Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

nasza muzyka - org.fm


Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano (edytowane)

Spójrz na mnie, nie odwracaj głowy! Wykrzycz wreszcie

to ostre jak brzytwa słowo! Wykrztuś je z siebie…

 

Potrząsam tobą, ściskając ramiona…

 

W radiowym głośniku słychać jedynie jękliwy szmer rozdzieranego siłami nicości

wszechświata.

 

Już dawno przekroczyliśmy próg. Drzwi zatrzasnęły się z hukiem za nami…

 

 

(Chyba straciłem przytomność

z powodu efektu stroboskopu…)

 

 

… gdzieś tutaj,

za mną,

przede mną…

Błądzę. Nie jestem w stanie rozróżnić jarzących się czerwonawym blaskiem

rzeczy…

 

Skąd ta cała jasność,

to

lśnienie?

 

Wiem, że odradzam się słońcem…

 

Wiatr porusza storami, które wzdymają się jak żagle.

Rozwierają się z cichym mlaśnięciem

szkarłatne wargi…Zamykają…

Oblizują się lubieżnie spierzchnięte gorączką usta.

Moje czy twoje? – Nie wiem, ale wiem, że są rozpalone chciwym pożądaniem i zbliżają się

z pomrukiem

nadciągającej burzy…

 

 

Słońce oświetla nasze zniszczone twarze.

Omiata je blaskiem nieskończonego żaru.

Zwracasz się do mnie oczami,

które eksplodują, rozrzucając wokół odłamki

gorących łez…

 

Trafiony rykoszetem, przebity na wskroś… Opuszczam zakrwawioną głowę,

tak,

jakby to zrobił Jezus

na

krzyżu.

 

Nieruchomieję, rozpadając się bardzo powoli.

Kawałek

po kawałku…

 

*

 

Miała piękne usta.

Umalowane czerwoną szminką.

 

Jej napięta skóra. Lśniąca jakimś tajemniczym blaskiem, na który czekałem o tej godzinie

na wpół ziemskiej, na wpół przenikniętej tęczowym światłem

zorzy.

 

Szła w półcieniu,

aby mnie pokonać swoim kuszeniem.

Oślepić i wtrącić w świat nieznajomy.

W krainę obłędu, która nie zna nasycenia…

 

 

Ukrzyżowany w satynie. Dostępujący nieba. Z ciężarem jej piersi na swojej twarzy.

Oczy zwrócone białkami świadczyły o ciele błądzącym w zaświatach. Wracała stamtąd,

jak

– powracają umarli.

 

Akt wniebowstąpienia wymagał wielokrotnych poświęceń.

 

 

Lecz oto tajemniczość zaczęła zmieniać barwy,

kompromitując się na moich oczach.

Przelotne zalśnienie, które powstaje byle jak

i byle gdzie.

I  z   b y l e,   k i m.

 

Jesteś kurwą, prawda? Pieprzenie i nic więcej. Czar prysnął. Wszystko

przeminęło.

 

Oddalające się kroki. Trzaśnięcie

drzwiami…

 

 

Porzucony i zgwałcony, w zmiętoszonym, wilgotnym prześcieradle. Na spoconym ciele

płonął pozostawiony lubieżnie autograf

o zapachu

tanich perfum.

 

 

 

 

 

 

Pójdę sobie.

Na zewnątrz kłębi się w swoim mroku

noc.

 

Przede mną długa podróż…

 

W pustym, ciemnym pokoju szepczę

do samego siebie.

Księżyc zagląda przez okno, kładąc się na podłodze zimnym blaskiem.

Obserwuję ten przekrzywiony prostokąt. Zanurzam w nim dłonie

i

twarz.

 

… wyczuwam wibracje zderzających się atomów…

 

Tykanie ściennego zegara.

Zgrzyt przesuwających się trybów i przekładni starego mechanizmu…

 

… gong…

 

Boję się unicestwienia, niespodziewanego kolapsu cząstek substancji czasu.

 

Pójdę sobie.

Dokąd? –

Przed siebie…

 

Zakładam płaszcz, aby wyjść naprzeciw gwiazdom.

Zamykam za sobą drzwi…

 

Omiata mnie chłód schodowej klatki, zamkniętych na wieczność mieszkań umarłych dawno

sąsiadów.

W półmroku opuszczonych pracowni

milczące popiersia.

Porzucone w nieładzie dłuta

– narzędzia zbrodni na kamieniu…

 

(To już kiedyś było. Wiem…)

 

Na zewnątrz

zamiata liście wiatr…

 

Stawiam kołnierz dziurawego płaszcza.

Na pustej, przymglonej ulicy latarnie

kołyszą swoimi zwieszonymi głowami…

 

 

Moje stałe miejsce jest puste.

Czeka jak zwykle na mnie.

Przyglądam się pozostawionym na blacie

wilgotnym kręgom…

 

… alkohol rozlewa się tak ciepło w żołądku…

 

Kolejny drink.

Już nie wiem, który…

 

Barman poleruje szklanki, spoglądając na nie pod światło obojętnym wzrokiem.

Odbija się przede mną w lustrze szaleństwo. Moja wykrzywiona, zniszczona twarz.

 

*

 

Nie ma żadnego wytłumaczenia.

Jestem bezbronny,

jak foka wyrzucona na brzeg.

 

Pochłaniam chciwie kęsy powietrza. Dudni mi w pulsującej głowie

nieskładny,

pijacki gwar.

 

Ściskam w dłoni długopis czy plastikową słomkę…

 

… na poplamionej kartce

urywki

jakiegoś tekstu…

 

Nie mogę.

Nie potrafię…

 

W obłokach papierosowego dymu kołują nieustannie barowe ćmy.

Spalają się w obskurnym świetle kinkietów.

W miejsce poprzednich przybywają nowe. Męczy mnie odgłos spadających z wysoka

miękkich,

puszystych ciałek.

 

Czuję, że i mnie

zaczynają

wyrastać skrzydła.

 

*

 

Gram w szachy na pogiętych szczątkach cywilizacji.

Moim przeciwnikiem: szaleństwo.

Właśnie –

dostałem mata.

 

 

Coraz większe porywy lodowatego wiatru

uderzają w moją twarz.

Nic nie czuję. Nic. Już dawno stała się biała, jak zmrożona przestrzeń śnieżnego piekła

z łagrami

nienawiści…

 

 

Wszystko zaczyna się dziwnie kołysać.

Przytłacza mnie

ciężar spadających bomb.

 

Zawadzam wciąż nogami o jakieś żelastwo, zardzewiałe, porzucone karabiny

i hełmy…

O spalone szczątki z ponurym spojrzeniem, które odradzają się na nowo.

Które podnoszą się i pędzą,

aby zadać śmiertelne pchnięcie bagnetem w powtarzającym się w nieskończoność natarciu…

Popełniam błąd, myśląc, że to jest wzdęty trupim rozkładem post-apokaliptyczny krajobraz..

 

Walka!

Wciąż walka…

 

 

Coś strasznego zeszło do podziemi

i czai się w mrokach.

 

Wystrzeliwuje z każdej bramy swój okrutny jad plująca kobra.

Otwierają się czarne gardziele z cuchnącym szlamem. Strumienie szamba zalewają wszystko,

zatapiają…

 

Gdzieś tutaj

musi być zejście do piekła…

 

 

Obrzygane farbami mury chylą się ku upadkowi,

które podpierają bez wiary obrośnięte mchem,

brodate fauny.

Słychać trzask łamiącego się, przegniłego drewna.

Odgłosy

miażdżenia…

 

 

Jąkają się i krztuszą gołębie w kałużach.

Załamują skrzydła w nieszczęściu.

Na kolczastych drutach zwisają resztki poszarpanych jelit

z siwą sierścią kozła…

 

Nie

przeskoczył…

 

 

Mijam szare, bezimienne szeregi skazańców o czarnych, pustych oczodołach.

Wczepione w stalową siatkę po napięciem pokrzywione, spalone palce.. Swoisty performance

nieudanej

próby ucieczki…

 

*

 

Otwieram załzawione,

szczypiące oczy.

 

Wysypują się na moją twarz czarno-białe piksele

z ekranu

szumiącego telewizora.

 

Noc?

Dzień?

 

Brzęk tłuczonego szkła.

Bełkotliwy rozgwar.

Kłębiące się pod sufitem chmury…

 

Brakuje słońca,

ale za to świeci się lampa w poplamionym, żółtym abażurze.

 

 

Coś sobie zaplanowałem, lecz zapomniałem, co. Miałem chyba dokądś pójść,

aby spotkać się z własnym cieniem.

Jestem nikim. Jeśli ktoś chce pogadać, to numer mojego telefonu jest na mankiecie koszuli, albo

na nogawce spodni…

 

Moja wina,

wiem…

… wiem…

 

…… wiem…

 

Wszystko jest moją

cholerną winą…

Nie musicie mi już o tym ciągle przypominać…

 

Schylam się, aby podnieść zdeptany, ubłocony zwitek papieru.

 

… coś pisałem…

 

Upadłem.

Nie mogę się podnieść.

Kto mi pomoże wstać?

 

Nikt…

 

Tuż przed moją rozkrwawioną twarzą

porusza nerwowo swoimi wąsami

słodka,

biała mysz…

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Edytowane przez Arsis (wyświetl historię edycji)
  • Odpowiedzi 3,3 tys.
  • Dodano
  • Ostatniej odpowiedzi

Top użytkownicy w tym temacie

Opublikowano

Stąpa po miękkim dywanie trawy.

Przemyka po porannej łące.

Widzi,

nie mając oczu.

 

Jest

obok mnie….

 

Wystawiam rękę, ocierając się o nicość. Zapala się od pierwszych blasków

lotnych płomieni…

 

… słońce wychyla się z ziemi…

 

Czuję na twarzy wiatr,

przezroczystą esencję

natury…

 

Oglądam w zbliżeniu łodygę swoim ogromnym, szklanym

okiem,

skupiającym w sobie całą moc gwiazdy. – Teraz nikłą, jakby była zaledwie

lśniącym ziarenkiem.

Kropką na końcu zdania.

 

Jest obok.

I

dalej…

 

Mieni się w sobie szaro-zieloną egzystencją nieskalanej ciszy, zapachem rosy…

Rozprasza się i taje, ten dziw z przeplatanych mgieł i cieni. Jakaś nierzeczywistość

utkana

z niewidzialnych nici…

 

 

Budzę się gdzie indziej, wyrwany ze snu

niespodzianie.

 

Przede mną ucięta jak nożem ziemia

zsuwa się w huk oceanu kamienną ścianą.

 

… ocieka wodą

fal rozszalałych…

 

Prześwieca przez moje palce przesiąknięta solą liliowa zorza…

 

*

 

Nieustanny deszcz. Spływają po szybie ogromne krople. Przytknięta do niej twarz,

przytknięte dłonie.

 

Sine obłoki, milczące

usta.

Poruszają się, choć nie wydają dźwięku. Opowiadają coś w tajemnicy

przed światem. Zatajają swoje dzieje…

Pełne ciszy i melancholii rozstania. Wzdęte wiatrem, jakby na wzburzonym morzu.

Biegnące

w głęboki mrok nocy.

 

 

Drgający płomień świecy. Idą w obłąkaniu przed siebie cieniste byty.

Wracają.

Kręcą się w kółko bez celu…

 

Jakaś postać przestępuje z nogi na nogę w stojącym lustrze. Odwracam się, lecz nic. To tylko

wspomnienie

jakiegoś dawnego życia.

 

Przeniknęło ściany.

Przeszło. Znikło…

Wychynęło na chwilę ni stąd,

ni

stamtąd…

 

… rozpadło się w niebyt, w pustkę… w mrok…

 

 

Krzyki bawiących się dzieci wypływają falami z dalekiej przeszłości.

Skrzyp śniegu, szmery zjeżdżających ze wzgórza sanek… Zabawa w berka na zielonej trawie,

któregoś

gorącego dnia lata…

 

… nikną w czasie

z pogłosem echa…

 

 

Szum i szmer padającego deszczu.

Wybita w niebie ogromna dziura

przepuszcza promieniowanie wszechświata,

które przenika kości, zabija tkanki…

 

… szczątki pór roku zapadają się w błocie zamordowanej ziemi…

 

 

Śmierć naznaczyła wszystko krzyżami… Kołysze się w podmuchach wiatru tablica

z napisem:

 

„koniec sezonu”.

 

 

 

 

 

 

 

Opublikowano (edytowane)

Podążam za umarłymi.

Pod moimi stopami chrzęst żwiru i rozgwar usypujących się kamieni na zboczu.

Wspinam się…

 

… pusty stukot kości…

 

Słońce rani moje oczy, wiatr osusza twarz po niedawnym deszczu…

Otwieram i zamykam spierzchnięte gorączką usta…

Jakieś zwidy i mary, skłębione widma…Obłoki na niebie, wykrzywione spazmem śmierci

sine

twarze…

 

… piskliwy szum w mojej głowie,

… … głosy…

 

… … … szepty…

 

Ziemia zatopiona w mroku dziwnej substancji

przeszłego czasu…

Przybywam ni stamtąd,

ni

zowąd…

 

 

Nieustanne stąpania, chrapliwe

oddechy.

W potoku przekleństw uderzenia kilofów rozkuwających lodowe piekło…

Obrzydliwe plaśnięcia upadających ciężko ludzkich tobołów pod rozgwieżdżonym całunem

nieba…

 

 

(Przeszywa mnie prąd, jak po przebytym ataku epilepsji…)

 

 

Przedmioty o niejasnych z początku konturach

wyostrzają teraz swoje kształty…

Wyswobadzają się z półprzejrzystych membran

halucynacje

somnambulików…

 

Złachmaniałym rękawem dziurawego płaszcza przecieram załzawione,

szczypiące oczy…

 

… rozglądam się i widzę…

 

Na obrośniętych suchym bluszczem kamiennych

krzyżach

czarno-białe,

obojętne twarze …

 

Czyjeś nieśpieszne kroki…Szelest rozgarnianych liści…

 

… śmierć

… … podąża

… … … z a

… … … … m n ą…

 

*

 

Huk nacierających fal… Białe języki piany… Wzlatują wysoko rozkrzyczane mewy,

w te gorejące czerwienią zachodu rejony nieba…

Płoną…Przechodzą w ciszę… Odpowiadają sobie po długim milczeniu…

Spadają rozżarzonymi kroplami, aby zgasnąć jeszcze, nim przykryje je woda…

Aby znowu

wzbić się w powietrze…

 

… aby

… … z n o w u…

 

Niezmordowanie,

wytrwale…

… … … m a j e s t a t y c z n i e…

 

 

Horyzont staje się coraz bardziej ciemny…

Liliowa zorza…

Ostatnie prześwity słońca…Zimny wiatr…

Zapach soli…

 

Zatracam się w łoskocie

tego miejsca,

w tej nawale wody,

która wlewa się na plażę

i

c o f a…

 

…pozostawia po sobie wilgotne na piasku

ślady…

 

 

Ważę w dłoni lśniący fragment oceanicznego sanktuarium, zafascynowany odbiciem

zdeformowanej w nim twarzy…

Wydaje mi się, że dostrzegam kątem oka ciebie, jak idziesz powoli

w białej,

rozwianej sukni…

 

… podążam za  t o b ą  w krok…

 

Znikasz w gąszczu starych, betonowych schronów, poczerniałych od straszliwego żaru

nuklearnych testów…

I choć wiem, że nie jesteś żywa,

to wciąż się łudzę, że może jednak…

 

… że

… … m o ż e…

 

Podążam za tobą, a raczej za twoim nieśmiertelnym duchem…

Odwiedzam ponownie znajome mi miejsca…

Rozgarniam porzucone przed dziesięcioleciami

skorodowane resztki…

Przesypujące się przez palce radioaktywnym, rdzawym pyłem

zabójcze

… … artefakty…

 

Lecz nic… Wszystko ginie w tym nieustannym szepcie samotnych widm, co błąkają się

po opuszczonej przystani,

wyczekując czyjegoś przybycia…

 

… przytłoczone ciężarem

samotności…

 

… … … w tajemnicy przed światem…

 

 

 

 

 

 

 

Wiem, że przyszłaś poskarżyć mi się na śmierć… Jesteś tutaj... Stoisz przede mną…

Jesteś obok,

a raczej jest – twoje o tobie wyobrażenie…

 

Spójrz, jak słońce przebija się nieśmiało przez mleczne

niebo…

 

Migoczą w powiewach wiatru wilgotne liście,

skapują z nich krople niedawnego deszczu…

Pójdziemy razem, w sen zagłębiając się głęboki?

 

Przytłacza nas dojmujące milczenie ptaków – i milczenie nasze…

 

…cisza tak wielka,

… …, że aż zagłuszająca myśli...

 

 

Wiatr przesuwa się po niebie, strzępi obłoki, jakby skostniałe z zimna sine twarze…

 

Idziemy przed siebie, przenikając się nawzajem, jak bezcielesne mary

z mgły

i bagiennych oparów…

 

Idziemy przed siebie błotnistą drogą w ostatnim momencie czasu, który zabija zegary

trwogą

przejmującego gongu…

 

… idziemy…

… … opieramy się wciąż przed nieubłaganą nocą…

 

*

 

Nastąpiła już dawno eksplozja gwiazdy…

 

Świetliste szczątki spadają wciąż na szczyty strzelistych topól

płatkami

nieważkiego śniegu…

 

… jest mi zimno

… … tym zimnem przenikającym kości…

 

 

Jest mi zimno tym zimnym dreszczem, co spływa na mnie nitkami nerwów …Zawładnia mną

twoje blade,

falujące oblicze

w wodach płytkiej zatoki…

 

… niesie

mnie,

… … umarłego…

 

 

 

 

 

 

 

Edytowane przez Arsis (wyświetl historię edycji)
Opublikowano (edytowane)

… krok za krokiem… ― powolny chód…

 

Otaczają mnie wokół

piaszczyste wzgórza,

niczym

― wielbłądzie garby…

 

Tańczą w grającym wietrze

lśniące drobinki kwarcu…uderzają

w

twarz…

 

Kłują

i ― drapią…

 

… ― wybijają rytm…

 

Ogromne słońce… ― rozdęte ― oślepiające… ― osiadający na karku ― na barkach

― jaskrawy żar…

… wtłaczający w ziemię ― rozpalony piec…

 

… idę przed siebie ― idę wciąż… pot zalewa moje oczy… ― szczypiąca sól…

 

Jest mi coraz trudniej… ― zatyka mi dech… Gdzie ja jestem? ― Nie wiem…

― Wiatr osusza skronie i łzy.

Gdzie ja jestem? ― Jestem sam.

 

Poprawiam na plecach bagaż z dotychczasowym życiem… Zwilżam popękane usta

ostatnimi

― kroplami wody…

 

… krok za krokiem… ― powolny chód…

 

Majaczą przede mną złote pałace…

― w migoczących strumieniach

falującego nieba…

 

Tańczą w grającym wietrze

lśniące drobinki kwarcu… uderzają

w

twarz…

 

Kłują

i ― drapią…

 

… ― wybijają rytm…

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Tańcz ze mną! … Omiatają mnie długie ― pachnące kwiatami

włosy…

 

Pragnę ujrzeć w twoich oczach jaskrawe słońca…

Niech

― wiruje świat…

 

Salsa…

― latynoski rytm…

― gorący oddech

na

twarzy!

 

… szybciej… ― mocniej… ― och, tak!

 

TAŃCZ!

 

TAŃCZ!

 

TAŃCZ!

 

Zbliżasz usta do mojego ucha

― słyszę szept…

Wiatr szeleści w liściach wielkiego drzewa… Energetyczny krok ― puls zjednoczonych ciał!

 

Salsa…

― latynoski rytm…

― gorący oddech

na

twarzy!

 

… szybciej… ― mocniej… ― och, tak!

 

TAŃCZ!

 

TAŃCZ!

 

TAŃCZ!

 

*

 

Idę przed siebie…

 

Migoczą słoneczne prześwity w gałęziach ― pełgające blaski u mych stóp…

… zmagam się w samotności z powracającymi wciąż obrazami…

 

Unoszę twarz… ― chłodny wiatr owiewa skronie… ― osusza łzy…

Rozwiewa

― zwiędnięte już resztki lata…

 

Nade mną

― błękitne niebo

― białe obłoki…

 

Wstrząsa mną ziemista woń umierających kwiatów

w bagnistym rozlewisku krzyczącego świata…

… idę powoli i w pochyleniu… ― za mną ― krok za krokiem ―

idzie

― mój cień…

 

… idzie tak ― krok w krok…

 

… wiatr

― osusza łzy…

 

 

 

 

 

 

 

Edytowane przez Arsis (wyświetl historię edycji)
Opublikowano (edytowane)

Szelest liści ― perlisty szmer strumienia… Dobiega z oddali

― głęboki puls rozgrzanej ziemi ― cichy ― transowy rytm…

… ptasi śpiew

― spoza gęstej otuliny lepkiej mgły…

 

 

W kosmicznej atmosferze halucynogennych oparów

otumaniają dziwaczne zapachy ― wilgotnych roślin

― pachnideł

― aptecznych ziół ― korzeni…

 

… duszne powietrze

spowalnia oddech…

 

Mrugają do mnie porozumiewawczo ―

prześwity całkowitego odprężenia

― jak ― po intensywnym orgazmie…

 

Błogi

― usypiający spokój…

Pod powiekami

― tętnią błękitne plamy nieba…

 

Nie mam siły poruszyć palcem ― a co dopiero ― całym sobą…

 

Bezwład

i

luz…

 

― A b s o l u t n y  r a j!

 

 

Jestem nad przepaścią…Rozpadają się

moje sny

― obrazy jastrzębiego lotu…

 

… wchłania mnie wir unicestwienia…

 

Pękają gwiazdy w orgiastycznym tańcu… Diabelskie baletnice ― koszą tuż przy ziemi

soczyste trawy…

… wytryskująca krew

zamienia się momentalnie w krzepnące płatki róż…

 

Wiję się w sobie

― konam

― umieram…

 

Wchodzę

― raz jeszcze…

 

… w szaleństwo…

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nie przerywają gry… Prężą się ― spalone przez słońce ― spocone męskie torsy ― kobiece

uda…

 

… spadająca piłka ― rozsypuje piasek

― wyciska z oczu

łzy…

 

Uniesione w geście tryumfu ręce ― zasłaniają ― opuszczone głowy przegranych…

Oddech oceanu

― przytłacza zapachem soli…

 

… w szalonej kanonadzie bębnów

― czas

― zatacza koło…

 

Cykl…

 

zaczyna się

― od początku…

 

*

 

Tańczą na błyszczącej ― wilgotnej plaży… Rozmywają się w karmazynowej czerwieni

gorącego lata

― w napływającej fali…

 

… wszędzie wokół ― uśmiechnięte twarze…

 

Muzyka

― latynoskie rytmy…

Wesołe

― wołania

 

Samba, samba, samba!

Verão vermelho,

Verão vermelho na praia de Ipanema dançando!*

 

 

Zachodzące powoli słońce

― jest takie ogromne

― pociemniałe

― rozpłomienione…

 

Kołyszą się na falach

― oświetlone lampionami żagle…

 

… wirują bez pamięci ― ludzie-ptaki…

 

Muzyka

― latynoskie rytmy…

Wesołe

― wołania…

 

Samba, samba, samba!

Verão vermelho,

Verão vermelho na praia de Ipanema dançando!

 

 

 

 

 

 

Edytowane przez Arsis (wyświetl historię edycji)
Opublikowano

Budzę się…

 

Ostre słońce oświetla moją twarz… Staję na środku pokoju…

… senna maligna majaczy mi w głowie

― pod zapiaszczonymi ― ciężkimi powiekami…

 

TAŃCZĘ!

 

Podnoszę w górę ramiona

i kręcę się wkoło…

 

… coraz szybciej wiruje świat…

 

Wiruje nade mną żyrandol… Wirują obrazy na ścianach… ― prostokątne ― kwadratowe

plamy…

 

TAŃCZĘ!

 

Oblepia mnie wilgotne

― przesycone kurzem

powietrze…

 

Coś jest nie tak!

― Podłoga ucieka spod mych stóp…

― Nie!

― To ja się osuwam!

 

Zaraz stracę równowagę. ― Lecz nie zwracam uwagi ― na ten niepewny stan

rzeczy!

 

TAŃCZĘ!

 

Ocieram dłonią spocone czoło… ― Przede mną ― OKNO!

Co za wspaniały widok…

― dla kogoś ― po narkotycznym zwidzie!

 

Otwieram pierwszą parę skrzydeł ― otwieram drugą…

Gorące ― przesycone spalinami powietrze zatyka mi dech…

 

TAŃCZĘ!

 

 

Biegnę wzdłuż szumiącej autostrady… ― Ogromne ― płomieniste słońce pali mi kark…

 

Biegnę ― w rozpiętej

― łopoczącej koszuli…

 

Mijają mnie z szelestem samochody…

― jakieś uskrzydlone stwory

― wzniecające z piaszczystych poboczy ― złocisty pył…

 

TAŃCZĘ!

 

Nade mną ― ogromne ― płomieniste słońce … ― Muzyka w mojej głowie…

 

― Ktoś mnie wciąż wita…

― Kogoś wciąż żegnam…

― Ktoś mnie wciąż żegna…

― Kogoś wciąż witam…

 

― Ktoś mnie wciąż…

― Kogoś wciąż…

 

― Ktoś…

 

― Kogoś...

 

TAŃCZĘ!

 

 

 

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Piszę te wersy dla Was
      Każdy jest najlepszy ale paradoks życia sprawia, że tyle samo zła co dobra w nas. 
      Zapamietasz Nas, pokolenie wysłuchało co podświadomości lodowa góra ukryła pod powierzchnią fal morza.
      Zimna pustynia arktyki i podróż w stronę horyzontu, banita opusza stada brać by na samobójczej misji zamienić lód na kosmicznej próżni jeszcze większy chłód i brak gwiazd wokół które życiodajne ciepło chcą nam dać i w kolory ubrać dla Nas świat.
      To dla Was wszystko, to tylko moje litery, ułożone spółgłoskami w słowa, które w szaleństwie nazwanym dnem przyszło mi bezczelnie i niestety Wam podarować, mieć anioła, który brał co diabeł opętany w wersów kilka ubrał i w nieświadomości nawet nie przemyśłał, dziw brał ale uszy zatkał na własne krzyki skrzeczącego głosu z gardła które mu służy chyba jedynie tylko by łykać flaszka i flaszka mocne twarde trunki aż do dna za ostatni hajs, nie zapracowany ze swojego tronu który dostał by złorzeczyczyć temu który na srebrnej tacy podał mu widelec którym najpierw karmił a potem ostry nóż którym zabił brać i braci jakimi ich chciał mieć jak kosz pomarańczy mu podarowanych których na stole nie zauważył w złotym czepku który mu spadł na oczy i zamknął wzrok tak że tylko własny nos tam widział z czubkiem którym się stawał z kolejną flaszką za pieniądz wyżebrany lub ukradziony bo nie ma w nim kołaczy do pracy. Niezrozumiał nic z życia, którym szedł jak w ciemny las z tą czapką którą niewiadomo czemu urodzony Bóg go wybrał na los jak banany są tacy wiecie dziecie które ma lepiej a niewdzięcznie umie tylko być dla siebie bez wdzięczności i pokory wobec chamów którymi ich nazwał a życie mu z górki obaj w miłości dla jego jestejstwa przyszło stworzyć. 
      Ludzie są chorzy niby wszyscy tylko niezdiagnozowani, chcieliby każdego dziś leczyć tabletkami psychiatrzy byśmy byli posłusznie na smyczy w kagańcach posłusznie poddani.
      Nowy porządek świata. Oni mogą samolotami latać dla nas zielony ład i ograniczenie w cenie diesla i benzyny. Bunt zabity przez ich (Ich z dużej litery bo to nazwa własna tych iluminantów winnych nam spokój i miłość raj na ziemi i wymiatanie ludzi tego świata (światu ale wyrzygana mi w mgle licencja poetica pozwala mi przekręcić słowo albo słowa zmyślać (osobowość ksobna może to nie moja osoba zadedykowana tam nie wiem już sam (dziś nic nie wiem) (czwarty nawias liczę tym razem po piątym zamknę choć nie mam pomysłu co w nim wpisać podpowiedź by się przydała ale w samotności sięgam dna jak dna flaszki i dna jak upadam (według demokratycznego osądu ludzkości ale jednak się przydało to szaleństwo czasem nawet jako bandaż (ha mam piąty nawias myślę i się dzielę tym i piszę w szóstym niestety (może koniec tych w nawiasach dygresji) (po siódmym miałem skończyć bo to blisko Boskości w matematycznej interpretacji Biblijnej narracji) (ale skońćze po ósmym który nie wiem jak się interpretuje jak cztery któtre znaczy śmierć jak u Wieszcza cztery i cztery bo dwa razy zabije) (i zabiłem) (wiem dziewięć) (i dziesieść będzie bo jeszcze myślę że interpunkcję miałem w dupie i nie zamykałęm nawiasów otwieranych a może tak się nie robi nie wiem) (grafomani we mnie wiem piszę by pisać wyżyję się na tle białego tła na forum w internetach ściana tekstu żaden ze mnie pisarz żaden dziś poeta po prostu klikam te litery jak małpa i powstają teksty jak ta ściana która przeraża która oznacza szaleństwo, miałem nie robić tego więcej ale skasowany ef be i insta nic nie dał znalazłęm fora jak socjal media gdzie się piszą wiersze z prawdziwego zdarzenia a nie moje rymowane bardziej lub mniej teksty do czego się jutro nie będe chciał sam przed sobą przyznać i wstydem się spalę żem to wysłał w świat) (ale o czym to ja, jaka była główna myśl, trzeba wrócić myśle sobie przed pierwszzy nawias i nie wiem sam czy po tym chyba dwunastym już do zamknięcia chaosu dygresji nie do przełknięcia oczyma przez czytelnika którego wiem że tu ni ma i nie będzie bo skazany na zapomnienie jak w wizji mistycznej na substancji otwirajającej świat na ten niematerialny na codzień schowany gdzie został mi los pokazany grubasa klikającego w klawiaturę przez życie przechodzącego bez ruchu i bez rozejrzenia się by umrzeć w ogniu słońca bez sensu żył i niezauważony znikł samsara go wyrzuca ale to kara a nie nagorda na ciemnej materii zimnej drodze skończy się jego los tam a to ja bo to moja głowa i na własnych oczach to zobaczyłem a wszystko co widzę dotyczy mnie a wszystko co słyszę mnie dotyczy a świat jakim jest jakim się go widzi to tylko ty w tym to tylko ja widzę świat który goni hajs i pogrąża się w dramatach jak widzi smutek i zło, rój szerszeni zauważam w cywilizacjach jak nasza a to w senniku oznacza wroga (chyba) (i chyba był to trzynbasty nawiast a ten jest czternasty wracam do tego co mówił dwunasty a potem czas wrócić na początek gdzie otworzyłem pierwsze nawiasy (pierwszy nawias ale do ryma myśla mi się tak układać przyszła więc ryma żem ja napisał nie w myśl języka którym żem zaczął władać od rodziców nauczon gdziem urodzon jako Polak za co wdzięczni powinni być czytający wierszów wersów przekaz metafor mgłów rozwiewających umięjący poeci i interpretatorzy bo to język najlepszy do skłądania w rymy metaforów i przekazów dla pokoleń zapowiedzianych przez wieszczów bytów podróżnych wbrew linii śmiertelnych niewybranych dla 27 skrzydlatych z armii Boskiej Trójcy dających możliwości wbrew uczynkom ich i ich podłości piękność nad piękności (a za to co uczynił niech szczerznie w bezimmienym grobie no może z tabliczką tu spoczywa pojeb) (i przestałęm liczyć nawiasy i tylko pamiętam że miałęm wrócić z zapowiedzianych słow do tego co przed pierwszym a potem przed dwunastym ale chuj z tym) (niby ludzie inteligentni mają skłonność do używania przekleństw ale mi się wydaje (a tam mi się to może wydawać a to pewno nieprawda ja kłamca najgorszy zły dla Ciebie CIebie i świata byt) że jednak inteligentniejsze jest powstrzymać się od rzucania kurew i chujów pojebanych popierdolców ze słów nawet w przypadkach najgorszych napotkanych przeszkód zazwyczaj z ludzkich słów myśli i czynów wobec nas)))))))))))))) (to za mało nawiasów ale kto wie ile ich było może ktoś policzy ale nie ma tu odbiorców dla moich szaleńćzych słów wieć cóż wracam do tego co na początku)
      To dla Was
      Pamiętając o paradoksie naszego miasta wiedz że mieszka w nas anioł ale na wadze stojąc równoważy go ciężar diabła na szali 
      Wiem to szaleństwo ale tramwaje i autobusy jeżdżą tu jak chaos bez rozkładu jednocześnie przywożąc pasażerów na miejsce na czas i na miejsce (że się powtórze ale obiecuje jednej nawias i wracam do tego co dla Was)
      Spokój w oku cyklony choć w około wszystko lata jak chaos ponad definicję chaosu
      To jest w nas
      Słońce które daje życie, ciepłem promieni osiem minut drogi stąd w największej prędkości znanej w cyfrach ludzkośći na dziś i w odwrotnej drodze by zabrać życie i kolory które pryzmatem rozbitego w granicy atmosfery naszej Planet Ziemi Matki (nie jedynej wbrew przeszłości która dopiero niby ma być dla pewnych, n ie jedynej matki za co wybacz mi która była przy mnie zanim pierwszy oddech przyszedł, karmiącej i trwającej mi spokojem oceanicznej jedności zanim pierwszy krzyk i płacz i męki dla jej poświęcenia która wciąż jest przy mnie co nie jest dla mnie wbrew czynom i braku słowa Kocham którego się boje moim bez znaczenia (kończę nawias i wracam do Was)
      Gai której odległość od gwiazdy w centrum układu siedmiu czy tam ośmiu planet w tej Galaktyce na Drodze Mlekiem (i miodem oby Wam płynącej) usłanej 
      Gai której czas i miejsce we wszechświecie zauważ dało wyjątek wobec tego co wiemy o kosmosie, wyjątek cudem zauważ jest jakim jest człowiek
      Was pozdrawiam ludzie w tym momencie i zachwyciłbym się życiem gdybym nie był kim jestem kto je niszczył strachem i złem

      Anioł na przeciwwadze diabła może zrezygnować i zostawić miejsce dla kogoś kogo nazwiesz osobą jaka jest podła
      Jesteś miastem w którym rządzi paradoks pamiętaj
      Wszystko ma swój początek w jednym miejscu 
      Jak od jednego słowa 
      Jak od jednej liczby 
      Jak jedność która jest w Trzech Osobach która mogła zachwycić się Sobą i na tym pozostać a jednak postanowiła wykorzystać moc i tchnąć wszystko byś się znalazł, byśmy się znaleźli tu i teraz
      Jest jeden punkt wyjścia dla wszystko co na przeciwnych stronach 
      Dobro i zło wyszło z jednego miejsca więc tworzy jedność jak Yin i Yang tylko bardziej bo czerń i biel zanim powstały były jednym kolorem 
      Dla nas niezrozumiałym
      Jak miłość i strach które pozornie są sobie obce tworzyły jedną całość co może być niezrozumiałe jak jest dla mnie
      Jak czas który nie istniał a potem zaczął zmierzać ku granicom nieskończonym
      A musiałobyć coś wcześniej przecież
      I ten byt jest nie do pomyślenia dla nas jak coś może trwać bez początku i końca i jeszcze się rozszerzać
      Wpadnij w zachwyt pod kopułą nieba 
      Pod opieką słońca
      Pod okiem księżyca i odległych gwiazd ułożonych w horoskopy 
      Pod opieką się miej samego siebie
      I miej innych za tych którzy opieką obdarzeni przez Ciebie będzie Ci oddane w szczęściu niepoznanym jeszcze
      O czym ja pieprze
      Bluźnię
      Mieszam Boga z Diabłem
      Chcę by drugie przyjście Syna na świat ten skońćzyło się porozumieniem z piekłem na chwałę ludzkich dusz na chwałę życia 
      By nie było walki Jezusa z Szatanem
      Tylko (potocznie ale wybacz rym to rym rymowanie mi dziś na zgubę przyszło choć nie wyszło) żeby zbili sztamę
      By zapowiedziane ponowne przyjście na świat Syna było ku porozumieniu i zjednoczeniu ponownym piekieł z niebiosem
      szatanie zrozum proszę że i Tobie będzie lepiej że i Ciebie Bóg wysłucha w modlitwie choćby najprostszymi słowami to Ci się dotrzeć uda do Jego czekającego ucha
      Wiem że Bóg może wszystko i chce dla swoich istot i dla swojego stworzenia spokoju i szczęścia
      szatanie wróć do nieba
      Nie graj fałszywej nuty na skrzypkach
      Nie nieś sztucznego światła gdzie zimna lampa nie daje ciepła
      Zgaś czarny płomień ogniska
      I zobacz ogień Ducha który rozpala w Nas gdy na słowa hymnu odpowiada czynem nam


      KONIEC
      BARDZO PROSIŁEM BY TAK SIĘ STAŁO

      BY TEN TEKST PRZESTAŁ SIĘ PISAĆ

      I SIĘ UDAŁO

      POSTAWIŁEM SŁOWO KONIEC I OTO

      BARDZO PROSZĘ JAK KOŃCZĘ TO 

      NA ZGUBĘ ZACZĄŁEM POST TEN

      MOŻE GDY SKOŃĆZĘ TO...

       

      PS

      TO MIAŁO BYĆ DLA WAS A JEDYNIE BYŁO DLA MNIE 
      I TO JEDYNIE W TRAKCIE BO POTEM I MI TO NIE DANE BĘDZIE

      CHCIAŁEM BYĆ WSZĘDZIE

      JESTEM NIGDZIE
      NISZCZĘ I ZNIKNĘ JAK ZAPADNĘ SIĘ SAM W SOBIE

      ZABRANE ŚWIATŁO ODDANE TOBIE

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach




×
×
  • Dodaj nową pozycję...