Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano (edytowane)

*<#*#>*

 Miasteczko, o przewrotnej nazwie: ''West and Green,'' leży we wschodniej, mniejszej części, niezupełnie zdziczałego zachodu, a ta umiejscowiona jest w północnym fragmencie, południowej części, leżącej gdzieś miedzy nimi, ale trochę na ukos, po lewej stronie, gdyby spojrzeć od południowego wschodu. A zatem doczłapanie do celu, na koniu w siodle, nie powinno nastręczać trudności.

 

W tej chwili siedzę na suchym czymś, gdyż nośnik kompletu moich danych, też siedzi i odpoczywa. Z prawej strony dostrzegam w porządnej odległości, biegnący dyliżans. Trochę mnie zastanawia, dlaczego nie jedzie, ale słońce praży niemiłosiernie kapelusz, a on moją głowę, a zatem wszystko jasne. Może biegać. Mój wierzchowiec jest czarny, ale ów pojazd jeszcze bardziej. Normalnie tak przeraźliwie czarny, że gdyby goły murzyn biegł obok, to byłby doskonale widoczny na tle pojazdu.

 

*<#*#>*

Celem podróży jest Szeryf. Niestety nieczynny. Został wysadzony w Wielkim Wybuchu Dynamitu, w okolicznościach nieznanych, natomiast doskonale usłyszanych. Mieszkańcy popadli w marazm po tak dotkliwej stracie. Powiadomili mnie o tym: gołębiem latającym, tam gdzie sobie życzyli, żywiąc nadzieję, że jakoś temu zaradzę. Chodzą słuchy, iż Szeryfa wysadził jego kolega: Indianin, któremu podobno - niekoniecznie świętej pamięci - zbałamucił żonę. Po robocie, ów czerwonoskóry przyjął imię: Milczący w Mowie, gdyż huk go ogłuszył a wybuch tak przestraszył, że zaniemówił.

 

Tak czy siak, postanowiono zbudować Zacnym Zwłokom, jeszcze bardziej zacny pomnik. Jedynym dostępnym budulcem, którego można było uformować w nieboszczyka, okazał się: piasek. W końcu pomnik usypano, ale wciąż wiatr rozwiewał. Obudowano zatem monument, wszechobecną drewnianą wiatą i wyrąbano drzwi zamykane na klucz. Przy drzwiach siedzi teraz Babcia Pomnikowa i pobiera opłatę, od kuknięcia do wewnątrz. Wielu z łezką w oku, płaci i kuka. Oddanie hołdu jest gratis.

 

*<#*#>*

To co przeczytałem na gołębiu, zatrwożyło mnie wielce. Dlatego jadę do miasteczka. Dowiedziałem się, że już od dłuższego czasu, biedni mieszkańcy, ślęczą obok wiaty o chlebie i wodzie, terroryzowani przez Małomównego Zamachowca. A właściwie nic nie mówi. Jest teraz cichy, niepokorny i zawzięty. Podobno zamiast brody rośnie mu zemsta. Tubylcy nie chcą się cofnąć i zrobić przejście, by mógł na spokojnie wejść pod wiatę, włożyć dynamit i wysadzić podobiznę tego, co mu rogi przyprawił.

 

No wreszcie jestem w miasteczku. Jedyna ulica opustoszała, gdyż wszyscy są zgromadzeni w newralgicznym miejscu. Widzą mnie i machają na powitanie. Cichy Zamachowiec mi nie kiwa, bo stoi do mnie tyłem. Obawiam się jednak, że gdyby nawet stał przodem, to i tak by nie pokiwał. Podchodzę całkiem blisko. Słyszę rozmowy:

 

– Czy nie widzisz, że Milczący w Mowie coś prawi?

– Widzę, ale nie słyszę.

– Głupiś. Mówi do nas ręką. Na migi nam grozi.

– Czy ktoś zna migowy.

– Ja znam, ale na dwie. Mogę zapytać.

– Na dwie ręce nie odpowie, bo by musiał rewolwer odłożyć.

– To skąd mamy wiedzieć czego chce?

– Szpaleru między nami. To chyba jasne.

– W dupie będzie miał szpaler. Pomnik dla nas świętością. Nie pozwolimy rozpizdrzyć członków Kochanego Szeryfa.

– Że też musieliśmy trafić na takiego terrorystę.

– Nie jego wina, że się wtedy przestraszył.

– Głupiś. Jeszcze go bronisz.

– Babcie ktoś zawiadomi. Pomoże nam.

– Chyba nie pomnikową?

– A gdzie tam. Mam na myśli: Bazorewolkę. Zapomniałeś?

– Znaczy: Babcię Zombie Z Rewolwerem.

– Właśnie.

– A to co innego.

 

W ten sposób wszedłem w temat, nie dochodząc do słowa. Wredny Milmo mnie nie widzi. Miarkuję sam ze siebie, że mam pójść po kogo trzeba.

Stoję na przytulnym cmentarzu. Przy jednym z grobów z furtką na wierzchu, widzę tabliczkę: ''Tu mieszkam. Budzić tylko w nagłej potrzebie, niecierpiącej zwłoki''

 

Babcia po chwili wychodzi. Trochę zaspana i rozłożona, ale gotowa bronić swoich współplemieńców. Wygląda normalnie, gdyby nie liczyć, odpadającego tu i ówdzie ciała. Trzyma w kościstej ręce prawdziwy rewolwer. Podobno ma dziwne właściwości. O nic nie pytam. Szczerze mówiąc, czuję się trochę nieswojo i czuję coś poza tym. Nagle słyszę pytanie:

– Chłopcze! Czy ty wiesz, z kim masz do czynienia?

– Oczywiście.

– To znaczy gówno wiesz.

 

Milczę przez całą drogę, zdegustowany niekulturalnym zachowaniem. Do kurwy nędzy! Nie przywykłem do takiej wulgarnej mowy!

 

Podchodzimy od tyłu. Milmo nadal ręką nadaje, a zniewoleni słuchacze są wnerwieni, bo nie wiedzą: co. Jesteśmy bliżej i bliżej. Nagle zamachowiec, jakby poczuł pismo nosem. Odwraca się w naszym kierunku. W tym samym momencie, wszyscy jesteśmy świadkami nagłego zjawiska - odzyskania mowy i słuchu. Zaczyna wrzeszczeć ze zdziwienia... lub szoku doznał. Reszta wokół zaniemówiła z wrażenia, łącznie ze mną. Rewolwer leży na ziemi, a laski spod koszuli wyleciały i leżą nieużyte. Słyszę głos jak zza grobu:

 

– Wnuczku! To ty? Na prawdę? Babcia zaraz cię przytuli.

– Babciu! Ty żyjesz?

– Nie wnuczku. Nie żyję. Ale teraz tak.

– Babciu, nie czyń sobie ambarasu z przytulaniem. Białą koszulę mam na sobie i pragnę, by taką pozostała.

– To chociaż daj pyska!

– Tylko nie to!! Sorry... rozumiesz chyba. Przykleić się mogę!

– Nie będziesz wysadzać? Przyrzeknij!! Bo jak co, to cię wszędzie znajdę... i przytulę... i wycałuję i...

– Żadnego wysadzania. Przyrzekam.

– Masz szczęście łobuzie, że Szeryf był Androidem. Gdyby żywym człowiekiem, to byś skończył na krześle elektrycznym.

– Babciu. Będę wypasać bydło. Zapracuje pieniążki. Odkupię im Szeryfa. Na wyprzedaży...

– Na żadnej wyprzedaży - zagrzmiał zgromadzony tłum.

– No dobra. Nie na wyprzedaży. A na raty mogę?

 

Sielankę spotkania po latach przerywa jęczenie. A właściwie zdanie:

– Jeszcze tych brakowało do pełni szczęścia.

 

Dostrzegamy ciemną plamę na horyzoncie. Też się domyślam, co to takiego. Tym razem widzę, że naprawdę jedzie a nie biegnie. To Czarny Dyliżans. Zbliża się samoczynnie, w obłokach żółtego pyłu. Zdaje się falować w gorącym powietrzu. Wszyscy stoimy jak zaczarowani. Coś jest w tym widoku, hipnotyzującego. Słońce zaczyna zachodzić. Czerń dokładnie widać, na tle czerwonawej tarczy. Po krótkim czasie oczekiwania, pojazd przystaje na środku ulicy. Tylko Bazorewolka się dziwnie uśmiecha. Ciekawe co wymyślą tym razem.

 

Czarne jak smoła drzwi, otwierają się z przeraźliwym skrzypieniem. W kompletnej ciszy, brzmi to jak zepsute dzwony. Po chwili zauważamy, że coś wystaje z dyliżansu.

Nagle ni stąd ni zowąd, wyskakują z wnętrza: dwa niewielkie, czerwonawe kościotrupki z piórkami na czaszkach. Zupełnie gołe i doszczętnie: szczupłe. O razu można zauważyć ich cechę charakterystyczną. Jedynym miejscem cielesnym, są ich tyłki. Tylko to zachowały. Przodu też nie mają. Ludzie zaczynają wrzeszczeć:

 

– O zgrozo! To Pupcio i Dupcio. Tylko nie oni!

– A mieliśmy nadzieję...

–... że to inne stwory. Te co ostatnio. Nachlali się z nami i spokój. A te głupole nie wiadomo, co wymyślą.

– Raczej wiadomo. Biegnijmy do chałup!!!

 

Zupełnie nie wiem, co jest grane. Obawiają się? Czego? Dwóch wesołych, szczupłych facetów? Bazorewolka milczy, z uśmiechem na niecałej twarzy. Wiadomo, swoją nie tkną raczej.

 

Nagle dostrzegam początek kołomyjki. Już wiem, dlaczego tubylcy w strachu. Najbardziej ponuracy i poważni. Pupcio i Dupcio podbiegają do ludzi. A każdego, kogo połechcą piszczelami i piórkami, dostaje ataku śmiechu. Po krótkim czasie słychać zewsząd wszechobecny: rechot. Przypomina to obrady w sejmie, ogromnych żab. Wielu leży na plecach i wierzga nogami w spazmach śmiechu. Niektórzy sikają w spodnie lub na biegnącą suchą trawę. Różnie to wygląda z różnymi. Mnie żaden nie dotknął. Może jestem za obcy. Wole nie wiedzieć, dlaczego.

 

Nagle słychać przeraźliwy wrzask, przechodzący w kulminacyjny rozkaz: ''Dość. Do mnie"

 

Pupcio i Dupcio, lekko pochyleni, ze zwieszonymi piszczelami i smutni tacy, podchodzą do Bazorewolki. Cała reszta przestaje się śmiać.

– Posłuchajcie uważnie PD, gdyż powiem tylko raz. Fajnie było przez wiele lat, ale co za dużo, to nie zdrowo. Trza sprawę rozstrzygnąć. W pojedynku. W samo południe, już nie da rady, lecz za chwilę: tak. Między mną a wami dwoma. Czas wam tyłki odstrzelić, a później do grobów, a a, kotki dwa... na wieki. Zrozumiano?

 

– A jak my cię zabijemy, to co?

– To się pośmiejecie ze mnie, mówiąc banalnie. Ty będziesz sekundantem!

 

Wysunięta do przodu kość paluchowa, z dyndającym płatkiem skóry, wskazuje znacząco mnie. Mam być sekundantem? W takim czymś? To chyba pierwszy raz w życiu jak dobrze pamiętam.

 

Pojedynek w toku. Jeden rewolwer na dwa. Pupcio i Dupcio nie trafiają. Metalowe Pupki omijają cel. Natomiast dwa pociski Babciowe z jednej lufy, przelatują obok P i D, lecz zaraz zawracają, by rozwalić cielesne tyłki. Doszczętnie. Zostają dwa gołe kościotrupki, trzęsące się z zimna. Zakrywają ze wstydu, kostnymi dłońmi, tylne części. Łzy kapią do miednicy.

 

Babcia bezdotykowo się z nami żegna i odchodzi w kierunku cmentarza. Nieznośni Śmiechbójcy, kroczą posłusznie przed nią, jak baranki na pochmurnym niebie. Klekoczą o wiecznym spoczynku, narzekając na przyszłą: nudę.

No ale skoro Babcia mogła... to kto wie. Może kiedyś powrócą. Uśmiechnięci, radośni i przyodziani.

 

Dopiero teraz każdy zerka - niektórzy po cztery razy - widząc rzecz niebywałą. Dyliżans w czasie pojedynku, zamienił się w: karawan. Będzie jak znalazł, gdyby co. Niestety. Właśnie przeistacza się w ogromny tort w kształcie: kosy. Leży teraz na środku ulicy, zapraszając na poczęstunek. Ludzie głodni, to biegną. Kilku wstępuje po instrumenty muzyczne. Inni wywlekają dechy i kładą parkiet. Jeszcze inni zakładają kapelusze, ostrogi i butelki. Jednym słowem: uczta, tańce, przy skocznej, wesołej muzyce. Nie biorę w tym udziału, bo coś przeczuwam. Zgadłem.

 

Ludzie przeistaczają się w bardzo wesołe zombie. Rozśmieszają siebie nawzajem, do upadłego. Wsiadam na konia i czym prędzej znikam z miasteczka: ''West and Green''.

 

*<#*#>*

 W tym miejscu powinno być jakieś zaskakujące zakończenie. Nic z tego. Dosyć mam wrażeń na dzisiaj. A jestem autorem tej opowiastki.

 

Edytowane przez Dekaos Dondi (wyświetl historię edycji)

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • sytuacja najgorsza

      znów piszę słowa 

      niech zechcą się rymować 

      niech wpadnie metafora i porównanie by poezja popłynęła a nie tylko szczekanie jak pies na pianie 

      wścieklizną się pojawie w twoim śnie 

      będę bał się wody która oczyścić potrafi ciało i krew a przede wszystkim serce i duszę 

      będę pompował w krwi obiegu gęsta ciemną maź

      nie krew bo ubogą w cały tlen 

      duszę się w twoim śnie 

      i płuca nie napełniają się w zyciodajną materię czyli (powtórzenie cholera ale inaczej sie nir da) z powietrza (jeszcze nie terwz uciekłem tym słowem ale zaraz padnie co w niedawnym wersie i oto jest juz tuz po nawiasie) tlen

      tlen 

      tlen 

      tlen 

      tlen (razy pięć widzisz to rymuje się ze sobą to samo słowo czy off)

      potrzebuję oddechu a jedyne co mam to dym z papierosów którym wśród czterech ścian oddycham i oddychałbym wszędzie tym nikotynowym szczęściem 

      na plaży i w lesie ale tam nie niesie mnie krok

      do monopolowego to jo

      ale nie dalej

      tylko gdy drobne uzbieram wyżebrać się uda na flachę 

      w kieliszek polane ale to niewystarczająca ilość 

      leję tani twardy alklhol w szklankę i wlewam w ryło 

      wuda do ryja

      vvdvdoryjv 

      czarnego skrzydła motyla

      zgubiony w pseudonimach 

      niesiony na skrzydłach 

      znikam

      by zasnąć w sen wieczny jako bezimmirnny

      i to moja nagroda 

      nie do wiary jaki jestem zjebany

      i przeklinać mogą niby inteligentni mówią słowa przysłowia ale prawdziwie mądrzy potrafią nie rzucić kurwą w stronę chama ggdy odpierdala bo w sercu mają miłość Pana i idą w jego słowa by na raj w życiu po sądzie ostatnim zapracować 

      a ja

      odchody piekła 

      robactwo co go diabeł się wyrzeka

      utopiony w rynsztoku z fekalii demonów i grzeszników z kotłów 

      po prostu 

      po kieliszku w szklance się żale 

      szczekanie a na pysku kaganiec

      zeby niepełne w szczęce i dziurawe

      nie obawę a odwagę wykarzesz gdy w twoim śnie będę nawiedzał cię 

      i eutanazję jak się należy z nabitej srebrem strzelby wymierzysz między oczy i nic nikogo tu nie zaskoczy 

      wyzionę tedy ducha i uleci w pył rozbita przez grzechy dusza i opuści atmosferę jak nikt mnie nie chce bo zrobiłem co mogłem by trafić w serce i zdradzić zaufanie i kolejną szansę zamienić na te ostatnie wzruszanie ramionami na nie

       

      czyli tak

      ja to pies 

      ja to pies chory na wściekliznę 

      za późno na ratunek należy ubić podłe złe zwierzę zagrożeniem jestem 

      oto nke pytam dziś pod koniec dziwnego tekstu kim jestem 

      bo wiem że dzięki nim (Oni) udało mi się dojść do błędu 

      obłędu w jakim tkwiłem

      sprawdź sobje wielbłada jako metafore w arabskich tekstach 

      ja nie jestem Nim

      demon z piekła mnie opętał 

      można powiedzieć 

      ale to nie inne byty kierowały mną a winnego mam siebie 

       

      to nie żale 

      to nie ku chwale

      to ku przestrodze dla ciebie żebyś widział dalej 

      niż ja widziałem 

      mimo okulara szkiełka tylko czubek własnego nosa dostrzegam 

      mimo uszu pełnych miodu nje słyszę szeptow innych niz krzyki ego które mi wmawia że jestem okej

      o jej

      olala 

      paczeko (fonetycznie z portugalskiego tłumaczy się na wysoko ale w niematerialnym sensie tylko wyniesion jakos tak nie wiem jak ci to wytlumaczyc sputaj w Hiszpanii) 

      ego 

      nie niosę światła myślę o sobie 

      ja jestem światłem 

      mów mi słońce 

      mówię o największej gwiezdzie którą znam też na b jak imię i ksywa które nadała mi rodzicielska decyzja i ksywka którą sobie sam potem wymyślam 

      b b b b b

      lubię choć nie wolno mi lubić nic tylko do siebie czuć wstręt i hejt jak nienawiść 

      czemu nie potrafię się zabić 

      skoczyć i skończyć 

      wybrać gałąź i owinąć szyję w pętle i runać niczym nazisci i skończyć jak Hussein tylko w pewności zostawić że napewno winny 

      zabiję cię 

      a to ja zasługuje na śmierć 

      przystaw mi broń do głowy i kurwa mać strzel

      niemetaforyczne jak liryczne zabójstwo tylko elektryczne krzesło ku ulgom 

       

      hau hau buda i łańcuch i kagancu na pysku a nie mi tu bazyliszku 

       

      oto ściana słów które nic nje znacząc cóż skąd miód i mleko i ze srebra zastawa na stole komus kto nie doceni nigdy bo jest matolem

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Nie wiem co źle robię Ale ciągle myślę o sposobie Jak pokochać siebie Jak czuć się jak w niebie   Chciałabym być prosta jak kartka papieru Cienka idealna pełna manieru   Na kartce piszą da się ją przeczytać A ja jestem zamkniętą jak zszywacz   Chciałabym być otwarta i nic nie ukrywać A tak naprawdę muszę zgrywać Że jestem idealna i szczęśliwa jak pies Zawsze gdy ktoś mnie widzi nie wie co mi jest   Nie wie co czuję co się ze mną dzieje Ale co w tym dziwnego jak tylko się śmieje?   Kartka jest prosta czysta jak niebo gdy tylko ktoś na niej długopisem napisze  Brudzi się tylko od niego…
    • @Mitylene tak owszem, zawsze  takie majestatyczne:) dziękuję ci:) pozdrawiam serdecznie:)
    • @brt chce wypić to co ty poproszę namiary kompoty browary dzięki stary
    • @violetta zapach tulonych płatków przywołuje pamięć z dzieciństwa malując w tej miniaturze ciepłe wspomnienie. Podoba mi się metafora " kipiących bzów"- uwypukla bujność tych kwiatów i ich czarodziejski zapach...
    • No to tak  Co zauważam w tym tekście to ostatnie wers za wersem za wersem trzy razy. Super to ale może zedytuj do pięciu bo to cyfra bez skazy gdy ma się dwie piątki w urodzenia dniach daty to się czuje więź. Super wiersz o monecie i reszcie której nawet nie wyda ekspedienkta bo nie jest podmiot liryczny wart centa choć poleciał na wersach. Złamany grosz to coś jak ruletka którą wygrał ale kasyno no nie było stać go na wypłatę bo swoją wdowią monetą o której nawet nie wiedział postawił poewnie piątkę i spadła kulka na kole na tą cyfę a jak czytamy w słowach księgi Wdowi grosz do bardziej wartościowych należy niż bogacza żetonów stosik, gdzie to nadmiaru kawałek fortuny, I tak cebulka wydobyta z dna pod dnem, rzucona na planszy na znaczek z cyfrą jak pięć udała się przepowiedzieć gdzie wyląduje kula na kole ale ale ale  ale ale ale nieświadomość daru gracza nieświadomość gry nie daje im kasyno wygranej zresztą nie stać ich nawet bo ta resztka dobra w nim głęboko pod zgnilizną duszy generalnie (głuopio rymować generalnie słowem ale jakoś tak wychidzi że w wielu miejscach gdzie nic nie można na szybko sklkelić w rym genrealnie słowo daje ten stan ulgi gdzie sklejasz wers rymem tak tu jerst kumasz mnie czy nie pewnie jedno i drugie to tako mądre jak i głupie to tak samo stoi twardo na nogach ale wie jak to jest upaść i twarda podłoga na własne życzenie leży pod twoim cielem (wymyślone słowo przywilej który grafomanowi się takoż samo należy jak i poetom czyli lp w skrócie kmwtw tak tu jest ma rymować się generalnie wielokrotnie najlepiej bo to wyjebanie fajne usłyszane w przestrzeni wersy mówią mi kiedyś a dziś wiem że jak i religia chrześcijańska jak i licencja poetica powinny być mi przywileje odebrane i na nic amen i na nic rymowanie w tekstu ścianie to już nie fajne gdy dziecko we mnie martwe jak sam je zabiłem monster artowaniem na nieświadomości oczywiście jak to ja oto ja kurwa mać (a przekleństwa karmią szatana ale i jemu należy się strawa bo to dziecko Boże i Stwórca marzy może że i Lucyferowi ostatecznie należy się raj (no koniec wojen niech ta pierwsza przykład da i pogodzi się zbuntowany anioł z SYnem Bożym drugim razem narodzonym wśród ludzi i zbijając piątki skończą terror wrogów ze światów niematerialnie istniejących) (zapomniane główne wątki i co zrobić gdy się leci w te klawisze i nie ma czasu wracać do wcześniej co się pisze i się chce tylko stawiać kolejne litery w słowa sylabami ustawione które się spacjami oddzieli bez interpunkcji bez kropek i przecinków bez kitu tu tylko nawiasy z takich znaków dziewczyno chłopaku ratuj to głowa po mocnych trunkach kończy się flaszka za cudzy pieniądz którą w gardło ze szklanki się wrzuca no kurde (choć rymowałoby się kurwa ale te przekleństwa to taka sprawa jednak niezajebista bo raz że karmią szatana który wciąż chce dla nas piekła jak i drażnią ucho i nieprzyjemna nastroju rozmowy wibracja wpada do mózga przez ucha kanały ślimaki (nieporadzisz na te nawiasy już nawet nie chce wracać do głównej myśli do pierwszych fraz do frazy która ten wyrzyg zaczęła tak tu jest tak się dzieje i to nieraz i się niezmienia oto ja tylko do przodu bez pomyślenia jak gaz do dechy gdybym wsiadł do samochodu za kierownice i pewnie pierwszy zakręt powinien być dla mnie oszukać przeznaczenie cudzym cierpieniem i wciąż niedocenienie dobra wokoło tylko ból i cierpienie, zaufanie do człowieka stracone i wzgarda i hańba (pierwsza myśll mi się przypomina znienacka nagła iskra że to komentarz wiersza o monetach pisałem i wkładzie nieświadomym z cebulki kmwtw generalnie piszę generalnie nielubiąc generalnie ale często gęsto to słowo czyli generalnie rymuje się gdy nie wpada nic lepszego do głowy i można z ulgą rymem z generalnie słowa rymowankę złożyć)  O walucie wiersz spowodował że powstaje ściana z tekstu która bezsensem okazuje się i niepotrzebnie wysłana w komentarzu powinna nie była się zacząć by nie mogła się skończyć ale oto ja w tym czasu się dla pokazu i wyżycia wśród szumu trunku którego spożycia w nadmiarze znalazłem szansę i jakoś tak myśli mam niecodziennie dostępne gdy zaciemnienie na umyśle należne z zamknięciem pyska idące w parze którego pożądanie czuje wśród współpasażerów byłych już przedziału pociągu który wiezie mnie nie na miejsce i nie na odpowiedni przystanek o nieodpowiednim czasie zapowiadane co do minuty dotarcie po krzywych torach po szynach które były złe jak moja osoba. A co do wiersza to super że poezja Ci przyszła wena i wiersz się udał bo w rymach wersach i zwrotkach jest forma podziwiam przy tym dniu a to sobota pa
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...