Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano (edytowane)

 

                                                                    [Prolog]

 

Kłos pszenicy w żaden sposób nie może zatrzymać kropli krwi, która snuje się w dół, ku nasiąkniętej czerwienią ziemi. Setki innych ma ten sam problem. Nieliczne modraki zatraciły swoją barwę. Szaro szkarłatna mysz ucieka w popłochu do swojej norki. To akurat miejsce, dostało się pod gęsty strumień z przepołowionego ciała. Wiele kłosów przygiętych i zniszczonych metalowymi szczątkami, już nigdy nie powstanie ku słońcu. Urwana głowa, jakby spała wśród złocistych, pachnących zbóż. Te akurat jeszcze stoją, niczym białe brzozy przy grobie. Wszystko wokół ucichło, w snującym się dymie i zapachu palących się ciał. Martwe oczy nie mogą uwierzyć w to, co nie widzą.

 

*

 

Tej wiosny łąka wygląda wyjątkowo prześlicznie. Różnorodność kwiatów wszelakich barw i przyjemnych zapachów, jest niczym balsam dla zmysłów. Na tle błękitnego sklepienia, skowronek śpiewa  radosną pieśń, a białe motyle wyznaczają białe niewinne smugi. Wydeptana ścieżka, zdaje się zapraszać na swoją szarą wstęgę. Wije się w kierunku zachodzącego słońca. Nadaje ono wszystkiemu pomarańczowe ciepłe barwy. Z jednym wyjątkiem. Czeka na niego, by zacząć swoją grę. Ma nadzieję, że nie oprze się sowitej zapłacie. A nawet gdyby, to ma plan: b. Wdzięki swego ciała, jako dodatkową motywację.

 

Te obrazy ciągle ma przed oczami. Nie może przestać o nich myśleć. Przecież powinna dziękować Bogu, że jakimś cudem ocalała. Niestety. Nie dziękuje, gdyż nie może udźwignąć ciężaru pustki, która przytłacza i spycha w kierunku ziemi. Myślała nawet o samobójstwie, ale coś się w niej zmieniło. Na gorsze. Kiedyś potrafiła przebaczać, wszystko wszystkim. Do tej chwili. Do tych kilkunastu sekund, co odebrało tak wiele. Przecież mógł dokładnie wszystko posprawdzać. Nie zrobił tego. A może zrobił, lecz o tym nie wiedziała. Zabił jej ukochane dziecko. Siebie też, ale to akurat ją gówno obchodziło. Zapragnęła zemsty.

 

Dostrzega go z daleka. Idzie w jej kierunku. Rzeczywiście przystojniak. Na żywo wygląda jeszcze bardziej kusząco. Na pewno się nada do planu. Ona sama miała by na niego chętkę, ale cóż... zemsta leży odłogiem. Musi zmienić ten stan. Zdaje sobie sprawę, że będzie musiała trochę poczekać. Może nawet kilka lat. Żeby zaistniało to, dzięki któremu zrealizuje plan. Wie, że córka tego podłego trupa, nie jest niczemu winna. Na dodatek straciła ojca. Na nim już nie może się zemścić. Teraz musi stać się: skuteczną swatką. Ma ciągle przed oczami, zwęglone ciałko, które znaczyło dla niej tak wiele.

 

– Chcesz powiedzieć, że mam się z nią ożenić za sowite wynagrodzenie?

– Właśnie. A co ważniejsze, masz ją w sobie rozkochać do szaleństwa.

– To akurat nie powinno być trudne.

– Nie bądź taki pewien. Ona mi wygląda na inteligentną osobę. Musiałam się bardzo postarać, by zdobyć jej zaufanie. Udało mi się dopiero wtedy, kiedy uratowałam jej życie, w sytuacji, którą sama zaaranżowałam. Uwierzyła mi, że jesteś wporzo gościu. Całkiem nieźle mi wyszło, ale wolę o tym nie mówić z pewnych przyczyn.

– Sumienie? A jednak?

– No coś ty. Bądź poważny... tylko wiesz... postaraj się, żebym nie musiała czekać latami.

– Chyba nie chcesz...

– Nie jestem potworem. Jak możesz tak myśleć.

– W porządku. Przyda się trochę grosza.

– Tylko pamiętaj. Masz ją rozkochać w sobie, lecz czasami bądź bardzo niemiły, a jak się ono pojawi, to udawaj, że bardzo kochasz maleństwo, żeby ona chciała kochać jeszcze bardziej. Rozumiesz?

– Szczerze mówiąc nie bardzo.

– Dostaniesz odpowiednie napiwki, za takie... różne sztuczki... chyba wiesz, co mam na myśli? Bądź mężczyzną. Potraktuj to jako pracę. Tylko pamiętaj, kto jest twoim pracodawcą.

– Oczywiście ty.

– I co o tobie wie.

– Rozumiem.

– Miło mi, że rozumiesz. Drewniana wieża czeka.

– Co?

– Nic. Głośno myślę.

 

                                                                  [Po kilku latach]

 

– Ona porwała nasze dziecko. To wszystko przez ciebie łajdaku. Wiedziałeś, że tak będzie. To wasz posrany plan do tego doprowadził. A ja tobie uwierzyłam, gdy mi wszystko opowiedziałeś.

– Powiedziałem prawdę. Na początku rzeczywiście, robiłem to dla forsy... ale później, z biegiem lat, zakochałem się w tobie. Na prawdę. Musisz mi uwierzyć. A poza tym zdałem też sobie sprawę, że tak naprawdę, nic na mnie nie miała. Tamtą sprawę już dawno załatwiłem...

– Jaką znowu sprawę?

– To na prawdę nieistotne.

– Ale forsę od niej brałeś. Przyznaj się.

– Musiałem. Dla niepoznaki. Mogła by zacząć coś podejrzewać, że przestałem przed tobą grać...

– Wiesz co... sądzę, że nadal grasz swoją rolę. Mogłeś tyle lat, to żaden problem dla ciebie. Miłość do dziecka też udawałeś?

– Nie udawałem i nie mam zamiaru. Jak możesz tak mówić. Byłem przekonany, że zaniechała planu.

– Jak to zaniechała? Skoro ciągle ci płaciła? Wiedziałeś, że chce skrzywdzić...

– Nie wiedziałem, co chce zrobić. Zresztą teraz to wszystko nie ważne. Trzeba ratować nasze dziecko.

– Moje dziecko! Tylko moje! Zapmiętaj to sobie!

– Niech ci będzie, że twoje. To teraz nie istotne. Wiem, gdzie może z nim być.

– Gówno wiesz. Trzeba zgłosić na policję. Powiedzieć, że miał na sobie niebieski sweterek...

– Tylko nie policja. Jedźmy w to miejsce.

– Gdzie?

– Na skraj lasu. Tam gdzie twój ojciec zginął w awionetce i jej dziecko.

– Skąd wiesz, że to był mój ojciec?

– Przecież sama mi powiedziałaś. Dopiero wtedy skojarzyłem, dlaczego to wszystko... a poza tym.

– Ona ci nie powiedziała?

– Nie.

– Skoro mamy jechać, to jedźmy. Musimy ratować nasze dziecko.

 

*

 

Ładne z ciebie dzieciątko. Zobaczysz za chwilę widok z drewnianej wieży. Tam kiedyś, naprzeciwko niej, Twój dziadek zabił moje dziecko. Tylko ja ocalałam. Twojej mamusi musiało być przykro, że straciła tatusia. Strasznie na tym ubolewam. Chyba widzisz, jak mi smutno z tego powodu. Och widzę, że się uśmiechasz. A będziesz jeszcze bardziej, gdy pofruniesz jak mały ptaszek, taki mały samolocik. Szkoda, że twoja mamusia nie będzie tego widzieć. Wierzę jednak, że szybko się o tym dowie. Podniesie cię, a twoje skrzydełka będą zwisać martwe i połamane. No co tak patrzysz. A zresztą spoglądaj na świat. Już niewiele tego spoglądania tobie pozostało.

 

 

– No widzisz! Miałem racje! Jest tam. Biegnie z nim w kierunku wieży. Pospieszmy się.

– Nie zdążymy i tak. Zaczyna wchodzić. Co ona do cholery planuje? Tylko nie to! Zrób coś!

– A co mam zrobić. Myślisz, że nas posłucha. Jeszcze bardziej ją wnerwimy.

– Błagam, wymyśl coś. Przecież wiesz, co chce zrobić. Rzucić go stamtąd. Tam pełno kamieni. Nie, to nie możliwe... proszę cię, nie zabijaj mojego dziecka. Ono niczemu nie winne.

– Ona ciebie nie słyszy. Jest już prawie na samej górze. Cholera, dostrzegła nas.

 

Biegną co sił w nogach. Drewniana wieża, jak pionowa trumna z wyrokiem śmierci, rani ich umysły. Są już bardzo blisko. A ona stoi tam wysoko, z dzieckiem na rękach, jakby czekała na nich z rozpoczęciem spektaklu. Nagle słyszą jej słowa:

 

– Twój ojciec zabił moje dziecko. Teraz ja zabiję twoje. Poszybuje tak samo, jak ja szybowałam... najgorsze w moim zasranym życiu, kilkanaście sekund. Musiałam patrzeć, jak płonie. Teraz ty będziesz patrzeć, jak rozbije piękną główkę o te śliczne, twarde kamienie. A może nawet mózg zobaczysz. Wszystkie jego myśli, co tak swoją mamusię kochały... ale cóż... bam i nagle przestały.

– Proszę! Nie zabijaj go. Mój ojciec na pewno tego nie chciał. Po cóż miałby to robić? Pomyśl. Zabijać siebie przy okazji. Powinnaś Bogu dziękować, żeś ocalała. Pozwól, że tam wejdę, a ty mi go oddasz. Nie zgłosimy na policję. Będziesz mogła zejść...

– A niby dla kogo mam zejść? No powiedz mi. Dla kogo? Ty masz po kogo wejść, a ja nie mam dla kogo zejść. Rozumiesz?

– Proszę cię. Nie odbieraj go nam. Przecież tak na prawdę, nie chcesz tego zrobić. Nie jesteś morderczynią...

– Gówno prawda. Za chwilę nią będę. Pragnę być cholerną morderczynią!

– A poza tym, mam dla ciebie nowinę.

– Ty się palancie zamknij. Nie taka była nasza umowa! Posrałeś sprawę.

– W porządku. Według ciebie posrałem. Ale posłuchaj...

– Streszczaj się. Nie chcę tu tkwić całą wieczność. Widzicie co robię? Wystawiam na zewnątrz. Wystarczy, że...

– Odnalazłem twoją prawdziwą matkę. Chce się z tobą spotkać.

– Cholera jasna. Musiałeś to teraz powiedzieć. Kłamiesz. Tak bardzo chciałam ją odnaleźć, żeby...

– Wiem, gdzie jest. Przyrzekam, że tobie powiem, ale pozwól, że wejdę po dziecko... obiecuję, że się dowiesz. Mogę nawet przysiąc na swoją matkę.

– Na Boga przysięgnij, to ci może uwierzę!

– Przysięgam. Bóg mi świadkiem. Pozwolimy ci odejść.

 

Drewniana wieża, zaczyna się niebezpiecznie chwiać. Dziecko już siedzi na drewnianych deskach, lecz niedoszła morderczyni, opiera się o przegniłą ścianę. Wyłamuje ją i spada na leżące kamienie. Uderzenie jest tak silne, że jej mózg, rozbryzguje się na wszystkie strony. W tym czasie, dziecko wstaje i zbliża się do wyjścia. Ma pod sobą wysoką drabinę. Uśmiecha się radośnie, machając rączkami.

 

– Kochanie! Cofnij się trochę. Proszę cię. Mamusia za chwilę po ciebie przyjdzie.

– Ty go zagaduj, a ja po niego pójdę.

– On w każdej chwili... wystarczy jeden krok.

– Wiem. Ale jak będziemy krzyczeć, to się może przestraszyć.

– Idę po niego. Jestem jego matką.

– Poczekam na dole, bo jeszcze się to cholerstwo zawali.

 

Mała postać na wieży, ciągle stoi na samej krawędzi. Wieża chwieje się nieznacznie.

 

– Mamusia już po ciebie idzie. Nie ruszaj się. Proszę. Zobacz co jest tam w środku. Taki ładny pokoik.

 

Na chwilę znika z pola widzenia. Matka jest już w połowie drogi.

Dziecko znowu się pojawia. Staje przy krawędzi, i buja nóżką nad przepaścią.

 

– Zobacz co tam jest z tyłu. Tak ładna zabawka. Będzie się tobie podobać.

 

Przez chwilę nie widzi swojej pociechy. Jest już prawie na samej górze. Jeszcze chwila i go przytuli. A później bezpiecznie zniesie na dół. Wieża znowu się chwieje niebezpiecznie. Dziecko zlatuje na matkę. Ta go jakimś cudem, zatrzymuje. Mąż wchodzi do góry. Pomaga żonie znieść ich syna na ziemię. Odchodzą kawałek. W tym momencie, słyszą dziwny hałas. Wieża się przewraca. Tak szczęśliwie, że drewniane przęsła spadają obok nich. Są między nimi. Nic im się nie stało.

 

                                                             [Po kilkunastu latach]

 

– Słyszałeś?

– Niby co?

– Chałupę ktoś podpalił

– Czyją?

– Podobno rodzina tam mieszkała.

– Czyja?

– No wiesz. Tej psychopatki, co spadła z wieży.

– Wiadomo, kto podpalił?

– Podobno jakiś nastolatek w błękitnej bluzie. Ale nikogo nie złapano.

 

*

 

– Nie mówiłeś, że potrafisz pilotować samolot.

– Czekałem z tym... no wiesz, dlaczego...

– Zapraszasz nas na podniebny lot. Jakoś nie mam ochoty... no wiesz dlaczego.

– Nic się nie bój. To mały samolocik. Wszystko dokładnie sprawdziłem, razem z moim kumplami. Nie musimy się bać.

– Ale tylko na trochę... i zaraz lądujemy.

– Nasz syn się ucieszy.

– Na pewno.

 

                                                                   < ------ >

 

Podajemy komunikat. Dziś zdarzył się tragiczny wypadek. Na skraju lasu rozbił się mały samolot. Jedna osoba cudem przeżyła.

 

Kłos pszenicy w żaden sposób nie może zatrzymać kropli krwi, która snuje się w dół, ku nasiąkniętej czerwienią ziemi.

                                                       

                                                     [×]

                                                    [××]

                                                   [×××]

                                                  [××××]

                                       ;;;;;;;;;;;;[×××××];;;;;;;;;;;;

Edytowane przez Dekaos Dondi (wyświetl historię edycji)

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • sytuacja najgorsza

      znów piszę słowa 

      niech zechcą się rymować 

      niech wpadnie metafora i porównanie by poezja popłynęła a nie tylko szczekanie jak pies na pianie 

      wścieklizną się pojawie w twoim śnie 

      będę bał się wody która oczyścić potrafi ciało i krew a przede wszystkim serce i duszę 

      będę pompował w krwi obiegu gęsta ciemną maź

      nie krew bo ubogą w cały tlen 

      duszę się w twoim śnie 

      i płuca nie napełniają się w zyciodajną materię czyli (powtórzenie cholera ale inaczej sie nir da) z powietrza (jeszcze nie terwz uciekłem tym słowem ale zaraz padnie co w niedawnym wersie i oto jest juz tuz po nawiasie) tlen

      tlen 

      tlen 

      tlen 

      tlen (razy pięć widzisz to rymuje się ze sobą to samo słowo czy off)

      potrzebuję oddechu a jedyne co mam to dym z papierosów którym wśród czterech ścian oddycham i oddychałbym wszędzie tym nikotynowym szczęściem 

      na plaży i w lesie ale tam nie niesie mnie krok

      do monopolowego to jo

      ale nie dalej

      tylko gdy drobne uzbieram wyżebrać się uda na flachę 

      w kieliszek polane ale to niewystarczająca ilość 

      leję tani twardy alklhol w szklankę i wlewam w ryło 

      wuda do ryja

      vvdvdoryjv 

      czarnego skrzydła motyla

      zgubiony w pseudonimach 

      niesiony na skrzydłach 

      znikam

      by zasnąć w sen wieczny jako bezimmirnny

      i to moja nagroda 

      nie do wiary jaki jestem zjebany

      i przeklinać mogą niby inteligentni mówią słowa przysłowia ale prawdziwie mądrzy potrafią nie rzucić kurwą w stronę chama ggdy odpierdala bo w sercu mają miłość Pana i idą w jego słowa by na raj w życiu po sądzie ostatnim zapracować 

      a ja

      odchody piekła 

      robactwo co go diabeł się wyrzeka

      utopiony w rynsztoku z fekalii demonów i grzeszników z kotłów 

      po prostu 

      po kieliszku w szklance się żale 

      szczekanie a na pysku kaganiec

      zeby niepełne w szczęce i dziurawe

      nie obawę a odwagę wykarzesz gdy w twoim śnie będę nawiedzał cię 

      i eutanazję jak się należy z nabitej srebrem strzelby wymierzysz między oczy i nic nikogo tu nie zaskoczy 

      wyzionę tedy ducha i uleci w pył rozbita przez grzechy dusza i opuści atmosferę jak nikt mnie nie chce bo zrobiłem co mogłem by trafić w serce i zdradzić zaufanie i kolejną szansę zamienić na te ostatnie wzruszanie ramionami na nie

       

      czyli tak

      ja to pies 

      ja to pies chory na wściekliznę 

      za późno na ratunek należy ubić podłe złe zwierzę zagrożeniem jestem 

      oto nke pytam dziś pod koniec dziwnego tekstu kim jestem 

      bo wiem że dzięki nim (Oni) udało mi się dojść do błędu 

      obłędu w jakim tkwiłem

      sprawdź sobje wielbłada jako metafore w arabskich tekstach 

      ja nie jestem Nim

      demon z piekła mnie opętał 

      można powiedzieć 

      ale to nie inne byty kierowały mną a winnego mam siebie 

       

      to nie żale 

      to nie ku chwale

      to ku przestrodze dla ciebie żebyś widział dalej 

      niż ja widziałem 

      mimo okulara szkiełka tylko czubek własnego nosa dostrzegam 

      mimo uszu pełnych miodu nje słyszę szeptow innych niz krzyki ego które mi wmawia że jestem okej

      o jej

      olala 

      paczeko (fonetycznie z portugalskiego tłumaczy się na wysoko ale w niematerialnym sensie tylko wyniesion jakos tak nie wiem jak ci to wytlumaczyc sputaj w Hiszpanii) 

      ego 

      nie niosę światła myślę o sobie 

      ja jestem światłem 

      mów mi słońce 

      mówię o największej gwiezdzie którą znam też na b jak imię i ksywa które nadała mi rodzicielska decyzja i ksywka którą sobie sam potem wymyślam 

      b b b b b

      lubię choć nie wolno mi lubić nic tylko do siebie czuć wstręt i hejt jak nienawiść 

      czemu nie potrafię się zabić 

      skoczyć i skończyć 

      wybrać gałąź i owinąć szyję w pętle i runać niczym nazisci i skończyć jak Hussein tylko w pewności zostawić że napewno winny 

      zabiję cię 

      a to ja zasługuje na śmierć 

      przystaw mi broń do głowy i kurwa mać strzel

      niemetaforyczne jak liryczne zabójstwo tylko elektryczne krzesło ku ulgom 

       

      hau hau buda i łańcuch i kagancu na pysku a nie mi tu bazyliszku 

       

      oto ściana słów które nic nje znacząc cóż skąd miód i mleko i ze srebra zastawa na stole komus kto nie doceni nigdy bo jest matolem

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Nie wiem co źle robię Ale ciągle myślę o sposobie Jak pokochać siebie Jak czuć się jak w niebie   Chciałabym być prosta jak kartka papieru Cienka idealna pełna manieru   Na kartce piszą da się ją przeczytać A ja jestem zamkniętą jak zszywacz   Chciałabym być otwarta i nic nie ukrywać A tak naprawdę muszę zgrywać Że jestem idealna i szczęśliwa jak pies Zawsze gdy ktoś mnie widzi nie wie co mi jest   Nie wie co czuję co się ze mną dzieje Ale co w tym dziwnego jak tylko się śmieje?   Kartka jest prosta czysta jak niebo gdy tylko ktoś na niej długopisem napisze  Brudzi się tylko od niego…
    • @Mitylene tak owszem, zawsze  takie majestatyczne:) dziękuję ci:) pozdrawiam serdecznie:)
    • @brt chce wypić to co ty poproszę namiary kompoty browary dzięki stary
    • @violetta zapach tulonych płatków przywołuje pamięć z dzieciństwa malując w tej miniaturze ciepłe wspomnienie. Podoba mi się metafora " kipiących bzów"- uwypukla bujność tych kwiatów i ich czarodziejski zapach...
    • No to tak  Co zauważam w tym tekście to ostatnie wers za wersem za wersem trzy razy. Super to ale może zedytuj do pięciu bo to cyfra bez skazy gdy ma się dwie piątki w urodzenia dniach daty to się czuje więź. Super wiersz o monecie i reszcie której nawet nie wyda ekspedienkta bo nie jest podmiot liryczny wart centa choć poleciał na wersach. Złamany grosz to coś jak ruletka którą wygrał ale kasyno no nie było stać go na wypłatę bo swoją wdowią monetą o której nawet nie wiedział postawił poewnie piątkę i spadła kulka na kole na tą cyfę a jak czytamy w słowach księgi Wdowi grosz do bardziej wartościowych należy niż bogacza żetonów stosik, gdzie to nadmiaru kawałek fortuny, I tak cebulka wydobyta z dna pod dnem, rzucona na planszy na znaczek z cyfrą jak pięć udała się przepowiedzieć gdzie wyląduje kula na kole ale ale ale  ale ale ale nieświadomość daru gracza nieświadomość gry nie daje im kasyno wygranej zresztą nie stać ich nawet bo ta resztka dobra w nim głęboko pod zgnilizną duszy generalnie (głuopio rymować generalnie słowem ale jakoś tak wychidzi że w wielu miejscach gdzie nic nie można na szybko sklkelić w rym genrealnie słowo daje ten stan ulgi gdzie sklejasz wers rymem tak tu jerst kumasz mnie czy nie pewnie jedno i drugie to tako mądre jak i głupie to tak samo stoi twardo na nogach ale wie jak to jest upaść i twarda podłoga na własne życzenie leży pod twoim cielem (wymyślone słowo przywilej który grafomanowi się takoż samo należy jak i poetom czyli lp w skrócie kmwtw tak tu jest ma rymować się generalnie wielokrotnie najlepiej bo to wyjebanie fajne usłyszane w przestrzeni wersy mówią mi kiedyś a dziś wiem że jak i religia chrześcijańska jak i licencja poetica powinny być mi przywileje odebrane i na nic amen i na nic rymowanie w tekstu ścianie to już nie fajne gdy dziecko we mnie martwe jak sam je zabiłem monster artowaniem na nieświadomości oczywiście jak to ja oto ja kurwa mać (a przekleństwa karmią szatana ale i jemu należy się strawa bo to dziecko Boże i Stwórca marzy może że i Lucyferowi ostatecznie należy się raj (no koniec wojen niech ta pierwsza przykład da i pogodzi się zbuntowany anioł z SYnem Bożym drugim razem narodzonym wśród ludzi i zbijając piątki skończą terror wrogów ze światów niematerialnie istniejących) (zapomniane główne wątki i co zrobić gdy się leci w te klawisze i nie ma czasu wracać do wcześniej co się pisze i się chce tylko stawiać kolejne litery w słowa sylabami ustawione które się spacjami oddzieli bez interpunkcji bez kropek i przecinków bez kitu tu tylko nawiasy z takich znaków dziewczyno chłopaku ratuj to głowa po mocnych trunkach kończy się flaszka za cudzy pieniądz którą w gardło ze szklanki się wrzuca no kurde (choć rymowałoby się kurwa ale te przekleństwa to taka sprawa jednak niezajebista bo raz że karmią szatana który wciąż chce dla nas piekła jak i drażnią ucho i nieprzyjemna nastroju rozmowy wibracja wpada do mózga przez ucha kanały ślimaki (nieporadzisz na te nawiasy już nawet nie chce wracać do głównej myśli do pierwszych fraz do frazy która ten wyrzyg zaczęła tak tu jest tak się dzieje i to nieraz i się niezmienia oto ja tylko do przodu bez pomyślenia jak gaz do dechy gdybym wsiadł do samochodu za kierownice i pewnie pierwszy zakręt powinien być dla mnie oszukać przeznaczenie cudzym cierpieniem i wciąż niedocenienie dobra wokoło tylko ból i cierpienie, zaufanie do człowieka stracone i wzgarda i hańba (pierwsza myśll mi się przypomina znienacka nagła iskra że to komentarz wiersza o monetach pisałem i wkładzie nieświadomym z cebulki kmwtw generalnie piszę generalnie nielubiąc generalnie ale często gęsto to słowo czyli generalnie rymuje się gdy nie wpada nic lepszego do głowy i można z ulgą rymem z generalnie słowa rymowankę złożyć)  O walucie wiersz spowodował że powstaje ściana z tekstu która bezsensem okazuje się i niepotrzebnie wysłana w komentarzu powinna nie była się zacząć by nie mogła się skończyć ale oto ja w tym czasu się dla pokazu i wyżycia wśród szumu trunku którego spożycia w nadmiarze znalazłem szansę i jakoś tak myśli mam niecodziennie dostępne gdy zaciemnienie na umyśle należne z zamknięciem pyska idące w parze którego pożądanie czuje wśród współpasażerów byłych już przedziału pociągu który wiezie mnie nie na miejsce i nie na odpowiedni przystanek o nieodpowiednim czasie zapowiadane co do minuty dotarcie po krzywych torach po szynach które były złe jak moja osoba. A co do wiersza to super że poezja Ci przyszła wena i wiersz się udał bo w rymach wersach i zwrotkach jest forma podziwiam przy tym dniu a to sobota pa
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...