Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Witaj:)))

Co do palenia?

lubie blanyt i joity 

tyton tylko smierdzco uzaleznia.

 

Co do ciszy

tu sa pytania?

czy na glos krzyk?

czy w myslach medytacja?

 

Podobno

najdoskolalsza forma wibracji

spotkania nas z stworca

jest cisza.

 

Zdrowia zycze

i polecam karnawalower faworki:)

 

 

 

 

 

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Owszem, jest niereformowalny i złośliwy - jedno i drugie.

Zdarza mu się palić nie tylko w domku letniskowym, ale i w domu, w którym mieszkamy cały czas. A wystarczyłoby, żeby wychodził na klatkę schodową.

Nie chcę, żeby mnie truł i w końcu otruł. Dlatego wreszcie stwierdziłam, że będzie najlepiej, kiedy zamieszkamy osobno, ale to nie oznacza z mojej strony zerwania, co zaznaczyłam z naciskiem. Wtedy on stwierdził, że go wyrzuciłam, więc całkiem usunie się z mojego życia. Próbuję z nim rozmawiać. Prosiłam i nadal proszę, żeby znalazł jakieś lepsze rozwiązanie tego konfliktu. Ale on milczy. Jest rozgoryczony, że go "wyrzucam". Jednak czasem pali w domu nadal. :(  Może uważa, że ja nie mam prawa wymagać, żeby nie palił w mieszkaniu. Ale kiedy go pytam, dlaczego to robi, też milczy. Najgorsze jest to właśnie, że z nim nie da się rozmawiać. :(((((((((((((((((((((

No cóż, to mój problem z moim Kotem.

Pozdrawiam Cię, Bajago, i dziękuję za zrozumienie. :)

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Znam pewne małżeństwo, gdzie on pali i to dużo, ona nigdy, po 30 latach wspólnego życia ona jest teraz chora, leczy się na choroby typowe dla wtórnego palacza. Rozedma płuc, ciągły kaszel, dokładnie nie wiem, ale każdy lekarz do którego pojedzie pyta czy w domu ktoś pali. Obecnie jest rozgoryczona i ma żal do męża, oddzieliła go od siebie, ale kuchnię mają cały czas wspólną. I po co to wszystko???? Przecież jak ktoś chce palić, to niech pali wychodząc na pole. Bądź stanowcza, zadbaj o siebie, bo nikt inny tego nie zrobi. Ja 25 lat temu mojemu mężowi stanowczo zakazałam palić w domu, nie ustąpiłam, przyzwyczaił się, latem robił to na polu, zima - w kotłowni, 

Oxyvio bądź konsekwentna, nie miej żadnych dylematów.

:))))))))

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Baaardzo Ci dziękuję za wsparcie psychiczne! Jest mi to naprawdę ogromnie potrzebne. Bo prawdę powiedziawszy już się zastanawiałam, czy aby nie przesadzam, czy aby się nie czepiam, czy nie jestem jakąś niewartą miłości harpią. :))) Ale utwierdziłaś mnie w przekonaniu, że muszę się po prostu bronić i nie ja tu jestem agresorem.

Nie chcę stracić Andrzeja, kocham go, naprawdę. Ale też nie chcę, żeby mnie truł. Nie godzę się na to.

Dziękuję Ci raz jeszcze. :)

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Nie jesteś agresorem! Nie żyjemy w średniowieczu, jesteśmy świadomi, co nam szkodzi, a co nie. Przecież może wychodzić na balkon, albo na zewnątrz, palenie na klatce schodowej to nie jest dobry pomysł, jak ograniczy ilość to tylko dla siebie z korzyścią. Jest tyle możliwych rozwiązań, tylko nie widzę tu współpracy, zrozumienia, empatii, dobrych chęci z jednej strony. Ja bym nie ustąpiła. Nie znoszę zadymionych pomieszczeń. A jak się obrazi to wchodzicie już w relacje szantażu emocjonalnego - niebezpieczna sprawa.

Trzymaj się.

 

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Też kiedyś byłam bardzo czepliwa w temacie nałogu, wyczerpywało nas to na maxa, rozchodzenia i schodzenia chyba ze 20razy! Więc dobrze znam te rozterki. Najgorsze jest to, że wg sentencji: ''Wolność człowieka kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność drugiego człowieka''. 

100procent racji:/ No i w tym ambaras, gdy dwoje nie chce naraz. Ciężko powiedzieć, czy się czepiasz - kierujesz się zdrowiem i rozsądkiem, Kot wygodą i swobodą, i rozumiem oboje, bo nikt nie lubi, gdy się go ogranicza, osacza czy olewa rzeczy dla niego ważne, tym bardziej, że logika i racja jest po Twojej stronie. Co jeszcze bardziej nakręca spór. U nas wyszło samo, w końcu, ja odpuściłam, znaczy mój mózg, u niego ciutkę zelżało i jakoś balansujemy. Także wiem, że nadzieja, że ktoś się zmieni, jest złudna i tylko sprawia ból i rozgoryczenie. A jakikolwiek kompromis jest w sumie i tak ugięciem się. Szkoda siebie tracić z takiego powodu, ale wiem, ile trzeba przepracować, gdy trwa walka rozumu z nałogiem... 

(Może kuchnio-palarnia, przy otwartym okienku?)

No bo... kto nam tu będzie pisał takie ładne wiersze o spełnionej miłości, hę? :) A już wiersz o kocie w pustym mieszkaniu napisano, także nie ma co:) 

Powodzenia!!!

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Tak, ja sobie z tego zdaję sprawę, MaksMaro. Wiem, że Andrzej próbuje mnie szantażować emocjonalnie - nie pierwszy raz. I niestety dlatego myśli, że moja propozycja zamieszkania osobno (skoro nie chce przestać palić w domu) to też próba szantażu emocjonalnego. A ja jestem bardzo daleka od takich metod. Ja po prostu ratuję swoje życie. Ale on nie chce tego zrozumieć.

No cóż... Nie ustąpię, bo nie mogę. Bo ja też nie znoszę zadymionych pomieszczeń, duszę się w nich. Są przede wszystkim wiem, jakie są skutki biernego palenia i przebywania w kurzu papierosowym - i boję się bardzo przedwczesnej śmierci. To są motywy mojego działania, a nie próba szantażu emocjonalnego.

Dziękuję Ci bardzo za zrozumienie i wsparcie. :)

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Luule, dziękuję Ci bardzo serdecznie za Twoją troskę o nas i za dowód sympatii, i za zrozumienie moich argumentów. :)

Nie chciałabym stracić Andrzeja, ale nie chcę tez przez niego stracić za wcześnie życia. A to jest sprawa naprawdę poważna i realna, skoro on pali czasem w mieszkaniu.

Niestety kuchnię mamy ślepą, bez okna, i w dodatku maleńką. Ale można palić na klatce schodowej, bo jak dotąd nikt nie ma o to pretensji. Tylko że Andrzejowi nie zawsze się chce podnieść 4 litery i wyjść za te jedne drzwi na schody... I nie przyjmuje do wiadomości, że naprawdę chodzi tu moje zdrowie i życie. Uważa chyba, że ja mam jakieś fanaberie i że próbuję go sobie podporządkować, że to próba sił. :(((((

Ja go nie zmuszam do rzucenia palenia. Tylko nie zgadzam się, żeby palił w mieszkaniu, także pod moją nieobecność. Tylko tyle.

Pozdrawiam Cię serdecznie, Luule. :)

Opublikowano (edytowane)

pralem nad rzeczka brudne ubrania

bo sie spalila praleczka frania

wracam do siebie patrze nie wierze

opis mych gaci w kazdej gazecie

 

gdzie mialem plame jaka jest wielka

wiec juz nie piore na pralke czekam

w zaciszu domu brudy wyrzymam

i juz w gazetach nic o mnie nie ma ;)

 

Ps. Masz bardzo wyrozumialego Kota

 

 

Edytowane przez Marcin Krzysica (wyświetl historię edycji)
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Gdybym miała wyrozumiałego Kota, to bym nie musiała w rozpaczy szukać rozmów i wsparcia u Przyjaciół z internetu. :)

Marcinie, to nie jest "pranie brudów", tylko próba nawiązania kontaktu z moim Kotem, wytłumaczenia Mu, o co mi chodzi i co mnie boli, pokazania, że moje poglądy i zachowania wcale nie są wydumane z palca ani agresywne, i że są Ludzie, którzy zgadzają się ze mną, rozumieją mnie.

I bardzo jestem Im wdzięczna za pomoc, bo może dzięki Nim uda mi się nie stracić Kota i dojść z Nim do porozumienia, może zacznie ze mną rozmawiać? Mam nadzieję.

A jeśli chodzi o wynurzenia osobiste w wierszach, to przecież wiele osób to robi, bo wiersz jest również rodzajem autoterapii.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

coz przepraszam wszedl moj sycylisjki charakter :) jakos tak zostalem wychowany ze co tyczy rodziny w rodzinnym gronie powinno byc rozwiazane po to sie ma ciotki braci corki itd by za ich pomoca cos tam wskorac moze to hipokryzja czy cus ale jak juz wyzej wspomnialem takie wychowanie moje... Dlatego napisalem ze masz wyrozumialego kota bo gdybym ja zobaczyl cos co sie tyczy moich problemow i mej zony pewnie mialo by to odwrotny skutek do tego co napisalas. 

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Każdy reaguje inaczej. Ja szukałam poparcia, żeby przekonać Kota, że moje działanie nie jest skierowane przeciwko niemu, a po prostu boję się o swoje zdrowie i życie. I dla innych rzeczywiście jest to zrozumiałe, jak widzę.

Wiesz, gdyby Kot chciał ze mną rozmawiać, to bym nie musiała szukać potwierdzenia u innych osób.

Ale rozumiem Twoją filozofię.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

I tu Marcinie się z Tobą nie zgodzę, już pisałam, że nie żyjemy w średniowieczu, a wyrażenie pranie brudów we własnym domu  przeszło już dawno do lamusa, a wymyślili je ci, którzy te brudy we własnych domach robią, bo tak im wygodnie.  Trzeba poruszyć jeszcze kwestie jakich brudów? Bo są brudy i  brudziska. Wiadomo, że niktórych sytuacji, nieporozumień nie będziemy wywlekać na światło dzienne, bo sami sobie z nimi radzimy. Natomiast jeżeli to, co się dzieje w czterech ścianach niszczy rodzinę lub zdrowie fizyczne, psychiczne, emocjonalne, zaburza poczucie bezpieczeństwa jej członków i nie możemy sami przeciwdziałać, to nie kryjemy, nie udajemy, że się nic nie dzieje, tylko szukamy pomocy, wsparcia, drogi rozwiązania. Odnoszę się tutaj ogólnie do problemów, które właśnie przez lata ukrywane doprowadzają do tragedii np. nadużywanie alkoholu, znęcanie się fizyczne, psychiczne, molestowania seksualne, narkotyzowanie, ....... .

Opublikowano (edytowane)

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Tak w dobie wrzucania na facebooka/twitera itd:

* to co wlasnie konsumujemy

* ile kilometrow przebieglismy 

*jaka kupe zrobil syn/corka

* zdjecia ze slubow pogrzebow fotek w toalecie

Fakt jestem/ zyje w sredniowieczu albo nawet rzec moglbym wychodzi ze mnie troglodyta... Pisalem wyzej ze jesli dzieje sie cos zlego w domu to po to jest rodzina, dalsza blizsza potem moze byc psychoterapeuta itp. ale internet to taka zlosliwa rzec ze jesli raz cos pojdzie w eter to ciezko to zatrzymac dlatego nie jestem fanem uzewnetrzniania co tez dzieje sie w moim domu na forum gdyz nie czyta o tym wybrana grupa osob lecz wszyscy na okolo czy nam sie to podoba czy nie. 

Nie jestem fanem internetowego ekshibicjonizmu. Ale to tylko ja i przepraszam za moje chlopskie maniery. Wiem ze czasem gdy drapie sie po glowie to sloma leci ale staram sie dopasowac do standardow swiatowych nie zawsze mi to wychodzi i nie zawsze z niektorymi mi po drodze. ot zakuty leb

 

Edytowane przez Marcin Krzysica (wyświetl historię edycji)
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Nie masz za co przepraszać, a raczej ja, bo może za mocno i wprost napisałam, nigdy nie korzystałam z Facebooka /Twittera, a telefon komórkowy posiadam cztery lata, taka jestem nowoczesna, ale to nie znaczy że nie uświadomiona. No i zapewne do końca nie zrozumieliśmy się. Zamykam temat, bo widzę zgrzyty, a do niczego nie są nikomu potrzebne.

:)

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Jakie zgrzyty ? ja wyrazam swoja opinie ty swoja na tym powinna polegac dyskusja pomiedzy doroslymi ludzmi nie fochuje sie itp zawsze pisze w dosc luznym zabawnym (przynajmniej tak mi sie wydawalo) tonie. Mimo wszystko daje sie nagiac do czyis przekonan i takze je respektuje nie pisze nigdy MUSISZ postepowac tak jak ja bo inaczej piorun w ciebie walnie ;)

Uczymy sie poprzez wymiane doswiadczen i przez zderzanie sie z innym swiatopogladem niz nasz i tolerowaniem innych takimi jakimi co nie znaczy ze musi nam sie dany swiatopoglad podobac ;)

Opublikowano (edytowane)

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

 

Nie tylko Ty.

Ja też nie jestem fanką ekshibicjonizmu,

utwory literackie z tego zarzutu jednak wyłączam.

Dobrze wiem, że ludzie potrafią się pochwalić/pożalić w internecie wszystkim,

od narodzin dziecka począwszy, przez (z przeproszeniem) obsrane gacie, na pobycie w więzieniu skończywszy.

 

Ale wyobrażam sobie, mimo że nie jestem empatyczna,

jakie to uciążliwe musi być dla Oxyvii, skoro rozpoczęła taką dyskusję na ten temat.

I co tu dużo mówić, ma rację.

 

Bo ja też nie mogę pojąć,

dlaczego niektórzy uzurpują sobie prawo do przekształcania wiaty na przystanku w komorę gazową,

obojętnie słońce czy deszcz, nie odejdą nawet tych 10 m, jak mnie to w...!

Także nie mam i nie będę miała nigdy do nikogo pretensji o to,

że nie chce wdychać czyichś toksycznych wyziewów.

 

Pozdrawiam :)

 

Edytowane przez Deonix_ (wyświetl historię edycji)
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

W takim razie spoko. Marcinie, chciałam Ci tylko uzasadnić ( abstrachując od Oxyvi i Kota), ze pranie brudów we własnym domu, bądź zamiatanie pod dywan, jest dobre tylko dla tych, którzy potrafią własne problemy rozwiązywać i do tego jest potrzebna współpraca wszystkich domowników.  A jak się nierozwiązany problem wepchnie pod dywan, to ktoś się na tym przewróci, wcześniej czy później. 

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się



  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Dokąd zmierzasz świecie…? Jak karawana na pustyni, po niknących śladach szukasz próżno oazy.   Dokąd zmierzasz, świecie…? Gdy falujące morza i oceany kłaniają się wyspom naprzeciw, ty wciąż nie dostrzegasz celu.   Człowiek pręży się i maskuje, łamie rozum, by pojąć boże zamysły, stawiając siebie na piedestale.   Dokąd zmierzasz, świecie…? Wieża Babel dawno upadła, jakże jesteś nierozumny, jak Ikar, zbyt blisko słońca.
    • @Migrena

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • Idiotka     Ewa J., obecnie wyższa urzędniczka w ministerstwie kultury, swojego przyszłego męża poznała na plaży w Międzyzdrojach, gdzie na wypoczynek skierowała tę dwudziestoczteroletnią panienkę jej macierzysta firma. Wpadł jej w oko już pierwszego dnia. Elegancki, chociaż tylko w slipach, spacerował po plaży i czasami tylko udawał się na płytkie wycieczki w morze. Ewa J. umieściła swój kocyk w kratę właśnie obok „majdanu” przystojniaka w slipach. Reszta urlopu młodej pracownicy ministerstwa upłynęła na towarzyszeniu poznanemu na plaży chłopcu – chociaż może akurat było odwrotnie. Przedstawił się jako Jasiek C. Dowiedziała się jeszcze od niego, że skończył prawo i jest pracownikiem Ministerstwa Obrony, a jakże. Po samochodowym powrocie z urlopu (Jan C. był zmotoryzowany) romans trwał w najlepsze i po roku zakończył się bardzo kameralnym weselem. Młoda mężatka przeprowadziła się do eleganckiego, chociaż architektonicznie siermiężnego, tak zwanego dolarowca, do mieszkania męża. Dwa lata później Ewa C. urodziła chłopca, któremu dano na imię Piotr. Po wykorzystaniu urlopu macierzyńskiego młoda mama wróciła do pracy, a małemu Piotrowi wynajęto bardzo drogą, bo dobrze wykształconą opiekunkę. Lata płynęły. Państwo C. spędzali razem urlopy, powodziło im się doskonale, byli kochającym i czułym małżeństwem. Mieli własny jacht na Mazurach oraz domek myśliwski zagubiony gdzieś w bieszczadzkich lasach. Czasami przyjmowali gości, ale byli to zawsze znajomi pani Ewy. — Mąż, ze względu na tajny charakter swojej pracy, nie ma przyjaciół — mawiała do swoich przyjaciółek pani Ewa. — A co to za praca? — dopytywały zaciekawione. — Sama nie wiem, ale to jakaś osobliwa wojskowa tajemnica — odpowiadała. 23 lata po ślubie Ewa C. zjawiła się nieproszona na policji i zażądała rozmowy z oficerem, bo to, co ma do przekazania, jest rewelacyjnie ważne i niezwykle tajne. Policja chętnie nadstawia ucha, bo bardzo sobie ceni donosy, a szczególnie takie, w których żona donosi na własnego męża. Ewa C. zeznała, że odkąd poznała Jana C., on zawsze pracował w ministerstwie obrony. Miał legitymację służbową przedłużaną w grudniu na następny rok. Ale w 23. roku wspólnego życia pani Ewa C., urzędniczka w ministerstwie, udawała się do swojego chorego szefa, dyrektora departamentu, w celu zasięgnięcia jego opinii w sprawie służbowej. Było to przed południem, przed ekskluzywnym budynkiem mieszkalnym, ostatnio oddanym do użytku w Warszawie. Zobaczyła mianowicie swojego męża w garniturze i z czarną teczką w dłoni (tak właśnie o tej porze roku wychodził do pracy), jak sprężystym krokiem przemierza przeszklony korytarz na pierwszym piętrze, zatrzymuje się, otwiera jakieś drzwi i wchodzi do czyjegoś, jak sądziła, mieszkania. Przyjrzała się dobrze tym drzwiom. Były identyczne jak siedem pozostałych. Pospiesznie załatwiła swoje sprawy z pryncypałem, ale do pracy już nie wróciła. Zaintrygowana i pobudzona siedziała w samochodzie, obserwując znajome drzwi z numerem, za którymi zniknął mąż. Kilka minut po szesnastej elegancki pan, czyli właśnie Jan C., wyszedł z mieszkania, przemierzył korytarz, zjechał windą na parking, wsiadł do swojego samochodu i odjechał, a czatująca żona podążała za nim. Pan Jan podjechał pod dom państwa C. i niespiesznie się do niego udał. Chwilę po nim do domu weszła małżonka. Nie dała po sobie poznać, że oto poznała jakąś męża tajemnicę. Standardowe pytania: jak w pracy, wszystko dobrze, obiad, syn na randkę z dziewczyną lub chłopakiem, lektura gazet, kolacja, telewizor, łóżko. Rano Jan C., jak co dzień, wychodzi pierwszy, ale tuż za nim wybiega Ewa C. Podróż małżonka kończy się pod domem z wczorajszych obserwacji Ewy C. Pan Jan opuszcza samochód, idzie chwilę korytarzem i znika za drzwiami mieszkania, czy diabli wiedzą czego, oznaczonego numerem sześć. Żona idzie za nim, podchodzi pod drzwi, nasłuchuje, ale nie dobiegają do niej żadne dźwięki. Jest cicho. Wsiada do swojego samochodu, jedzie do pracy, bo dzisiaj akurat musi, ale wychodzi wcześniej, jedzie na Mazurską (tak ją tutaj nazwijmy). Tuż po szesnastej wychodzi mąż, wsiada do samochodu i jedzie do domu. Ale zaraz po obiedzie żona pyta męża, czy u niego w pracy wszystko w porządku. — Oczywiście, jest spokojnie — odpowiada. Jest klasycznie spokojnie i dodaje jakąś ciekawostkę o generale, którego żona zna tylko z telewizora. I jest następny dzień. Rano małżonkowie, oboje, ale oddzielnie, jadą na Mazurską, ale tym razem Ewa C. dzwoni do ministerstwa, że dzisiaj do pracy nie przyjdzie, bo – delikatnie mówiąc – niedomaga. Siedzi osiem godzin przed pracą, a raczej przed sama nie wie czym swojego męża, aż wreszcie kilka minut po szesnastej pracownik ministerialny opuszcza, powiedzmy, że pracę i jedzie do domu. Małżonka jedzie za nim. W poniedziałek Ewa ze swoją koleżanką z pracy podjeżdża na Mazurską. Poinstruowana kobieta idzie do mieszkania nr 6 i dzwoni. Otwiera jej mąż Ewy C. (ona go zna, on jej nie) w samej koszuli, krótkich spodenkach i na bosaka. Koleżanka żony pyta, czy zastała Stefana. Jan C. bardzo grzecznie, z uśmiechem na twarzy i na luzie odpowiada, że tutaj nie ma nie tylko Stefana, ale nawet żadnego innego mężczyzny. Ewa C. analizuje swoje życie, a raczej życie swojego męża, Jaśka. Chodzi codziennie przez 23 lata do tej samej pracy, zawsze ubrany elegancko, wręcz wytwornie, jak na człowieka z dużą klasą i na stanowisku przystało. O jego pracy nigdy szeroko nie rozmawiają, bo to są tajemnice i lepiej dla niej, aby nic nie wiedziała. Nie ma przyjaciół ani kolegów. Małżonkom nie zbywa na niczym. Mąż jest czuły i troskliwy, a więc jest świetnym partnerem i ojcem. Każdego miesiąca oddaje do domowego budżetu swoje zarobki w bardzo przyzwoitej wysokości. Ale w rzeczywistości do pracy nie chodzi, bo z tego, co ona się orientuje, to jeszcze u nas tak nie ma, żeby ministerstwo zlecało swoim pracownikom chałupnictwo. A więc tak, myśli Ewa C.: albo w grę wchodzi jakiś niezrozumiały romans z kobietą, albo mąż jest uwikłany w bardzo nieczyste interesy. Pewnego popołudnia, kiedy mąż jest w domu, jedzie na Mazurską i dzwoni do drzwi z numerem 6. Cisza, chociaż dzisiaj modnie byłoby napisać, że słyszy ciszę. Nie ma spisu lokatorów. Jeździ tak kilka razy, ale nigdy jej nikt nie otwiera. Wtedy jedzie na policję, która skrupulatnie spisuje jej zeznania, na koniec prosząc o dyskrecję. Oni się do niej odezwą. Policjanci szybko orientują się, że jeżeli w grę wchodzi pracownik Ministerstwa Obrony, o którym oni sami w swoich aktach mają pustkę, to sprawę należy przekazać do kontrwywiadu wojskiem. Agenci kontrwywiadu, wietrząc szpiegostwo na dużą skalę, zakładają na Jana C. całkowitą inwigilację. W nocy wchodzą do mieszkania na Mazurskiej i skrupulatnie je przeszukują. Jest to 90-metrowy apartament, bardzo bogaty i wykwintnie wyposażony w najlepsze włoskie meble skórzane, super sprzęt audio, kino domowe, obrazy, puszyste dywany... Jednym słowem, mieszkanie jest urządzone z niebywałym przepychem, aczkolwiek z zachowaniem niebanalnej elegancji. Na półkach stoją tysiące dysków z filmami i muzyką jazzową. Na powierzchni około 20 m² rozłożona jest instalacja kolejki elektrycznej. Nie są to jednak tanie zabawki z dawnego NRD czy chińska tandeta. Te kolejkowe zabawki wytwarzane są na zamówienie w Japonii przez firmę produkującą je dla bardzo zamożnej klienteli. Tory są szersze niż w normalnych zabawkach, lokomotywy i wagoniki wykonane z dbałością o każdy szczegół, jest komputerowe zarządzanie ruchem, a całość ma wartość luksusowego samochodu osobowego. W rogu stoi najnowsze dziecko firmy Lockheed Martin, przeznaczone dla dużych i bardzo bogatych chłopców. Jest to wart kilkadziesiąt tysięcy dolarów symulator lotniczy do walk w powietrzu, bombardowań, atakowania czołgów i tak dalej. W klaserach na półkach są zbiory monet. Jak szybko orientują się agenci, są to monety najdroższe na świecie. A więc, pomyśleli agenci przeszukujący mieszkanie, człowiek tu mieszkający pławi się w luksusie, na jaki stać tylko ludzi najbogatszych. W mieszkaniu z numerem 6 instalowane są podsłuchy głosowe i wizyjne. Jan C. zostaje zaś poddany totalnej inwigilacji. Prześwietlone zostaje życie obserwowanego od jego narodzin. Obserwuje się również jedyną bliską mu osobę, czyli jego matkę, Kazimierę C. Jest ona byłą urzędniczką do spraw bezpieczeństwa i higieny pracy w centrali PKP, aktualnie – ale od 21 lat – na rencie po stracie nogi w wypadku kolejowym. Kobieta ta pobiera 1920 zł renty, jest domatorką, nigdy i nigdzie nie wyjeżdża. Agenci szybko ustalili, że Kazimiera C. jest właścicielką wartego 950 tysięcy zł mieszkania na Mazurskiej oraz luksusowego, sportowego mercedesa GLE Coupe wartego pół miliona złotych, jakiego używa jej syn Jan. W mieszkaniu Kazimiery C. zjawia się agentka podająca się za pracownika Urzędu Skarbowego, pytając, skąd posiadała ona pieniądze na zakup mieszkania i samochodu. Kobieta nie jest speszona ani zdenerwowana pytaniami. Odpowiada, że o wszystko należy pytać jej syna, czyli Jana C. Groźby i perswazje nie rozwiązują jej języka. Trzymiesięczna totalna inwigilacja, podsłuchy i nagrania nie odpowiadają na żadne istotne pytania służby wojskowej. Wiadomo jedynie, że Jan C. nie tylko aktualnie nie pracuje, ale w ogóle nigdy i nigdzie nie pracował. Kontrwywiad ustala też, że obserwowany prowadzi niezwykle ustabilizowane życie. Każdego dnia jedzie do „pracy”, czyli na Mazurską, bawi się tam jak chłopiec, ogląda filmy, słucha jazzu, czasem się zdrzemnie i wraca po „pracy” – czyli po wszystkim, co w swoim, a właściwie swojej mamy mieszkaniu robił – do domu. Sprawia wrażenie człowieka bardzo pewnego siebie, ale ciepłego i miłego. Nie ma znajomych, z nikim się nie kontaktuje, nikt go nie odwiedza. Kontrwywiad zwraca sprawę policji, a ta decyduje się na zatrzymanie Jana C. Na pierwszym przesłuchaniu zatrzymany opowiada policji bajkę o tym, że kilkadziesiąt lat temu, kiedy zażywał życia w lenistwie, bo właśnie rzucił liceum po drugiej klasie szkolnych trudów, spotkał na ulicy szczupłego mężczyznę, który powiedział mu mianowicie, że jest jego ojcem. Powiedział też synowi, że porzucił matkę i jego, kiedy syn miał 5 lat. Dzisiaj przychodzi tu, aby nadrobić krzywdę, jaką mu wyrządził swoim odejściem. Powiedział też, że nie zapomniał o chłopcu i z bagażnika poloneza wyjął niewielką skórzaną torbę, wręczając ją synowi. — Masz tutaj ogromny majątek — powiedział — bądź tylko mądry, a wystarczy ci na całe życie. Chociaż Jasiek C. nie rozpoznał w nieznajomym ojca, to jednak po wypytaniu mamy, jak wyglądał tata, zorientował się, że to był właśnie on. W skórzanej teczce znajdowało się kilkadziesiąt papierowych pakunków, w każdym z nich było po kilka szlifowanych kamieni. Były to brylanty. Jan C. kupił odpowiednią literaturę, odwiedzał sklepy jubilerskie i powoli docierało do niego, że naprawdę został właśnie bogaczem. Pewnego dnia z dwoma niedużymi kamyczkami udał się do złotnika. Ten obejrzał towar i powiedział, że to dla niego zbyt poważny interes i nie jest zainteresowany zakupem, ale może skontaktować sprzedającego z odpowiednią osobą. Osoba ta zjawiła się na umówione spotkanie. Był to mężczyzna mówiący po angielsku, ale znał też wiele słów polskich. Obejrzał i zważył małą wagą jubilerską kamienie i powiedział, że może za obydwa zapłacić jakąś astronomiczną dla Jana C. kwotę. Transakcja doszła do skutku. Wtedy Jan C. powiedział Anglikowi, że niebawem będzie miał do sprzedania znowu dwa kamienie. Kupujący pozostawił swoją wizytówkę i powiedział, że czeka na telefon. Przez 25 lat Jan C. dzwonił do Anglika kilkanaście razy. Nauczył się mówić po angielsku. Przyzwyczajeni jednak do trochę bardziej realistycznych bajek policjanci zaproponowali w rewanżu za opowieść Janowi C. areszt. Prokurator wystąpił o jego zastosowanie do sądu, ale ten nie znalazł ku temu podstaw prawnych. Jana C. zwolniono. W kilka dni później został jednak ponownie zatrzymany pod zarzutem podrabiania dokumentów, a mianowicie legitymacji służbowej Ministerstwa Obrony. Zatrzymany przyznał się do zarzucanych czynów i zeznał, że wykonał ją sam, korzystając z drukarki i maszyny do foliowania. Co roku wypełniał też odpowiednie rubryki, co miało świadczyć o ważności legitymacji w kolejnym roku, własnoręcznie wykonaną pieczątką. Należy jednak stwierdzić, co przyznał również prokurator, że wygląd zrobionej przez zatrzymanego legitymacji bardzo daleko odbiegał od oryginału, a nawet był do niego zupełnie niepodobny. Zatrzymany przyznał się do zarzucanego czynu i chociaż prokurator sporządził wniosek do sądu o zastosowanie wobec podejrzanego aresztu, to jednak sąd nie znalazł ku temu odpowiedniego powodu. Jeszcze raz policjanci próbowali nakłonić Jana C. do uwiarygodnienia swojej opowieści przez okazanie pozostałych brylantów. — Będzie panu lżej, panie Janie — przekonywali. — Nie bądźcie panowie śmieszni — odpowiedział grzecznie zatrzymany i udał się do domu. W jakiś czas później Jan C. otrzymał wezwanie do prokuratury i udał się tam ze swoim świetnym adwokatem. Prokurator przedstawił podejrzanemu akta sprawy przed skierowaniem do sądu. Z akt Jan C. dowiedział się, że za całą sprawą stała jego żona Ewa, składając na własnego męża donos na policję. Wkrótce odbyła się sprawa sądowa, a sąd, z powodu małej szkodliwości społecznej czynu, sprawę umorzył. Jan C. przeprowadził rozmowę z żoną. — Słuchaj, wiem, że to ty na mnie doniosłaś. Zachowałaś się jak ostatnia zdzira, ale ci wybaczam, bo cię kocham — powiedział, a w odpowiedzi usłyszał to, czego ona dowiedziała się od policji. — Jak ja mogłam tyle lat żyć z prostakiem bez zwykłej matury?! Jesteś dla mnie oszustem! Jak mogłam wyjść za człowieka z gminu?! — krzyczała nie tylko mężowi w twarz, ale w kilka dni później również prosto w oczy swoim bardzo licznym a ciekawskim przyjaciółkom. Jan C. jak stał, tak wyszedł ze swojego mieszkania. Nigdy już do niego nie wrócił. Wkrótce z wniosku pani Ewy odbyła się sprawa rozwodowa i już na pierwszej rozprawie sąd zarządził rozwód. Ewa C. wytoczyła następnie swojemu byłemu mężowi sprawę o podział majątku. „Mieszkanie i samochód jest byłej teściowej, ale my z mężem mamy luksusowy jacht i dom myśliwski w lesie” – napisała w pozwie Ewa C. Łączna wartość majątku małżeństwa została oszacowana na sześć milionów złotych. Na sprawie świetny, ale bardzo drogi adwokat męża przedstawił zaświadczenie, że trzy miesiące temu na jachcie, którym płynął jej mąż, wybuchła butla gazowa i doszczętnie go zniszczyła. Jana C. wyłowiła z wody łódka wędkarska, a zaraz potem przyjęła go na pokład motorówka policji wodnej. — Tutaj jest cała dokumentacja zdarzenia — powiedział i położył na stole sędziowskim plik dokumentów. — Tylko przez zwykłe przeoczenie Jan C. zapomniał o opłaceniu ubezpieczenia wypadkowego — dodał mecenas. — Ale jest jeszcze dom! — darła się w sądzie Ewa C. Adwokat z kamienną twarzą położył przed sędzią notatki z policji i straży pożarnej stwierdzające, że w dniu takim a takim, prawdopodobnie od zwarcia instalacji elektrycznej, wybuchł pożar, po którym wspaniały dom myśliwski zamienił się w stertę gruzu. — On to spalił! — wrzeszczała przed sądem Ewa C., mając widocznie na myśli swojego byłego męża. — Bardzo wątpię — powiedział adwokat i położył na stole sędziowskim dokumenty stwierdzające, że w dniu pożaru Jan C. towarzyszył swojemu mercedesowi w wymianie oleju w autoryzowanym serwisie, setki kilometrów od uroczego domku w lesie. Syn małżonków C., Piotr, kupił sobie na raty – aczkolwiek, jak głosi plotka, za pieniądze tatusia – mieszkanie i zamieszkał tam ze swoją dopiero co poślubioną żoną. Kolorowe gazety doniosły ostatnio, że śliczna młoda aktorka, grająca już nie tylko w serialach, poślubiła przystojnego i bogatego, chociaż już starszego pana. Chodzi właśnie o Jana C. Idiotka Ewa J., dawniej Ewa C., mieszka obecnie w wynajętej, obskurnej kawalerce gdzieś na Ursynowie. Głupota towarzyszy ludzkości od samego jej początku, małostkowość zaś jest tym jej elementem, który potrafi zniszczyć życie nie tylko śmieciarza, doktora habilitowanego czy prostego magistra, ale również ministerialnej urzędniczki. I to byłoby na tyle.              
    • zima nadeszła za wcześnie. rozpalone płatki śniegu, rozkładają się w podłożu.   nie przyjdzie więcej, nareszcie... lata spędzone w szeregu, marsz do zbiorowego grobu.   pamięć twa nałogiem, chodnik twym cmentarzem, cegła twym nagrobkiem.   głoś więc w szczelinach na wpół skremowany, ostatnie kazanie oddechem urwanym. niech wiedzą, że papież nie został wybrany, a ty wiedz, że byłeś, tym razem, ostatnim.  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • Nieco z góry, wszystko wyda się mile i słodkie, w tej naszej imagino manipulacji zwanej kreacją ;) Z rozmachem, niezwykle. Pozdrawiam

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

       
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...