Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Beti, jestem zachwycony tym wierszem. Przeczytałem go chyba z dziesięć razy i za każdym brzmi coraz lepiej. Podoba mi się rytmika i  nieporadna urokliwość treści. 
chciałem się przyczepić do dwóch przedostatnich wersów, ale po chwili namysłu zaczęły pasować.

Można go czytać na wiele różnych sposobów. Dobra robota :) 

Opublikowano

@Tom Tom Hehehe, przyznam się, że początek i we mnie płynie melodią, i choć go sczytuję (bo nieporadnie nie pamiętam), to znów to robię (i nawet nie wiem po co). Koniec schodzi na ziemię, do dialogu, ale jest prosty. Dzięki za odwiedziny, mój miły. bb

@Alicja_Wysocka Tak Alu, mam nawet taką minę, jak słoń, co go żal i reszty. Niepoprawnie wycałuję Cię i ścisnę w pasie. bb

Opublikowano

@Ast Voldur - pierwsza sugestia mi pasuje, ale zachwiana jest reguła i rozbija melodię teksu. Brakuje 4 sylab na końcu. Nie mam pomysłu na zakończenie. 

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Z drugiej sugestii nie skorzystam, też jest konwencja, nie będę jej ruszać. 

 

Co do łeputacji, to uprawiam warzywniak - nie królewskie ogrody, na nic zachody (słońca) w kolorze róży. Stąd przytyk duży mi nie zasłuży, nagrodą ni karą. Małe mam wiano do rzucania w nurt rzeki. bb

Opublikowano

@Annie_M z dnia na dzień budując plany - tak miało być, bo nic lepszego nie wymyśliłam. 

A ze śpiewaniem to miło: sylaby jak nutki, składają się w głowie. Jak jeszcze jakiś sens niosą, to jestem w domu.

Ściskam Annie_M. Lubię Twoje bystre spojrzenie. 
 @Marcin Krzysica Słuszna uwaga. Pisząc miałam w głowie emocjonalne trudności, ale niech każdy czyta jak chce, jeśli w myślach zostanie. Ściskam Krzysico ciepło i czekam na teksty. 

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   Klaustrofobia podziemi rosła, im bardziej puste okazywały się kolejne pomieszczenia, nagie i ascetyczne w swoich małych pokutach. Brakowało jednego przejścia, aby cały poziom tworzył jeden spójny cykl, krąg piekieł, albo aureolę na głowie kościoła przemysłu. 

        Zderzony z ostatnią ścianą, Karol odwrócił się, żeby spojrzeć na ślady butów wybite w zalegającym prochu. Nie martwiąc się o pobrudzone spodnie, usiadł na ziemi i, aby nie musieć zamykać oczu, wyłączył latarkę. Rozczarowanie. Nienasycenie. Karol był zawiedziony - nawet nie fabryką, lecz samym sobą. Ciemność trzymała go w serdecznym uścisku, ale nadal dało się wyczuć drżenia przestrzeni z każdym przejeżdżającym samochodem, a spomiędzy zawieszonej pleśni przebijał się zapach płynu do prania. Może właśnie o to chodziło? Centrum zniewolenia jesteśmy my sami, próbujemy uciekać w egzotyczne kraje lub kariery, a mimo tego i tak nie możemy nigdzie znaleźć miejsca brutalnie prawdziwego, brudnego absolutu istnienia. Człowieka chowa się czystego, a dopiero jego zadaniem jest samogwałt - wyrwanie ze swoich trzewi czegoś, czym faktycznie można by powiedzieć, że się jest (bo przecież chyba nie ,,piątoklasistą”?). Mały chłopczyk zastanowił się nad zdjęciem z siebie wszystkich ubrań (o zgrozo - ubrań ,,do szkoły”), nad pozbyciem się fetoru higieny. Nie, to nie to, to byłoby głupie - myśli chłopaka wróciły z powrotem pod ziemię.

        Strużki wody zostawiały rude ścieżki spływając powoli po ścianach. Kiedy Karol z rodzicami mieszkali jeszcze w biedzie, w nędznym domku pod miastem, całe dnie upływały mu w jego ,,bazie” - wciśniętej pomiędzy rosnące na działce drzewa a siatkę ogrodzenia. Ze wstydem wspominał do dzisiaj dzień, kiedy grupka dzieci w jego wieku, w czystych ubraniach, na kolorowych rowerach, zapuściła się w jego ulicę (co było na tyle niezwykłą rzadkością, że jest to jedyna taka sytuacja, jaką Karol pamiętał), aż spotkali go, skulonego w swojej kryjówce. Z dziecinną ochotą próbowali z nim zacząć rozmowę, lecz on, jak nieoswojony dzikus, nie był nawet w stanie spojrzeć im w oczy. Speszeni, ruszyli dalej błotnistą drogą, która prowadziła chyba tylko do jakiejś żwirowni (sam Karol nigdy nie zagłębił się w tę uliczkę dalej niż koniec jego działki), najpewniej zapominając o dziwaku już w następnej minucie. Lecz Karol pamiętał to do dzisiaj. Pamiętał, jak po długiej minucie wreszcie dotarł do niego sens sytuacji, rzucił się on wtedy biegiem przez działkę, wyskakując spomiędzy krzaków na otwarte pole, biegł przez wysoką trawę z nadzieją zobaczenia jeszcze błysku ich plecaków, lecz przywarł wreszcie policzkiem do ogrodzenia, a na uliczce panowała absolutna cisza. Karol-dzikus wyrywał się z jakiegoś rezerwatu, wracając teraz na powierzchnię świadomości chłopca, jakby między rurami piwnicznej kotłowni odnalazł komfort zapomnianej bazy. 

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...