Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano (edytowane)

Siedzę na dole. Strop niski; ciemno tu, ciasno

i trochę skorodowałam, ale nie szkodzi, przecież

od tego są kajuty, żeby pożerać

a zarazem chronić od pożarcia –

takimi je stworzyłeś.

Stworzyłeś też mnie i dałeś do towarzystwa dziwki –

okoliczności, które patrz, stoją na górze. Usłysz

niespokojny oddech, poczuj

ból pokładu kaleczonego ich stopami.

 

Nie wiem, która to już próba przeprosin. Jak widzisz,

nadal nie czuję się winna. Odpowiedzialność zrzucam

na barki kurew-cerberów; pomniejszych rzeźbiarek losu,

więc chyba jednak w najbliższym czasie

nie zostanę zbawiona.

Siedzę tu sama. Określam przy tym (nie)mój grzech,

za który – wiem to – odpowiem tyle razy,

ile bezmyślnie kazałam ci nań patrzeć.

Jest on po pierwsze niewymierny - dla mnie.

Ty z pewnością umiesz ująć w swoje święte dłonie

te wszystkie noce rozciągnięte w jedną

(i tyle samo splunięć na nie; łagodne, karmiące i dobre).

Jest on po drugie bezkształtny, choć Tobie wiadomo,

że składa się z rąk, które pobłogosławiłeś na darmo,

w co wierzę i czemu wierzyć 

zabrania etykieta

 

Leżę tu sama. Śpię z otwartymi oczami

modląc się bez wiary, byś zrezygnował. Zapomnij o mnie

i pozwól mi zapomnieć siebie, bo po przebudzeniu 

(co jak oboje wiemy, musi niedługo nastąpić)

 zacznę się bać. I wtedy nie wstanę już,

albo wstanę –  tylko po to, by upaść

pod ciężarem winy, która, zrozumiem wówczas,

była, jest i zawsze będzie jak najbardziej moja

Edytowane przez Enchant (wyświetl historię edycji)
Opublikowano (edytowane)

Hm, zastanawiam się, a właściwie to nie bardzo wiem, jak odnieść się do tego wiersza.

Wg mnie (zaznaczam, jest to moje osobiste odczucie) wiersz jest  trochę, a może i sporo  przekombinowany,  pewne, nazwałbym to poboczne elementy przysłaniają główny wątek wiersza, którym - nieco upraszczając- wydaje mi się być  NIEPEWNOŚĆ.

Niemniej ciekawie się to czyta, nawet dla mnie, z natury satyryka, przywykłego raczej do zwięzłości wypowiedzi.

 

Tworzyłeś mnie na swoje podobieństwo.

I co, nie wyszło ci!

To nie moja wina

 

Pozdrawiam

AD

Edytowane przez AnDante (wyświetl historię edycji)
Opublikowano

@AnDante  możliwe, że przekombinowany.  Swoją drogą ten nawias z początku pewnie sporo naddaje - coraz mniej mi się widzi, chyba go usunę. To jest taki trochę strumień świadomości, mi samej ciężko określić, o czym on jest - i nie jestem pewna, czy zawężanie go do jednego, konkretnego tematu: wina, niepewność, (bluźnierstwo? ) ma sens. Bo i też nie taki miałam zamiar, żeby się konkretyzować.

Poradzono mi gdzie indziej, żeby przekuć to w prozę poetycką, jednak nie jestem przekonana... 

W każdym razie, dziękuję bardzo za szczerą i wartościową opinię.

  • 3 tygodnie później...
Opublikowano

@Wędrowiec.1984 Wiersz jest takim swoistym strumieniem świadomości, że ciężko by mi było odnaleźć jeden temat. Główne dwa to wina i relacja Boga z podmiotem,ktora jest w sumie dość skomplikowana. Lub on sam sobie ją komplikuje, jak to człowiek :) 

Dziękuję za obecność. 

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Ale słodki komentarz, miło :) 

Nie mam pojęcia. Raczej wrzucam na bieżąco, a ostatnio nie pisze. Ewentualnie proza poetycka, coś mi się z niej poniewiera po szufladzie. 

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • []

      Postarzały mężczyzna zaczął opowiadać. 

      — Jeśli Państwo pozwolą, to chciałbym podzielić się historią pewnego człowieka, który trafił do Piekła.

      Rozejrzał się powoli.

      — Piekło może być podobne do miejsca, w którym właśnie się znajdujemy. Podobne — zaledwie. Tam, każda postać nosiła maskę.

      Zapadła cisza.

      []

      Ciemność przylegała do skóry.
      Okowy były brudne i oślizgłe.
      Chłód stali palił boleśnie.
      Było gorąco, a potem zimno.
      Diabły siedziały dalej. Nie zwracały na niego uwagi. Grały w karty.

      []

      — Zaczynam być ciekawa.

      — Oszukiwali?

      Śmiech przeciął ciszę.

      []

      — Witamy, chłopczyku.

      — To i tak stosunkowo wysoki tytuł.
      Czyżby pojawiła się pokusa na mały zakład?

      Głos był wszędzie.

      — Twój widok.

      Mlasnął z niesmakiem.

      — Stawiam wszystko, że nie masz nam nic do zaoferowania. Ciało… daruj. Mamy wyższe ambicje.

      Ktoś splunął w jego kierunku, a ślina spłynęła mu po twarzy.


      — Cóż mógłby nam zaproponować?

      — Ja… 

      Wyszeptał z trudem.

      — Ty. Rzecz jasna, że ty, czyli niczyj.

      — Bezpański.

      — Bezpański… ładnie powiedziane.

      — Trafnie, przede wszystkim.

      Uderzył talią o stół.

      []

      — Zaraz, zaraz. Skąd wiadomo, kto kim był?

      — Za chwi… 

      — Czego chciały Diabły?

      Barman przeciął odpowiedź.

      []

      Ból stępiał. Kontury gęstniały. W ustach pojawił się niesmak. 

      — Mości Panowie, czas na pierwszą rundę. To będzie przyjemność.

      Diabeł ściągnął cylinder i ukłonił się.
      Pozostali gracze przesunęli żetony. Jego stos nie zmniejszył się.

      — Ryzykować czy nie ryzykować?

      — Ryzykować? — odezwał się środkowy.

      — Państwo gotowi? Poprosimy o karty.

      Krupier klasnął, a talia zaczęła tasować się sama.

      — Panowie. Bez tradycji?

      Odezwał się Elegancki. Lekko uniósł dłonie.
      Wstał spokojnie. Wskazał na bar. Zatoczył w powietrzu krąg.
      Pusta butelka rozbiła się mężczyźnie na głowie. Na chwilę poczuł ulgę. 

      — Tradycji stała się zadość.

      — Powiem.

      Wykrztusił mężczyzna.

      — Powiem.

      Ryknęli wszyscy. Elegancki zawył jak wilk.
      Środkowy tylko parsknął i splótł dłonie. Czekał.
      Zrobiło się goręcej, a potem zimniej.

      — Bardzo chętnie wysłuchamy tej historii… 

      — może…

      — …miłosnej?

      Elegancki zawył jeszcze głośniej. Krupier strącił cylindrem stos żetonów. Rozsypały się po stole.
      Powietrze reagowało na ich głos.

      — Bo ja…

      — Bo ty.

      — Cisza!

      Powietrze zatrzasnęło się.

      — Jestem tchórzem.

      []

      — Nieźle. Ciekawe, że głos potrafi zrobić więcej niż słowa.

      Dziewczyna zmarszczyła brwi.

      — A dlaczego w Piekle miałoby zabraknąć barmana?

      Barman uśmiechnął się. Nie zauważył, że przestał wycierać szkło.

      — Nie musiało.


      []

      Mężczyzna podniósł głowę.

      — Panowie pozwolą.

      Pierwsza z kart pojawiła się na stole. Diabły milczały w bezruchu.

      — Poznałem ją wtedy, gdy nie powinienem był się odwracać.
      Na początku tylko na siebie patrzyliśmy. Za długo.

      Zatrzymał się. W gardle zacisnął się żelazny uścisk. Wziął głęboki oddech.
      Środkowy głaskał maskę.

      — Widywaliśmy się częściej. Zbieraliśmy kwiaty.

      Elegancki z trudem powstrzymał chichot.

      — Spacery dłużyły się, rozmowy przeciągały. Dłonie znajdowały się same.

      Środkowy chrząknął. Gorycz zalała mężczyznę. Coś truło go od środka. Płakał, ale kontynuował.

      — Myślałem, że wszystko ułoży się samo.

      Szlochał dalej. Musiał to powiedzieć.

      — Miałem powiedzieć jej coś ważnego… Długo na mnie patrzyła.

      Na stole pojawiła się kolejna z kart.

      — Dosyć — uciął Środkowy.

      Głowa opadła w dół. Nie skończył.

      []

      Gdy mężczyzna skończył mówić, ktoś upuścił szklankę.

      — Cholera. Teraz?

      Barman porwał zmiotkę i szufelkę.

      Starszy siedział z zaciśniętymi ustami.
      Młodszy kręcił guzikiem koszuli.
      Dziewczyna oparła głowę na dłoniach.
      W barze zrobiło się cieplej.

      — Co było dalej?

      Młodszy podniósł gwałtownie głowę.

      — To nie koniec, prawda?

      — Nie… nie koniec.

      []  

      Gdy otworzył oczy, przy stole trwała zażarta dyskusja.

      — Panowie. No to jak będzie? Mam jasność.

      Zaśmiał się krótko. Przesunął na środek stołu kilka żetonów. Rozparł się wygodnie.

      — Twój ruch.

      Skinął na Krupiera. Ten wyciągnął kieszonkowy zegarek i zerknął.

      — Skąd ten pośpiech? Dojrzałe decyzje wymagają czasu.

      Kiwnął głową w stronę mężczyzny. Coś ścisnęło go. Lód stali wbijał się w skórę.

      — Przede wszystkim, skąd nagła skłonność do ryzyka?

      Środkowy spojrzał na Eleganckiego. Ten pochylił się delikatnie i poprawił mankiet. Nie odpowiedział.

      Krupier przeliczył żetony. Pstryknął palcami. Był przy mężczyźnie.

      — To ty za to zapłacisz. Tak czy inaczej.

      Serce uderzyło gwałtownie. Pstryk — znów siedział przy stole.

      — Sprawdzę.

      Wskazał na pulę. Żetony zawisły w powietrzu. Wyrównał stawkę.

      — Pas.

      Środkowy rzucił kartami. Splótł dłonie przed sobą.

      — Skoro pas, to pas.

      Cisza.

      — Jak pas to pas! — wrzasnął Elegancki.

      Wstał gwałtownie. W następnej chwili trzymał w dłoni pasek. Powietrze drgało z gorąca. Mężczyzna zdążył tylko zamknąć oczy.

      Leżał na ziemi. Skulił się.

      — Nie powiedziałem jej.

      []

      Siedział sam w długim tunelu. Migotało rubinowe światło.
      Zimno wchodziło pod skórę.
      Krople wody spadały głośno. Zbyt głośno. 

      []

      Diabły rozkoszowały się oceną.
      Maski leżały na stole.

      — Panowie. Z pewnością tchórz, ale jest jeszcze jeden ważny element. Naiwność.

      Zadarł głowę Krupier i przymknął oczy.

      — Zakończy się fatalnie — to więcej niż oczywiste.

      Elegancki Diabeł ziewnął i zapalił cygaro. Rzucił nogi na stół.

      — Moje zwycięstwo w pierwszej rundzie było… nieuniknione. 

      — Sądzę, że wystarczy odrobina stosownej motywacji… i skromna łapówka.

      Krupier uśmiechnął się.

      — Nie za duża. Są też inni, a jak dobrze wiemy… trzeba się dzielić.

      Zatarł przed sobą dłonie. Śmiech był krótki.

      [] 

      Z daleka usłyszał kroki. Powolne. Pewne.
      Przez chwilę pomyślał, że to…

      Cylinder nie pozostawiał wątpliwości. 
      Diabeł jednak ściągnął go i wziął pod ramię.

      Zrobiło się cieplej. Światło przestało migotać.

      — Nie cierpię tego prostaka. Klnę każdą chwilę w jego towarzystwie.

      Prychnął. Mężczyzna drżał.

      Diabeł kucnął. Zaczął przecierać jego dłonie. Pachniał wanilią.

      — Hierarchia jest wszędzie. Ja też jestem na dnie. Delikatność źle się tu kończy.

      Podciągnął rękaw.
      Na przedramieniu biegły cienkie, poprzeczne blizny. Jedna przy drugiej.
      Opuścił rękaw.

      — Wybacz… tę tkliwość. Nie po to tu jestem. Pozwolisz?

      Klęknął. Odłożył cylinder.
      Położył dłoń na łańcuchu — metal rozpłynął się bez dźwięku.

      Dotknął jego nadgarstków. Oddech mężczyzny wyrównał się.
      Ramiona opadły.

      — Dlaczego?

      — Nawet my potrafimy mieć nadzieję.

      Jego oczy błysnęły.

      — Ty też?

      — Bystry i zawzięty. Wiedziałem, że to nie koniec.

      — To nie koniec.

      — Pomóżmy sobie.

      Odczuł ciepło słów na skórze.

      — Czego chcesz?

      Diabeł uniósł głowę.
      Patrzył długo.
      Nie odezwał się.

      []

      Starszy wstał. Krzesło zgrzytnęło o podłogę.

      — Przepraszam. Potrzeba.

      Odszedł szybkim krokiem. Oblał twarz zimną wodą. Nie spojrzał w lustro.

      Wrócił.

      Barman wyraźnie się ożywił. Sięgnął pod ladę i wyciągnął butelkę.

      — Szkocka. Rocznik sześćdziesiąty siódmy. Rzadko się zdarza.

      Nalał wszystkim. Sobie również — lecz swoją szklankę wsunął pod ladę.

      — Za historię.

      []

      Siedział przy barze. Bar zmienił się, lśnił. 

      Mężczyzna miał ochotę dotknąć blatu. Widział i słyszał wyraźnie.

      — Panowie, czas najwyższy. Stawki poproszę. Zaczynamy drugą rundę.

      Diabeł ukłonił się. Gracze dostali karty.

      — To obelga. Psy przy stole.

      Syknął elegancki. Pozostali zaśmiali się krótko.

      — Mam nadzieję, że będzie ostrzej.

      — Oby.

      Złożył dłonie środkowy. Spojrzał na Krupiera.
      Odetchnął wolno. Płomienie świec cofnęły się wraz z wydechem.

      — Czekamy… z niecierpliwością.

      Zimny głos przytłumił światło. Na stole pojawiła się karta.

      — Mam mówić dalej?

      Pstryk. Przed mężczyzną pojawiła się szklanka. Zapach dotarł natychmiast.

      Wanilia.

      []

      Barman szybko chwycił szklankę i powąchał zawartość.
      Młodszy mężczyzna i dziewczyna spojrzeli na niego pytająco.
      Uśmiechnęli się pod nosem.

      — Nie…

      Rozejrzał się nerwowo. Zarumienił się.

      []

      — Okłamywaliśmy się od początku. Pięknymi słowami przykrywaliśmy ból. 

      Ktoś pociągnął nosem. Zapach uderzył w nozdrza.

      —  Tylko dla siebie. Godziny. Dni. Bez początku i końca.

      — Czyli nie pożądanie… tylko konsumpcja.

      Wycedził elegancki Diabeł i wstał.
      Chwycił wieszak i przycisnął do siebie.
      Otwartą dłonią przeciągnął od pasa w górę.
      Wciągnął powietrze zbyt wolno, zbyt głęboko.
      Jego kształt falował.
      Czas zastygł.
      Środkowy obrócił wolno maskę. Elegancki wrócił na miejsce.

      — Muszę przyznać… — zebrał się w sobie mężczyzna.

      — …że to było miłe?

      — Tylko na chwilę.

      Na stole pojawiła się karta.

      Diabeł wskazał palcem w górę. Światło świec zgasło.
      Zrobiło się zimniej.
      Krótkie dmuchnięcie. Świece znów zapłonęły.
      Wszystkie żetony środkowego znalazły się na środku stołu.

      — Va banque. 

      Obrócił głowę na obie strony. Diabły powolnie odłożyły karty.

      — To nie koniec historii?

      Mężczyzna zadygotał na dźwięk zimnego głosu.
      W gardle pojawiła się suchość.
      Oddech urwał się w pół taktu. Zamarł.
      Miał wielką ochotę wypić zawartość szklanki… 
      Nie zrobił tego.

      — Nie uniosłem jej żaru — zrobili to za mnie.

      [] 

      Starszy długo i ślepo patrzył w jeden punkt. 

      — Domyślam się, że nie chcielibyśmy wchodzić w szczegóły?

      Młodszy potarł brodę.

      — Lepiej nie.

      — Nie napił się ze szklanki?

      — On nie, ale ja chętnie to zrobię.

      Zrobiło się późno. 

      []

      — Moja kolej.

      Oczy Diabła zapłonęły. Ledwie poruszył dłonią.
      Zanim zrozumiał, leżał na ziemi. Coś zacisnęło się na jego karku.

      Diabeł zapalił cygaro. Drugi koniec trzymał w ręku.

      — Chodź… przejdziemy się.

      Ruszył w ciemność, ciągnąc go za sobą.

      []

      Do baru weszły dwie, roześmiane dziewczyny.

      — Zamknięte!

      Krzyk padł, zanim drzwi zdążyły się domknąć.

      — Ale przecież…

      Dziewczyny spojrzały po sobie. Żachnęły. Obróciły się na pięcie i wyszły.

      []

      Znajdował się teraz na peronie.
      Związany i niemy. 
      Mógł jedynie obserwować.
      Ciężar osiadł w piersi.
      Diabeł siedział rozparty, z ręką na oparciu ławki.
      Oddzielały ich tory.

      — Od początku wiedziałem, że to obelga. Psy przy stole?

      Warknął, kręcąc przy tym głową.

      — Klasyka. Nieśmiertelna.

      Zawył głośno.

      Na peronie zaczęli pojawiać się ludzie. Zajęci zwykłymi sprawami. Dzieci biegały. Dorośli sprawdzali zegarki.
      Nagle z jednej strony peronu wyszła para.
      Mężczyzny nie rozpoznał.
      Ją — od razu.

      Szarpnął się, ale liny tylko zacisnęły się mocniej. Diabeł zaczął czytać gazetę. 
      Szli blisko, trzymając się za ręce.
      Szeptali sobie do ucha.
      W pewnym momencie wskazała w jego stronę — na zegar nad nim.
      Pożegnali się, gdy nadjechał pociąg.
      Ona wsiadła. 

      W tej samej chwili z drugich drzwi wysiadła inna. 
      Czekający na nią mężczyzna wyrzucił ręce w górę i podbiegł do niej. Uścisnęli się.
      Trzymali się teraz za dłonie, a on zabrał jej bagaż.
      Odeszli w drugą stronę.

      — Podziwiam, jak regularnie kursują tutaj pociągi.

      Odezwał się w końcu Diabeł.

      Kolejna para. Kolejny pociąg.

      []

      — Panowie! Wielki finał! Czas na ostatnią rundę.
      Pytanie, które mam śmiałość postawić, jest proste…
      Czy psy zaczną w końcu szczekać?

      Mężczyzna nie zareagował. Był wyczerpany. W głowie wciąż słyszał dźwięk pociągu. Wciąż widział sylwetki kolejnych osób.
      Diabły przesunęły kilka żetonów na środek stołu.

      — Tradycyjnie poprosiłbym o stawkę na wejście i…

      — Pas.

      — Ja również.

      Kart nie rozdano.

      Siedział na krześle. Oddech przyspieszył.

      — Tym razem, łatwo nie będzie.

      Zimny głos uderzył go.
      Środkowy Diabeł machnął dłonią. Zostali sami.
      Ściągnął maskę i położył ją obok. Mężczyzna nie potrafił go ujrzeć.
      Brakowało mu tchu.
      Pstryk.
      Mężczyzna siedział teraz przed lustrem. 
      Było zakurzone.
      Milczało.

      []

       


        

       

       

       

        

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Nie mnóż bytów ponad potrzebę   Nie mnóż znaczeń ponad potrzebę    Może jedna jest brzytwa !?        
    • @Robert Witold Gorzkowski   Robert.   świetnie  że jesteś :)   przedstawiłeś nam pean, w którym miłosć przestaje być uczuciem, a staje się zasadą istnienia.   prowadzisz  ją przez język sakralny i erotyczny, scalając ciało z metafizyką w jedno doświadczenie   przemiany .   patos jest tu świadomy i utrzymany konsekwentnie  nie jako ozdoba  lecz jako wyraz powagi wobec słowa. najistotniejsze pozostaje przekroczenie granicy "ja” i "ty” gdzie miłosć jawi się jako akt jednoczenia, oczyszczenia i duchowej integracji.   to poezja bardzo dojrzała, która nie szuka efektu, lecz sensu.   głos poety traktującego zarówno uczucie, jak i czytelnika z nalezytą powagą.     glos piekny i ważny.  
    • @Starzec Trzeba było sporo przeżyć, by tak napisać.  
    • [] Postarzały mężczyzna zaczął opowiadać.  — Jeśli Państwo pozwolą, to chciałbym podzielić się historią pewnego człowieka, który trafił do Piekła. Rozejrzał się powoli. — Piekło może być podobne do miejsca, w którym właśnie się znajdujemy. Podobne — zaledwie. Tam, każda postać nosiła maskę. Zapadła cisza. [] Ciemność przylegała do skóry. Okowy były brudne i oślizgłe. Chłód stali palił boleśnie. Było gorąco, a potem zimno. Diabły siedziały dalej. Nie zwracały na niego uwagi. Grały w karty. [] — Zaczynam być ciekawa. — Oszukiwali? Śmiech przeciął ciszę. [] — Witamy, chłopczyku. — To i tak stosunkowo wysoki tytuł. Czyżby pojawiła się pokusa na mały zakład? Głos był wszędzie. — Twój widok. Mlasnął z niesmakiem. — Stawiam wszystko, że nie masz nam nic do zaoferowania. Ciało… daruj. Mamy wyższe ambicje. Ktoś splunął w jego kierunku, a ślina spłynęła mu po twarzy. — Cóż mógłby nam zaproponować? — Ja…  Wyszeptał z trudem. — Ty. Rzecz jasna, że ty, czyli niczyj. — Bezpański. — Bezpański… ładnie powiedziane. — Trafnie, przede wszystkim. Uderzył talią o stół. [] — Zaraz, zaraz. Skąd wiadomo, kto kim był? — Za chwi…  — Czego chciały Diabły? Barman przeciął odpowiedź. [] Ból stępiał. Kontury gęstniały. W ustach pojawił się niesmak.  — Mości Panowie, czas na pierwszą rundę. To będzie przyjemność. Diabeł ściągnął cylinder i ukłonił się. Pozostali gracze przesunęli żetony. Jego stos nie zmniejszył się. — Ryzykować czy nie ryzykować? — Ryzykować? — odezwał się środkowy. — Państwo gotowi? Poprosimy o karty. Krupier klasnął, a talia zaczęła tasować się sama. — Panowie. Bez tradycji? Odezwał się Elegancki. Lekko uniósł dłonie. Wstał spokojnie. Wskazał na bar. Zatoczył w powietrzu krąg. Pusta butelka rozbiła się mężczyźnie na głowie. Na chwilę poczuł ulgę.  — Tradycji stała się zadość. — Powiem. Wykrztusił mężczyzna. — Powiem. Ryknęli wszyscy. Elegancki zawył jak wilk. Środkowy tylko parsknął i splótł dłonie. Czekał. Zrobiło się goręcej, a potem zimniej. — Bardzo chętnie wysłuchamy tej historii…  — może… — …miłosnej? Elegancki zawył jeszcze głośniej. Krupier strącił cylindrem stos żetonów. Rozsypały się po stole. Powietrze reagowało na ich głos. — Bo ja… — Bo ty. — Cisza! Powietrze zatrzasnęło się. — Jestem tchórzem. [] — Nieźle. Ciekawe, że głos potrafi zrobić więcej niż słowa. Dziewczyna zmarszczyła brwi. — A dlaczego w Piekle miałoby zabraknąć barmana? Barman uśmiechnął się. Nie zauważył, że przestał wycierać szkło. — Nie musiało. [] Mężczyzna podniósł głowę. — Panowie pozwolą. Pierwsza z kart pojawiła się na stole. Diabły milczały w bezruchu. — Poznałem ją wtedy, gdy nie powinienem był się odwracać. Na początku tylko na siebie patrzyliśmy. Za długo. Zatrzymał się. W gardle zacisnął się żelazny uścisk. Wziął głęboki oddech. Środkowy głaskał maskę. — Widywaliśmy się częściej. Zbieraliśmy kwiaty. Elegancki z trudem powstrzymał chichot. — Spacery dłużyły się, rozmowy przeciągały. Dłonie znajdowały się same. Środkowy chrząknął. Gorycz zalała mężczyznę. Coś truło go od środka. Płakał, ale kontynuował. — Myślałem, że wszystko ułoży się samo. Szlochał dalej. Musiał to powiedzieć. — Miałem powiedzieć jej coś ważnego… Długo na mnie patrzyła. Na stole pojawiła się kolejna z kart. — Dosyć — uciął Środkowy. Głowa opadła w dół. Nie skończył. … [] Gdy mężczyzna skończył mówić, ktoś upuścił szklankę. — Cholera. Teraz? Barman porwał zmiotkę i szufelkę. Starszy siedział z zaciśniętymi ustami. Młodszy kręcił guzikiem koszuli. Dziewczyna oparła głowę na dłoniach. W barze zrobiło się cieplej. — Co było dalej? Młodszy podniósł gwałtownie głowę. — To nie koniec, prawda? — Nie… nie koniec. []   Gdy otworzył oczy, przy stole trwała zażarta dyskusja. — Panowie. No to jak będzie? Mam jasność. Zaśmiał się krótko. Przesunął na środek stołu kilka żetonów. Rozparł się wygodnie. — Twój ruch. Skinął na Krupiera. Ten wyciągnął kieszonkowy zegarek i zerknął. — Skąd ten pośpiech? Dojrzałe decyzje wymagają czasu. Kiwnął głową w stronę mężczyzny. Coś ścisnęło go. Lód stali wbijał się w skórę. — Przede wszystkim, skąd nagła skłonność do ryzyka? Środkowy spojrzał na Eleganckiego. Ten pochylił się delikatnie i poprawił mankiet. Nie odpowiedział. Krupier przeliczył żetony. Pstryknął palcami. Był przy mężczyźnie. — To ty za to zapłacisz. Tak czy inaczej. Serce uderzyło gwałtownie. Pstryk — znów siedział przy stole. — Sprawdzę. Wskazał na pulę. Żetony zawisły w powietrzu. Wyrównał stawkę. — Pas. Środkowy rzucił kartami. Splótł dłonie przed sobą. — Skoro pas, to pas. Cisza. — Jak pas to pas! — wrzasnął Elegancki. Wstał gwałtownie. W następnej chwili trzymał w dłoni pasek. Powietrze drgało z gorąca. Mężczyzna zdążył tylko zamknąć oczy. … Leżał na ziemi. Skulił się. — Nie powiedziałem jej. [] Siedział sam w długim tunelu. Migotało rubinowe światło. Zimno wchodziło pod skórę. Krople wody spadały głośno. Zbyt głośno.  [] Diabły rozkoszowały się oceną. Maski leżały na stole. — Panowie. Z pewnością tchórz, ale jest jeszcze jeden ważny element. Naiwność. Zadarł głowę Krupier i przymknął oczy. — Zakończy się fatalnie — to więcej niż oczywiste. Elegancki Diabeł ziewnął i zapalił cygaro. Rzucił nogi na stół. — Moje zwycięstwo w pierwszej rundzie było… nieuniknione.  — Sądzę, że wystarczy odrobina stosownej motywacji… i skromna łapówka. Krupier uśmiechnął się. — Nie za duża. Są też inni, a jak dobrze wiemy… trzeba się dzielić. Zatarł przed sobą dłonie. Śmiech był krótki. []  Z daleka usłyszał kroki. Powolne. Pewne. Przez chwilę pomyślał, że to… Cylinder nie pozostawiał wątpliwości.  Diabeł jednak ściągnął go i wziął pod ramię. Zrobiło się cieplej. Światło przestało migotać. — Nie cierpię tego prostaka. Klnę każdą chwilę w jego towarzystwie. Prychnął. Mężczyzna drżał. Diabeł kucnął. Zaczął przecierać jego dłonie. Pachniał wanilią. — Hierarchia jest wszędzie. Ja też jestem na dnie. Delikatność źle się tu kończy. Podciągnął rękaw. Na przedramieniu biegły cienkie, poprzeczne blizny. Jedna przy drugiej. Opuścił rękaw. — Wybacz… tę tkliwość. Nie po to tu jestem. Pozwolisz? Klęknął. Odłożył cylinder. Położył dłoń na łańcuchu — metal rozpłynął się bez dźwięku. Dotknął jego nadgarstków. Oddech mężczyzny wyrównał się. Ramiona opadły. … — Dlaczego? — Nawet my potrafimy mieć nadzieję. Jego oczy błysnęły. — Ty też? — Bystry i zawzięty. Wiedziałem, że to nie koniec. — To nie koniec. — Pomóżmy sobie. Odczuł ciepło słów na skórze. — Czego chcesz? Diabeł uniósł głowę. Patrzył długo. Nie odezwał się. [] Starszy wstał. Krzesło zgrzytnęło o podłogę. — Przepraszam. Potrzeba. Odszedł szybkim krokiem. Oblał twarz zimną wodą. Nie spojrzał w lustro. Wrócił. Barman wyraźnie się ożywił. Sięgnął pod ladę i wyciągnął butelkę. — Szkocka. Rocznik sześćdziesiąty siódmy. Rzadko się zdarza. Nalał wszystkim. Sobie również — lecz swoją szklankę wsunął pod ladę. — Za historię. [] Siedział przy barze. Bar zmienił się, lśnił.  Mężczyzna miał ochotę dotknąć blatu. Widział i słyszał wyraźnie. — Panowie, czas najwyższy. Stawki poproszę. Zaczynamy drugą rundę. Diabeł ukłonił się. Gracze dostali karty. — To obelga. Psy przy stole. Syknął elegancki. Pozostali zaśmiali się krótko. — Mam nadzieję, że będzie ostrzej. — Oby. Złożył dłonie środkowy. Spojrzał na Krupiera. Odetchnął wolno. Płomienie świec cofnęły się wraz z wydechem. — Czekamy… z niecierpliwością. Zimny głos przytłumił światło. Na stole pojawiła się karta. — Mam mówić dalej? Pstryk. Przed mężczyzną pojawiła się szklanka. Zapach dotarł natychmiast. Wanilia. [] Barman szybko chwycił szklankę i powąchał zawartość. Młodszy mężczyzna i dziewczyna spojrzeli na niego pytająco. Uśmiechnęli się pod nosem. — Nie… Rozejrzał się nerwowo. Zarumienił się. [] — Okłamywaliśmy się od początku. Pięknymi słowami przykrywaliśmy ból.  Ktoś pociągnął nosem. Zapach uderzył w nozdrza. —  Tylko dla siebie. Godziny. Dni. Bez początku i końca. — Czyli nie pożądanie… tylko konsumpcja. Wycedził elegancki Diabeł i wstał. Chwycił wieszak i przycisnął do siebie. Otwartą dłonią przeciągnął od pasa w górę. Wciągnął powietrze zbyt wolno, zbyt głęboko. Jego kształt falował. Czas zastygł. Środkowy obrócił wolno maskę. Elegancki wrócił na miejsce. — Muszę przyznać… — zebrał się w sobie mężczyzna. — …że to było miłe? — Tylko na chwilę. Na stole pojawiła się karta. Diabeł wskazał palcem w górę. Światło świec zgasło. Zrobiło się zimniej. Krótkie dmuchnięcie. Świece znów zapłonęły. Wszystkie żetony środkowego znalazły się na środku stołu. — Va banque.  Obrócił głowę na obie strony. Diabły powolnie odłożyły karty. — To nie koniec historii? Mężczyzna zadygotał na dźwięk zimnego głosu. W gardle pojawiła się suchość. Oddech urwał się w pół taktu. Zamarł. Miał wielką ochotę wypić zawartość szklanki…  Nie zrobił tego. — Nie uniosłem jej żaru — zrobili to za mnie. []  Starszy długo i ślepo patrzył w jeden punkt.  — Domyślam się, że nie chcielibyśmy wchodzić w szczegóły? Młodszy potarł brodę. — Lepiej nie. — Nie napił się ze szklanki? — On nie, ale ja chętnie to zrobię. Zrobiło się późno.  [] — Moja kolej. Oczy Diabła zapłonęły. Ledwie poruszył dłonią. Zanim zrozumiał, leżał na ziemi. Coś zacisnęło się na jego karku. Diabeł zapalił cygaro. Drugi koniec trzymał w ręku. — Chodź… przejdziemy się. Ruszył w ciemność, ciągnąc go za sobą. [] Do baru weszły dwie, roześmiane dziewczyny. — Zamknięte! Krzyk padł, zanim drzwi zdążyły się domknąć. — Ale przecież… Dziewczyny spojrzały po sobie. Żachnęły. Obróciły się na pięcie i wyszły. [] Znajdował się teraz na peronie. Związany i niemy.  Mógł jedynie obserwować. Ciężar osiadł w piersi. Diabeł siedział rozparty, z ręką na oparciu ławki. Oddzielały ich tory. — Od początku wiedziałem, że to obelga. Psy przy stole? Warknął, kręcąc przy tym głową. — Klasyka. Nieśmiertelna. Zawył głośno. Na peronie zaczęli pojawiać się ludzie. Zajęci zwykłymi sprawami. Dzieci biegały. Dorośli sprawdzali zegarki. Nagle z jednej strony peronu wyszła para. Mężczyzny nie rozpoznał. Ją — od razu. Szarpnął się, ale liny tylko zacisnęły się mocniej. Diabeł zaczął czytać gazetę.  Szli blisko, trzymając się za ręce. Szeptali sobie do ucha. W pewnym momencie wskazała w jego stronę — na zegar nad nim. Pożegnali się, gdy nadjechał pociąg. Ona wsiadła.  W tej samej chwili z drugich drzwi wysiadła inna.  Czekający na nią mężczyzna wyrzucił ręce w górę i podbiegł do niej. Uścisnęli się. Trzymali się teraz za dłonie, a on zabrał jej bagaż. Odeszli w drugą stronę. — Podziwiam, jak regularnie kursują tutaj pociągi. Odezwał się w końcu Diabeł. Kolejna para. Kolejny pociąg. [] — Panowie! Wielki finał! Czas na ostatnią rundę. Pytanie, które mam śmiałość postawić, jest proste… Czy psy zaczną w końcu szczekać? Mężczyzna nie zareagował. Był wyczerpany. W głowie wciąż słyszał dźwięk pociągu. Wciąż widział sylwetki kolejnych osób. Diabły przesunęły kilka żetonów na środek stołu. — Tradycyjnie poprosiłbym o stawkę na wejście i… — Pas. — Ja również. Kart nie rozdano. Siedział na krześle. Oddech przyspieszył. — Tym razem, łatwo nie będzie. Zimny głos uderzył go. Środkowy Diabeł machnął dłonią. Zostali sami. Ściągnął maskę i położył ją obok. Mężczyzna nie potrafił go ujrzeć. Brakowało mu tchu. Pstryk. Mężczyzna siedział teraz przed lustrem.  Było zakurzone. Milczało. []              
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...