Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

***Tekst do utworu***

Na YT

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

 

PIERWSZA ZWROTKA
Dawno temu, była sobie wena,
Przyjaciel i studio, przesłanie w wersach,
Utwory, komentarze, strona, wyświetlenia,
Teraz to tylko nic nie warte wspomnienia,
Miało być kolejne solo z podziemia,
Pytali mnie, kiedy ukaże się ten materiał,
Przez lata wiało pustką, Wiem, że nie pamiętasz,
Wracam tu na chwilę, ale czy to coś zmienia?

 

REFREN
Dziś jestem w śnie proroczym,
Nie pasują słowa do melodii,
Od deszczu znowu te kartki przemokły,
To spalę w ognisku, rozsypię, jak prochy,
Gdzieś umysłu sen, utkwiony w przeszłości,
Otwórz wrota. Mam zamiar je przekroczyć,
Chce się stąd wydostać, ciebie tu zaprosić,
Chociaż dobrze wiem,
Ciąg Dalszy Nastąpi.

 

DRUGA ZWROTKA
W kółko bez nastroju chodzę po pokoju,
Słuchając listy z ostatnich przebojów,
Może też coś nagram, ale nie mam mikrofonu,
Taki etap rozwoju, wszystko na początku,
Teksty byle jakie, zaufać, ale komu?
Sam z sobą, blant i whisky z colą,
Nie jestem najlepszy, może inną nocą,
Dostaje depresji, sam się o nią prosząc...

 

REFREN 2
W tamtą noc brakuje rozmowy,
Uczucie niech chmury nade mną rozproszy,
Bardzo dobrze wiem, jak to być gorszym,
Myślę dlaczego mnie Bóg stworzył...

 

TRZECIA ZWROTKA
Sam bez wiary nie dam rady zdjąć klątwy,
Może chociaż z daleka mnie pozdrowisz,
Przestań się przyglądać, coraz trudniej mnie zdobyć,
Nie pozwól w tym wszystkim mi bardziej się pogrążyć,
Przyszłaś, zamiast drzew masz sadzonki,
Mówisz potrzeba czasu? To zatopmy się w rozkoszy,
Kiedyś przyjdzie dzień, który jeszcze mnie zaskoczy,
Wnioskuję, że na razie Ciąg Dalszy Nastąpi...

 

REFREN
Dziś jestem w śnie proroczym,
Nie pasują słowa do melodii,
Od deszczu znowu te kartki przemokły,
To spalę w ognisku, rozsypię, jak prochy,
Gdzieś umysłu sen, utkwiony w przeszłości,
Otwórz wrota. Mam zamiar je przekroczyć,
Chce się stąd wydostać, ciebie tu zaprosić,
Chociaż dobrze wiem,
Ciąg Dalszy Nastąpi.

 

CZWARTA ZWROTKA
To szczęście cię spotkać tak na wstępie,
Przez pięć ostatnich lat, wypisywałem receptę,
Walcząc w wersach z niewidocznym lękiem,
Zrozumiałem, że te teksty nie muszą być najlepsze,
Ważne, że usiądę i te myśli lekko wesprze,
Przed tobą wersów nie łączyłem z dźwiękiem,
Nie muszę nigdzie szukać. Jestem natchnieniem,
Teraz żałuję. Wcześniej bałem się uwierzyć,
Podajesz mi dłoń, gdy próbuję wstać z ziemi,
Marzyłaś to życzenie postanawia się spełnić,
Jeszcze szmat drogi, wspólnie patrzmy w księżyc,
Wiesz tylko ja w tym związku popełniam błędy,
Dzięki tobie na nowo pragnę znów być lepszy,
Cokolwiek się wydarzy to nie to, o kiedyś,
Ciąg Dalszy Nastąpi, bo dla ciebie chce przeżyć,
Czy jesteś wstanie mi uwierzyć?

 

Pozdrawiam

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Berenika97 serdecznie dziękuję

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

       
    • @Berenika97 dziękuję

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

        @Nata_Kruk @Leszek Piotr Laskowski @APM @iwonaroma @Radosław @Annna2 @Wiechu J. K. @Berenika97 @Łukasz Jurczyk dziękuję  
    • @hollow manbracie!  Spokojnej nocy!

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • budziłem się w nocy jakże znana ciemność wyraźnie pulsowała oślepiając czernią   aż wykipiały słowa o zapachu fermentu
    • Uwaga! Uwaga! Ewakuacja! - Chrapliwy głos zanika to znowu moduluje dziwnie w trzeszczących megafonach… Na słupach drewnianych, betonowych… Przekrzywionych od wiatru, obłoconych… Wiesz, idę przez wysokie trawy. Ja. Albo może moje dawne wcielenie. Moje dawne Ja. Moje… Przez trawy wilgotne. Przez jakieś krzaki. Zapętlone. Spętlone. Poplątane… Pełznie po mokrej ziemi, gliniastej, nagie ciało. Wije się w sobie… Ja? Czy ono?   Czy ty mnie w ogóle słuchasz? Spójrz. Pognieciona kartka na stole. Rozlana plama. Atramentu…   Wiatr zagłusza bicie serca. A za oknem… Za oknem noc okropna kłębi się i pulsuje mnogością świateł. Dalekich. Zimnych drżących rubieży…   Jestem tutaj? Czy tam? Ja? Czy ono? Wchodzę po spirali schodów. Gdzieś wysoko. W jakimś miejscu. W jakiejś nieznanej mi egzystencji przeszłego czasu...   Uwaga! Uwaga! - Wciąż ten sam głos. Wciąż to nieustanne trzeszczenie w moim mózgu…   Piskliwy szum rozsadza nabrzmiewające żyły. Pulsujące boleśnie skronie... Wielomilimetrowe struktury tuż przed moimi oczami. Ziarniste. Powiększone w zimnym oku mikroskopu. Spuchnięte jak w chłoniaku twarde węzły. Zaciskam je powiekami.   Lecz, kiedy otwieram…   Wysypują się zdradliwie, jak lśniące koraliki. Ze szmerem: na blacie stołu. Łzawe perły. Błyszczące.   Na drewnianej podłodze ułożonej w jodłę. Wytartej. Przetartej obcasami przechadzającej się w tę i z powrotem pradawnej, zamyślonej śmierci.   Mnożą się jak w kalejdoskopie. Te zwidy nowotworowe Płyną. Donikąd płyną. W szumie i pisku gorączki.   Wiesz, umierałem tu wiele razy. I jakoś dziwnie umieram raz jeszcze...   To mnie prześwietla. Spójrz! Moja twarz okrojona półcieniem. Straszliwy blask i straszliwa ciemność. Idą we dwoje, trzymając się w objęciach. Kontrast: chiaroscuro. Twarz spalona słońcem.   Ida przez wiry w strumieniach powietrza przecinających niebo. I nikną. W milczeniu nikną.   I płoną w straszliwej pożodze ciszy. Nie słychać ich. Nie słychać tej rozpędzonej menażerii. Tej skondensowanej siły, ostrej niczym brzytwa.   Dlaczego odwracasz głowę? Twoje milczenie. .. Albowiem twoje milczenie…   Więc w tym milczeniu przedzieram się. Przez krzaki. Gałęzie kolczaste. Przez korzenie…   Sam. I sam jeden. Bez ciebie.   Wiesz, tutaj jest tego najwięcej. Cząsteczek mżących w oddali. I na każdym liściu, gałązce, łodydze…   Widzę je. I widzę coraz przejrzyściej. Dłonie zanurzam w tych srebrzystych błyskach nieuniknionej, bolesnej śmierci.   Kiedy wnikam. Kiedy… Idę… Spójrz! Twarze. Twarze. Zrakowaciałe oblicza.   I te twarze uczniów, nauczycieli.   Te twarze niczyje… Prześwietlone. Napromieniowane. Spalone słońcem…   Szkolne ławki. Klasa. Bo to jest klasa. Chyba… Na ścianach portrety poetów, malarzy… Na ścianach towarzysze. Spoglądają ze zdjęć te obojętne oblicza.   W drewnianych ramach. W metalowych. Słońce lśni na wypolerowanych szybach,   Te twarze na wprost. Te twarze w kolorze sepii.   Szare. Ziemiste. Te twarze… Całe archiwum twarzy. Umarłych. Wtedy szły zimne obłoki.   Pomiędzy nimi słońce. Teraz jest wiatr.   Ten wiatr, który wieje z przeszłości. I idzie całą nawałą. Szumią. Szemrzą czułe membrany liczników Geigera…   Gdzie ty jesteś?   Rury ciągną się kilometrami. Donikąd. Idą stąd, dotąd, aż do tamtąd. I dalej. W przestwór nicości. W cienistość przemijania.   Skorodowane naczynia. Przedmioty. Stoły. Kuchenne blaty pokryte kurzem.   Weź mnie za rękę. Ja biorę, lecz kiedy zaciskam palce, wyczuwam jedynie próżnię. Jesteś tu jeszcze?\   Nie?   Więc do kogo to mówię? Do samego siebie.   Błotnista droga. Gliniasta. Liście. Łodygi krzaków zakrzepłe w błocie. Spowite blado w całunie niemrawego słońca, które spoza chmur, z mlecznej powłoki ciężkiego nieba...   … spogląda, gdzieś w niedosycie czyichś wspomnień.   Znowu tu jestem. Po raz wtóry.   Przybyłem znikąd. I na powrót idę. Donikąd, I dalej. I jeszcze...   W bezruch zagadkowych miraży. Na skraj ciszy…   (Włodzimierz Zastawniak, 2026-06-08)    
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...