Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano (edytowane)

 

[Prolog]

 

– Słyszałeś? Nasz szef ma kochankę.

– Wątpię, żeby się przejmował, że zgrzeszy.

– Bardzo śmieszne... ale posłuchaj, kim ona jest.

– Mów głośniej, bo akurat potępieńcy wrzeszczą.

– Dorodną Anielicą. Wyobrażasz to sobie?

– Może wybory trza zwołać, skoro aż tak błądzi.

– W dupie błądzi. On ma dobrze. Jemu wszystko wolno.

– Nie tak głośno. Jeszcze grzesznik usłyszy.

– Diabli z nim. I co z tego. A muszę ci wyznać, że nawet jeden z nich wrzątkiem się zakrztusił, jak to usłyszał.

– To ci nowina. Aż mi w kopyto poszło.

– No nic. Nie żałujmy smoły kiedy płonie piekło.

– Bez przesady. W tej chwili co innego płonie.

– Taa... bierz widły, bo znowu z kotła wyłażą. Trza dźgać.

– Pamiętasz jak żeśmy całą noc jednego ścigali. Aż się spociłem.

– Nie lubię potu. Dostaję parchów na rogach.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

 

[Licho co wcześniej lub jeszcze wcześniej]

 

Białe pierzaste skrzydła lekkie jak piórko a wielkie jak żagle, roztrząsają swoim majestatycznym machaniem otaczającą czasoprzestrzeń. Doczepione do smukłych pleców najpiękniejszej Anielicy jaką kiedykolwiek świat by ujrzał, gdyby intensywnie szukał, spełniają w każdym zakątku swoją unoszącą, jakże przydatną rolę. Melodyjny wahadłowy szum, jakby nie patrzeć niemałych skrzydeł, nie przeszkadza w najmniejszym piórku w szybujących rozmyślaniach intensywnie podwieszonej.

 

Przez to nie zauważa, że leci między ramionami klucza. Zdegustowane kaczki popatrują na nią nerwowo. Mówi: przepraszam i wyprzedza je z pośpiechem szeleszcząc nad szpicą.

 

Gładkie alabastrowe lico, tuli w sobie obrazki pierzastych baranków sunących w przestworzach, na dodatek białych. A przecież tak naprawdę nie powinno ich tutaj być. Nie w sytuacji w której się znalazła. Jedno do drugiego za czorta nie pasuje. Tak podpowiada rozum, lecz serce pulsuje co innego.

 

To niepojęte. Zakochała się do suchej nitki i jest doszczętnie przemoknięta nieokreślonym stanem, którego nawet nie bardzo rozumie. Skrzydła wilgotne od palącego uczucia, nęcą pieszczotliwym pożądaniem, nawet najbardziej zasłonięty puszek. Pała nieprzebraną miłością do istoty nieskończenie wrednej, lecz diabelnie inteligentnej. Dlaczego tak się dzieje? Co ją do tego skłoniło? Czyżby miała jakąś misję do spełnienia?

 

Długie złociste włosy szumią nie wiele mniej niż silnik z piór, który ją napędza. Trzepocząca tęsknota oplata ich gęste długości, zwijając w powłóczyste świderkowe loki. Owiewana wiatrem ze wszystkich możliwych stron, a nawet frywolnie pod wyczulone piórka, leci niezaprzeczalnie do celu podróży, niczym upierzony pocisk armatni w kierunku muru zamczyska. Serce gdyby miało skrzydełka już dawno by z piersi wyfrunęło, szybując niecierpliwie przed nią, wołając przedsionkiem: szybciej... no bez jaj... pospiesz się.

 

#

W piekle wielkie zamieszanie. Pucowanie kotłów, rogów, kopytek, wideł, dziadków do jąder oraz innych narzędzi tortur wszelakiej maści, w zgodzie z zasadą: każdemu według zasług. Całą mroczną krainę obiegła plotka, które okazała się prawdą. Ich Szef zakochany po same rogi! I to w kim? W pięknej Anielicy. Kolejny zbuntowany anioł. A swoją drogą, co to wszystko ma znaczyć. Jedyna nadzieja w tym, że będzie wcielonym złem, by nie odstawać od reszty. Chyba szef wie co robi i kogo do sypialni wpuści. Już pomału kazał język wyciągnąć. Nawet szkarłatny dywan na nim położyć. Niemożebne, żeby tliła się w niej iskierka: dobra. Z takim łajdactwem nie mamy na co dzień do czynienia. Za jakie grzechy mielibyśmy cierpieć. A tak, każdy swoje zło pilnuje, dzieląc się z innymi. Oby tak dalej.

 

– Widzę, że szef ma dzisiaj rajzefiber.

– Przestań rechotać, bo ci kopytem w mordę przywalę.

– Ależ szefie. Zło piękności szkodzi.

– Głupiś klaunie. Nie wiem, w co mam się ubrać.

– Ubrać? Gorąco jak diabli. Po co?

– Na gołego mam witać?

– No tak. Nie chce szef zgrzeszyć. Rozumiem.

 

Po tej wypowiedzi, mówiący wylatuje przez zamknięte drzwi. Możliwe, że nadal leci, prosto do kotła.

 

#

Szybciej, szybciej! Serce nadal pogania pod smukłymi żebrami. Machanie diabelnie ją męczy. Tym bardziej, że pogoda pod szkarłatno-czarnym psem. Chmury koloru zatroskanego ołowiu, wiszą nisko nad jej lotem, a wiatr wyje prosto w śliczne uszy: pieśń o zawróceniu z drogi. Ale cóż. Uczucie nie sługa. Ma polecenia poniżej progu reagowania.

 

Nagle zupełnie niespodziewanie zdaję sobie sprawę, że nie musi ruszać skrzydłami. Przejmuje ją magnetyczny promień piekielnej siły: naprowadzająco -przyciągający-kuszący.

Wtem widzi na horyzoncie: ciemną bramę piekieł. Ma wygląd gumowego diabełka. Takiego ludzie kupowali na odpuście. Tyle, że ten jest dużo większy i mniej śmieszny. Na wyciągniętym, czerwonym języku, stoi: on.

Anielica wzdycha po raz ostatni w czasie długiego lotu i po chwili dokuje.

 

#

Po konwenansach przewidzianych na taką okazję, czyli: ukłonach, okrzykach, cmoknięciach tudzież tańcach powitalnych, Anielica uroczyście, przy waleniu w kotły, przyjmuję imię: Lucyfernia.

 

Odtąd pragną żyć długo i złośliwie.

 

Diabłom spada kamień z kamiennego serca. Rzeczywiście, stara się być złą. Jej partner, którego nazywa pieszczotliwie: Lucy, wprowadza ją w zakamarki tego typu zachowań.

Aczkolwiek po płomiennej nocy, cała reszta przebiega nieco... niedbale. Na Ziemi znowu panoszy się zło. Coraz większe i większe. Szef ma nie tylko rogi na głowie, ale też całe piekło. Każdemu musi osobiście kocioł wskazać i widłami podziurawić. Czyni to z największą przyjemnością. Większą, niż te wszystkie figo fago, ze swoją ukochaną Lucyferią. To prawda, kocha ją nienawistną miłością, aż mu się chwaścik czerwieni, ale cóż... bardziej go cieszy: metaforyczna księga zła.

Szybciej szczytuje w niej rozkosze.

 

#

A ona biedna robi co może. To grzesznika kopnie, to znowu maszynerię do tortur naoliwi, a to kogoś ogniem przysmaży lub wrzątkiem obleje. Potoczne diabły są w siódmym piekle. Zachowuje się jak swoja. Cóż z tego jak jej miły zaczyna ją zaniedbywać. Postanawia z nim pomówić o tej całej sytuacji, prosto w dwa rogi i dwa skrzydła.

 

#

– Trzeba przyznać, że ta jego wybranka jest całkiem do rzeczy. Baliśmy się, że będzie... hmm... dobra, a tu proszę. Jakie fajne tortury czasami wymyśla. Ma talent. A talentów nie można marnować, bo to... mniejsza z tym.

– Skrzydłami mimowolnie pozamiata.

– Co racja to racja.

– Dobrze gadasz.

– Durnowaty jesteś! Jedyne dobro jakie się u nas przydaje, to: dobre chęci. Drogi nie tego. Trza remontować.

– Taa... ale coś mi się widzi, że szef ma inną.

– Nie mów... zgłupiałeś? Zło cię opętało? Sorry.

– No mówię ci. Wczoraj widziałem...

– Cicho. Lucyfernia idzie. Jeszcze usłyszy.

– Jej zemsta może być straszliwa. Przecież w torturach jest lepsza od szefa.

– Licho nie śpi ino kusi. I dobrze.

– Co... lepsza? No bez przesady... jak to inną. Jeszcze bardziej złą? Myślisz to samo, co ja?

– A co ty myślisz?

– To co ty. Dwie pieczenie na jednym ogniu.

– Właśnie.

 

Głośno już o zdradzie we wszystkich zakątkach piekła... po cichu i nieoficjalnie. Szykuje się rozłąka. Grzesznicy na tym korzystają, gdyż diabły gorąco dyskutując, zapominają do ognia szczap dokładać. Maszyny torturowe po prostu nie działają a niektórzy potępieńcy, łażą gdzie chcą. Atmosfera wyczekiwania gęsta jak smoła, z której sączy się: ciekawość. A to pierwszy stopień do piekła, więc nikt nie narzeka. Para zamknęła się w sypialni, by przeprowadzić decydującą rozmowę. A przynajmniej wszystko na to wskazuje. Nawet zimno pali siarczyście, bo ogniska wygasły.

Niektóre, co odważniejsze diablątka podchodzą pod same drzwi, przykładając do nich włochate uszka. A nóż coś usłyszą. Nie wiedzą jednak o innej krótkiej rozmowie.

 

[Licho co wcześniej]

 

– Cześć. Jestem Lucyfernia. A tyś za pewne Diablomara? Zgadza się?

– A tobie co do tego. Spadaj.

– Kochasz się w Lucym? Ślepy grzesznik by zauważył.

– Oczywiście. Nie jestem taką pokraką jak ty. Spójrz na swoje skrzydła. Brudne pogniecione szmaty. A ducha złego w piórach tyle, co na kuprze kolibra!

– Nigdy go nie usidlisz. To ty jesteś szmatą, którą potępiony obesrał ciepłym gównem. A dupę masz płaską jak drzwiczki pieca.

– Obyś dobro musiała czynić. Babrać się w tym plugastwie. Zobaczysz, że będzie mój. Może nawet na rożnie skończysz jako oskubany kurczak.

 

Na peryferiach umysłu Lucyferni, zrodziła się ledwo wyczuwalna myśl, pewnej... prowokacji. Sama dobrze nie wie, dlaczegóż to zagaiła tego typu: konwersacje.

 

[O pazur później]

 

Wiele uszek słucha przy drzwiach sypialnej komnaty

– Przyznaj się Lucy. Jesteś potworem.Wcieleniem zła.

– Oczywiście. Czyżbyś nie wiedziała?

– Dla innych. Mnie miałeś kochać.

– A po diabła?

– Zdradzasz mnie. Przyprawiłeś mi rogi.

– Jak najbardziej.

– No zerknij bydlaku, jak ja wyglądam. Dobrze, że jeno: metaforyczne. Rozumiesz, że moja zemsta ciebie nie ominie.

– O tak... to rozumiem. Nauka nie poszła w las.

 

Niefortunny wybranek z racji emocjonalnej rozmowy, nie zauważył, że była wybranka musnęła jego chwaścik: Dziesięcioma Piórkami Dobra, o których akurat w czasie rozmowy, nie wiadomo dlaczego sobie przypomniała.

Po czym klątwą w niego rzuciła, kleistą jak luźne flaki rozbabrane w żółtym tłuszczu: oby ci dobro rozum odebrało!

Następnie wyfrunęła z piekła i tyle ją widziano.

 

[Licho co później. Tak jakoś trzy ziemskie lata ugotowane]

 

– Szefie. Ognia zabrakło. Mógłbyś: nachuchać?

– Synu. Chodź do mnie. Pogłaskam cię po rogach.

– Ależ szefie. Co z szefem. Nie można diabła głaskać jak dobrego.

– Skoro tak mówisz, to się mylisz. Proszę, bądź tak miły i przyprowadź resztę. Będziemy przytulać grzeszników. Dosyć się nacierpieli. Moje serce krwawi z tego powodu.

– Ależ szefie, że powtórzę: choryś? Co ona tobie zrobiła?

– To prawdziwy anioł. A gdzie się podziała?

– Wyfrunęła i zniknęła.

– Och, och... zostaw mnie samego. W kąciku łezki uronić muszę.

– Szefie! Błagam! Bądź zły!

– Opróżnić kotły. Żadnych zapiekanek. Maszyny zatrzymać. Opatrzyć rany. Dziadki jądrowe utulić do snu.

– To ja już sobie pójdę.

– Tylko nogi nie złam, mój ty drogi przyjacielu.Tu bardzo ślisko.

 

Znowu w piekle zamieszanie. Szef oszalał skoro tak się zachowuje jakby rozum postradał. Jak on może łezki ronić. Wstyd szanownej instytucji przynosić. Dobrze, że chociaż nie graniczymy z innym piekłem, bo tylko na pośmiewisko i lekceważące grymasy by nas naraził, swoim, jakże niestosownym zachowaniem. Może istnieje jakiś ratunek, by zbawienne zło powróciło.

I jeszcze to małe plącze się pod nogami. Akurat teraz, gdy taką hańbę przyszło znosić. Toż to gorsze od zła.

Odejdź! Nie mamy czasu się z tobą bawić. A sio. Poszła!

 

#

Lucyfernia szybuje daleko od piekła. Dopiero teraz do niej dociera, co miało dotrzeć. Mimo, że przebywała w piekle jakiś czas, to nadal nie rozumie wszystkiego do końca. I za pewne nie będzie jej dane, zgłębić tej tajemnicy. Przypomina sobie jednak i to ją trochę smuci, że dotknęła go nie tymi piórkami, co trzeba. Takimi, które były jedynie w pobliżu tych właściwych. No cóż. Tam już nie powróci. Wie, że nie mogła stamtąd czegokolwiek zabrać. Nagle to zrozumiała. W tamtej pamiętnej chwili. Będzie tęsknić. Trudno. Tak widocznie musiało być. A dlaczego? Nigdy się nie dowie. Nie zna całości planu.

 

#

[Jakiś czas minął, a to już trzecie zamieszanie plus radość szatańska]

 

Szef powrócił do zdrowia. Wścieka się z byle powodu. Przykleja błogi uśmiech na twarze szatanów. Jest przyschniętym plastrem odrywanym od rany. Może nawet od kilku, bo musi odrabiać zaległości. Grzesznicy mieli trochę pobłażania z racji tych: niewłaściwych stanów świadomości, co akurat im na dobre wyszło, ale teraz nie ma zmiłuj. Urlop się skończył. Czas wracać do cierpienia. Mają tylko nadzieję, że może kiedyś, znowu jakaś wyląduje, niczym zapomniany wyraz na końcu języka.

W końcu mają całą wieczność na czekanie.

 

– Dlaczego luzem biegają? Co tu się wyprawia do diabła?

– Przecież szef kazał. Nie nasza wina, że ozdrowienie przyszło nagle. Nie zdążyliśmy wszystkich....

– Powinniście wiedzieć, że jeno przez chorobę majaczę!!! Czyście poszaleli!!! Jakbym prawie w niebie przebywał.

– Ależ szefie...

– Tu nigdy nieba nie było, nie ma i po wsze czasy nie będzie. Czy wszystko jasne... znaczy ciemne?

– Piwo?

– Co piwo... ochlapusie! Chcesz po pijaku, zło mi ty czynić? Pohańbić naszą: świętość.

– Uchowaj...

– Zamilcz! Jeszcze jedna tak odzywka z domysłem, a przysięgam, że razem z potępieńcem skwierczeć będziesz na żwawym ogniu. Bądź zimną smołą lub wrzącą!! Jeno: ogarek. O kant dupy świeczkę!

– A szef może wysmażać tego typu głupoty.

– Ja to ja. Tyś młody. Jeszcze nasiąkniesz propagandą wroga. Takiego szczęścia mi tylko potrzeba.

– Szczęścia?

– Głupiś jak rogi od stołu! Pytam was biesy po raz wtóry: czy wszystko ciemne?

– Jak smoła, o której szef raczył wspomnieć!

– To znaczy?

– Wszystko ciemne!

– Tak trzymać... to znaczy: lać!

 

###~~~###

 

{Po dłuższym czasie}

 

Lucy siedzi w swoim gabinecie, grzejąc ogon przy kominku. Słyszy pukanie.

Do diaska! Kogo znowu diabli niosą?

 

–Wejść!!!

– Dzień dobry tato. To ja.

– Tylko nie: dobry.

– Szukam mamusi.

– Wcześnie się tobie przypomniało.

– Byłam zajęta.

– Mamusia odfrunęła. Zostawiła mi ciebie.

– A czemu?

– Skąd mam to wiedzieć... chociaż coś mi się jarzy, czemu...

– Czemu?

– Bo jestem inteligentny.

– A co to jest: ineli gege..tencja? Dupa z tego... trudno mi wymówić, tato.

– Dupa. To lubię. Idź już sobie. Nie zawracaj mi kopyta!!!

– Zobacz co zrobiłam z cienkiej skórki. Piekło i niebo. To się nakłada na rączkę i raz jest...

– Wywal to łajdactwo!!

– Taki jesteś zły i chcesz mi od dawna gardło poderżnąć? Przyznaj się pojebańcu!

– O... kciuk do góry... chętnie bym to uczynił, ale nawet zło ma pewne granice. Tyś córka ma.

– Zło nie ma granic. Ględzisz jak by ci kotłem odbiło.

– O... jak miło!

– Nie rymuj mi tu. Tu nie portal poetycki. I mamusi jestem też!

– Właśnie! Tfu!!!

– Czemu?

– Czemu sremu.

– A ja mam: różki i skrzydełka. A ty jesteś zafajdanym kaleką, bo masz tylko: jedno.

– Super nawijasz!

– A mnie dzisiaj grzesznik podrapał... o!!! A ciebie pokrako, do sześćset sześćdziesiątej szóstej potęgi, ominął.

– No nie. Co za wredne słowa. Git smażalnia!! Wierzę, że go walnęłaś jak zwykle: żelazną chochlą z przytupem.

– Jedną rączką walnęłam, aż siknął z bólu. Nawet jęknął przez wytrzaśnięte zęby.

– Świetnie. Moja krew.

– A drugą rączką z czułością obmyłam bolące miejsce.

– Ja pierdzielę!!!

Edytowane przez Dekaos Dondi (wyświetl historię edycji)

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • sytuacja najgorsza

      znów piszę słowa 

      niech zechcą się rymować 

      niech wpadnie metafora i porównanie by poezja popłynęła a nie tylko szczekanie jak pies na pianie 

      wścieklizną się pojawie w twoim śnie 

      będę bał się wody która oczyścić potrafi ciało i krew a przede wszystkim serce i duszę 

      będę pompował w krwi obiegu gęsta ciemną maź

      nie krew bo ubogą w cały tlen 

      duszę się w twoim śnie 

      i płuca nie napełniają się w zyciodajną materię czyli (powtórzenie cholera ale inaczej sie nir da) z powietrza (jeszcze nie terwz uciekłem tym słowem ale zaraz padnie co w niedawnym wersie i oto jest juz tuz po nawiasie) tlen

      tlen 

      tlen 

      tlen 

      tlen (razy pięć widzisz to rymuje się ze sobą to samo słowo czy off)

      potrzebuję oddechu a jedyne co mam to dym z papierosów którym wśród czterech ścian oddycham i oddychałbym wszędzie tym nikotynowym szczęściem 

      na plaży i w lesie ale tam nie niesie mnie krok

      do monopolowego to jo

      ale nie dalej

      tylko gdy drobne uzbieram wyżebrać się uda na flachę 

      w kieliszek polane ale to niewystarczająca ilość 

      leję tani twardy alklhol w szklankę i wlewam w ryło 

      wuda do ryja

      vvdvdoryjv 

      czarnego skrzydła motyla

      zgubiony w pseudonimach 

      niesiony na skrzydłach 

      znikam

      by zasnąć w sen wieczny jako bezimmirnny

      i to moja nagroda 

      nie do wiary jaki jestem zjebany

      i przeklinać mogą niby inteligentni mówią słowa przysłowia ale prawdziwie mądrzy potrafią nie rzucić kurwą w stronę chama ggdy odpierdala bo w sercu mają miłość Pana i idą w jego słowa by na raj w życiu po sądzie ostatnim zapracować 

      a ja

      odchody piekła 

      robactwo co go diabeł się wyrzeka

      utopiony w rynsztoku z fekalii demonów i grzeszników z kotłów 

      po prostu 

      po kieliszku w szklance się żale 

      szczekanie a na pysku kaganiec

      zeby niepełne w szczęce i dziurawe

      nie obawę a odwagę wykarzesz gdy w twoim śnie będę nawiedzał cię 

      i eutanazję jak się należy z nabitej srebrem strzelby wymierzysz między oczy i nic nikogo tu nie zaskoczy 

      wyzionę tedy ducha i uleci w pył rozbita przez grzechy dusza i opuści atmosferę jak nikt mnie nie chce bo zrobiłem co mogłem by trafić w serce i zdradzić zaufanie i kolejną szansę zamienić na te ostatnie wzruszanie ramionami na nie

       

      czyli tak

      ja to pies 

      ja to pies chory na wściekliznę 

      za późno na ratunek należy ubić podłe złe zwierzę zagrożeniem jestem 

      oto nke pytam dziś pod koniec dziwnego tekstu kim jestem 

      bo wiem że dzięki nim (Oni) udało mi się dojść do błędu 

      obłędu w jakim tkwiłem

      sprawdź sobje wielbłada jako metafore w arabskich tekstach 

      ja nie jestem Nim

      demon z piekła mnie opętał 

      można powiedzieć 

      ale to nie inne byty kierowały mną a winnego mam siebie 

       

      to nie żale 

      to nie ku chwale

      to ku przestrodze dla ciebie żebyś widział dalej 

      niż ja widziałem 

      mimo okulara szkiełka tylko czubek własnego nosa dostrzegam 

      mimo uszu pełnych miodu nje słyszę szeptow innych niz krzyki ego które mi wmawia że jestem okej

      o jej

      olala 

      paczeko (fonetycznie z portugalskiego tłumaczy się na wysoko ale w niematerialnym sensie tylko wyniesion jakos tak nie wiem jak ci to wytlumaczyc sputaj w Hiszpanii) 

      ego 

      nie niosę światła myślę o sobie 

      ja jestem światłem 

      mów mi słońce 

      mówię o największej gwiezdzie którą znam też na b jak imię i ksywa które nadała mi rodzicielska decyzja i ksywka którą sobie sam potem wymyślam 

      b b b b b

      lubię choć nie wolno mi lubić nic tylko do siebie czuć wstręt i hejt jak nienawiść 

      czemu nie potrafię się zabić 

      skoczyć i skończyć 

      wybrać gałąź i owinąć szyję w pętle i runać niczym nazisci i skończyć jak Hussein tylko w pewności zostawić że napewno winny 

      zabiję cię 

      a to ja zasługuje na śmierć 

      przystaw mi broń do głowy i kurwa mać strzel

      niemetaforyczne jak liryczne zabójstwo tylko elektryczne krzesło ku ulgom 

       

      hau hau buda i łańcuch i kagancu na pysku a nie mi tu bazyliszku 

       

      oto ściana słów które nic nje znacząc cóż skąd miód i mleko i ze srebra zastawa na stole komus kto nie doceni nigdy bo jest matolem

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Nie wiem co źle robię Ale ciągle myślę o sposobie Jak pokochać siebie Jak czuć się jak w niebie   Chciałabym być prosta jak kartka papieru Cienka idealna pełna manieru   Na kartce piszą da się ją przeczytać A ja jestem zamkniętą jak zszywacz   Chciałabym być otwarta i nic nie ukrywać A tak naprawdę muszę zgrywać Że jestem idealna i szczęśliwa jak pies Zawsze gdy ktoś mnie widzi nie wie co mi jest   Nie wie co czuję co się ze mną dzieje Ale co w tym dziwnego jak tylko się śmieje?   Kartka jest prosta czysta jak niebo gdy tylko ktoś na niej długopisem napisze  Brudzi się tylko od niego…
    • @Mitylene tak owszem, zawsze  takie majestatyczne:) dziękuję ci:) pozdrawiam serdecznie:)
    • @brt chce wypić to co ty poproszę namiary kompoty browary dzięki stary
    • @violetta zapach tulonych płatków przywołuje pamięć z dzieciństwa malując w tej miniaturze ciepłe wspomnienie. Podoba mi się metafora " kipiących bzów"- uwypukla bujność tych kwiatów i ich czarodziejski zapach...
    • No to tak  Co zauważam w tym tekście to ostatnie wers za wersem za wersem trzy razy. Super to ale może zedytuj do pięciu bo to cyfra bez skazy gdy ma się dwie piątki w urodzenia dniach daty to się czuje więź. Super wiersz o monecie i reszcie której nawet nie wyda ekspedienkta bo nie jest podmiot liryczny wart centa choć poleciał na wersach. Złamany grosz to coś jak ruletka którą wygrał ale kasyno no nie było stać go na wypłatę bo swoją wdowią monetą o której nawet nie wiedział postawił poewnie piątkę i spadła kulka na kole na tą cyfę a jak czytamy w słowach księgi Wdowi grosz do bardziej wartościowych należy niż bogacza żetonów stosik, gdzie to nadmiaru kawałek fortuny, I tak cebulka wydobyta z dna pod dnem, rzucona na planszy na znaczek z cyfrą jak pięć udała się przepowiedzieć gdzie wyląduje kula na kole ale ale ale  ale ale ale nieświadomość daru gracza nieświadomość gry nie daje im kasyno wygranej zresztą nie stać ich nawet bo ta resztka dobra w nim głęboko pod zgnilizną duszy generalnie (głuopio rymować generalnie słowem ale jakoś tak wychidzi że w wielu miejscach gdzie nic nie można na szybko sklkelić w rym genrealnie słowo daje ten stan ulgi gdzie sklejasz wers rymem tak tu jerst kumasz mnie czy nie pewnie jedno i drugie to tako mądre jak i głupie to tak samo stoi twardo na nogach ale wie jak to jest upaść i twarda podłoga na własne życzenie leży pod twoim cielem (wymyślone słowo przywilej który grafomanowi się takoż samo należy jak i poetom czyli lp w skrócie kmwtw tak tu jest ma rymować się generalnie wielokrotnie najlepiej bo to wyjebanie fajne usłyszane w przestrzeni wersy mówią mi kiedyś a dziś wiem że jak i religia chrześcijańska jak i licencja poetica powinny być mi przywileje odebrane i na nic amen i na nic rymowanie w tekstu ścianie to już nie fajne gdy dziecko we mnie martwe jak sam je zabiłem monster artowaniem na nieświadomości oczywiście jak to ja oto ja kurwa mać (a przekleństwa karmią szatana ale i jemu należy się strawa bo to dziecko Boże i Stwórca marzy może że i Lucyferowi ostatecznie należy się raj (no koniec wojen niech ta pierwsza przykład da i pogodzi się zbuntowany anioł z SYnem Bożym drugim razem narodzonym wśród ludzi i zbijając piątki skończą terror wrogów ze światów niematerialnie istniejących) (zapomniane główne wątki i co zrobić gdy się leci w te klawisze i nie ma czasu wracać do wcześniej co się pisze i się chce tylko stawiać kolejne litery w słowa sylabami ustawione które się spacjami oddzieli bez interpunkcji bez kropek i przecinków bez kitu tu tylko nawiasy z takich znaków dziewczyno chłopaku ratuj to głowa po mocnych trunkach kończy się flaszka za cudzy pieniądz którą w gardło ze szklanki się wrzuca no kurde (choć rymowałoby się kurwa ale te przekleństwa to taka sprawa jednak niezajebista bo raz że karmią szatana który wciąż chce dla nas piekła jak i drażnią ucho i nieprzyjemna nastroju rozmowy wibracja wpada do mózga przez ucha kanały ślimaki (nieporadzisz na te nawiasy już nawet nie chce wracać do głównej myśli do pierwszych fraz do frazy która ten wyrzyg zaczęła tak tu jest tak się dzieje i to nieraz i się niezmienia oto ja tylko do przodu bez pomyślenia jak gaz do dechy gdybym wsiadł do samochodu za kierownice i pewnie pierwszy zakręt powinien być dla mnie oszukać przeznaczenie cudzym cierpieniem i wciąż niedocenienie dobra wokoło tylko ból i cierpienie, zaufanie do człowieka stracone i wzgarda i hańba (pierwsza myśll mi się przypomina znienacka nagła iskra że to komentarz wiersza o monetach pisałem i wkładzie nieświadomym z cebulki kmwtw generalnie piszę generalnie nielubiąc generalnie ale często gęsto to słowo czyli generalnie rymuje się gdy nie wpada nic lepszego do głowy i można z ulgą rymem z generalnie słowa rymowankę złożyć)  O walucie wiersz spowodował że powstaje ściana z tekstu która bezsensem okazuje się i niepotrzebnie wysłana w komentarzu powinna nie była się zacząć by nie mogła się skończyć ale oto ja w tym czasu się dla pokazu i wyżycia wśród szumu trunku którego spożycia w nadmiarze znalazłem szansę i jakoś tak myśli mam niecodziennie dostępne gdy zaciemnienie na umyśle należne z zamknięciem pyska idące w parze którego pożądanie czuje wśród współpasażerów byłych już przedziału pociągu który wiezie mnie nie na miejsce i nie na odpowiedni przystanek o nieodpowiednim czasie zapowiadane co do minuty dotarcie po krzywych torach po szynach które były złe jak moja osoba. A co do wiersza to super że poezja Ci przyszła wena i wiersz się udał bo w rymach wersach i zwrotkach jest forma podziwiam przy tym dniu a to sobota pa
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...