Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano (edytowane)

Morderca z TV

 

Pewnego razu, koło wieczora, 
kiedy mgła kocem opadła w miasto, 
wylazł morderca z telewizora, 
widocznie było mu tam za ciasno. 

 

Płaszcza szarego fałdy wygładził, 
coś wymamrotał, strzelił knykciami,
buty obtupał z ziarenek czasu,
ruszył w ekranu mordować blasku. 

 

Napadał z nagła, cicho, zdradziecko, 
nie wybierając stary czy dziecko, 
wbitych w fotele, krzesła, kanapy, 
byle kto, czy ktoś nie byle błahy. 

 

Trzeba mu przyznać gość był szarmantem;
przemawiał w sposób nad wyraz miły:
— dzisiejszy wieczór chcę spędzić z państwem — 
po czym mordował całe rodziny. 

 

Nauczycieli i emerytów, 
drobnych oszustów, ważnych ministrów, 
malarzy, łgarzy, sprzedawców jarzyn, 
i kolejarzy i tramwajarzy, 
panie bez gaży i aktywistki, 
kury domowe, plotkarki z klatki, 
samotnie wychowujące matki, 
nacjonalistów i anarchistki, 
faszystów wszystkich, młodzież wyklętą,
z Radomia żeńską orkiestrę dętą, 
smutne sztangistki, miernych poetów, 
iluzjonistów, demimondówki,
słomianych wdowców, wesołe wdówki,
estetów, kompozytorów etiud, 
hersztów lokalnych band podwórkowych, 
anonimowych alkoholików,
i mądre głowy, i głupie głowy, 
sieroty, homoseksualistów,   
filatelistów i gemmolożki,         
wszystkich tych, którzy mają już dosyć,   
dziwki, grabarzy,  ekszapaśniczki,
filumenistów i warcabistki, 
pantalonistki i fanfaronów, 
tkwiących po uszy w szponach nałogów, 
wsiarzy, grabarzy, protagonistów,
„damy” — te wzięte w gruby cudzysłów,
dziatki i starców, panie i panów, 
przedstawicieli każdego stanu, 
wszelkiej profesji i proweniencji.
Rzecz niepodobna wszystkich tu zmieścić.

 

Sodoma, Gomora, 
bestia, carcinoma. 

 

Często nim puści wodze mordercze
kolację poda, otuli ciepło, 
wachlarz obrazów stawi przed okiem, 
lekko pogłaszcze zmęczone skronie, 
pod głowę wsunie poduszkę miękką. 

 

Bywa, że z rana, w porze śniadania —     
tu, Pan rozumie, jest gość, piżama,
sen jeszcze trzepie się na powiece, 
kot ziewa, ziewa rześkie powietrze, 
tak sobie panie ziewają we trzech,
jest jakaś kawa, jest jakaś wrzawa, 
dzieci — ple, ple, ple, baba — bla, bla, bla; 
zwykłe, rodzinne sceny dantejskie, 
a ten im lezie, niby do siebie,         
i z miejsca bierze się za morderkę, 
do tego w tle ma taką piosenkę:

 

PRZY PODWIECZORKU 
MORDZIK DO TORTU
W CHOROBIE MORDZIK  
ZAMIAST SYROPU
W ŁAPCIACH PO PRACY
MORDZIK RELAKSIK 
DRGAJĄCYM LATEM 
MORDZIK Z KURORTU 
A PO KOŚCIELE 
MORDZIK W NIEDZILĘ 
GDY ŚWIECĄ GWIAZDY
MORDZIK ASTRALNY
TRANSCENDENTALNY
ASTRONOMICZNY
A KIEDY MROZIK
W GAŁĘZIACH PISZCZY
MORDZIK ZIMOWY 
SROGI SIARCZYSTY
TRZEBA SIĘ LICZYĆ 
NA RÓWNI I Z TYM 
ŻE GDY LISTOPAD 
BŁOTA I SŁOTA 
TO MORDZIK PRZYBYĆ 
MOŻE W KALOSZACH 
O KAŻDEJ PORZE 
CZY MIESIĄC W PEŁNI 
CZY RANNE ZORZE 
LI SŁOŃCE ŚWIECI 
CZY ZIĄB NA DWORZE 
LUB KROPI DESZCZYK 
ON NIEŚWIADOME 
OFIARY MĘCZY. 

 

Zestaw narzędzi ma całkiem spory, 
progiem do zbrodni telewizory. 
Motyw? — jak zwykle  ludzka głupota, 
choć tutaj czasem zdarza i tak się, 
że wraz ze zbrodnią do głowy skapnie 
z mordercy noża oleju kropla. 

 

Lecz to zjawisko rzadkie nadzwyczaj        

niczym w Warszawie wieloryb z Wisły    

śnieg w maju, patriae communis w kraju.
Tam gdzie Twardowski łyska z księżyca, 
kogucik pieje, co orłem zwykł być,  
a sziszimory klątwy miotają. 

 

Tam  żona od lat drzemie Kadmosa, 
Aresa oraz Kiprydy córa; 
czy kiedyś zbudzą ją dobre bogi? 
Do snu grają jej wciąż lacrimosa
filharmonicy, ci per procura
mesjasza, który pogubił drogi.    

 

Co zrobić? — Narodzik, 
nihil novi,
mordy za mordy i 
w korowody, 
bogi, honory, sos z animozyj;
pilot — KLIK — mordzik, pilot — KLIK — mordzik. 

 

Ciemna noc, spójrz —  pani kocha pana. 
Ciemna noc, spójrz —  nów, Copacabana. 
Ciemna noc, spójrz — oceanu poblask. 
Ciemna noc, spójrz — pan pani nie kocha.
Ciemna noc, spójrz —  Kupid im odfrunął.
Na Posto Seis drzemie Carlos Drummond.    

 

Zaś na zaranek — klawi zikhajle,         
znów węszą  zdradę — winni gudłaje!    

Amen! — A znasz Pan krem Neikea?
Rozgrzesza, cud co bieli sumienia! 
Produkt Zakładów Apologeckich,
chcemy zaścianek uśredniowiecznić!

 

A on się skrada 
sprytny jak szatan,                 
zaplata macki 
wokoło świata, 
jak tamten co jest 
wąpierz, parazyt, 
kami i giardia, 
harpia, meduza       
larwa, krwiopijca
i gargantua, 
gorgona, zły łotr 
spod ciemnej gwiazdy.

 

On się zakrada szarlatan, kanciarz,
doliniarz, knajak,  mamzela, kasiarz, 
szacher i macher, rekieter, majster,
małpa, defraudant, szakal, malwersant
cwaniak, kanalia, matacz, geszefciarz
szabrownik, blagier, hiena i szalbierz.

 

Morderca ciemny, mesmeryzm mroczny;
tkane z poświaty szpony upiora, 
studniami źrenic sięgają wątpi, 

 

serc zamrożonych, w sinych waporach. 
Mkłymi obrazy mami w hipnozie, 
niknie w zamgleniach chwili minionej. 

 

Tak sunie w barwnych feeriach rzeka 
twarzy, postaci, miejsc i wydarzeń, 
godziny, dni w swych topiąc odmętach, 

 

nim w niepamięci odmęty wpadnie. 
Nurkują w kipiel ci bezprzytomni, 
tracą się pośród zgłodniałej toni. 

 

Wirują w falach ziemskich tragedii 
i ciut ich krzepi, gdy ktoś ma gorzej, 
zaraz pod bokiem jak wielki rekin 

 

brzuchem szoruje Tupolew po dnie. 
Tuż taumaturgów fałszywych w dryfie 
tratwa pijana o brzegi bije.

 

Jak żagle wzdęte suną przeźrocza: 
— ludzka pochodnia oświetla PeKiN,
znowu na Kremlu pręży się Moskal, 

 

a w szwach Europa jednością trzeszczy.
Jankesi szczodrzy rzucają bomby 
w imię pokoju ta rzecz jakoby. 

 

Karambol duży, syryjskie gruzy
weekend zepsuje orkan Maurycy
skroś pian obwisły, najwyższy kusy 

 

żabką uchodzi czarnej ławicy 
parasolek, nad normę dziś dymgła;
Res Publica? Co? — e, nic nie widać. 

 

A po szynach... Po szynach gna tramwaj,
strzała, mało z szyn nie powylata, 
czterdzieści sześć w skrach na pantografach
jak wiatr przez Zgierz, weń do babki babka

 

rzecze: — Kochana, słyszała pani? 
Te ludziska to jednak są głupie,  
z telewizora morderca szczwany?!
To jakieś bzdury z palca wierutne. 

 

A co w tym złego przytulnie zasiąść?
Fotel, poduszki, pufa pod nóżki,  
green tea,  koniecznie również coś na ząb,
żeby nie musieć wstawać do kuchni.

 

Ja tutaj sobie herbatkę siorpię, 
ja sobie tutaj  kanapkę szarpię, 
a tam dyktator do ludzi z wojskiem, 
spaliło wioskę  państwo islamskie. 

 

Gdy sobie sączę kawkę gorącą, 
kiedy zajadam ciasto z lukrecją,
właśnie rugują rodzinę pod most, 
zginęło ze sto dzieci w Aleppo. 

 

Ja sobie tutaj jasiek poprawiam, 
tu na kolana włazi mi kotek, 
a tam ta brama i Arbeit Macht Frei, 
ten komisariat i śmierć pod prądem. 

 

Kiedy mnie drzemka ogarnia lekka, 
kiedy do oczu sen mi się klei, 
tam wyciągają z rzeki topielca, 
tam ktoś niemowlę wrzucił do śmieci. 

 

I nawet wtedy, kiedy zachrapię, 
ojca Kropidło, cna antyfona
czarnego zedrze ze mnie kotarę
snu, natchniona trwam, ave, Madonna! 

 

Wtem wsiadła matka na Dołku z córką,
z tyłu złe typki pospodełbiałe,    
zasyczały coś i z awanturką —   
nadludzie vs. one niebiałe. 

 

Zawarczały 
szmelcowane surmy, 
przyskoczyli 
kołtuńskie sarmaty, 
wrzasnęli coś, 
że ZIEMI NIE RZUCIM;
i że HEJ KTO 
POLAK, BIĆ CIAPATYCH!

 

Wtedy jakby się ocknęła babka, 
odchrząknęła tej drugiej w te słowa:
— to mój przystanek, tutaj wysiadka, 
zaraz nadają w tv mój program. 

 

Popędziła w noc, a z okien domów 
mrugających jak oczy niebieskie 
śmiech za nią wybiegł z telewizorów
i gonił ją przez ulice echem. 
 

 

 

Edytowane przez Czarek Płatak (wyświetl historię edycji)
Opublikowano

Autorze miły, 

pierwszą dziesiątkę zwrotek czytałam z rosnącym podziwem a potem napięcie proporcjonalnie schodziło.

Przypomina mi to odruch selfi.

Szacun za melodię w głowie, przeskoki / zmiany rytmu. Szacun za zgrabny pomysł. 

Ale całość dla wytrwałych lub w kawałkach - pokolenia snapa/insta.

bb

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Nie przewiduję przycinek tekstu. Wiem, że w świecie kiedy wszystko 'szybko, teraz, teraz' długie teksty raczej nie zyskują popularności, ale sam z tym problemu nie mam. Dla przykładu uwielbiam Homera, a moja 20kilku letnia znajoma zagadnięta o Illiadę pojęcia nie miała o czym mówię. Pewnie dzieło jest za długie. 

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Tak, straszne czasy. Jak czemuś trzeba poświęcić uwagi więcej niż przez minutę jest na ogół ignorowane. Cóż, nie z takich czasów jestem najwidoczniej :) Zawsze miałem poczucie, że czegoś tu nie pasuję :D Pozdrawiam! 

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Przeserdecznie dziękuję! Coraz mniej jest wśród nas tych, którzy zdolni są pochylić się nad czymś na dłużej. No, nie licząc tych ślępiących często bezrozumnie w tv odbiorniki. Kłaniam się uprzejmie i miłego dnia życzę! 

Opublikowano

TV-morderca, cóż on wyczyniał,

lecz wieść najgorszą starannie  schował,

kiedy już wszystkich w krąg pozarzynał,

na koniec własny wiersz zamordował!!!

  ;)))

AD

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Piszę jak potrafię, a że poemat to ginący gatunek to mój ukłon w stronę tej formy poezji. Poza tym, że celem jest na ogóle potrzeba tworzenia to nie miałem tu jakiś ukrytych, bądź jawnych intencji. 

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

nie takie pitu pitu ;)))

w wymowie wierszyk JADer'a ładnie ujmuje to, o czym uczciwie wspomniała beta_b:

 

miałem podobne odczucie, ale dzisiaj doczytałem i niestety (zauważ porównanie! ;) przypomniało mi Ulissesa i mękę, jaką przeżywałem, by ukończyć dzieło :)

A przecież autor znamienity., więc nie bierz zbytnio tego do siebie, bo uważam, że piszesz świetne wiersze, ale ten, jeśli ma być aż tak długi, powinien powodować uczucie łaknienia, podobne jakie przeżywa się po kazdej kolejne łyżce rosołu własnej babki.

Z uśmiechem, pozdrawiam.

Opublikowano

Czarłanie, dziś dotrwałam w skupieniu do 'feerii barw', potem zaczęłam się rozpraszać, więc odkładam na później. Flow-Amazonka:) Może i nie ma co się spierać, czy wiersz zabity długością czy nie, bo każdego zabija w innym miejscu, jednych po piątej, drugich po 10, ja odpadłam przy 20 - policzyłam:) czyli połowa, w przeliczeniu na strofy. Taki zamysł, faza, fala - Illiada, Kwiaty polskie - przecież nikt nie broni, a my możemy - nie musimy - dotrwać.

 

Jest dużo ciekawych i barwnych momentów, powiało mi czasem sarkastycznym Tuwimem, a w wyliczance z 15 i 16 zwroty 'a on sie skrada' i te wszystkie szatany i kmioty, to poczułam się w zminimalizowanej 'Kropce nad ypslonem' Stachury:) (masz na loda-mów mi wuju wręcz w obiegu domowym funkcjonuje). Ale nie ukrywam, nie gniewaj się, też bym coś gdzieś uszczupliła, niewiele, ale po prostu z racji, by zostawić sos, którego i tak jest dużo, a oszczędzić wytrwałym kilku wersów wiosłowania dla wiosłowania :) Tak czy siak poleciałeś. 

Mam nadzieję, że najdzie mnie wena na ponowne zmierzenie się z mordercą niedzielnym czy mordzik-relaksikiem:) 

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Krótki, ostrzegawczy szmer poprzedził huk, który rozszedł się w ciemności podziemia, głośny do tego stopnia, że z nadmiarem wypełnił pustą do tej pory przestrzeń zmysłów. Ryk żołądka fabryki jeszcze chwilę kaskadował, a Karol zdał sobie sprawę z tego co właśnie usłyszał - jedna z wielkich gór węgla musiała runąć na ziemię.

      Odurzony dziecięcą fascynacją, chłopiec z powrotem włączył latarkę, otrzepał spodnie, i ruszył w drogę powrotną. Wszystkie pomieszczenia zdawały się jałowe, ich osnowa tajemniczości leżała poszarpana w strzępach tłustych pajęczyn, lecz kiedy wreszcie Karol skierował wzrok latarki na drzwi pierwszego pokoju, ciemność nie ustąpiła ani kroku. Pierwszy raz dzisiaj jedenastolatka ogarnął prawdziwy strach, nie ten napędzający wolę walki, czy wzniecający pożądanie zakazanego, ale najprostszy, dziecięcy strach, ten sam, który każe chłopcowi bać się wilkołaków lub kosmitów. Przez chwilę, Karol stał wpatrując się w ścianę czerni, nie wiedząc nawet co ze sobą zrobić, aż instynktownie rzucił się ku zaspie wyrzucając z niej pojedynczo kolejne grudki węgla. Każdy wyrzucany kamyczek zdawał się być od razu zastępowany następnym i następnym, a niektóre zwalały do środka jeszcze więcej gruzu, aż rozsypywał się on pod butami chłopca. W panice Karol odrzucił latarkę, nadal żarzącą się w rogu pokoju, aby obiema rękoma wyryć sobie drogę przez zaspę. Kolejnymi, długimi zamachami wyrzucał sprzed siebie garści kamienia, jakby płynął w ciemności, jak niedoświadczony pływak - nieważne ile energii nie wkładający w swe ruchy, zastygły w miejscu. Chłopiec poczuł na sobie ciepły dotyk, a kiedy spojrzał w dół, zobaczył, że wokół jego paznokci zbiera się krew. Karol cierpiał na tę przypadłość, przez którą mdlał na widok własnej krwi. Jej mezalians z węglowym pyłem odbierał mu powoli wzrok. Musiał zrobić sobie przerwę, lecz praktycznie całą posadzkę pokoju pokrywały rozrzucone grudki węgla, przeszedł więc on do następnego pokoju, gdzie padł dopiero na ziemię, wychładzając się z pierwszego przypływu adrenaliny. Próbując racjonalnie myśleć, zdjął z siebie zimową kurtkę, pod którą zdążył się już porządnie spocić, wytarł w jej futro brudne dłonie i ustabilizował oddech. Przez jego gardło przeszedł najbardziej donośny krzyk na który mógł się zdobyć. Wzywał pomocy w regularnych odstępach, a jego ślina gęstniała z każdym kolejnym przełknięciem.

      Rozpłakał się. Spływające, gorące i ciężkie łzy, wytyczyły ślady w czarnym pyle pokrywającym jego policzki. Nie miał czasu się wstydzić, szlochał prawdziwie rozdzierająco, to znów przechodził w przerywany oddech, mamrotał pod nosem, lub trwał w całkowitej ciszy, gdzie tylko lekkie spazmy oznaczały rozpacz. Rozbolała go głowa, a ciemność przed nim zaczęły wypełniać finezyjne kształty i kolory, przypominające wygaszacz ekranu z domowego komputera - fioletowe i niebieskie wstążki zwijały się wokół Karola, kurczyły i pulsowały, uciekały na chwilę, i wracały z drugiego krańca wizji. Rozłożył się na posadzce, i mógłby przysiąc, że gdzieś w tle rozlega się kolejny szkolny dzwonek. Zatkał uszy palcami, a hałas trwał w najlepsze. Jak alarm przeciwpożarowy, nieprzerwany brzęk wdrążał się w jego mózg, tupot uczniowskich kroków na schodach wybijał marszowny, wojskowy krok, jakiegoś pośpiesznego i niecierpliwego wojska, głodnego krwi i śmierci. Tupot. Tupot. Trupot. Nieprzerwane bębny kołatającego serca. Karol zerwał się na równe nogi, a jego głowa pozostała na ziemi. Formy przed oczami przypominały lany w andrzejki wosk. Świetliste kontury składały się w rude gwiazdozbiory. Rude. Nitki rudych włosów trzepotały na wietrze ciała szklistego. Karol nachylił się, żeby je pocałować, a one odfrunęły pod sam sufit, nęcąc go po kolei swoją bliskością, tylko po to, aby uciec w ostatnim momencie. Zlizana z warg sól zdawała się teraz smakować owocową pomadką do ust. Truskawki. Kiedy jego mama usługiwała sąsiadom, aby zarobić na związanie początku miesiąca z końcem, zabierała go ze sobą do ogródka, on plewił chwasty, a ona zbierała z krzewów owoce - dojrzałe i ponętnie czerwone w skwarnym, letnim słońcu. Jego dłonie w roboczych rękawiczkach nie mogły się równać jej, czerwonym i gładkim, jak wyrobiony w korycie rzeki kamień.

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach




  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Wiechu J. K. taka na odległość rzęs

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @Wiechu J. K. Każdy z nas ma jakieś "gdzieś gdzie jeszcze nie był a bardzo chce" Pozdrawiam serdecznie 
    • @Wiechu J. K. zielsko anielsko

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @aff dziękuję Agatko  Twoje słowa są niezwykle budujące

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • Krótki, ostrzegawczy szmer poprzedził huk, który rozszedł się w ciemności podziemia, głośny do tego stopnia, że z nadmiarem wypełnił pustą do tej pory przestrzeń zmysłów. Ryk żołądka fabryki jeszcze chwilę kaskadował, a Karol zdał sobie sprawę z tego co właśnie usłyszał - jedna z wielkich gór węgla musiała runąć na ziemię. Odurzony dziecięcą fascynacją, chłopiec z powrotem włączył latarkę, otrzepał spodnie, i ruszył w drogę powrotną. Wszystkie pomieszczenia zdawały się jałowe, ich osnowa tajemniczości leżała poszarpana w strzępach tłustych pajęczyn, lecz kiedy wreszcie Karol skierował wzrok latarki na drzwi pierwszego pokoju, ciemność nie ustąpiła ani kroku. Pierwszy raz dzisiaj jedenastolatka ogarnął prawdziwy strach, nie ten napędzający wolę walki, czy wzniecający pożądanie zakazanego, ale najprostszy, dziecięcy strach, ten sam, który każe chłopcowi bać się wilkołaków lub kosmitów. Przez chwilę, Karol stał wpatrując się w ścianę czerni, nie wiedząc nawet co ze sobą zrobić, aż instynktownie rzucił się ku zaspie wyrzucając z niej pojedynczo kolejne grudki węgla. Każdy wyrzucany kamyczek zdawał się być od razu zastępowany następnym i następnym, a niektóre zwalały do środka jeszcze więcej gruzu, aż rozsypywał się on pod butami chłopca. W panice Karol odrzucił latarkę, nadal żarzącą się w rogu pokoju, aby obiema rękoma wyryć sobie drogę przez zaspę. Kolejnymi, długimi zamachami wyrzucał sprzed siebie garści kamienia, jakby płynął w ciemności, jak niedoświadczony pływak - nieważne ile energii nie wkładający w swe ruchy, zastygły w miejscu. Chłopiec poczuł na sobie ciepły dotyk, a kiedy spojrzał w dół, zobaczył, że wokół jego paznokci zbiera się krew. Karol cierpiał na tę przypadłość, przez którą mdlał na widok własnej krwi. Jej mezalians z węglowym pyłem odbierał mu powoli wzrok. Musiał zrobić sobie przerwę, lecz praktycznie całą posadzkę pokoju pokrywały rozrzucone grudki węgla, przeszedł więc on do następnego pokoju, gdzie padł dopiero na ziemię, wychładzając się z pierwszego przypływu adrenaliny. Próbując racjonalnie myśleć, zdjął z siebie zimową kurtkę, pod którą zdążył się już porządnie spocić, wytarł w jej futro brudne dłonie i ustabilizował oddech. Przez jego gardło przeszedł najbardziej donośny krzyk na który mógł się zdobyć. Wzywał pomocy w regularnych odstępach, a jego ślina gęstniała z każdym kolejnym przełknięciem. Rozpłakał się. Spływające, gorące i ciężkie łzy, wytyczyły ślady w czarnym pyle pokrywającym jego policzki. Nie miał czasu się wstydzić, szlochał prawdziwie rozdzierająco, to znów przechodził w przerywany oddech, mamrotał pod nosem, lub trwał w całkowitej ciszy, gdzie tylko lekkie spazmy oznaczały rozpacz. Rozbolała go głowa, a ciemność przed nim zaczęły wypełniać finezyjne kształty i kolory, przypominające wygaszacz ekranu z domowego komputera - fioletowe i niebieskie wstążki zwijały się wokół Karola, kurczyły i pulsowały, uciekały na chwilę, i wracały z drugiego krańca wizji. Rozłożył się na posadzce, i mógłby przysiąc, że gdzieś w tle rozlega się kolejny szkolny dzwonek. Zatkał uszy palcami, a hałas trwał w najlepsze. Jak alarm przeciwpożarowy, nieprzerwany brzęk wdrążał się w jego mózg, tupot uczniowskich kroków na schodach wybijał marszowny, wojskowy krok, jakiegoś pośpiesznego i niecierpliwego wojska, głodnego krwi i śmierci. Tupot. Tupot. Trupot. Nieprzerwane bębny kołatającego serca. Karol zerwał się na równe nogi, a jego głowa pozostała na ziemi. Formy przed oczami przypominały lany w andrzejki wosk. Świetliste kontury składały się w rude gwiazdozbiory. Rude. Nitki rudych włosów trzepotały na wietrze ciała szklistego. Karol nachylił się, żeby je pocałować, a one odfrunęły pod sam sufit, nęcąc go po kolei swoją bliskością, tylko po to, aby uciec w ostatnim momencie. Zlizana z warg sól zdawała się teraz smakować owocową pomadką do ust. Truskawki. Kiedy jego mama usługiwała sąsiadom, aby zarobić na związanie początku miesiąca z końcem, zabierała go ze sobą do ogródka, on plewił chwasty, a ona zbierała z krzewów owoce - dojrzałe i ponętnie czerwone w skwarnym, letnim słońcu. Jego dłonie w roboczych rękawiczkach nie mogły się równać jej, czerwonym i gładkim, jak wyrobiony w korycie rzeki kamień.
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...