Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano (edytowane)

Wszelkie prawa zastrzeżone. 

WSZELKIE PODOBIEŃSTWO DO PRAWDZIWYCH POSTACI I ZDARZEŃ JEST PRZYPADKOWE

 

Bardzo proszę o opinię. Wszelkie uwagi mile widziane. Co jakiś czas będę wrzucał kontynuację.

Zapraszam do czytania i komentowania :)

 

Przydałoby się coś zjeść – pomyślał.

 

W lodówce dwa jajka i półtorej kostki masła. Zdecydowanie za mało, aby zaspokoić głód, a co dopiero dostarczyć kubkom smakowym odrobinę podniebiennej ekstazy. Gotfryd nigdy nie potrafił rozróżnić, czy poranne ssanie trzewi, towarzyszące mu zaraz po przebudzeniu, wynika z łaknienia pożywienia czy z braku zaspokojenia egzystencjalnej, emocjonalnej pustki, która jak ciężki głaz zrzucony w otchłań głębokiej studni wypierał najmniejszą kroplę życiodajnej wody, pozostawiając po sobie nieokiełznaną próżnię.

 

Gdy uznał, że przyczyną jego dyskomfortu jest deficyt kaloryczny, Gotfryd zaczął wyobrażać sobie dania z menu tanich chińskich restauracji i amerykańskich fastfoodowych sieciówek, w których – w zależności od nastroju – stołował się codziennie w okolicach miejskiego rynku. Skrycie marzył o kosztowaniu nowych smaków, jednak jego natura nie przepadała za nowościami. Nowości rozczarowują. Sama myśl o bolesnym rozczarowaniu poprzedzonym wyczekiwaną ekscytacją wzbudzała w Gotfrydzie paniczny lęk, który zawsze prowadził go w kierunku własnych, wcześniej udeptanych ścieżek wypełnionych dychotomią myślenia. Gotfryd, choć lubił myśleć o sobie jako o zagorzałym, ascetycznohipisowskim buntowniku, to sam bezwiednie kroczył doskonale wycyzelowanymi szlakami wielogodzinnych rytuałów niejako wbrew własnej woli.

 

Przeczekam jeszcze chwilę – stwierdził – zaparzę mocną czarną kawę po rosyjsku i zapalę papierosa. Potem pomyślę, co dalej.

 

Na ekranie niedomkniętego laptopa zegar, w sąsiedztwie otwartych stron pornograficznych, wskazywał dwunastą w południe. Godzinę wcześniej przed wstaniem z łóżka i rozmyślaniem o jedzeniu, Gotfryd przez kwadrans analizował nocną marę. Każdy sen skrupulatnie notował w swoim arkuszu kalkulacyjnym ze specjalnie do tego celu zaprojektowanym kalendarzem. Sny traktował jak wyrocznie leśnej wiedźmy wróżącej ze szklanej kuli. Co intrygujące, jego sny w zdecydowanej większości przypadków sprawdzały się co do joty. Dokładnie w taki sposób w jaki przewidywały internetowe senniki.

 

Gdy już oddzielił swoje ciało od niepościelonego i cuchnącego wczorajszym alkoholem barłogu, rozsiadł się na czystym, czarnym, skórzanym fotelu przed szerokim, dębowym biurkiem. Oparł wyprostowane nogi na skraju łóżka i założył drogie, audiofilskie słuchawki. Mógł wreszcie odtworzyć swoją ulubioną, skrupulatnie ułożoną playlistę. Słuchał kompulsywnie. Choć znał na pamięć każdą nutę, nie potrafił powstrzymać się przed zapętlaniem. Playlista składała się z dwóch kompozycji – sopranowej arii śpiewanej przez filigranową blondynkę i elektronicznego kawałka znanego amerykańskiego artysty. Listę muzyczną zmieniał cyklicznie, raz na tydzień.

 

Słuchanie muzyki wprawiało Gotfryda w błogi, euforyczno spazmatyczny stan, w trakcie którego wszystkie członki jego ciała stawały dęba wraz z rzadkim owłosieniem na koniuszkach jego delikatnych stóp. Wysokie amplitudy dźwięków wzniecały w nim przeszywające i przyjemne zarazem dreszcze, najintensywniejsze w okolicach potylicy i ramion. Kiedyś sądził, że wszyscy tak reagują na muzykę. Dopiero niedawno pojął, że zarówno jego osobliwy gust muzyczny, jak i moc emocjonalnej ekspresji wydaje się odbiegać od normy. Gotfryd nie słyszał jak normalni ludzie. Posiadał obustronny ubytek słuchu średniego stopnia, który ujawnił się w wieku młodzieńczym.

 

Po czterdziestopięciominutowym muzycznym seansie spirytystycznym Gotfryd w końcu wynurzył się z jaskini swojego pokoju i ruszył w kierunku kuchni, aby zaparzyć czarną jak smoła kawę. Prawą dłonią otworzył szafkę nad okapem kuchennym i nasypał pięć łyżeczek czarnej kawy ze znanej sieciówki spożywczej do ulubionego kubka z abstrakcyjnym wzorem. Następnie nalał wodę do czajnika elektrycznego, a gdy zabulgotała, nalał wrzątek do kubka i odpalił skręconego papierosa w bibułce bez filtra.

 

Rytuał parzenia mocnej czarnej kawy w towarzystwie gryzącego w gardło i śmierdzącego paznokciami dymu tytoniowego był dla Gotfryda kontemplacyjnym porannym obrządkiem. W tym czasie sprawiał wrażenie zamyślonego mnicha, studiującego metafizykę poznania z pogranicza wieloświatów. Pomiędzy kolejnymi zaciągnięciami mimochodem zerkał na zegarek osadzony na lewym nadgarstku. Dwunasta zero pięć.

 

Szykuje się idealny dzień – pomyślał.

 

W połowie tytoniowego niedopałka Gotfryd wstał z krzesła i skierował wzrok za okno, aby kontemplować symbiozę ludzkich przeciętności z magicznym tańcem szaro białych gołębi nad kałużą na podwórzowym, kamienicznym patio.

 

Znowu ten brzuchaty skurwiel przed wejściem do sąsiedniej kamienicy pali peta i bezczelnie gapi się na mnie, jakbym pierdolił mu dzień z samego rana moją obecnością w oknie. Czego on do chuja chce ode mnie?

Zaraz poniżej okna, z którego wychylał się Gotfryd z papierosem w ręce znajdowało się zejście do „gabinetu” związku spółdzielczego.

 

Jebane komuchy. Darmozjady. Z mojego czynszu szarpią hajs a wokół kamienicy biegają szczury wielkości fretek. A remontu ta kamienica nie widziała chyba od czasów wojny. Jebie stęchlizną i szczynami na klatce schodowej jak po wielkiej powodzi w 97.

 

Na przeciwko rozgrywał się istny kalejdoskop ludzkich życiorysów. W jednym oknie widać młodą kobietę szykującą śniadanie, najpewniej dla swojego kochanka, bo mąż w delegacji. W innym grupa trzech studentów od rana sączy tanie, dyskontowe piwo, aby podtrzymać wczorajszą alkoholową fazę. W jeszcze innym moherowa babcia niczym peryskop dogląda kondycji moralnej okolicznych mieszkańców. Tylko gołębie niczym niewzruszone dziobią resztki chleba nad kałużowym stawem będącym kolażem benzyny, szczyn i wczorajszej deszczówki.

 

Najbardziej intrygująca była jednak kilkuosobowa grupa pijaczków, najpewniej mających bogato zapisane kartoteki policyjne w postaci drobnych kradzieży i wykroczeń.

 

Być może ten grubas to ich cichociemny boss? - pomyślał Gotfryd. Na dzisiaj wystarczy. Pora się zebrać i wyruszyć do sklepu po zakupy, aby zrobić moją ulubioną jajecznicę złożoną z 4-5 jaj na 100g, masła ze szczypiorkiem.

 

Cześć druga - 

 

 

Część trzecia

 

Edytowane przez Robert/Anthony (wyświetl historię edycji)

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @.KOBIETA. Po to jesteśmy, żeby się pragnąć odnaleźć. Spotykać wielu, żeby spotkać Tego/ Tą. Piękny wiersz, dziękuję.
    • @Leszek Piotr Laskowski bardzo dziękuję

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @andrew powiew lata. Dziękuję  @Stracony wszyscy mamy źle w głowach. Przeżyjemy...fajny kawałek. Dziękuję   
    • @Poet Ka   Dzień dobry    Łukasz Jasiński 
    • Silva Rerum                     Pokażę ci praktykantów za kulisami - Haskalę i nic nie mów, tylko: bardzo uważnie słuchaj, czasami z uśmieszkiem na twarzy jak Mona Lisa. Leonardo da Vinci na pewno byłby dumny ze świętego zakonu Eruvai Ravi - międzynarodówki wtajemniczonych mistrzów, która posiada własnych sobowtórów. Sir Edom Wildstorm trzymał w dłoni fajkę z kości słoniowej - teza ta, rzekł: - Ma uzasadnienie w tytoniu - tu - dał dyskretny znak spojrzeniem na blat okrągłego stołu i kontynuował: trzy lata temu podwójny mecenas Sanhedrynu z Grupy Stu zapowiedział w radiu nową wizję - nadejście potopu łupkowego...           Sir Edom Wildstorm spojrzał przez okno na niebo - tam - dostojnie wypuścił parę kółek z dymu, robiąc dyskretną aluzję: - Adonaj ma w głębokim poważaniu Amalekitów, a wołanie upadłej anteny jest zwykłą grą słów - Ali Kabe... Wiesz, Vick, ty gówno wiesz! Poklepał po ramieniu młodego studenta z Wyższej Szkoły Handlowej sir Edom Wildstorm.           Jest wojna, sir, musimy przyjąć trójwymiarowe maski i zorganizować zamach na redakcję koszer nostry, oni zamknęli nam oczy - będziemy lepiej widzieć - iluzję, a syn poranka jak dymiący wagon przyniesie nam dwa sztandary - divide et impera i vox populi - errata. W domu nad rozlewiskiem Tolsam zagra na pianinie idyllę jako sygnał - pogranicze najwyższego czasu, pamiętaj, oni zamknęli nam oczy - będziemy jeszcze lepiej czytać paragrafy tajnej policji w sanatorium pod klepsydrą - NASK-u i UKEF-u, a tutaj - bez przenośni - zmieniłem technikę na OKA - Obserwacja, Kontrola i Analiza - archetyp najemnika z operacji Samorgas. Jest wojna, sir, nie zabijemy - zabiją - na pewno starym sposobem - przypadkiem uderzymy autem w przydrożne drzewo, a może umrzemy za wolność i niezawisłość w schronisku dla samotnych wilków?           Nie wiem co się dzieje: bezwładny chaos na biegunie mózgowym, jądro próżność jest zbyt mocno widoczne - zabija i niech będzie na zawsze przeklęty ten świat. Półkula magnetyczna zmienia obrót o sześćset sześćdziesiąt sześć stopni - czwarty jest tryptykiem niczym melodia nokturnowa, a przymioty nie są przypadkowe - trójca, naprawdę, nie wiem co się dzieje: bezwładny chaos na biegunie - zabija i niech będzie na zawsze przeklęty ten świat. Półkula socjotechniki stworzy alternację pentagramu - alogię: in nomine Patris, et Spiritus Sancti, fides et ratio - opus dei - cogito ergo sum. Sir Edom Wildstorm skończył czytać raport, bełkot - rzekł z przekąsem i wyrzucił do kosza lupę z rogów barana, syndrom zniewolenia - pomyślał...  Eli, eli, lama sabachtani... Eli, eli sabachtani lama - eli, eli i skończył - nucić...           Pieszcząc rękojeść laski: zbyt spokojnie wyszedł ze służbowego Range Rovera... - Good morning - przywitał gościa nowy lokaj prezydenta na mazurskiej daczy.  - Thank you - sir Edom Wildstorm podał do ucałowania pierścień ozdobiony srebrną ważką.  - With all due respect - rzekł gospodarz i najmocniej prosimy - odejdź z tego świata! - Gambling - you are welcome!           Sir Edom Wildstorm odstawił na grzbiet fortepianu kieliszek z krwistym winem i momentalnie wsłuchał się w echo poloneza, to koniec - szepnął sam do siebie - nic już po nas nie zostanie, może idea, przecież jak mówi pismo - po owocach. Rozmyślania przerwała służąca, wtargnęła nieproszona - rzuciła okiem na zielony stolik i zgarnęła resztki żetonów - elokwentnie wypięła tyłek... Sir Edom Wildstorm zerknął szybko na wyższą półkę i czarnym klawiszem przywołał do porządku agentkę Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego - dokładnie dał do zrozumienia: wskazując - wzrokiem   na okruszki popiołu, zostanie po nas szarobury pył, o la la o lu, będę do końca grał, grał i grał na ramionach żywiołu - będę do końca śnił, śnił i śnił, o la la o lu, będę do końca grał, grał i grał...                      Wiesz? Opowiem ci prawdziwą bajkę o zatoce różowych świń, pamiętaj, śmiech jest zdrowiem i nie miej żadnych złudzeń poza pewną granicą solidarności. Raz na zawsze porzuć marzenia: one są tylko dziekanią w unii giermka, możemy? Nazywam się Alexis Brimeyer, znacie legendę o czarnym szlachcicu? Bardzo dobrze, to ja - należę do Komitetu Trzysta, a ty byłeś tylko szarfą kozła ofiarnego w Izbie Hymnu Jedności i co? To niepotrzebne słowa, zostawię je na pamiątkę, tak po prostu - zwyczajnie. - Regni regino, sapiens nihil invitus facit, sapienti sat...           Pamiętasz? Wybacz, nie było cię na świecie, po prostu: nazywam się Alexis Brimeyer i znacie legendę? Znamy! Jesteście kłamcami - nie znacie! Sir Edom Wildstorm położył różę na grobie białego kruka...           Nie zapaliłem świeczki i system może w każdej godzinie runąć: wypolerowany na błysk - krzemień - pucybut przepowiedni. Nadal płonie kompozycja trójkątnego placu, a po obu stronach - fotel, tak: uwielbiam ten hotel - przynosi zyski i wtedy zapaliłem świeczkę - system przed chwilą upadł. Masz wolną wolę? Naprawdę? Kup sobie spokój za cenę kłamstwa. I błysk! I zysk! I pysk! Sir Edom Wildstorm skończył oglądać pomnik generała Franco, on nie żyje - umarł za wolność. Racja, pomyślał, nie sądźcie - sądzeni będziecie. Wiesz? Nie bądź błaznem! Umyj tablicę! Ładnie!           Jedno z najgorszych błogosławieństw: obdarcie niewiernego z posiwiałej aureoli, osamotniony z garścią ziemi - pielgrzym niebezpiecznej prawdy, iluzjo z podwójną maską - bar, bar i bar - baranku melodramatycznego nieba - zagrajmy w dwie - frazy w jednej - jedynej. Nikt tego nie zrozumie, dokładnie wszystko jest potężnym chaosem i poza powstaniem świata zostanie pot - wór, wór i wór - marny, przepraszam, gardło mnie rozbolało - nic tutaj - tu po nas, słowem: bez bezzz sensss. Sir Edom Wildstorm cierpliwie słuchał... - Dajcie mi willę w stylu kosmopolitycznym, pokaźne konto i limuzynę, a w zamian obdarzę wszystkich prostotą serca i mogiłą słów!            Sir Edom Wildstorm wskazał laską na trzy palce u prawej dłoni: pas a pas - odrzekł z kamienną twarzą.  - W porządku, dołóżcie mu jeszcze na barki krzyż...           Tylko ja, ja i ja - egoista z rodu warana - jesiotr w jeżowym jeziorze nad jesionem - marsz morsa i pana na mars - przekwita poezja polska zamknięta w sejfie - naćpana!           Zanim powrócę z końca czasu przez czerwoną noc - rozdam światło i nie szlochaj. To takie zwykłe szatańskie paragrafy: czujesz na karku zimno? To dobrze, zagrajmy w ruletkę i pociągnij pierwszy za głowę okupanta. Sir Edom Wildstorm złowił szlachetnego dorsza i rzekł do Adama Weishaupta: - Wypierdalaj!            Zanim powrócę przez czerwoną noc - rozdam światło. Ukochana, nie płacz za mną!           Pisz słowo po słowie, inaczej nie zrozumieją i nie pojmą twoich myśli, tłumacz się ciągle z popełnionych grzechów, oni są mądrzejsi od ciebie, zaniżaj własną wartość i niszcz w sobie zmysł krytyczny - oducz się myśleć samodzielnie. Pisz słowo po słowie, inaczej nie zrozumieją i nie pojmą twoich myśli - nie używaj obcych wtrętów, aluzji i tropów, oni są mądrzejsi od ciebie - wykreśl na zawsze ze słownika niedopowiedzenia i miłuj pokój podczas wojny - może zostaniesz wtedy szeregowym poetą. Sir Edom Wildstorm wyjął kalendarzyk indeksowy i zanotował coś ołówkiem: bądź wierny i nieprzekupny, nigdy nie szczekaj, odgryzaj krtań, szczaj na kości rzucone ze stołu i zawsze bądź sobą - wilkiem.   Łukasz Jasiński (Warszawa: 2010 - rok)
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...