Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano (edytowane)

Morderca z TV

 

Pewnego razu, koło wieczora, 
kiedy mgła kocem opadła w miasto, 
wylazł morderca z telewizora, 
widocznie było mu tam za ciasno. 

 

Płaszcza szarego fałdy wygładził, 
coś wymamrotał, strzelił knykciami,
buty obtupał z ziarenek czasu,
ruszył w ekranu mordować blasku. 

 

Napadał z nagła, cicho, zdradziecko, 
nie wybierając stary czy dziecko, 
wbitych w fotele, krzesła, kanapy, 
byle kto, czy ktoś nie byle błahy. 

 

Trzeba mu przyznać gość był szarmantem;
przemawiał w sposób nad wyraz miły:
— dzisiejszy wieczór chcę spędzić z państwem — 
po czym mordował całe rodziny. 

 

Nauczycieli i emerytów, 
drobnych oszustów, ważnych ministrów, 
malarzy, łgarzy, sprzedawców jarzyn, 
i kolejarzy i tramwajarzy, 
panie bez gaży i aktywistki, 
kury domowe, plotkarki z klatki, 
samotnie wychowujące matki, 
nacjonalistów i anarchistki, 
faszystów wszystkich, młodzież wyklętą,
z Radomia żeńską orkiestrę dętą, 
smutne sztangistki, miernych poetów, 
iluzjonistów, demimondówki,
słomianych wdowców, wesołe wdówki,
estetów, kompozytorów etiud, 
hersztów lokalnych band podwórkowych, 
anonimowych alkoholików,
i mądre głowy, i głupie głowy, 
sieroty, homoseksualistów,   
filatelistów i gemmolożki,         
wszystkich tych, którzy mają już dosyć,   
dziwki, grabarzy,  ekszapaśniczki,
filumenistów i warcabistki, 
pantalonistki i fanfaronów, 
tkwiących po uszy w szponach nałogów, 
wsiarzy, grabarzy, protagonistów,
„damy” — te wzięte w gruby cudzysłów,
dziatki i starców, panie i panów, 
przedstawicieli każdego stanu, 
wszelkiej profesji i proweniencji.
Rzecz niepodobna wszystkich tu zmieścić.

 

Sodoma, Gomora, 
bestia, carcinoma. 

 

Często nim puści wodze mordercze
kolację poda, otuli ciepło, 
wachlarz obrazów stawi przed okiem, 
lekko pogłaszcze zmęczone skronie, 
pod głowę wsunie poduszkę miękką. 

 

Bywa, że z rana, w porze śniadania —     
tu, Pan rozumie, jest gość, piżama,
sen jeszcze trzepie się na powiece, 
kot ziewa, ziewa rześkie powietrze, 
tak sobie panie ziewają we trzech,
jest jakaś kawa, jest jakaś wrzawa, 
dzieci — ple, ple, ple, baba — bla, bla, bla; 
zwykłe, rodzinne sceny dantejskie, 
a ten im lezie, niby do siebie,         
i z miejsca bierze się za morderkę, 
do tego w tle ma taką piosenkę:

 

PRZY PODWIECZORKU 
MORDZIK DO TORTU
W CHOROBIE MORDZIK  
ZAMIAST SYROPU
W ŁAPCIACH PO PRACY
MORDZIK RELAKSIK 
DRGAJĄCYM LATEM 
MORDZIK Z KURORTU 
A PO KOŚCIELE 
MORDZIK W NIEDZILĘ 
GDY ŚWIECĄ GWIAZDY
MORDZIK ASTRALNY
TRANSCENDENTALNY
ASTRONOMICZNY
A KIEDY MROZIK
W GAŁĘZIACH PISZCZY
MORDZIK ZIMOWY 
SROGI SIARCZYSTY
TRZEBA SIĘ LICZYĆ 
NA RÓWNI I Z TYM 
ŻE GDY LISTOPAD 
BŁOTA I SŁOTA 
TO MORDZIK PRZYBYĆ 
MOŻE W KALOSZACH 
O KAŻDEJ PORZE 
CZY MIESIĄC W PEŁNI 
CZY RANNE ZORZE 
LI SŁOŃCE ŚWIECI 
CZY ZIĄB NA DWORZE 
LUB KROPI DESZCZYK 
ON NIEŚWIADOME 
OFIARY MĘCZY. 

 

Zestaw narzędzi ma całkiem spory, 
progiem do zbrodni telewizory. 
Motyw? — jak zwykle  ludzka głupota, 
choć tutaj czasem zdarza i tak się, 
że wraz ze zbrodnią do głowy skapnie 
z mordercy noża oleju kropla. 

 

Lecz to zjawisko rzadkie nadzwyczaj        

niczym w Warszawie wieloryb z Wisły    

śnieg w maju, patriae communis w kraju.
Tam gdzie Twardowski łyska z księżyca, 
kogucik pieje, co orłem zwykł być,  
a sziszimory klątwy miotają. 

 

Tam  żona od lat drzemie Kadmosa, 
Aresa oraz Kiprydy córa; 
czy kiedyś zbudzą ją dobre bogi? 
Do snu grają jej wciąż lacrimosa
filharmonicy, ci per procura
mesjasza, który pogubił drogi.    

 

Co zrobić? — Narodzik, 
nihil novi,
mordy za mordy i 
w korowody, 
bogi, honory, sos z animozyj;
pilot — KLIK — mordzik, pilot — KLIK — mordzik. 

 

Ciemna noc, spójrz —  pani kocha pana. 
Ciemna noc, spójrz —  nów, Copacabana. 
Ciemna noc, spójrz — oceanu poblask. 
Ciemna noc, spójrz — pan pani nie kocha.
Ciemna noc, spójrz —  Kupid im odfrunął.
Na Posto Seis drzemie Carlos Drummond.    

 

Zaś na zaranek — klawi zikhajle,         
znów węszą  zdradę — winni gudłaje!    

Amen! — A znasz Pan krem Neikea?
Rozgrzesza, cud co bieli sumienia! 
Produkt Zakładów Apologeckich,
chcemy zaścianek uśredniowiecznić!

 

A on się skrada 
sprytny jak szatan,                 
zaplata macki 
wokoło świata, 
jak tamten co jest 
wąpierz, parazyt, 
kami i giardia, 
harpia, meduza       
larwa, krwiopijca
i gargantua, 
gorgona, zły łotr 
spod ciemnej gwiazdy.

 

On się zakrada szarlatan, kanciarz,
doliniarz, knajak,  mamzela, kasiarz, 
szacher i macher, rekieter, majster,
małpa, defraudant, szakal, malwersant
cwaniak, kanalia, matacz, geszefciarz
szabrownik, blagier, hiena i szalbierz.

 

Morderca ciemny, mesmeryzm mroczny;
tkane z poświaty szpony upiora, 
studniami źrenic sięgają wątpi, 

 

serc zamrożonych, w sinych waporach. 
Mkłymi obrazy mami w hipnozie, 
niknie w zamgleniach chwili minionej. 

 

Tak sunie w barwnych feeriach rzeka 
twarzy, postaci, miejsc i wydarzeń, 
godziny, dni w swych topiąc odmętach, 

 

nim w niepamięci odmęty wpadnie. 
Nurkują w kipiel ci bezprzytomni, 
tracą się pośród zgłodniałej toni. 

 

Wirują w falach ziemskich tragedii 
i ciut ich krzepi, gdy ktoś ma gorzej, 
zaraz pod bokiem jak wielki rekin 

 

brzuchem szoruje Tupolew po dnie. 
Tuż taumaturgów fałszywych w dryfie 
tratwa pijana o brzegi bije.

 

Jak żagle wzdęte suną przeźrocza: 
— ludzka pochodnia oświetla PeKiN,
znowu na Kremlu pręży się Moskal, 

 

a w szwach Europa jednością trzeszczy.
Jankesi szczodrzy rzucają bomby 
w imię pokoju ta rzecz jakoby. 

 

Karambol duży, syryjskie gruzy
weekend zepsuje orkan Maurycy
skroś pian obwisły, najwyższy kusy 

 

żabką uchodzi czarnej ławicy 
parasolek, nad normę dziś dymgła;
Res Publica? Co? — e, nic nie widać. 

 

A po szynach... Po szynach gna tramwaj,
strzała, mało z szyn nie powylata, 
czterdzieści sześć w skrach na pantografach
jak wiatr przez Zgierz, weń do babki babka

 

rzecze: — Kochana, słyszała pani? 
Te ludziska to jednak są głupie,  
z telewizora morderca szczwany?!
To jakieś bzdury z palca wierutne. 

 

A co w tym złego przytulnie zasiąść?
Fotel, poduszki, pufa pod nóżki,  
green tea,  koniecznie również coś na ząb,
żeby nie musieć wstawać do kuchni.

 

Ja tutaj sobie herbatkę siorpię, 
ja sobie tutaj  kanapkę szarpię, 
a tam dyktator do ludzi z wojskiem, 
spaliło wioskę  państwo islamskie. 

 

Gdy sobie sączę kawkę gorącą, 
kiedy zajadam ciasto z lukrecją,
właśnie rugują rodzinę pod most, 
zginęło ze sto dzieci w Aleppo. 

 

Ja sobie tutaj jasiek poprawiam, 
tu na kolana włazi mi kotek, 
a tam ta brama i Arbeit Macht Frei, 
ten komisariat i śmierć pod prądem. 

 

Kiedy mnie drzemka ogarnia lekka, 
kiedy do oczu sen mi się klei, 
tam wyciągają z rzeki topielca, 
tam ktoś niemowlę wrzucił do śmieci. 

 

I nawet wtedy, kiedy zachrapię, 
ojca Kropidło, cna antyfona
czarnego zedrze ze mnie kotarę
snu, natchniona trwam, ave, Madonna! 

 

Wtem wsiadła matka na Dołku z córką,
z tyłu złe typki pospodełbiałe,    
zasyczały coś i z awanturką —   
nadludzie vs. one niebiałe. 

 

Zawarczały 
szmelcowane surmy, 
przyskoczyli 
kołtuńskie sarmaty, 
wrzasnęli coś, 
że ZIEMI NIE RZUCIM;
i że HEJ KTO 
POLAK, BIĆ CIAPATYCH!

 

Wtedy jakby się ocknęła babka, 
odchrząknęła tej drugiej w te słowa:
— to mój przystanek, tutaj wysiadka, 
zaraz nadają w tv mój program. 

 

Popędziła w noc, a z okien domów 
mrugających jak oczy niebieskie 
śmiech za nią wybiegł z telewizorów
i gonił ją przez ulice echem. 
 

 

 

Edytowane przez Czarek Płatak (wyświetl historię edycji)
Opublikowano

Autorze miły, 

pierwszą dziesiątkę zwrotek czytałam z rosnącym podziwem a potem napięcie proporcjonalnie schodziło.

Przypomina mi to odruch selfi.

Szacun za melodię w głowie, przeskoki / zmiany rytmu. Szacun za zgrabny pomysł. 

Ale całość dla wytrwałych lub w kawałkach - pokolenia snapa/insta.

bb

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Nie przewiduję przycinek tekstu. Wiem, że w świecie kiedy wszystko 'szybko, teraz, teraz' długie teksty raczej nie zyskują popularności, ale sam z tym problemu nie mam. Dla przykładu uwielbiam Homera, a moja 20kilku letnia znajoma zagadnięta o Illiadę pojęcia nie miała o czym mówię. Pewnie dzieło jest za długie. 

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Tak, straszne czasy. Jak czemuś trzeba poświęcić uwagi więcej niż przez minutę jest na ogół ignorowane. Cóż, nie z takich czasów jestem najwidoczniej :) Zawsze miałem poczucie, że czegoś tu nie pasuję :D Pozdrawiam! 

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Przeserdecznie dziękuję! Coraz mniej jest wśród nas tych, którzy zdolni są pochylić się nad czymś na dłużej. No, nie licząc tych ślępiących często bezrozumnie w tv odbiorniki. Kłaniam się uprzejmie i miłego dnia życzę! 

Opublikowano

TV-morderca, cóż on wyczyniał,

lecz wieść najgorszą starannie  schował,

kiedy już wszystkich w krąg pozarzynał,

na koniec własny wiersz zamordował!!!

  ;)))

AD

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Piszę jak potrafię, a że poemat to ginący gatunek to mój ukłon w stronę tej formy poezji. Poza tym, że celem jest na ogóle potrzeba tworzenia to nie miałem tu jakiś ukrytych, bądź jawnych intencji. 

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

nie takie pitu pitu ;)))

w wymowie wierszyk JADer'a ładnie ujmuje to, o czym uczciwie wspomniała beta_b:

 

miałem podobne odczucie, ale dzisiaj doczytałem i niestety (zauważ porównanie! ;) przypomniało mi Ulissesa i mękę, jaką przeżywałem, by ukończyć dzieło :)

A przecież autor znamienity., więc nie bierz zbytnio tego do siebie, bo uważam, że piszesz świetne wiersze, ale ten, jeśli ma być aż tak długi, powinien powodować uczucie łaknienia, podobne jakie przeżywa się po kazdej kolejne łyżce rosołu własnej babki.

Z uśmiechem, pozdrawiam.

Opublikowano

Czarłanie, dziś dotrwałam w skupieniu do 'feerii barw', potem zaczęłam się rozpraszać, więc odkładam na później. Flow-Amazonka:) Może i nie ma co się spierać, czy wiersz zabity długością czy nie, bo każdego zabija w innym miejscu, jednych po piątej, drugich po 10, ja odpadłam przy 20 - policzyłam:) czyli połowa, w przeliczeniu na strofy. Taki zamysł, faza, fala - Illiada, Kwiaty polskie - przecież nikt nie broni, a my możemy - nie musimy - dotrwać.

 

Jest dużo ciekawych i barwnych momentów, powiało mi czasem sarkastycznym Tuwimem, a w wyliczance z 15 i 16 zwroty 'a on sie skrada' i te wszystkie szatany i kmioty, to poczułam się w zminimalizowanej 'Kropce nad ypslonem' Stachury:) (masz na loda-mów mi wuju wręcz w obiegu domowym funkcjonuje). Ale nie ukrywam, nie gniewaj się, też bym coś gdzieś uszczupliła, niewiele, ale po prostu z racji, by zostawić sos, którego i tak jest dużo, a oszczędzić wytrwałym kilku wersów wiosłowania dla wiosłowania :) Tak czy siak poleciałeś. 

Mam nadzieję, że najdzie mnie wena na ponowne zmierzenie się z mordercą niedzielnym czy mordzik-relaksikiem:) 

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się



  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Wędrował sobie pewnego razu po świecie pewien człowiek. Kim był? Nie wiadomo. Sam o sobie mówił, że jest po prostu włóczęgą, poszukującym nieodkrytej jeszcze przez nikogo ziemi. Ludzie, gdy to słyszeli, patrzyli na niego z politowaniem i pukali się palcami w głowę, no bo jakże to? Przecież każdy skrawek naszego globu został już dawno zbadany, opisany i umieszczony na tysiącu map oraz atlasów. Skąd więc pomysł, aby odnaleźć jakąś ziemię, nieznaną i niczyją? Ten człowiek był również poetą. Pisał wiersze i twierdził, że to właśnie za ich pomocą on tę ziemię w końcu odszuka, zobaczy i przemierzy. Któregoś dnia wędrowiec, zmęczony długą marszrutą, zatrzymał się w niewielkim miasteczku, na rynku. Rozmawiał tam z jego mieszkańcami o poezji, czytał im swoje wiersze i opowiadał, że gdzieś daleko, za ogromnym górskim masywem, za niezgłębionym oceanem, za tysiącem burz i za tysiącem wschodów słońca, istnieje ziemia, której piękno nie może się z niczym równać, ale nikt nie wie dokładnie, jak do niej trafić. Ludzie z miasteczka, jak zwykle, nie chcieli mu wierzyć. Nawet go nie słuchali, zajęci swoją codzienną krzątaniną. Przekupki zachwalały dorodne owoce i warzywa, kuglarze dawali pokazy żonglowania pochodniami, dzieci tłoczyły się wokół stoisk z cukrową watą i balonikami. Tylko jeden mały chłopiec podszedł do poety i zaczepił go: - Proszę pana... Proszę pana, czy może mi pan opowiedzieć coś o tej ziemi, której pan szuka? Jak tam jest? - Tam jest jak w raju - odparł człowiek, a w jego oczach rozbłysł skrywany głęboko zachwyt. - Drzewa nigdy nie są nagie. Ptaki wiecznie śpiewają o wiośnie i lecie. Wszędzie kwitną kwiaty w rozlicznych barwach, roztaczając zapachy, których nawet sobie nie potrafimy wyobrazić. Na niebie pojawiają się codziennie zorze i tęcze, a przez doliny, rozgrzane łagodnością słonecznego blasku, płyną niebieskie roziskrzone rzeki niby jedwabne wstążki. Zwierzęta nie polują na siebie, tylko pod koniec dnia spotykają się u wodopojów i rozmawiają ze sobą pogodnie w nieznanych, tajemnych językach. Żyją tam jedynie sami szczęśliwi ludzie, którzy się gorąco kochają... - Eeee... - stwierdził chłopiec, marszcząc czoło. - Nie ma takiego miejsca. Kłamiesz albo zmyślasz! - dorzucił i pobiegł ku zakurzonym miejskim uliczkom, pogrążonym w popołudniowej sjeście. Włóczęga postanowił również odpocząć przy niewielkim klombie, na gorącym od słońca skwerze. Żar lał się z nieba, mącił myśli, zasnuwał źrenice ciężką, kleistą powłoką. Człowiek pogrążył się w końcu w mętnym półśnie i nagle poczuł, że coś delikatnie trąciło jego dłoń. Uniósł powieki i zobaczył, jak na jego ręce usadowił się mały ptaszek. Był to rudzik, szary z pomarańczowym brzuszkiem, który przechylał łebek raz w lewą, raz w prawą stronę, i obserwował człowieka bystrymi, ciekawskimi koralikami oczu, Raz po raz podfruwał do góry, a potem znowu przysiadał na jego dłoni. - Co ty mi chcesz powiedzieć, ptaszku? - zagadał wędrowiec. Ostrożnym ruchem sięgnął do kieszeni, gdzie znalazł trochę okruchów bułki. Wysypał je na dłoń i poczekał, aż rudzik odważy się skorzystać z tego skromnego poczęstunku. Ptak skubnął kilka okruszków, a następnie znów zaczął na przemian wzbijać się w powietrze i powracać ku rękom człowieka, cały czas słodko poćwierkując. - Mam za tobą iść? - spytał wędrowny poeta. Rudzik oddalił się nieco, lecz przysiadł na gałęzi pobliskiego drzewka, jakby czekał na zaskoczonego tym zdarzeniem włóczęgę. Ów wreszcie wstał i ruszył za ptaszkiem. Opuścił senne miasteczko, po czym skręcił w polną drogę, która prowadziła na zachód. Minął parę opuszczonych domostw oraz wielką łąkę, hojnie usianą miriadami polnych kwiatów - rumianków w białych spódniczkach, wrotyczy jak błędne ogniki, dzikich ślazów zalotnie uśmiechniętych do przysiadających na ich płatkach modraszków. Wtem ptaszek zatrzymał się przy jednej z rozsypujących się ruder. Człowiek minął, zaciekawiony, drewnianą szopę, stare, skrzypiące pomieszczenia gospodarcze, aż dotarł do drewnianego płotu, pokrytego ciemnym, zielonym nalotem. W płocie znajdowała się furtka, zamknięta na haczyk. Rudzik usiadł nieopodal i radośnie zaświergotał. Wędrowiec otworzył furtkę i znalazł się, ku swemu zaskoczeniu, w starym ogrodzie. Był to bardzo dziwny ogród. Mogło się wydawać, że ktoś go opuścił w pośpiechu, nagle i bez jednego słowa pożegnania. Kiedyś ogrodowe alejki, kwietniki i krzewy musiały być pielęgnowane z zapałem i wielkim wyczuciem smaku. Gdzieniegdzie stały stylowe, ozdobne ławki, które czas obdarł nie wiadomo kiedy z eleganckiej bieli. Na środku ogrodu wznosiła się nieczynna fontanna, która zapewne niegdyś cieszyła oczy widokiem srebrzystych strug wody tańczących nad marmurowym basenikiem. Niedaleko fontanny znajdowała się huśtawka, przygnieciona i złamana przez gruby konar drzewa, na którym została zawieszona. W ogrodzie pełno było różanych krzewów. Poeta nigdy nie widział takiej obfitości i tylu odmian róż. Pnące, dzikie, miniaturki - wszystkie zdawały się pamiętać czas, gdy jakaś troskliwa ręka opiekowała się nimi dbając, aby rozwijały się, rozrastały i kwitły. Teraz jednak krzewy zdziczały, zmarniały, jakby zmęczone samotnością i ciszą. To właśnie ta cisza uderzyła najbardziej człowieka; w ogrodzie nie śpiewał ani jeden ptak, ani jeden liść nie szumiał pod muśnięciami wiatru. Obecna tu przyroda sprawiała wrażenie zastygłej w niewyobrażalnie bolesnym milczeniu. Nawet rudzik, który przycupnął lękliwie na chudziutkim, różanym pędzie, przestał ćwierkać, tylko wpatrywał się w człowieka uważnie i pytająco. - Co to za ogród...? I co ja mam z tym wspólnego? - pokiwał głową wędrowny poeta. - Tu nikogo nie było od lat, najwyżej duchy jakichś wspomnień zlatują się nocą do tej fontanny i do porozbijanych latarni, jak stare nietoperze. Te ścieżki dawniej żyły, z pewnością... Odpowiadały zapachem kwiatów niebu na jego zaczepki, tętniły beztroską młodością, a teraz...? Może kiedyś w owym miejscu ktoś kogoś kochał, ktoś się śmiał, ktoś tańczył wśród milionów róż, podczas gdy dziś jest tu tak cicho, że moje własne myśli lękają się głośniej odetchnąć... Zachodzące słońce zostawiało na zastygłych bez ani jednego drgnienia liściach czerwonawą poświatę. Znużony człowiek usiadł na jednej z niszczejących ławek i westchnął. - Żeby to wszystko przywrócić znów do życia, potrzeba wiele wysiłku. Ale może warto? Co, ptaszku? Czy o to ci właśnie chodziło?- zapytał, szukając wzrokiem swojego skrzydlatego towarzysza. Rudzik podfrunął do niego i poeta przysiągłby, że ptak skinął twierdząco swoją szarą główką.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następne dni i tygodnie upłynęły poecie na ciężkiej pracy. Od brzasku do późnej nocy sprzątał alejki, wyrywał chwasty, kosił trawniki, naprawiał połamane ławki, reperował latarnie. W starej szopie, która stała przy ogrodzie i w której teraz zamieszkał, znalazł wszystkie potrzebne narzędzia, zupełnie jakby ktoś je zostawił specjalnie dla niego. Ponieważ dotychczas tylko pisał wiersze, zupełnie nie znał się na ogrodnictwie, ale czuł, że intuicja podpowiada mu, co należy robić. Po prostu, gdy czegoś nie wiedział, siadał sobie przy fontannie, pogrążony w zadumie, aż wcześniej czy później znajdował odpowiedź na swoje pytanie. A może ktoś mu coś szeptał do ucha? Ogród z wolna otrząsał się z przygnębiającego nastroju i prezentował się całkiem przyjemnie. Zaczęły do niego przylatywać ptaki, z początku nieśmiało, lecz później zadomowiły się na dobre. Nocami słowiki uwijały się wśród gęstych krzewów róż, a z rana nowy dzień witały zięby swoimi przeciągłymi, melodyjnymi trelami. Latarnie oświetlały zadbane trawniki i oplatały ławki miękkimi cieniami. Zieleń rozrosła się bujna, soczysta, już nie dzika i trwożliwa. Człowiek cieszył się, widząc, jak jego starania przynosiły owoce, lecz martwiło go, że choć zdecydowanie ogród powracał do życia, nie zrodził się w nim dotychczas ani jeden kwiat. - No przecież po to jest ogród,żeby w nim coś kwitło! - martwił się wędrowiec. Podlewał troskliwie różane krzaczki, przycinał martwe pędy, raniąc sobie palce cierniami, pojechał też do miasteczka po specjalny nawóz - i nic! Ani jeden pąk nie chciał pojawić się wśród błyszczących liści. - A jednak te róże kogoś cieszyły kolorami i słodyczą - westchnął poeta. - Co ja mam teraz zrobić? Nic z tego nie rozumiem. Przecież już za parę dni zaczyna się lato... - Co ja mogę uczynić dla tego ogrodu, co więcej? Starał się jeszcze bardziej. Wstawał przed słońcem i pracował niemal do samej północy. Znał już w tym miejscu każdy zakątek i tak bardzo wyczekiwał chwili, w której choć jedna róża zaczerwieni się się w kolczastym gąszczu. Któregoś upalnego popołudnia, smutny i zmęczony, usiadł na jednej z ławeczek, wbiwszy zniechęcony wzrok w martwą fontannę. Chciało mu się płakać. Tyle wysiłku na nic! Bezradnie wyciągnął z jednej ze swoich kieszeni ołówek i nieduży, pognieciony zeszyt, w którym kiedyś zapisywał swoje wiersze. Od dawna niczego nie stworzy, zajęty nawożeniem, okopywaniem, pieleniem, koszeniem i podlewaniem. Teraz jednak poczuł, że musi ułożyć wiersz. Wiersz o tym, jak bardzo zależy mu na tym ogrodzie. Jak bardzo się spracował bez żadnego efektu. Jak bardzo boli go, że nie potrafi wypełnić tych ścieżek radością, którą ktoś musiał zabrać ze sobą na zawsze, bezlitośnie odchodząc. Pisał, że mimo wszystko przeszłość nie musi przecież ciążyć nad tym, co przecież żyje i pragnie życia. Że chociaż ktoś porzucił przed laty ten świat i zabrał ze sobą nadzieję oraz wolę kwitnienia - teraz przecież jest on, poeta, który uczy się dbać o dotkliwie niegdyś zranione rosarium. Dotkliwie - lecz przecież nie śmiertelnie. Na końcu chciał jeszcze napisać jeszcze jedno słowo, ale jego pióro zatrzymało się, jakby jeszcze nie ufało własnej śmiałości. A potem człowiek przeczytał swój wiersz na głos. Przeczytał go dla tego dziwnego ogrodu. I wtedy pierwszy raz poczuł, jak wszystkie gałązki różanych krzewów gną się od ciepłego podmuchu wiatru, który łagodnie nadszedł nie wiadomo skąd. Poeta wstał i postanowił przejść się po alejkach. Nie uszedł nawet kilkunastu kroków, gdy nieoczekiwanie u swoich stóp dostrzegł kilkanaście drobniutkich roślinek, wychylających się niepewnie z ziemi Nigdy wcześniej nie widział tutaj podobnego gatunku. Ukląkł przy nich i poczuł, jak fala wrzących łez zalewa mu policzki. Maleńkie wschodzące krzewinki pokryte były pąkami kwiatów. Tak, niewątpliwie za kilka dni te pąki rozwiną się, a delikatne łodyżki będą dźwigać najpiękniejszy ciężar na świecie - ciężar życia. Człowiek pragnął całować i pieścić skromne listki młodziutkich siewek, ale nie chciał ich uszkodzić przedwczesną radością i swoim niezręcznym dotykiem. Od tego momentu, przed udaniem się na spoczynek, gdy już uporał się ze swoimi zwykłymi obowiązkami, siadał przy malutkich, rodzących się kwiatkach i czytał im swoje kolejne wiersze, pisane z czułością i pokorą. Pewnego wieczoru poeta dostrzegł, że od północy nadciągają nad ogród ciemne, burzowe chmury. "No tak, przecież to już lato...", westchnął. To miała być pierwsza burza w tym roku. "Trzeba koniecznie zadbać o moje kwiatki, ochronić je, przecież jeszcze nie zdążyły się rozwinąć, i teraz miałaby je zniszczyć ulewa albo wichura? Będę czuwał, nie pozwolę na to!" Nocą przez ogród przetoczyła się istotnie wściekła nawałnica. Strugi ulewnego deszczu gięły do ziemi gałęzie różanych krzaków, a wichura chłostała alejki, trawniki, ławki i latarnie niewidzialnymi kańczugami. Człowiek pozostał w bezruchu przy swojej gromadce kwiatków, którą osłaniał własnym ciałem, mówiąc do nich niemal jak do dzieci: - To tylko burza. Ja też się boję, ale przecież jesteśmy razem. Obolały i przemoknięty pilnował, aby huragan nie uszkodził żadnego listka ani żadnej łodyżki. Nad ranem burzowe chmury ustąpiły na niebie miejsca drżącym promieniom świtu. I w tym złoto-różowym świetle, na jednej z pokrytych jeszcze kroplami wody kępek, pojawił się pierwszy kwiatek. Była to niezapominajka. Poeta oszalał wprost ze szczęścia, Zaczął biegać radośnie po ścieżkach w ogrodzie, tańczyć, śpiewać, krzyczeć, na zmianę płakać i śmiać się. Potem wrócił znów do swoich niezapominajek i z radosnym zdumieniem zobaczył kolejne błękitne kwiatki, pozdrawiające go zalotnymi mrugnięciami z objęć jasnej czystej zieleni. - Kocham was - napisał tego dnia poeta w swoim najnowszym wierszu, który przeczytał im na dobranoc. W myślach tulił je i pieścił. Kwiaty zdawały się wszystko rozumieć i jakby zalśniły w ciemności ukrytym, gorącym światłem.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następnego dnia człowiek stwierdził, że musi pójść do miasteczka, kupić nowy szpadel, bo stary już do niczego się nie nadawał. Ponieważ burza wyrządziła w ogrodzie wiele szkód, potrzebował również jeszcze paru innych rzeczy, aby wszystko ponaprawiać. Pogładził lekko dłonią krzewinki niezapominajek. - Niedługo wrócę - obiecał. Z głębi ogrodu przyleciał rudzik, i usiadł mu śmiało na ramieniu. Chwilę poćwierkał, a potem zniknął w kolczastej różanej gęstwinie. Na rynku jak zawsze było głośno i tłoczno. Straganiarze przekrzykiwali się nawzajem nad stertami towarów, w powietrzu pachniało grillowaną kiełbasą, gołębie tłoczyły się przy przepełnionych śmietnikach. Poeta, zaopatrzywszy się w niezbędne narzędzia, zatrzymał się jeszcze na chwilę przy stoisku z lemoniadą, gdyż zachciało mu się pić. - O, to pan?- usłyszał nagle chłopięcy głos, który skądś znał. - Tak - odparł. Przypomniał sobie swoją dawną rozmowę z owym dzieciakiem, który tamtego dnia nie uwierzył w jego najskrytsze marzenia. - I co, znalazł pan tę swoją wspaniałą krainę? - spytał chłopiec, obrzuciwszy go łobuzerskim spojrzeniem. - Tę, gdzie podobno wszystko jest takie cudowne i panuje wieczne szczęście? - Znalazłem - odpowiedział z uśmiechem poeta, myśląc o swoich niezapominajkach.  
    • spadł puch swym ramieniem przytulił rozżalonych rozjarzone brylanty na ziemi tliły się w oczach białe morze wzburzyło się po raz pierwszy od dawien dawna chcąc byśmy przypomnieli sobie, jak to jest płynąć po nim saniami   potajemnie zmówił się nieboskłon z chmurami urwiska stanął się przystankami drogi porwą pojazdy chwalić będziemy się i ogrzewać śmiejąc z gniewu, niekiedy i radości   przytulnie będzie aniołem zostać bo w końcu biel nas zewsząd otacza byle dłoni nie zajechać po całości, czymś musimy postawić posągi z węgli i marchewek   wieczór dziś jest specjalny inny niźli zawsze tańczymy nieświadomie pod jednym płaszczem bawimy się jak niegdyś i tylko to się liczy wszystko to, gdy palą się lampy pomimo tego, że marzniemy   uwieczniona kamera taśma przygotowana na niby nijak wszystko dlatego że dnia dzisiejszego, zwykłego jak inne, spadł puch    
    • @Radosław   a Ty jak Kogut…  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @KOBIETA Bądź  jak Supernova. 
    • @Radosław   wiem Radosław …niestety to takie silne oddziaływanie jest …międzygalaktyczne ;)))) nie wiem jak mogę Tobie pomóc…? ;) 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...