Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Pewnego dnia zdarzyła się rzecz nie do wiary. Po prostu koszmar senny podstępnie wkradł się w życie Magdaleny. Osłupiała dziewczyna obserwowała to wydarzenie (a wydarzenie stało przed nią na środku pokoju, głupawo się śmiejąc) i czekała na moment obudzenia. Moment ten jednak uparcie nie nadchodził.
Niestety, nie mogło już być wątpliwości: była to jawa.
Stało się mianowicie, że do tej pory najzupełniej normalna, ba, można by rzec: dość inteligentna, a jakby tego jeszcze było mało, niebrzydka, przede wszystkim zaś całkowicie przeciętna starsza siostra Magdaleny niespodziewanie wtargnęła do jej pokoju. Pech chciał, że akurat siedział tam Adam. Oliwia wtargnęła tam bez jakiejkolwiek zapowiedzi, nawet najbardziej symbolicznej. Patrząc na swją młodszą siostrę i jej chłopca powiedziała:
- Chcecie zobaczyć dzikiego zwierza?
A potem zadarła sukienkę do góry i pokazała im swoją niegoloną (od tygodnia czy dwóch) cipkę. Śmiała się przy tym wesoło.
- Zobaczcie, zupełnie jak dziki zwierz! – wykrzykiwała, ani myśląc o spuszczeniu sukienki.
Magdalenę zatkało, ale zanim zdołała jakoś zareagować, siostry już nie było. Adama zaś zatkało na dobre. Zatkało go tak skutecznie, że nie był w stanie wypowiedzieć ani jednego zdania do sensu. Jak senna fala powróciło i wniknęło w niego znienawidzone jąkanie z dzieciństwa.
- Ona zwa... zwarrriowała! – wykrztusił w końcu i ze zgrozą zauważył, że w tym małym dwuwyrazowym zdaniu zaciął się trzy razy.
To wydarzenie wywarło wpływ również na Magdalenę. Po nocach zaczął jej się śnić dziki zwierz siostry. Przychodził niezauważalnie, wślizgiwał się pod kołdrę i drapał. Był zimny, jak wąż albo jakieś inne obrzydliwe stworzenie.
- Przecież jestem niewinna – myślała Magdalena po obudzeniu.

Od tamtej pory Oliwię uznano za chorą. Mama zaprowadziła ją do psychiatry. W poczekalni było wielu brudnych, zaniedbanych ludzi. Niektórzy mówili do siebie. Inni zagadywali sąsiadów, ale nikt im nie odpowiadał. Wśród nich elegancko ubrana Oliwia niemile się wyróżniała.
Kiedy wreszcie przyszła na nią kolej, sama weszła do gabinetu. Mama została w poczekalni.
- Co się dzieje? – zapytała pani doktor, nie patrząc nawet na dziewczynę. Ukryta za szkłem grubych okularów wpisywała coś w swoje kartoteki.
- Nie mogę spać – odpowiedziała Oliwia – mam wyrzuty sumienia, bo wypuściłam dzikiego zwierza. Buszuje teraz po okolicy i przeszkadza mym najbliższym.
- Co to za zwierz? – mruknęła pani psychiatra i spod okularów spojrzała uważnie na Oliwię. Dziewczyna wstała i zadarła sukienkę. Oczywiście brak majtek rzucał się w oczy. Wyraz twarzy pani doktor pozostał jednak sceptyczny.
- Mnie tym nie przerazisz – powiedziała z politowaniem. – Nie takie rzeczy widziałam.
Potem przepisała jej jakieś tabletki i odesłała ją do domu.
- Pokaż się za miesiąc – dodała na odchodnym. Nie wymieniła nawet głośno rodzaju choroby, która zaatakowała Oliwię. Zapisała tylko coś w swoich papierach.
W domu pani psychiatry dziki zwierz mógł wreszcie bezkarnie przybrać swą ulubioną postać. Zimny jak lód wspinał się powoli po brzuchu kobiety. Zaczęły wstrząsać nią dreszcze i musiała wziąć parę dni wolnego. Gotowała sobie ziołowe herbaty, przykładała termofory z gorącą wodą, w dwóch szlafrokach zagrzebywała się głęboko pod pierzyną, ale nic nie pomagało. Zimne dreszcze wędrowały raz po nogach, to znów wzdłuż kręgosłupa, kiedy indziej zaś sytuowały się między piersiami.
Biedna pani doktor nie wiedziała, co się z nią dzieje. Dała się zbadać koleżance internistce, ale ta nic nie stwierdziła. Lekarka poddała się więc całej serii skomplikowanych badań. Przyczyna dreszczy pozostała jednak nieznana. Pani doktor w końcu przypisała wszystko menopauzie i wróciła do pracy. Starała się zachowywać jak gdyby nigdy nic i zapomnieć o dzikim zwierzu.
On jednak nie zapomniał o niej.

Nie zapomniał, choć miał pełne ręce roboty (jeśli można w ten sposób wyrazić się o dzikim zwierzu). Jego kolejną ofiarą padł sąsiad Alojzy. Oliwia nie potrafiła się powstrzymać i pokazała mu cipkę, kiedy ten stojąc na drabinie zrywał czereśnie. Alojzy o mało nie spadł z wrażenia. I nie jest to wyrażenie metaforyczne. Szczebel drabiny naprawdę załamał się pod jego stopą. Całe wiadro czereśni runęło na ziemię.
Dziki zwierz uwielbiał wszystko czerwone i radośnie dał susa między słodkie kuleczki. Długo tam jednak nie zabawił – miał na uwadze ważniejszy cel.
Wieczorem Alojzy poczuł, że jego dłonie zamieniają się w drewno. Z przerażeniem odczuwał, że jakieś zimne odrętwienie ogarnia jego ciało centymetr po centymetrze. W toalecie nie był już nawet w stanie sam podetrzeć sobie tyłka.
Jego żona posmarowała mu ręce maścią na artretyzm, ale choć powtarzała ten zabieg codziennie, nic nie pomagało. Cóż, starość nie radość – wzdychał Alojzy. Nie miał zielonego pojęcia o prawdziwym winowajcy.
A ten chichotał wesoło, ukryty bezpiecznie pod sukienką Oliwii.

Stało się, że Magdalena zerwała z chłopakiem, ponieważ nie mogła znieść wstydu, jaki przynosił jej swoim jąkaniem.

Stało się, że Adam przez godzinę patrzył w lustro i krzyczał. Domagał się odpowiedzi. Pytanie brzmiało: Czym sobie na to zasłużyłem? Odpowiedzi naturalnie nie było.
Nie licząc dźwięcznego chichotu, wydobywającego się spod spódnicy Oliwii.

Stało się, że pani psychiatra musiała pójść na wcześniejszą emeryturę. Opatulała się w wełniane koce, a do różnych części ciała przykładała sobie elektryczną poduszkę. Nie wiadomo dlaczego nie przychodziła jej na myśl córka, która pracowała za granicą, była ładna i odnosiła sukcesy, i która przede wszystkim była żywa. No właśnie. Z nieznanego powodu w świadomości pani doktor brutalnie rozgościły się dzieci, o których udało jej się przecież wiele lat temu cudownie zapomnieć: troje nienarodzonych, wydartych przedwcześnie z bezpiecznego łona na zimny świat. Dziki zwierz podglądał jej myśli i zacierał z uciechy ręce (o ile dopuścimy możliwość, że taki stwór może posiadać ręce). Teraz częściej wspinał się po jej ciepłym brzuchu, a w ciemności słychać było tylko cichutkie cap, cap – odgłosy jego lodowatych kroczków.

Stało się, że sąsiad Alojzy umarł. Po śmierci wreszcie dowiedział się, kto prześladował go za życia. Zdradził mu to jego Anioł Stróż. Nie powiedział mu jednak, dlaczego Bóg na to pozwolił. Biednego Alojzego to pytanie dręczyło, ponieważ uważał, że przez całe życie nie zrobił nic złego. Najlepszym dowodem na jego niewinność był przecież anioł u jego boku! Niestety, ten ostatni uparcie odmawiał odpowiedzi, uśmiechając się tajemniczo (w niektórych interpretacjach głupkowato).
– Jest niewiele mądrzejszy ode mnie! – stwierdził zirytowany staruszek, ale nie dał po sobie poznać, że wie o Niewiedzy anioła.
W dniu swego pogrzebu Alojzy ciekawie zaglądał pod sukienkę Oliwii. Dziki zwierz spał zwinięty w kłębuszek, posapując jak dziecko. Był ciepły i kudłaty, chciało się go dotknąć i pogłaskać.
Alojzy, który całe życie trzymał w domu koty, ledwo się powstrzymał.
- Jest taki śliczny, kiedy śpi... – rozrzewnił się. I chciał jeszcze trochę zostać, ale Anioł Stróż wziął go za rękę i nieubłaganie pociągnął za sobą.

Stało się, że pewnego dnia Oliwia wzięła ostrą jednorazówkę i ogoliła się między nogami. Tak skończyło się panowanie dzikiego zwierza. Oliwia zaś na powrót stała się normalną, ba, nawet inteligentną, a żeby tego jeszcze było mało, niebrzydką dziewczyną. Starszą siostrą słodkiej, śniącej złe sny Magdaleny.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

        Julia z Kurlandii   Kim jestem? Śladem po mnie w pospiesznie rzuconej mikrohistorii, w starym śpiewniku ewangelickim, w filmie o kimś podobnym do mnie, w tajemniczych literach, w czyimś allelu, w chemicznym znaczniku. W strasznej historii o czyimś odejściu i w trychterze do karmienia na siłę niejadków.   W słowie grynszpan, sepia. W starych aktach narodzin i śmierci. W cytacie biblijnym „Ich bin das Brot des Lebens” na świętym obrazku zagubionym między stronami.   To ja. Przypominam o sobie we wspomnieniu wnuka o ojcu i jego matce – samobójczyni lub ofierze. W Weronalu kupionym w starej aptece na Chmielnej.   Przypominam o sobie w starym śpiewniku i w słowach dokumentu: młoda kobieta w wieku dziewiętnastu lat przyniosła swoje dziecko do chrztu. Ojciec nieznany. Później zastygam w milczeniu syna. Wstydliwym i bolesnym milczeniu. Co potrafiłam? Nakrywać stół potrafiłam, zarządzać domem swoim.   Wyszłam za mąż. Syn dostał nowe nazwisko. Żyliśmy sobie w Alejach. Dwoje małych nam umarło – córka, której imienia nie pamiętam, i syn Zygmunt. Odeszli.   Rozwód zasądził sąd kościelny. Nie dałam rady. Józio poszedł do szkoły. Wrócił, a mnie już nie było. To był jeden z mroźnych dni lutego 1909 roku. Weronal, włamanie, nienapalone w piecu… Nie wiem. Nie pamiętam.  
    • @.KOBIETA.

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      A gdybym, mimo woli, kiedyś Ci dopiekł - pomyśl: "rodziny" się nie wybiera
    • Zamknąłem oczy na chwilę i chyba przysnąłem. Obudził mnie dźwięk tłuczonego szkła więc zerwałem się z fotela w którym uciąłem drzemkę by sprawdzić przyczynę hałasu ale tak szybko jak wstałem pojąłem co się stało. Że to był sen w którym zbiłem lustro, pięścią z całej siły, i byłem kobietą w tym śnie to dziwne i był ten obleśny nieznany mi mężczyzna po którego wyjściu za drzwi uwolniłem swoje emocję rozbijając lustro. A więc moja wyobraźnia zbiła lustro? Zażartowałbym pytaniem czy to się wlicza do lat nieszczęścia ale bardzo ciężkie negatywne emocje które towarzyszyły sennym wizjom, które przeżyłem w śnie jakoś nie opuściły mnie wraz z otwarciem oczu. Czuję się fatalnie, jak czarna nicość, jak coś najgorszego i to z powodu kilku krótkich scen we śnie. Dzwoni telefon który wyciszam bez sprawdzania kto to, nie mam ochoty na ludzi, gaszę światło, zasuwam firany. Siedzę tak w ciszy i ciemności a wgłowie krzyczy mi płacze żali się wypomina. Nie zaznam spokoju wiele godzin aż wstanie dzień i pójdę sobie zrobić kawę. Dziś nie jem śniadania żołądek mam ściśnięty tym zdarzeniem ze snu jakby wydarzyło się naprawdę, nie mam apetytu i choć nieraz zmuszam się zdroworozsądkowo do odżywiania wiedząc że to dobre dla mojego organizmu tym razem dusza wygrywa nad ciałem i tylko wypalam dwa papierosy do mojej kawy. Pójdę do pracy i mi przejdzie- myślę bo wiem że tam myśli zajmą się czymś innym a jednak wbrew sobie poddaje się chyba swojej podświadomości i wybieram numer do firmy informując przez sekretariat że dziś mnie nie będzie. Zasłaniam szczelnie okna stawiam popielniczkę możliwie blisko wyciszam się w ciemnościach. Medytacja nie przynosi skutku. Niepokoi mnie ta wizja ze snu. Nie tylko zbite lustro ale cały klimat tej sceny. NIe umiem nazwać ani emocji, ani uczuć jednak wiem że są złe, niedobre. To bardzo ciężkie i przytłaczające myśli choć niesformułowane niepokoją mnie jak krajobraz oceanu nocą. Szybko kończą mi się papierosy, musiałem wypalać jednego po drugim niezuważenie gdzieś goniąc myślami po zakamarkach tego czego doświadczam by to poznać. Nie poznałem i nie mam papierosów. Kim jestem bez tych szlugów? Chyba sam siebie bym nie rozpoznał mijając się na ulicy gdybym nie trzymał papierosa między palcami w ustach. Jakby tego było mało że w moim wieku nie wiem kim jestem to jedyna moja tożsamość jakiej jestem pewien w tej chwili niknie. Albo będę kłębkiem nerwów tu zamknięty w ciemnym pokoju mojego mieszkania i z każdą chwilą będę obserwował rosnące objawy napięcia i głodu nikotynowego jak drżące ręce i nerwowe oddechy albo będę kłębkiem nerwów w drodze do sklepu, po ulicy, do ludzi i w śród ludzi. Już dawno zrozumiałem że nie nikotyna mnie uzależniła a poczucie zasłony jaką tworzę tym papierosem, dymu którym odgradzam się od innych, skupienia na sobie które zapewnia mi palenie. Nawet nie musiałbym wciągać tego dymu wystarczy sama świadomość że ćmi mi się w dłoniach ten mój przyjaciel jak maska, jak dystans od świata. Minie czas i pójdę jak na skazanie po kolejną paczkę tymczasem uciekam się do wszystkiego by odwlec tą chwilę do jak najdalej od teraz. Do wszystkiego w moim stanie oznacza rozpadnięcie się w fotelu i wbicie wzroku w sufit i coraz wolniejszym miarowym zamykaniem powiek. Medytacja? Nie sądze medytacja oczyszcza myśli i rozjaśnia moje stają się coraz bardziej brudne i zabarwione na czarno, czuję coraz większy niepokój, mam wrażenie że słyszę szum krwi w sercu. Toksycznej nieczystej krwi, zamkniętę oczy podsuwają mi widok jak na tym samym fotelu ktoś taki jak ja siedzi patrząc w sufit a z otworów ciała oczu uszu nosa sączy się krew i kapie po dłoniach, palcach na podłogę w coraz większą kałużę. Przeciągam palcami po spodzie dłoni które są mokre przerażony otwieram oczy i patrzę na uniesione na wysokość twarzy swoje ręce. Są tylko spocone, albo aż spocone bo nigdy nie pociły mi się ręce. Muszę iść po papierosy myślę i wstaję by ruszyć do drzwi w korytarzu mijam lustro iprzyspieszam wiedziony jakimś dziwnym przeczuciem nie chce widzieć ani swojego w nim odbicia ani lustra jako przedmiotu. To nie jest rzecz z dobrą karmą podpowiadają mi myśli jest w nim wiele zła uwięzione. Chciałbym tego nie wiedzieć i nie rozumiem skąd w mojej głowie takie myśli, wyrażane z taką pewnością jak oczywistość. Nie dyskutuje wtedy tylko słucham i mam wrażenie że ktoś kto je tam wkłada czerpie satsfakcję im bardziej przerażony żyję tą wiedzą. Przed drzwiami domu uderza mnie słoneczne światło upał ptaki liście na drzewach chcę się wycofać ale zdołałem już zamknąć drzwi na klucz zresztą potrzeba ucieczki w papierosa jest już nie do zniesienia więc zaciągam kaptur grubej bluzy jak najniżej na oczy a wzrok wbijam w chodnik. Kolejne kroki, byleby nikogo nie minąć byle nie zagadał byle nie spojrzeć w oczy byle uniknąć kontaktu choćby o kilkadziesiąt centymetrów. Sklep jest udręką. Niesamoobsługowy duży obiekt i jedna niskoopłacana kasjerka która z wyraźną niechęcią spełnia kolejne prośby z listy zakupu klienta który mówi by mu podać to i to ona idzie, wlecze się stękając i wzdychając bierze towar z półki przynosi na ladę nabija na kasę a klient że jeszcze to i to. Kolejka na kilka osób za długa dla mnie o wszystkie z kilku osób ale nie mam wyboru czekam i pocę się coraz bardziej płynę przerażony ogromem ludzi i ich bliskością. Niech nikt mnie tu nie zauważa proszę to w co wierzę w swoich myślach niech jestem niewidzialny, niech się nie oprze, nie przesunie obok niech nie trafi torbą z zakupami. Sekundy jak z gumy rozciągają się lepiąc każdy brud tego miejsca do mojego ciała. Zwymiotuje smrodem który nie jest zapachem a odorem myśli i sumień tych ludzi obok. Umiem oddychać ich moralnością. Zazwyczaj to okropny odór nie do wytrzymania smród z brudnych myśli, owrzodzonych czynów. Kto jest bez winy ten pewnie pachnie jak wata cukrowa, albo jak polna łąka. Nigdy mi się nie zdarzyło spotkać osoby przy której poczułem się dobrze i czysto. Zbiera mi się na wymioty ale nauczyłem się nad tym panować. Początek kolejki jest coraz bliżej, spokojnie znoszę niechęć sprzzedawczyni zza lady i nawet trochę jestem jej wdzięczny za tą szczerość z jaką traktuje klientów. Bo nie o to chodzi byśmy kogoś udawali albo coś przed kimś choć ktoś powie że lepiej być fałszywie miło potraktowanym mi jednak taka swoboda na jaką pozwala sobie ekspedientka pozwala na swobodniejsze oddechy, atmosfera choć ciężka i brudna jest jakby bardziej przejrzysta. Biorę kilka paczek i butelek wina i whiskey. Po tym doświadczeniu wiem że nie zbiorę się przez kilka dobrych dni do opuszczenia mieszkania, więcej nie odsłonie zasłon by przypadkiem nie dostrzec jakichś ludzi spacerujących po ulicach. Wracam do domu jak tylko szybko można chodzić z wzrokiem wbitym w chodnik. Kilkadziesiąt kroków i w prawo i już moją ulicą kolejnych kilkadziesiąt kroków, bramka podwórko zakręt kilka schodków nerwowo szarpie się z kluczem w zamku naciskam klamkę w pośpiechu od progu odkladam siatki z zakupami i rygluje czym prędziej drzwi. Odłączam dzwonek. Nie ma mnie dla nikogo. Niestety sam dla siebie tu będę choć wolałbym nie. Dla siebie i dla tego absolutu który pcha mnie przez tą wiedzę o nieczystościach, o brudzie, który wpycha mi w głowe te myśli śmierdzące rozkładającymi się trupami. To umiera ludzkość, gnije od wewnątrz już a zacznie gnić skóra niebawem jak mówi kolejne przeczucie. Uciec? Nie da się uciec wiem to. Mógłbyś powiedzieć że śmierć jest ucieczką jednak ja wiem że nie jest a potem jest jeszcze gorzej bo wrzucą cię w kolejne od nowa życie. Kurwa czemu ja tak sobie wierzę, czemu jestem pewien moich myśli, czemu one pojawiają się jako zdania twierdzące czemu nie jako przypuszczenia czy hipotezy tylko od razu z nastawieniem że tak jest właśnie. Czemu to moja wina a wiem że to moja wina. Myślę o pomocy jaką mógłbym otrzymać i wzdrygam się na samą myśl że obcej osobie miałbym przedstawić moje lęki, obawy, że miałbym jej opowiedzieć to wszystko o sobie. I co ktoś taki zrobiłby z taką wiedza? Napewno nie uwierzył. Akurat nie potrzebuje kolejnego nie dowiarka. Leki z apteki terapie może oddział zamknięty w związku z tym pewnie by zaordynował dla mnie. Więc nie pójdę i się nie przyznam bo i po co bo i tak ktoś uzna to za łgarstwo i zmyślone historię bo uwierzy sobie i wierzy w leczenie. To nie jest uleczalne to też wiem. Siadam w fotelu kieliszek wina dym z papierosa ciemność kilka chwil później usypiam.
    • @_M_arianna_W... Dzięki

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

       
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...