szeleści, jak wściekły pergamin.

Ma tylko dwoje oczu, niewiadomego koloru. Zaczyna się do ciebie zbliżać.

Chodzi dziwacznie, ale coraz szybciej. Jest blisko ciebie.

Pragnie cię złapać, swoją płaską dłonią. Smród staje się nie do zniesienia.

 

Mimo obrzydzenia, doskakujesz do niego, chcąc go rozszarpać na strzępy.

Ciało jest jak guma. Mocna i wytrzymała. Zaczyna się wokół ciebie owijać.

Wyswobadzasz się jakoś. Uciekasz do kuchni. Zamykasz drzwi.

Podpierasz klamkę, kijem do szczotki.

Opierasz się o zlewozmywak...i zaczynasz pomywać,

bo coś ci się miesza, od nadmiaru myśli.

Po chwili wracasz do biegu zdarzeń. Stoisz oparta o ścianę. Patrzysz na drzwi.

 

Przez szparę między progiem a futryną, wślizguje się płaskolud.

Łapiesz nóż, chcą go przeciąć. Bez żadnego skutku. Jest prawie cały w kuchni.

Z uwagi na to, że mieszkasz na parterze, chcesz uciec przez okno.

Zaczynasz się przez nie gramolić. Z tyłu słyszysz trzask.

Wiesz, że za tobą jest więcej płaskoludów. Zaczynają się owijać wokół twoich nóg.

Wrzeszczysz przeraźliwie, ale nikt cię nie słyszy.

Wylatujesz przez okno, prosto na miękką trawę. Prześladowcy zostają w kuchni.

Nie wiesz dlaczego cię nie gonią.

 

Od tego momentu zaczynasz myśleć nierozsądnie. Wracasz do swojego pokoju.

Tu jest cisza i spokój. Kuchnia też pusta.

Gdzie się to wszystko cholerstwo podziało, myślisz sobie.

Kładziesz się do łóżka. Leżysz pod kołdrą. Może nikt tu wejdzie.

Będzie myślał, że to jakieś straszydło, a nie zwykła ty.

 

Słyszysz, że okno w pokoju skrzypi.

Ciekawość cię dopada - a że jesteś psychicznie trochę ogłuszona

odrzucasz przykrycie i patrzysz ciekawie co się dzieje.

 

A dzieje się to, że przez okno wchodzi prawie czarna ręka.

A właściwie część ręki. Od dłoni - do łokcia.

Na przodzie przebiera paluchami,

a z tyłu ma dwie krótkie nóżki i krótki ogonek, dla utrzymania równowagi.

 

Wygląda trochę śmiesznie, ale zamiary ma przeciwne.

Stoi na tle księżyca. Aż tak zabawnie nie wygląda. Tym bardziej, że z tyłu sika czarna krew.

A przynajmniej tak wygląda.

 

Nie możesz się ruszyć. Znowu zaczynasz się bać. Do pokoju włazi większa ilość chodzących rąk.

Są coraz szybsze. Atakują cię ze wszystkich możliwych stron.

Walisz je poduszką, po pięciu paluchach i nie tylko. Rąbiesz je na prawo i lewo.

Szkarady są jednak paskudnie szybkie.

Przebierają paluszkami i nóżkami jak wściekłe młode krokodylki.

Łażą wszędzie – po meblach, stoliku a nawet ścianach.

Jesteś cała porypana. Na szczęście powierzchownie, gdyż bestie nie mają zębów.

 

Na domiar złego wracają płaskoludy. Są mniejsze.

Może je rodzice napuścili, żeby nabrały wprawy.

Są małe, ale bardziej zajadłe, od swoich starych. Widocznie rodzice byli za bardzo płascy.

Dzieciaki są nieco grubsze. Mogą mieć nawet milimetr. Owijają się z zawrotną prędkością.

Ale są małe i głupie. Atakują też dorosłe rączki. Zaczyna się jeden wielki bałagan.

Wszyscy atakują wszystkich. Jedna z łapek wplątuje się w twoje włosy i zaczyna je szarpać.

Machasz głową na wiele stron. Łapa się dynda jak wielki gruby warkocz.

W końcu po twoim wielkim zamachu, odlatuje na ścianę, z pęczkiem twoich włosów w garści.

 

Płaskoludy zaczynają cię obłazić, a ich obłażą drepczące zajadłe rączki.

Wyglądasz jak ciemna mumia, która żyje i jeszcze walczy.

Rączki odrzucasz na ściany. Gorzej z tymi drugimi. Robi się tobie coraz ciaśniej.

Masz kłopoty z oddychaniem. Odczuwasz klaustrofobie, tak zewsząd zawinięta.

W twojej głowie pojawiają się niepokojące myśli,

że świat na którym byłaś, wysuwa się spod ciebie, jak dywan wyciągany spod nóżek stołu.

Zaczynasz marudzisz do siebie samej, że jest ci przecież niewygodnie w takich okolicznościach…

 

Nagle wszystkie atakujące siły, uciekają w siną dal. Nie wiesz co się dzieje.

Kogo lub czego, tłum wojujący się przestraszył. Może wyczuli coś, co dopiero się ukaże.

Kładziesz się zmęczona na łóżku. Znowu patrzysz w kierunku ściany.

Tapeta zaczyna trzeszczeć i pękać. Wyłazi z niej wiertło. Wirujące i głośne.

Jesteś z lekka zaskoczona. Myślałaś, że ujrzysz jakieś obrzydlistwo. A tu co?

Byle żelastwo jakieś. Lecz owy wirujący świat, trzyma w rękach

wielka obrzydliwa mucha, z okularami na głowie.

Cofasz się, bo dąży w kierunku twojego oka. Oko to widzi, więc jeszcze bardziej się cofasz.

Nagle mucha porzuca wiertło i czmycha w tył, do dziury w ścianie.

Myślisz sobie: A to czemu?

 

Z tyłu słyszysz jakiś hałas. Spoglądasz w tamtą stronę. Szuflada biurka samoczynnie się otwiera.

Wypada na podłogę. Przemienia się w wieko od trumny.

Zalatuje słodkawo - mdlącym zapachem.

Wieko staje pionowo. Ma prawie dużo wzrostu, a na pewno nie mniej.

Znowu nie możesz się ruszyć, bo sytuacja jest trochę dziwna.

Wieko zaczyna sunąć w twoim kierunku.

Widzisz rozległe wnętrze. Dno zakrywa lśniące lustro. Jest już bliżej ciebie.

Stoi przy twoim łóżku.

 

Z lekka się nachyla. W lustrze widzisz swoje odbicie. Trochę zmienione.

W najlepszej fazie rozkładu.

Wylatuje z dna, prosto na ciebie. Nie lubisz takich gości w twoim łóżeczku.

Ciało jest wilgotne i wiotkie.

Po kawałku rzucasz siebie na podłogę. Wieko też się przewraca.

Prosto na ciebie. Jesteś pod nim.

 

Ciemność

 

W pierwszej chwili nie wiesz co się dzieje.

Czujesz się taką: malutką, szarą, bezbronną istotką.

Widzisz rozległą płaszczyznę dachów oraz ogromny komin.

Nastaje świt i jest ci trochę zimno...i tak jakoś niesamowicie.

Póki co nie dociera do ciebie...niecodzienność sytuacji.

 

Stroszysz piórka, w których szeleści jesienny wiatr.

Razem z podmuchami wiatru, dolatuje do ciebie – kim się stałaś.

Pamiętasz jak przez mgłę niedawne wydarzenia.

Lecz obecna sytuacja jest dla ciebie, bardziej niezwykła i niecodzienna.

Czyż musiała być okupiona poprzednimi wydarzeniami. Może tak, może nie.

 

Rozkosznie podskakujesz do krawędzi dachu. Bardzo się boisz.

Twoje maciupeńkie serduszko, stuka głośno i wyraźnie. Przynajmniej dla ciebie.

Odczuwasz strach z radością pomieszany.

 

Nie możesz uwierzyć, że za chwilę będziesz mogła pofrunąć, dokąd zechcesz.

Świadomość tego dodaje ci skrzydeł, chociaż jedne już masz.

Przekręcasz łebek na wszystkie strony. Widzisz wiele różnych miejsc.

Z twojej perspektywy wyglądają inaczej. Nadal stoisz na krawędzi dachu.

A jednak się boisz. Cała się trzęsiesz z podniecenia. To w końcu będzie twój pierwszy lot.

 

Wzbijasz się...lecisz...ocierasz się o cząsteczki powietrza.

W twojej małej główce, fruwają różne myśli.

 

Ojejku... wcale nie spadłam… jakie to cudowne uczucie… to jest takie… sama nie wiem.

 

Odczuwasz podmuchy wiatru. Znowu się boisz.

Patrzysz na lewe skrzydło – jest, patrzysz na prawe – też jest. To cię uspokaja.

Wiesz na pewno, że nie spadniesz. Przerzucasz lekko ciężar swojego ciała na lewe skrzydło.

Sterujesz ogonkiem i lecisz do parku. Zakręcasz długim łukiem, przelatując nad ścieżką.

Za chwilę znika z pola widzenia. Widzisz idących ludzi. Ale oni się meczą. Biedacy.

Ty jesteś radosna. Z uśmiechem na dziobku.

 

Razem z tobą i w tobie, leci twoje szczęście.

 

Wzbijasz się wyżej i wyżej. Robisz śmieszne fikołki. Świat wywracasz do góry nogami.

 

Fruniesz nad swoim rodzinnym domem. Akurat twoi rodzice wychodzą z domu. Zniżasz swój lot.

Siadasz na płocie. Przechodzą obok ciebie. Jakoś cię nie poznają. Nie dziwisz się.

Wyglądasz trochę inaczej.

 

Czujesz się taka wyzwolona i tak lekka. Jak małe piórko.

Nie odczuwasz ciężaru dnia codziennego.

Nic cię nie przytłacza, nie martwi, możesz być tu a za chwilę tam.

Widzisz swoją koleżankę. Tą najlepszą z najlepszych. Fruwasz nad jej głową.

Nie zwraca na ciebie uwagi.

– Och , żebyś tak mogła poszybować razem ze mną. Doznawać tego co ja.

Nie mam tej radości z kim dzielić. To jest takie wspaniałe.

 

No nie! Tego nie chciałam. Naprawdę.

Jakiś człowiek jest wnerwiony, gdyż zostawiłam na nim cząstkę siebie. Spiesznie odlatuję.

Widzę jeszcze, że biedny ściera i ściera. Jest mi przykro.

Ale przecież nie podfrunę, żeby wyćwierkać przeprosiny. Mógłby nie zrozumieć.

 

Lecisz w kierunku lasu. Masz wrażenie, że jesteś pierzastym obłokiem sunącym po niebie.

Promienie słońca igrają w twoich skrzydełkach.

Z gracją i całkiem sprawnie, przelatujesz między gałęziami. Nawet strącasz jedną szyszkę.

Kłaniasz się skrzydłami uroczej wiewiórce i szybujesz nad łąkę.

 

Zniżasz lot. Lecisz wśród polnych kwiatów. Nie możesz je podziwiać, bo za szybko je mijasz.

Masz wrażenie, że ktoś nagle cię wypuścił, z niewidocznej blokady.

Fruniesz wyżej i wyżej. Zrównujesz się ze skowronkiem. Nie chce z tobą gadać.

Musi śpiewać i już. No dobra. Niech sobie śpiewa.

Życzysz mu połamania wiatru i wracasz w rodzinne strony.

 

Siedzisz cichutko w trawie, dysząc całym dziobem.

Stroszysz piórka, połykasz muchę i trochę poprawia się twoje samopoczucie.

Chciałabyś jeszcze pofruwać, ale czujesz się bardzo zmęczona.

Nie masz sił na podniebne akrobacje. Zaczynasz przysypiać.

Tracisz kontrolę nad swoim bezpieczeństwem.

Mimo tego, bardziej czujesz niż słyszysz, jakiś szelest za tobą.

 

*

Czarny drapieżnik, siedzi w trawie, gotowy do morderczego skoku. Zauważasz go.

Widzisz jego zielone głodne ślepia, które bacznie obserwują swoją przyszłą ofiarę.

Koci język, co chwilę wyskakuje z pyszczka, oblizując cząstkę swojego pana.

Zaczynasz trzepotać skrzydełkami i przeraźliwie ćwierkać. Widzisz siebie, rozrywaną na strzępy.

Przeżutą na krwawą miazgę – z piórek, kosteczek i mięska. Zaplątałaś się w cienkie gałązki.

Trzymają twoje nóżki i nie chcą puścić. Kocur gotuje się do skoku.

Twoja mała główka, nie może pomieścić, takiego strachu. Chcesz go z siebie wytrząsnąć.

Nie dajesz rady. Uspokajasz się. Godzisz się na to, że za chwilę znikniesz z tego świata.

 

Ostatnim spojrzeniem, dostrzegasz małego wróbelka. Krąży nad nim. Odwraca jego uwagę.

Jest za wysoko, żeby dać się złapać. Kot zaczyna się wnerwiać.

Ktoś mu przeszkodził w spożyciu obiadu. Pragnie dorwać natręta, by dać mu nauczkę.

Wróbelek nie daje za wygraną. Kota bierze szewska pasja.

Miauczy wściekle, dając wyraz swojemu niezadowoleniu.

 

Nagle podchodzi jakiś człowiek. Łapie kota.

Mówi do niego: kici, kici, dobry kotek i odchodzi.

 

To niewiarygodne, ale żyjesz. Twój wybawca podskakuje do ciebie.

Wyszarpuje gałązki. Ma więcej sił. Jesteś wolna i cała.

W ostatniej chwili, przyszło wybawienie.

– Dzięki – ćwierkasz do niego – Uratowałeś mi życie.

– Drobiazg

– No nie taki drobiazg. On mógł cię capnąć.

– A pamiętasz kto wtedy odgonił kota?

– Kota? Ostatnio moje życie jest trochę… jakby to ująć… dziwne.

Szczerze mówiąc - nie pamiętam.

– Ty odgoniłaś.

– Skoro tak mówisz.

– To ja dziękuję. No to cześć.

 

Nigdy już go nie spotkałaś. Taka czy inna.

 

*

Siedzisz na gałązce. Wieje lekki wietrzyk.

Bujasz się na nim, razem z myślami.

Widzisz nie bardzo rozbudzoną nastolatkę.

Przechodzi przez mostek.

Jednak przystaje.

Wraca.

Otwiera torbę.

Robi taki gest, jakby coś z niej wyciągała.

Jej ręka jest pusta.

Po chwili – to nic – rzuca do rzeki.

 

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

 

 

 
 
 
Edytowane przez Dekaos Dondi (wyświetl historię edycji)
Opublikowano

@Dekaos Dondi  Pierwsza myśl, jaka przyszłą mi do głowy po przeczytaniu tego opowiadania to to, że wszystko się ze sobą przenika, bo wszystko jest jednym... I kolejny raz powtórzę, że dobrze piszesz ... ;)

Pozdrawiam :)

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Z pamiętnika bezdomnego             Posłuchaj, niebo, posłuchaj: oto Twój syn, bezdomny, niepełnosprawny - niesłyszący, jednak: myślący, słuchaj, niebo, słuchaj - uważnie: główna przyczyna Jego dramatycznego losu leży w chorym systemie państwowym - Archiwum Akt Nowych (różne grupy wpływu - towarzystwa wzajemnej adoracji), wcześniej: jako legalny pracownik Zakładu Pracy Chronionej - funkcjonował On normalnie, potem: przez głęboko zakonspirowanego tchórza z jakże rudą brodą (teraz - białą) - stracił On kolegów, znajomych i przyjaciół, wtedy zorganizował sobie intelektualne życie w domowym zaciszu - zrównoważone, stabilne i opanowane, rozwijał osobiste zainteresowania - poezję, filozofię, aforyzmy, krytykę i recenzje, słuchaj, niebo, słuchaj - uważnie: pokonał On państwo, została wtedy uruchomiona intryga - szyta grubymi nićmi przez miasto stołeczne Warszawę, ona: prezydentka - była pracownica angielskiego banku - użyła swoich wpływów w Ministerstwie Finansów, Związku Banków Polskich i Ministerstwie Sprawiedliwości - narzędziem była administracja spółdzielcza, opieka społeczna i służby specjalne, miał On być pożyczkowym słupem - zlikwidowanym, adwokatka na Centralnej dostała polecenie z góry: Jego dokumenty należy wrzucić do niszczarki, a Jego samego należy wyrzucić na Dworzec Centralny - dożywotne odszkodowanie za utratę słuchu należy przelać na tajne konto Alior Banku (posiadam formalne dowody), była to próba ukradzenia Jego tożsamości z PESEL-em, niestety: On zawsze uprzedza fakty, które dopiero mają nastąpić, jest On zapobiegliwy - przewidujący, przekorny i przenikliwy, nadal żyje, posiwiał (36 lat) - napisał już testament, On doskonale wie, że nie wygra z nimi: walczy na miarę swoich możliwości, On nie odczuwa jakiegokolwiek strachu - gardzi nimi, On nigdy w życiu nie pęknie - posiada rogatą duszę, tak więc: związek przyczynowo-skutkowy wygląda w sposób następujący, jakby inaczej: kościół, rodzina, archiwum, samorząd, komornik, policja, opieka, skarbówka i lichwa - bankierzy, posłuchaj, niebo, posłuchaj: oto Twój syn, bezdomny...           Co mam jeszcze zrobić? Pracować? Zgoda! Co mam jeszcze zrobić? Wziąć ślub kościelny? Zgoda! Co mam jeszcze zrobić? Uznać bezprawny wyrok sądu najwyższego? Zgoda! Co mam jeszcze zrobić? Wszystkich naokoło słuchać i przepraszać i szanować? Zgoda! Co mam jeszcze zrobić? Codziennie kupować kobietom kwiaty? Zgoda! Co mam jeszcze zrobić? Udawać osobę słyszącą? Zgoda! Co mam jeszcze zrobić? Przyznawać wszystkim rację? Zgoda! Co mam jeszcze zrobić? Kochać wielkie pieniądze? Zgoda! Co mam jeszcze zrobić? Mam zrobić prawo jazdy? Zgoda! Co mam jeszcze zrobić? Zrezygnować z własnych poglądów życiowych - doświadczenia? Zgoda! Co mam jeszcze zrobić? Milczeć? Zgoda! Co mam jeszcze zrobić? Uznawać wyższość głupoty nad mądrością? Zgoda! Co mam jeszcze zrobić? Przyznać, że jestem cwanym złodziejem? Zgoda! Co mam jeszcze zrobić? Przyznać, że jestem osobą karaną? Zgoda! Co mam jeszcze zrobić? Przyznać, że jestem lekomanem i alkoholikiem i narkomanem? Zgoda! Co mam jeszcze zrobić? Przyznać, że mam długi finansowe? Zgoda! Co mam jeszcze zrobić? Przyznać, że jestem chory psychicznie? Zgoda! Co mam jeszcze zrobić? Przyznać, że jestem ojcem nieznanego mi dziecka? Zgoda! Co mam jeszcze zrobić? Przyznać, że jestem odpowiedzialny za tą Kurwę - Polskę!!!? Potem: chodzić wesoły i zadowolony i miły!!!? Jak najbardziej porządku - zgoda, pamiętajcie: robiąc coś wbrew własnej woli - jestem wtedy smutny i zrezygnowany i obojętny, moje ciało i umysł i dusza odrzuci tzw: narodową integrację społeczną, tak po prostu reaguje mój organizm - instynkt, więc: zgoda!!!?           Oto ten to: wielki Szymon Maler lub Miler, to tak zwany: opiekun, wychowawca i taki jaki - ważniak, a jego zewnętrzny wygląd: głowa - paskudnie podgolony mop, ciemne okulary - kokaina niszczy wzrok, kuleje - strzykawki, zęby - żółtawe i broda - żydowski krasnal, psikutas na krótkiej smyczy psów i jak mówi, to: wydziela gówno i pluje śliną - miałem odruchy wymiotowania, matkojebca - lubi poniżać takich jak ja, śmieć - jego ciuchy służą mu za maskę ochronną, ukrywa podziurawione ciało od narkotyzowania własnego życia, teraz: z bagna awansował i wszyscy muszą słuchać jego bełkotliwego wycia - obrzydliwej gęby.           Wczoraj padał obfity deszcz, podwórko schroniska zostało zalane do głębokości kostki stopowej, a za bramą kompletne bagno, on do mnie wrzaskiem:   - Śmiecie z kuchni do śmietnika lub natychmiastowa wyprowadzka!             Wybrałem to drugie, nie będzie moralny śmieć łamał mi moralnego kręgosłupa - gnoił i poniżał i gnębił i jeszcze ty, panie Sławku, kucharczyku - z takimi wielkimi oczami jak zboczeniec: lubisz temu śmieciowi obciągać, przecież: już dwa razy mnie bezpodstawnie zakapowałeś, a za pana Romana siedziałeś cicho na tchórzliwej dupie, bo on był po mojej stronie? I co mi zrobicie, obywatele trzeciego świata, złożycie pozew do najwyższego sądu rzeczypospolitej o obrazę godności osobistej? Najpierw: czy w ogóle ją macie - wartość i godność i wolność? Wy!?           Kim tak naprawdę jestem - ja? Byłym pracownikiem Archiwum Akt Nowych - miałem tutaj kontakt z Krzysztofem Naimskim, a w tym czasie jego ojciec był członkiem Biura Bezpieczeństwa Narodowego przy prezydencie Lechu Kaczyńskim, mogłem powyższą znajomość wykorzystać w osobistych celach życiowych, jednak: nie zrobiłem tego - nie akceptuję rodzinnego nepotyzmu na każdym szczeblu władzy państwowej, samorządowej i kościelnej, ukończyłem również kurs archiwalno-kancelaryjny pierwszego stopnia z dobrą oceną, więc: posiadam upoważnienie do wglądu niejawnych dokumentów państwowych, samorządowych i kościelnych - duplikat, oryginał został mi ukradziony, tak: obowiązuje mnie do końca życia tajemnica służbowa nawet jako osobę prywatną, dalej: każdy zainteresowany może sprawdzić dostępny życiorys Piotra Naimskiego, jasne: mam zamiar wysłać podanie o pracę finansową do Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego po otrzymaniu należnego lokalu, teraz już wiecie, jestem mocno odporny na każdą intrygę miłosną, werbunkową i hakową. Kim tak naprawdę jestem - ja? Osobą aktualnie bezdomną, niepełnosprawną - niesłyszącą, jednak: myślącą...           Prowokatorzy polityczni posiadają parasol - ochronny, ludziom myślącym wmawiają - paranoję, tak: nie przyjmują merytorycznych argumentów, jęczą: tobie nic nie można powiedzieć, przeciwnie, powiedzieć - można, jednak: wpłynąć na mnie - nie można, inaczej: przejąć nade mną kontrolę w celu kształtowania mi osobistego życia, dalej: wmawiać mi różne pierdoły - nie można, ostrzeżenie: pierwsze poczucie winy i psychologia wstydu i drugie poczucie winy - jest charakterystyczne dla każdej monoteistycznej sekty: judaizmu, chrześcijaństwa i islamu - nie można mnie zwerbować, ogłupić i nawrócić.           A oto ofiara terroru politycznego - cielesnego i umysłowego i duchowego - niewiarygodnie wtórnych analfabetów: biurokratów, a tak poważnie - oni: cały czas stosują wobec mnie przemoc psychiczną (nękanie, plotkowanie, znęcanie, wyśmiewanie i okłamywanie, także: ciągłe odwlekanie mojej sprawy - odkładanie formalnych dokumentów na archiwalną półkę urzędniczą, również: robienie nieprzyjemnych złośliwości), więc: co ma robić w tej sytuacji zdrowy, silny i mądry człowiek? Po prostu nic - zaczyna pić, a oni: patrzcie, oto to ten pijak... Tak, ostatnio jestem pijakiem, a jakie ma wyjście motyl wśród stada much, które lecą do każdego gówna?           I dostałem niezły spadek: moja ukochana babcia w testamencie przekazała mi ponad milion polskich złotych, potem: zrobiłem dobry interes - kupiłem cztery mieszkania w największym mieście polskim, płacę comiesięczny czynsz: pięćset polskich złotych za sześćdziesiąt metrów kwadratowych, moja mamusia jest komornikiem, mój tatuś jest radcą, mój wujek jest policjantem i dodam jeszcze dziadka - jest on sędzią, ładnie poprosiłem ukochaną rodzinę o dobrowolną pomoc wolnorynkową - mieszkaniową, kochani: potrzebuję dziesięciu ludzi bezdomnych, aby wynajmować im moje drogie lokale - czterdzieści metrów kwadratowych za tysiąc polskich złotych, pięćdziesiąt metrów kwadratowych za tysiąc pięćset polskich złotych i sześćdziesiąt metrów kwadratowych za dwa tysiące polskich złotych, więc: pomożecie? Tak, synku, pomożemy - powyrzucamy niewinnych obywateli: nieźle będziesz zarabiał...           W dzisiejszych czasach człowiek jest bezwzględnie wykorzystywany jako zniewolony przedmiot gospodarczy: jego ciało służy firmom ubraniowym i kosmetycznym i tatuażowym, jego umysł służy firmom reklamowym i propagandowym i muzycznym, jego dusza służy firmom sekciarskim i dogmatycznym i religijnym i to wszystko jest jego - tak mu wmawiają: to twój wybór, więc: chowajcie zarobione pieniądze do bardzo głębokiej kieszeni, a najlepiej nie pracujcie na ich konto, tak: aktualnie jestem bez złamanego grosza, niestety: póki nie otrzymam lokalu - fundamentu i dachu i bezpieczeństwa - nie będę pracował: prędzej wybiorę śmierć, inaczej: duma czy głód - prawda czy fałsz?           A jak mi zawieszą dożywotnie odszkodowanie za utratę zdrowego słuchu, to: powinni mieć pełną świadomość - decyzja będzie nieodwracalna, inaczej: nie będę już chciał tych pieniędzy razem z należnym lokalem socjalnym - piętnaście metrów kwadratowych za dwieście złotych miesięcznie, a jeszcze tym bardziej - nie będę pracował, dalej: jeśli ktokolwiek będzie sobie wypłacał moje dożywotnie odszkodowanie, także: głodową łaskę podatników - będzie doskonale wiedział, że jest najgorszego miotu skurwysynem - złodziejem, słowem: okradł osobę niesłyszącą i bezdomną i osamotnioną, tak: mentalnie jest po prostu głęboko zakonspirowanym tchórzem - ludziom bogatym włazi w niemiłosiernie brudną dupę, natomiast - biednych: okrada, jasne - ja: będę miał czyste sumienie jak święta łza duszy, oczywiście: ich będzie gryzło i śmierdziało i gniło - po pewnym czasie będą wyjątkowo mocno agresywni - na siłę będą szukać winnego: ofiary - mnie, niestety: będzie - za późno, nie wiem: skąd będziecie comiesięcznie brać tysiąc trzysta złotych na utrzymanie osoby bezdomnej - silnej i zdrowej i mądrej, nie wiem: skąd będziecie comiesięcznie brać pięćset złotych na wynajęcie jakiegoś pokoju na wolnym rynku mieszkaniowym, nie wiem: skąd będziecie comiesięcznie brać na opłaty cudzego gospodarstwa - gaz i wodę i prąd, wiem: nie będę pracował jako osoba bezdomna - całkowicie bezprawnie wyrzucona, zapewniam: mogą mi odebrać powyżej wymienione pieniądze bez żadnej podstawy prawnej - będą używać argumentu: pan nigdzie nie mieszka, moich: merytorycznych dowodów opartych na formalnych dokumentach urzędowych - nie będą przyjmować i najprawdopodobniej taki będzie rozwój mojej życiowej sytuacji - same fakty mówią za siebie, świadczą - na całkowitą moją korzyść i po tym co przeżyję - naprawdę będę chciał powrotu do poprzedniego stylu życia - bytu?           Proszę pamiętać, że istnieje instytucja obrony koniecznej: artykuł prawny zezwalający obywatelom używać samoobrony fizycznej i werbalnej i psychicznej w celu ratowania osobistego życia, więc: mam święte prawo odpierać ataki, jeden: używając argumentów logicznych i dwa: używając argumentów filozoficznych i trzy: używając argumentów poetyckich i cztery: używając argumentów merytorycznych i pięć: używając argumentów prawnych i sześć: używając argumentów konstytucyjnych i siedem: używając argumentów psychicznych i osiem: używając argumentów duchowych i dziewięć: używając argumentów werbalnych i dziesięć: używając argumentów erotycznych, dalej: na samym końcu - fizycznych, włącznie: pozbawiając agresora życia, pytanie: czy nieczuły psychopata i żywy trup i niedojrzały emocjonalnie dwunożny ssak agresywny jest ze swojej natury człowiekiem?           Po pierwsze: jestem osobą samodzielną, po drugie: jestem osobą świadomą i po trzecie: moja bezdomność jest całkowicie nielegalna, której pod każdym względem nie akceptuję - zostałem bezprawnie wyrzucony: sąd rejonowy dla Warszawy Mokotowa (sędzia Agata Puż, ona: ukończyła studia prawnicze na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu - ledwo otrzymała trójkę) - wydał wyrok solidarnie i zastosował zbiorową odpowiedzialność karną, więc: nie uznaję bezprawnego wyroku, czekam tylko i wyłącznie na umowę o najem lokalu socjalnego, wtedy: formalnie przestanę być osobą bezdomną, również: znajdę pracę zarobkową na skromne pół etatu - legalnie, dalej: jak można osobę samodzielną i nielegalnie bezdomną pod pozorem propozycji udzielenia pomocy zmuszać do wzięcia udziału w tak zwanej resocjalizacji - pomagać jej wyjść z tak zwanej bezdomności i uczyć jej tak zwanej samodzielności, przecież: pod tą maską jest coś innego, dokładnie: kontrola - życia osobistego: intelektualnego i seksualnego i materialnego, oczywiście: otrzymane pismo biurokratyczne wylądowało w urzędowym koszu - moja czarna teczka nie będzie już zbierała jakichkolwiek śmieci.           Aktualnie panującą ustawa zasadnicza - Konstytucja: jak najbardziej jasno mówi w kilkudziesięciu artykułach prawnych, dokładnie: osobom niepełnosprawnym przysługuje lokum socjalne (piętnaście metrów kwadratowych) i zasiłek pielęgnacyjny (głodowa łaska podatników) i renta socjalna (dożywotnie odszkodowanie finansowe za utratę zdrowego słuchu z winy państwowego szpitala), dalej: uczciwie pracowałem zarobkowo w Zakładzie Pracy Chronionej i Archiwum Akt Nowych i Narodowym Klubie Libertyńskim, zapewniam: rzetelnie oddawałem podatki na utrzymanie biurokratów systemowych - płaciłem miesięczny czynsz i posiadałem miejską kartę komunikacyjną i robiłem miesięczne zakupy, słowem: byłem jak najbardziej samowystarczalny - posiadałem skromny byt życiowy, tak: posiadam niezłą emeryturę na stare lata, dekada mojej pracy: kolekcja niezłych książek i banknotów i monet, także: filmów, muszę jeszcze dodać - twardy fundament i brata mniejszego i własność intelektualną, niestety: wszystko zostało mi bezprawnie zniszczone - ukradzione, sam - zostałem bezczelnie wyrzucony na warszawską kostkę brukową: całkowitą odpowiedzialność ponoszą za moje Osobiste Życie trzy instytucje - Rodzina i Administracja i Temida, oni - odmawiają mi jakiejkolwiek obowiązkowej pomocy, gorzej: kradną formalne dowody świadczące na moją czystą korzyść, oczywiście: jestem osobą bezdomną, niepełnosprawną - niesłyszącą, jednak: myślącą - samodzielnie i jako ofiara powyższych instytucji - uczciwie pracowałem społecznie, wymieniam: Schronisko Betania i Towarzystwo Pomocy Świętego Brata Alberta i Otwarte Drzwi - Dom Rotacyjny i Stowarzyszenie Monar - Markot i Państwowa Noclegownia Skaryszewska - wyjątkowo piekielnie cierpiałem za obce mi winy i grzechy i błędy, zrozumcie: trzeba mi było pozwolić w styczniu tego roku wyjechać nad morze, potem: emigrować - mielibyście mnie już dawno z własnej: świętej i głupiej i pokornej - głowy, cóż: sami tego chcieliście - teraz będę ostrym kolcem w waszych zakłamanych sumieniach, zapamiętajcie: już nie ustąpię i nie będę pracował jako osoba bezdomna - wyrzucona całkowicie bezprawnie, a jeszcze tym bardziej - utrzymywał darmozjadów urzędowych i po raz kolejny zaczynał wszystko od samego początku i brał odpowiedzialność za to - czego nie zrobiłem, bo: to wy, kurwa, to wy - zniszczyliście mi zrównoważone i opanowane i ustabilizowane Osobiste Życie, pewnie: Praktyka Błędnego Koła to wasz świat bytu - nudzący i śmiertelny i pusty, nie mój, dotarło!?           I nie uznaję bezprawnego wyroku sądu rejonowego dla warszawskiej dzielnicy mokotowskiej w składzie głównego przewodniczącego - sędzi Agaty Puż, tak: wyrok został wydany solidarnie - zastosowano wobec mnie zbiorową odpowiedzialność karną, inaczej: uznając powyższy wyrok - musiałbym wziąć odpowiedzialność za to - czego nie zrobiłem, jednocześnie: musiałbym uznać własną bezdomność, a tym samym: całkowicie świadomie zrezygnować z należnego lokalu socjalnego, słowem: temida złamała kilkanaście praw, artykułów i paragrafów, więc: to ona jest odpowiedzialna za taki stan rzeczy - nie jestem wielbłądem, to znaczy: nie będę udowadniał własnej niewinności, dodam: aktualnie obowiązującą ustawa zasadnicza zezwala mi być oskarżycielem z całkowicie wolnej stopy, oczywiście: dowody złamania prawa cały czas posiadam w mokotowskim urzędzie miejskim - Wiktorska.           Przypominam: zostałem bezprawnie wyrzucony - zastosowano wobec mojej osoby zbiorową odpowiedzialność karną, wyrok został wydany - solidarnie: sędzia Agata Puż i komornik Olga Rogalska-Karakula i protokolant Aleksandra Zawadzka - Sąd Rejonowy Dla Warszawy Mokotowa na wniosek administracji spółdzielczej "Pod Kopcem" - nie znajdą państwo nigdzie danych osobowych powyższych władz publicznych ze spółdzielni mieszkaniowej, tak: człowiek posiadający czyste sumienie - nie ukrywa własnej tożsamości, dalej: jestem osobą nielegalnie bezdomną, niepełnosprawną - niesłysząca, jednak: myślącą - samodzielnie, nie posiadam jakiegokolwiek stałego miejsca zamieszkania - meldunku, jutro idę spełnić obowiązek patriotyczny - oddać głos wyborczy, nie wiem jak to wszystko będzie wyglądało, wiem: nikt nie ma prawa odbierać mi jakichkolwiek praw publicznych, legalna ustawa zasadnicza - konstytucja: każdy ma prawo do pełnej wolności słowa i rozpowszechniania zdobytych informacji, jasne: będę nagrywał skład komisji wyborczej.           Składając formalnoprawny wniosek o odwołanie zaocznego wyroku - musiałbym uznać bezprawny wyrok, a tym samym: wziąć pełną odpowiedzialność za to - czego nie zrobiłem, przypominam: warszawski sąd rejonowy nie udowodnił mi jakiejkolwiek winy, tak: zastosował zasadę zbiorowej odpowiedzialności karnej wobec mojej skromnej osoby - wyrok wydał solidarnie, złamał: kilkanaście artykułów ustawy zasadniczej i kilkanaście paragrafów kodeksu prawa karnego i kilkanaście punktów własnego regulaminu - warszawskiego sądu rejonowego, zignorował rzymską filozofię prawa: nullum crimen sine lege, przyjął - katolicką filozofię prawa: vox populi, dalej: jestem po trzech legalnych pracach - posiadam niezłą emeryturę na odległe stare lata, także: dożywotnie odszkodowanie za utratę słuchu z winy państwowego szpitala w postaci renty socjalnej, przeszedłem trzy pozytywne weryfikacje ze strony następujących podmiotów systemowych: administracyjnej komisji mieszkaniowej i zakładu ubezpieczeń społecznych i agencji bezpieczeństwa wewnętrznego, natomiast: dwadzieścia pięć metrów kwadratowych lokalu socjalnego kosztuje dwieście złotych miesięcznie, jasne: aktualnie panujący system bezkarnie odbiera mi konstytucyjne prawa obywatelskie, potem: świadomie blokuje mi drogę do obrony własnych praw - prowadzi grę na jedną stronę, tak po prostu działa ten system: towarzystwa wzajemnej adoracji - układy i znajomości i wpływy, niestety: wiosną wyjadę na bezpowrotną emigrację - sami tego chcecie, po pewnym czasie: żałujecie - jesteście kompletnie nienormalni: zadajecie ogromny ból niewinnemu człowiekowi, a za chwilę: płaczecie - tak ma wyglądać moje życie, które w rzeczywistości jest waszym życiem?           Najwyższe prawo zasadnicze - konstytucja: zabrania, aby osoby niepełnosprawne mieli na głowie problemy osób pełnosprawnych, jednocześnie: zabrania osobom pełnosprawnym wykorzystywanie osób niepełnosprawnych pod pozorem udzielenia pomocy, dalej: jestem osobą nielegalnie bezdomną, niepełnosprawną - niesłyszącą, jednak: myślącą - samodzielnie, zostałem bezprawnie wyrzucony przez brak jakiejkolwiek odpowiedzialności ze strony matki - Katarzyny Jasińskiej (alkoholizm) i ojca - Wiesława Jasińskiego (alkoholizm) i brata - Jakuba Jasińskiego (bezrobocie), tak: Rodzina i Administracja i Temida - oni są odpowiedzialni za mój życiowy los: oni - odebrali mi trzy podstawowe świętości: twardy fundament i brata mniejszego i własność intelektualną, oni - perfidnie ściągnęli mnie w bardzo głęboki dół, oni - jak najbardziej świadomie zrobili ze mnie systemowego niewolnika i oni - wykorzystują moją witalność cielesną i umysłową i duchową, a ja - jako niewinna ofiara nie mam jakiegokolwiek życia prywatnego i seksualnego i kulturalnego, cierpię - robię coś wbrew własnej wolnej woli, bo: nie mam żadnego wyboru - mam zamieszkać pod warszawskim mostem?           W lutym wyciągnęłam matkę z głębokiego dna bezdomności - teraz mieszka ona w katolickim schronisku wolskim: nie pije alkoholu - pracuje, natomiast: ojciec i brat - uciekli, tak: w tym chorym kraju złodzieje są ponad obowiązującym prawem, gorzej: prawo ich chroni, a ludzie uczciwi nie mają żadnych szans na jakiekolwiek godne życie... Teraz muszę czekać na pisemną informację telefoniczną (SMS) ze strony wydziału lokalowego - wewnętrzna rada urzędników ma podjąć formalną decyzję, które mieszkanie przyznać panu Łukaszowi Jasińskiemu, potem: zaproszenie i obserwacja i decyzja - akceptacja, dopiero: na samym końcu wchodzi ekipa remontowa, nie wiem jak długo będę czekał, wiem: po co mieszkanie osobie wykończonej - cieleśnie i umysłowo i duchowo? Wybieram - emigrację, jeśli nic z tego nie wyjdzie - bezdomność, tak: wolę - schronisko.           W dniu drugiego listopada o godzinie dwunastej dziesięć mój telefon komórkowy został zablokowany przez aktualnie panujący system - nielegalnie zatrudnionego hakera, cały ekran był czarny - robił jasne błyski, nie: nie był to wirus - jego łatwo usunąć, przypominam: taka sytuacja nie pierwszy raz zaistniała w moim osobistym życiu, jasne: ciągle mnie blokują, aby uniemożliwić mi jakąkolwiek walkę - cały czas używam merytorycznych argumentów opartych na formalnych dokumentach biurokratycznych, dalej: wyjątkowo ciężko pojąć ich rozumowanie współczesnego świata - logikę, dokładnie: oni dają tobie jakieś auto, pismo, religię i serial, potem: natychmiast ciebie blokują - całkowicie zabraniają ci zwracania uwagi, także: krytykowania decyzji systemowej władzy, inaczej: samodzielności, zauważ: zostały ci odebrane - formalnoprawne narzędzia samoobrony, ty: nie mając jak odrzucić, uniknąć i odepchnąć niechcianych produktów materialnych, dogmatycznych i komercyjnych - zostajesz workiem na emocjonalne, przeterminowane i ideologiczne śmiecie, twoje ciało, umysł i dusza, jakby inaczej: cud - zaczyna źle funkcjonować, czujesz wtedy obcy ciężar - niestrawny, zaczynasz nieświadomie chorować: atakuje ciebie cywilizacyjna agresja, frustracja i depresja, zrozum: odebrano ci możliwość - społecznej komunikacji obywatelskiej, jednak: posiadasz ogromne pragnienie życia - kupujesz nielegalną broń palną na czarnym rynku warszawskim, bo: tylko ona ci pozostała i tuż za chwilę: o godzinie dwunastej czterdzieści wyjąłem baterię i włożyłem ją - w to samo miejsce, a za pięć minut: mój telefon komórkowy wrócił do normalnego trybu działania.           Na dobry początek - Łukasz Jasiński, zacznijmy więc od bardzo głębokiego źródła przyczyny: w dwutysięcznym siedemnastym roku zostałem bezprawnie wyrzucony na miejski bruk warszawski, a jestem osobą niepełnosprawną o umiarkowanym stopniu - niesłyszącą (posiadam całkowity ubytek słuchu: miałem operację na nosie w dziecinnym wieku - około cztery lata, została źle użyta narkoza - znieczulenie), dalej: odpowiedzialność za moją aktualną sytuację życiową ponoszą trzy publiczne instytucje o charakterze prawnym, wymieniam: Rodzina, Administracja i Temida, po raz kolejny przypominam - światu: zanim doszło do całkowicie bezprawnej eksmisji - próbowałem uprzedzić fakty: zgłosiłem sprawę mokotowskiej policji (Podchorążych i Maszewskiego), zgłosiłem sprawę mokotowskiej opiece społecznej (Iwicka i Sielecka) i zgłosiłem sprawę administracji spółdzielczej (Zwierzyniecka) - nikt nie udzielił mi jakiejkolwiek przysługującej pomocy: organy władzy publicznej postąpiły wbrew kulturze osobistej, prawu karnemu i ustawie zasadniczej - konstytucji (w urzędzie miejskim na Wiktorskiej znajdą państwo Moją Sprawę - Życie, dokładnie: Wydział Zasobów Lokalowych - nr: Sto), natomiast: wy, państwo, wy - jako system Opieki Pomocy Społecznej - świadomie, perfidnie i złośliwie utrudniacie mi normalne funkcjonowanie bytowe - życie (ukrywanie dokumentów, przerzucanie mojej sprawy z dzielnicy na dzielnicę i granie na czas - liczenie na przekroczenie ustalonej granicy dochodu w postaci tysiąc dwieście złotych miesięcznie, wtedy: nie otrzymam lokalu socjalnego), słowem: patrzycie na moją osobę jak na winną - odpowiedzialną za jakąś zbrodnię, każecie mi płacić trzysta złotych miesięcznie za górne łóżko w domu dla osób bezdomnych - schronisku, chociaż: dwadzieścia metrów kwadratowych lokalu socjalnego kosztuje dwieście złotych miesięcznie! Kim wy jesteście, aby decydować o moim życiu!? Nie wiecie!? Powiem wam: jesteście najgorszym miotem biurokratów - prymitywnym, wrednym i upośledzonym - cieleśnie, intelektualnie i duchowo, zaprogramowanymi żywymi trupami - bez jakiegokolwiek serca, jesteście wtórnymi analfabetami - darmozjadami, pasożytami i krwiopijcami i niewolnikami chorego systemu! Mam już dość!!! Proszę więc przyjąć moja rezygnację z bezterminowego zasiłku pielęgnacyjnego w postaci: sto osiemdziesiąt cztery złotych miesięcznie - nie chcę już waszej głodowej łaski!           Przyczyna: zostałem bezprawnie wyrzucony na miejski bruk warszawski - jestem osobą nielegalnie bezdomną, dalej: piętnasty miesiąc czekam na należny lokal socjalny, sito systemu zabija mnie jako zdrowego człowieka - niedługo będę kaleką cielesną, umysłową i duchową z winy aktualnie panującego systemu, tak: takie doświadczenie nauczyło mnie tylko jednego - pogardy dla dwunożnych zwierząt agresywnych bez względu na ilość posiadanych kont bankowych, tymczasem: jako osoba niepełnosprawna o stopniu umiarkowanym - niesłysząca - nie mogę pracować na jakichkolwiek stanowiskach, które zagrażają mojemu bezpieczeństwu - życiu, niestety: moje prawne, merytoryczne i logiczne argumenty nie docierają do jakichkolwiek wtórnych analfabetów - betonu, właściwie: powinien używać siły fizycznej wobec intelektualnych padalców, nawet: zabijać - strzałem w potylicę, nomen omen: taka śmierć jest bezbolesna, szybka i humanitarna, przecież: tu chodzi o moje zagrożone życie, skutek jest jednocześnie diagnozą: "podejrzenie wyrośli chrzęstno-kostnej końca bliższego kości piszczelowej po stronie przyśrodkowej i skręcenie stawu kolanowego - lewego", inaczej: coś mi skacze w lewym kolanie przy szybkich ruchach - muszę nosić opaskę stabilizacyjną, także: nie mogę dźwigać, jasne: bezpośrednim sprawcą bólu na moim ciele jest kierownik schroniska, pośrednim: Rodzina, Administracja i Temida - system, który ponosi odpowiedzialność za moją aktualną sytuację życiową, jednocześnie: pogarsza ją, więc: czego ten system ode mnie jeszcze oczekuje?           Wiesz, przechodniu, prawda wyzwala energię - moc, dzisiaj: skrzyżowanie alei Solidarności i ulicy Żelaznej - miejsce niewybaczalnej zbrodni: sklep, tak: w prostej linii sto metrów - sąd rejonowy dla warszawskiej dzielnicy mokotowskiej - Ogrodowa, dalej: szczegół po szczególe - fakt po fakcie: robię drobne zakupy, płacę kartą bankomatową i wychodzę... Nagle szybki błysk - czerwona lampka w lewym rozumie, inaczej: logicznej półkuli mózgowej, ona: nie oddała mi karty! Wracam i zwracam jej uwagę, ona: oddałam ją panu - pan ją schował! Pokazuję puste kieszenie - nie mam jej! O! Tu leży! Zapomniał pan - wrednym paluchem wskazuje! A ta druga: ma pan jakiś problem!? To wy, kurwa, macie wielki problem! Jesteście paskudnymi złodziejami! A najłatwiej jest okradać bezdomnych - nie wstyd wam!? Sklep posiada kamery - nagrywa wszystkich złodziei, wiesz, przechodniu, prawda wyzwala energię - moc, pamiętaj: sprzedawca posiada obowiązek oddać tobie kartę do twojej łaskawej dłoni, ona - tego nie zrobiła, najpierw: ukradła, potem: zaczęła mi wmawiać, że oddała mi ją - schowałem ją, a na samym końcu: to pan zapomniał! Jest to charakterystyczne dla wszelkiej maści złodziei, jednocześnie: zastosowała ona wobec mojej osoby psychomanipulację - próbowała na mnie wpłynąć, inaczej: zdyskredytować, wzbudzić poczucie winy i zasugerować chorobę psychiczną - pan ma problem! Tak, takie zachowanie jest jak najbardziej dla dwunożnych zwierząt agresywnych, których gryzie sumienie - szukają oni wtedy Boga, przepraszam: ofiary, również: współwinnego - ich winy, grzechu i błędu, tekst jest spójny logicznie: jest tutaj psychologia, teologia i socjologia - zachowanie stadne, religijna wiara i rola społeczna. Szalom, pardon: na wieki wieków święty - Amen!           Powtarzam: zostałem bezprawnie wyrzucony jako osoba niesłysząca o umiarkowanym stopniu niepełnosprawności na miejski bruk warszawski przez spółdzielczą organizację prawników w składzie głównego przewodniczącego - sędzi Agaty Puż, dalej: wyrok został wydany solidarnie, zastosowano wobec mojej osoby zbiorową odpowiedzialność karną, biegły nie zrobił wywiadu rodzinnego, odmówiono mi prawa do jakiejkolwiek obrony własnych racji i nie przysługuje mi żaden lokal socjalny, tymczasem: nie wolno wydawać wyroków solidarnie, stosować zasady zbiorowej odpowiedzialności karnej, biegły miał obowiązek zrobić wywiad rodzinny, przysługuje mi jako osobie niepełnosprawnej urzędowy adwokat, urzędowy tłumacz języka migowego i urzędowy biegły, przysługuje mi status oskarżyciela z całkowicie wolnej stopy, status świadka koronnego i status ofiary systemu - odszkodowanie i przysługuje mi normalny lokal socjalny - przydział, jasne: jako reprezentanci systemu chcieliście mi dać prawdziwą lekcję życia - bezkarnie, nielegalnie i bezczelnie zniszczyliście życie człowiekowi dojrzałemu: samodzielnemu, odpowiedzialnemu i świadomemu - to wy gotujecie mi niewiarygodne piekło, kończąc: ta wasza lekcja życia nauczyła mnie tylko jednego, dokładnie: POGARDY!   Łukasz Jasiński (Warszawa: 2017-21)
    • @Arsis ponura, poruszająca wizja  niecodzienna rozbudowana metafora...
    • @Stukacz a dlaczego źle? inaczej:)
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...