Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Mieczysław Kozakiewicz Kłopotnica, 23 marca 2004 r.
ul. Mleczna 1
51-567 Kłopotnica




Do Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej





Panie Prezydencie, z całym szacunkiem dla Pana Prezydenta, muszę zakomunikować Panu Prezydentowi jedną rzecz. Z uwagi na to, żeście Panie Prezydencie ostatnimi czasy bardzo zajęci - ten wszystek ciężar obowiązków i wyjazdów, toteż rozumne jest dla mnie to, że Pan Prezydent może nie wiedzieć, co się wyrabia w jego kraju. A mianowicie rozchodzi mię się o to Panie Prezydencie, w jaki sposób traktuje się w naszym kraju, naszego premiera Leszka Milera. Jak te wygłodniałe psy rzucili się na niego. I pomyślałby kto, że nawet towarzysze z jego własnej partii rzucą się na te Bogu winne ducha kości. I czego one chcą od niego Panie Prezydencie? Przecie to nie jego wina, że nima czym już uratować Polski naszej, obrabowanej przez tą swołocz, co rządy po naszej litościwej komunie przejęła. Solidarnościowcy psia ich mać! Spijają krew narodu jak te wampiry z filmów amerykańskich. U nas Panie Prezydencie to ludziska powiadają, że to inteligenta miastowe tak za tym elektrykiem się pchały. Na wsi to u nas jak w niebie za komuny się żyło. Wszystko my mieli; państwo do nas dokładało, a teraz to ino patrzy, by jeszcze nam zabrać. Był to u nas ongiś taki miastowy jeden, ano i zdarzyło się tak, że dziewucha jedna nasza oplotła mieszczucha nogami i zrazu dziecię młokosy poczeli. Tośmy mu kazali żenić się z dziewuchą, bo to przecie tak nie można. Później jak się okazało to ten mieszczuch solidarnościowcem się okazał i na Pana Prezydenta począł nagabywać, że to za komuny to ruscy nami rządzili itd., tośmy drania na kopach z Kłopotnicy wywalili. Biada nam Panie Prezydencie. Biada naszemu premierowi Leszkowi Milerowi, bo te psie krwie nie przestaną mu już szykanować. A co niedawno przecie chłopina wypadek helikopterowy miał i ledwo z życiem uszedł. W stronach naszych Panie Prezydencie to jest takie powiedzenie, jeno wprzód za nie przeproszę Pana Prezydenta: z miastaście, a dupaście. Tak to ludziska u nas na tego Leppera mawiają, co to niby on za rolnikami staje. My tu Panie Prezydencie nie umysłowi, a fizyczni jesteśmy, ale zmiarkować potrafimy, jaki to dioboł z tego całego Leppera. Jeno mordziachą wszędzie nabroi, miast z kulturą do działania przystąpić, jak nasz premier Leszek Miler miłościwy, co z oczu mu patrzy jak z obrazu Matki Boskiej Przenajświętszej. Jak mawiał mój ojciec Panie Prezydencie (świeć Boże nad jego duszą) w dzisiejszym świecie diabeł czai się wszędzie.
Cóś trza począć w tejże sprawie Panie Prezydencie, bo jak nasz premier Leszek Miler odda rząd, jakiemu łotrowi, z tych, co to ino użerać się jeden na drugiego potrafi, to nie widze żadnej już szansy po temu, by nasze państwo wydostało się z tego bagna, w jakie wpadło. Także Panie Prezydencie, ja i cała nasza wieścina błagamy Pana Prezydenta, byście Panie Prezydencie uczynili wszelkie kroki ku temu, aby wspomóc naszego premiera Leszka Millera na jego ciernistej drodze do uczynienia naszego państwa takim, w którym każdy ma prawo żyć dostatnie i w przekonaniu, że jutro nie stanie się dla niego koszmarem.

Z socjalistycznym pozdrowieniem sołtys Mieczysław Kozakiewicz

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @piąteprzezdziesiąte   Dziękuję podwójnie

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

          Pozdrawiam
    • Dziś* Walenty z miasta Kęty Czuł się jakby z krzyża zdjęty Była wolna chatka Miała przyjść Agatka Doszedł z viagrą sam do ...puenty   *czyli 15 dnia lutego
    • @Wiechu J. K. Próbujmy bracia nieustająco, Pięknego dnia!
    • @Berenika97 @Rafael Marius @Jacek_Suchowicz   Za mistrzem...   Fraszki to wszystko, cokolwiek myślimy, Fraszki to wszystko, cokolwiek czynimy; Nie masz na świecie żadnej pewnej rzeczy, Prózno tu człowiek ma co mieć na pieczy. Zacność, uroda, moc, pieniądze, sława, Wszytko to minie jako polna trawa; Naśmiawszy się nam i naszym porządkom, Wemkną nas w mieszek, jako czynią łątkom.    Dziękuję. 
    • nie pamiętam, kiedy to się zaczęło. czy wtedy, gdy furtka zgrzytnęła w środku nocy, jakby ktoś szukał wejścia nie na posesję, ale do mojego ciała. czy wtedy, gdy znalazłem pod wycieraczką zardzewiały gwóźdź, wygięty na końcach, gotowy wbić się w dłoń, w serce, w sen, jakby już wiedział, gdzie trafić. a może wcześniej. gdy jego córeczka biegała po ogrodzie i krzyczała do pustego powietrza: - nie ruszaj mamy. - nie ruszaj mamy. jakby ktoś stał tuż obok, dokładnie tam, gdzie nic nie powinno stać. robert był idealny. punktualny. pomocny. uśmiech miał gładki jak szkło polerowane w laboratorium cieni, tak czyste, że nie zostawiało odbicia. ale oczy… gdy w nie patrzyłem, zimno zaczynało się we mnie poruszać, powoli, jakby znało drogę. w źrenicach coś było - nie ciało, raczej miejsce po nim. głód bez kształtu, po czymś, co już zjadło swoje imię i nauczyło się patrzeć dalej. jego cień czasem nie nadążał. spóźniony o ułamek sekundy, jakby musiał się zastanowić, czy jeszcze chce za nim iść. kiedy mówił, odbicie w szybie nie otwierało ust. jakby coś z jego wnętrza słuchało osobno. pierwsze ciało we wrześniu. drugie w październiku. trzecie w grudniu, tuż przed świętami. kolejne w marcu. zawsze młotkiem. zawsze kobiety. zawsze noc. ostatnia, trzynaście lat. media pisały o „fryzjerze”. o tym, że wkładał im włosy w dłonie, jakby chciał, żeby coś jeszcze miały przy sobie po śmierci. ja wiedziałem wcześniej. widziałem go nocą z czarną torbą, spokojnego, jakby wracał z miejsca, gdzie wszystko było już załatwione. zacząłem dziennik. czasem kartki były ciepłe. jak skóra po czyimś dotyku. znały mój charakter pisma, zanim nauczyłem się go pisać. atrament pachniał metalem, zanim dotknąłem pióra. każdy krok. każdy oddech. każdy cień. śniłem o nim. za niego. czułem chłód żelaza, puls dłoni tuż przed śmiercią, serce drugiej osoby sekundę przed tym, jak świat przestaje się do niej odzywać. czasem nie wiedziałem, czy zapisuję, czy tylko pozwalam, żeby przechodziło przeze mnie. wysłałem anonim do policji. zdjęcia. cisza, która nie miała końca, tylko głębokość. potem list. w środku zdjęcie mojej córki. jej twarz - zamarznięta w półuśmiechu, jakby ktoś kazał jej nie oddychać. na odwrocie odcisk błotnistego buta. ciężki. pewny. tej nocy córka nie spała. chodziłem, zapalałem i gasiłem światła, sprawdzałem zamki, jakby dom mógł się jeszcze obronić. - tato? jej oczy patrzyły jak okna do innego czasu, takiego, który już się wydarzył, ale jeszcze nie dotarł. - tato… czy to, co patrzy przez twoje oczy, też śni? poszedłem do roberta. drzwi otwarte. on w kapciach. dziecko przy nodze. kolęda w tle. jabłka z goździkami. zapach, który powinien być bezpieczny. - potrzebujesz czegoś? zapytał. - nie. tylko… porozmawiać. uśmiechnął się. nachylił, jakby mówił nie do mnie, tylko do mojego odbicia: - trudno jest być tylko niewinnym, prawda? zamknął drzwi. zbyt cicho. zbyt dokładnie. jakby zamykał nie dom, ale proces. od tej nocy nie śpię. palę, bo dym zagłusza coś słodko-mdłego, jak gnijące jedzenie w ustach, jak obietnica, która już się psuje. czasem czuję coś obcego na dłoniach, jakby pamiętały pracę, której nie wykonałem - jeszcze. w szafie młotek. obok różowy bucik. nie od mojej córki. nie od nikogo, kogo znam. w dzienniku zapiski, które nie są moje: „nie krzyczała.” „skóra pod paznokciem.” „kolor włosów: ciemny blond. zbyt młoda.” litery są równe. spokojne. jakby pisane bez pośpiechu. pod poduszką pukiel włosów. idealny. zimny. jakby jeszcze o czymś pamiętał.   nie córki. nie wiem czyj. w nocy śniłem, że śpię. we śnie śniłem, że wstaję. obudziłem się w łazience. nóż do tapet w ręce. lustro zaparowane. ktoś narysował na nim odwróconą trójkę. znak, który wyglądał, jakby zawsze tam był, tylko czekał, aż zacznę patrzeć. coś drgnęło za mną. - tato? córka stała w drzwiach. czerwone plamy na jej palcach pulsowały, jakby nie były plamami, tylko miejscami, przez które coś oddycha. jej spojrzenie było spokojne. rozumiała więcej, niż powinna. - nie wychodź,  szepnęła. rano młotek w kieszeni. zardzewiały. ciepły. jakby oddychał wspomnieniami poprzednich nocy. trzymałem go jakby był mój od zawsze, pamięta mnie dłużej, niż ja pamiętam siebie. na ścianie nowe lustro. odbicie nie moje. przechodzę obok. moje oczy patrzą na mnie, jakby znały coś, czego ja jeszcze nie wiem. moją przyszłość. czuję już. coś we mnie patrzy przeze mnie. coś śni przez moje dłonie, przez moje ciało, przez moje dziecko. coś, co nie jest tylko innym. coś, co jest mną, zanim ja sam będę. coś, co ma więcej wspomnień z przyszłości niż ja z przeszłości.                
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...