Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Ostatni dzień roku, noc miasto już mami

wigilia za chwilę a w blasku latarni

skulone zmarznięte obce w innym kraju

 małe dziecko w burce zapałki sprzedaje


ręce jej grabieją, nóg wcale nie czuje

większość kupujących, najczęściej oplują

inna biedna ciemna to źle się kojarzy

niech wraca do siebie to nie kraj jej marzeń


czy to tylko bajka, czy też rzeczywistość
zapałki odchodzą, ogień inny przyszedł

ale strach przed obcym dalej pozostaje

czy chcemy im pomóc, chyba jednak wcale

 

kolor skóry, nacja, stany majątkowe,
taki system ocen ciągle mamy w głowie.
gdy sumienie krzyknie to robimy gesty
proszę trzy zapałki nie stać mnie na więcej

 

lecz te z zapałkami to już inne dzieci

nie gorszego Boga to nie dzieci śmieci

chcą mieć lepsze jutro walczą o swój świat

jak się nie zmienimy spalą go i nas
 

Opublikowano

Witaj Andrzeju -  byłem czytałem - ale że względów politycznych 

nie skomentuje - wybacz  -  wiem że możesz zarzucić mi stronniczość

 że nie zauważam problemu -  trudno nie dla mnie  takie pisanie.

                                                                                                                                              pozd.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

 

Dzięki za obecność.

                                                                                                            pozdrawiam

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

 

 Dziękuję za komentarz.

Niestety interpunkcja mi do końca nie leży, ale spróbuję nad tym popracować.

 

                                                                                                                                                      pozdrawiam

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Mam nadzieję, że tylko kraczesz, Andrzeju. Natomiast w moim odczuciu tylko prześlizgujesz się po problemie obcość, bo być może masz już gotową odpowiedź.
Mentalnie, nigdy nie wznieśliśmy się ponad ograniczenia wspólnoty plemiennej. I zawsze to co obce, niezrozumiałe budziło w ludziach lęk. Zabić to, albo przynajmniej pogonić.
Piszesz, ze jeśli się nie zmienimy...

Dlaczego mamy się zmieniać?

Może jeszcze kupić dywanik i walić czołem w podłogę pięć razy dziennie?

W Berlinie, kobiety już nie chodzą samotnie po godz. 18.00. Już się zmieniliśmy.

 

Udany wiersz warsztatowo, ale przesłania nie kupuję.

Pozdrawiam

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

 

 Sam jestem potomkiem uchodźców.

Przodek rodu po wiośnie ludów uciekł z Poznania do Petersburga ,Pradziadek urzędnik carski po rewolucji uciekł do Wilna, ojciec musiał uciekać do nowej Polski, ja na razie nie muszę nigdzie uciekać. Dziadek w czasie wojny w piwnicy ukrywał na początku Żydów , potem Rosjan , potem Niemców i w nagrodę dostał kilkuletnie wczasy na Kołymie. Mój kuzyn zginął w Afganistanie (w czasie sowieckiej interwencji) , zabiło go dziecko .  To tak w skrócie.

Rodzina zawsze była tolerancyjna , ale dzisiejsza poprawność polityczna to jakaś paranoja. Chciałem to przekazać, ale chyba mi nie wyszło.

 

                                                                                                                                                                pozdrawiam

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

 

     Dzięki.

Na starość robię się za bardzo wrażliwy. 

Dzieciom trzeba pomóc i ewentualnie matkom.

Ale ojcom

 

to chyba sprawiedliwe.

 

                                                                           pozdrawiam

Opublikowano (edytowane)

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Mówiąc szczerze, to co napisałeś powyżej jest znacznie ciekawsze od tego co w wierszu. Moim zdaniem dlatego, że to prawda. Zwróć uwagę, że to co spotkało Twoich przodków znacznie różni się od wędrówki ludów, z którą mamy obecnie do czynienia. Moim zdanieniem jest ona elementem polityki, niekoniecznie nam, Europejczykom, życzliwej. Zastanawiam się komu tak naprawdę zależy na rozbiciu Unii, która bez problemu tzw. uchodźców sama w sobie już ledwo dyszy. Jest jeszcze jedna rzecz, która wprawia mnie w zdumienie. To jest stosunek lewicy, która programowo stoi w opozycji do chrześcijaństwa (a chyba w szczególniści do katolicyzmu), a najwyraźniej próbuje zafundować nam islamizację Europy. Co jest oczywiste jak 1+1=... No właśnie. U nas, obecnie, to jest najczęściej 3, a u naszych muzułmańskich braci wynik waha się od kilku, do kilkunastu oczek w górę. No cóż, udało im się zachować tradycję, a przede wszystkim ich tradycyjny rodzaj rodziny - wygrywają. A co dzieje się obecnie? Zostają masowo przenoszeni, wraz ze swoim przywiązaniem do ich wiary i tradycji, do krajów demokratycznych. Chyba nie muszę nikomu tłumaczyć jak działa demokracja. Jest oczywiste, że w niedługim czasie zdominują europejskie parlamenty i, w demokratyczny sposób, przekształcą nasz świat w jedno islamskie państwo (podobny mechanizm zadziałał w serbskim Kosowie), bo to nie są biedne głupie brudasy, jak się niektórym wydaje (a już na pewno, i to z bardzo wielu powodów, nie pasują mi tu dziewczynki w burkach, sprzedające zapałki), tylko często ludzie o dużym potencjale i ze sporym parciem na władzę. Jeśli, ktoś nie wierzy, proszę sprawdzić, kto jest obecnie burmistrzem Londynu, jeśli to jeszcze nie dotarło. Mało? Ok, zachód Europy, w katedrach biura i sklepy, w najlepszym wypadku muzea. W tych nielicznych, które funkcjonują jeszcze jako świątynie, świecą tzw. pustki, A meczety? Nawet w małych mieścinach, w piątkowe popołudnie pękają w szwach. Na lotniskach, w zakładach pracy, pokoje modlitw. Nie, nie dla katolików klęczących tam godzinami z różańcem w ręku. Dla naszych braci w wierze (tak na marginesie, ciekawe co by się stało, gdyby jednak ktoś tam wszedł z różańcem w ręku, hmm?)  Mało? W niektórych krajach dochodziło już do usuwania z miejsc publicznych narodowych flag... bo widnieje na nich krzyż. O problemie ataków na kobiety, na tle seksualnym, wspomniał już szarobury (i też nie dokonują tego małe, biedne dziewczynki w burkach). I niech mi ktoś powie, że nie jest to jakaś diabelska polityka mająca na celu zniszczenie Europy jaką znamy. Nie uwierzę.

Później może jeszcze wrócę do tego wiersza i napiszę Ci coś o nim samym. Tzn. jak ja go widzę.

Pozdrawiam

I do poczytania :)

Edytowane przez Sylwester_Lasota
korekta i rozwinięci (wyświetl historię edycji)
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Witaj Andrzeju. Ostatnia zwrotka - zagładę świata przewiduje?  Fakt, że świat kończy się dla każdego pokolenia, po nim następują następne i następne, i tak będzie nadal. Moim zdaniem w wierszu poruszasz b. istotną kwestię - tolerancji, a raczej jej braku, ale również trzeba pamiętać, że tolerancja ma swoje granice. Historia pokazuje, że często ludnośc napływowa "wypycha" autochtonów z ich terenów. Czasami wchłania ich. Towarzyszy temu często przemoc, choć i były ludy tolerancyjne, np. Egipcjanie - nie wyginęli, ale zostali zhellenizowani. 

I odniesie do "Dziewczynki z zapałkami", nie wiem czy dobrze myślę, ale bieda jest drapieżna i zabiera innym dobytek. Takie postępowanie w stylu Robin Hooda. "Bogacze mieli być biedni a biedni bogaci. A co to potem. Jest taka fraszka "Poznaj samego siebie, ale co później? Jesteśmy drapieżnikami, umiemy tylko, albo aż walczyć. Był taki faraon Ramzes II - żył 96 lat, czyli wiecznośc w oczach jego poddanych. Zrobiła wszystko, co mógł. Miał ponad 150. dzieci, podbił wiele krain i okazało się, że juz nic nie ma nic do roboty. Egipt popadał w marazm. Brak rozwoju.

Geny muszą się mieszać, aby ludzkośc przetrwała. Pozdrawiam. J. 

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Nie wiem z jakiego kalendarza Ty korzystasz ale w moim Wigilia jest tydzień przed Sylwestrem  ;)

 

Trudno się z tym nie zgodzić, tylko że oni nie walczą, w każdym razie nie wszyscy i nie u siebie. Niewielu  próbuje walczyć o swój lepszy świat w swoim domu. Większość z nich najeżdża po raz kolejny Europę dla łatwego łupu, nic się nie zmieniło w ich sposobie myślenia. A ci, których Europa przyjmie pod dach pokażą za jakiś czas po co tak na prawdę tu są.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Dokładnie. Jeśli miała to być wigilia Bożego Narodzenia, to jest dokładnie tydzień przed ostatnim dniem roku. Ale mniejsza o to. Biorąc pod uwagę, że dzieci płci żeńskiej często traktowane są w kulturze muzułmańskiej gorzej od przysłowiowych psów, to jest wysoce małoprawdopodobne żeby ich środowisko pozwoliło im samodzielnie zarobkować na ulicy i to jeszcze wieczorem. Proszę nie mylić muzułmanów z cyganami. Bo ten obrazek być może do nich bardziej pasuje, chociaż to też tylko taki stereotyp. Oczywiste jest tutaj nawiązanie do bajki Andersena, ale, niestety, tutaj zupełnie nie trafione. Nie ta kultura, nie ten świat. Los tych dzieci jest rzeczywiście często godny pożałowania, ale nie z tych powodów, o których mowa w omawianym wierszu.

Pozdrawiam

Opublikowano (edytowane)

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Wiem o czym mowa w bajce Andersena i wiem o czym pisze Andrzej. Nie chodziło mi o ustalanie faktów, kto, co może i jak są traktowane dzieci płci żeńskiej i kobiety w kulturze muzułmańskiej.Wiem, że Andrzej źle trafił "argumentując" wierszem tezę zawartą w puencie, którą zacytowałam:

"chcą mieć lepsze jutro walczą o swój świat

jak się nie zmienimy spalą go i nas"

Zauważ jednak,  że ja się odniosłam tylko do tego dwuwiersza.

Zwyczajnie się obawiam,  że o najazd tu idzie a nie o walkę o lepszy świat dla tych dzieci i kobiet. Lepszy,  to tylko większy o kolejne terytoria.

 

 

Edytowane przez czytacz (wyświetl historię edycji)
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Uchodźctwo, uchodźctwu nierówne. Ukraińcy w Polsce pracują po kilkanaście godzin. Ci uchodźcy, których tak nam próbuje wcisnąć Unia przyjechali do Europy po socjal. Po to aby wieść życie na rachunek bogatej Europy. Nie pracują. Bo po co? Unia da i m wszystko. 
W przeciwieństwie do takich potęg kolonialnych jak Francja, Holandia, Anglia, Hiszpania  czy Portugalia my nie mamy niewyrównanych rachunków a krajami tzw. Trzeciego Świata. My nie wywoziliśmy do Europy zysku wypracowanego w koloniach, nie rabowaliśmy, zostawiając tylko tyle aby pomnażać nasz dochód. Nędza w tamtych krajach, to poniekąd echo wyzysku i bezwzględnego rabunku. Teraz mamy solidarnie z tymi co się upaśli na tych kradzieżach ponosić konsekwencje takiej polityki?

Ci ludzie przyjeżdżają do nas ze swoją wiarą, ze swoją mentalnością, ze swoim sposobem postrzegania świata i nie mają zamiaru uszanować naszego stylu bycia, naszej moralności i porządku prawnego. Zresztą jak np. pogodzić małżeństwo z jedenastolatką. Dwunastolatkę rodzącą dziecko swojemu dojrzałemu już panu i władcy? Może Europejscy pedofile powinni się przerzucić na islam i bez strachu już wystawać pod szkołami i szukać 10-cio, dwunastoletnich ofiar? I co z tego, że prawo? Oni maja nakaz wiary.
W niemieckich mediach jest w tej chwili nagonka na bezdomnych i żebraków z Polski. Żądanie abyśmy przysłali swoich wolontariuszy do opieki nad nimi. Czemu nie ma takich żądań do Syrii, Konga, Afganistanu, Nigerii, Sudanu, Czadu?
 

 

 

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Wędrował sobie pewnego razu po świecie pewien człowiek. Kim był? Nie wiadomo. Sam o sobie mówił, że jest po prostu włóczęgą, poszukującym nieodkrytej jeszcze przez nikogo ziemi. Ludzie, gdy to słyszeli, patrzyli na niego z politowaniem i pukali się palcami w głowę, no bo jakże to? Przecież każdy skrawek naszego globu został już dawno zbadany, opisany i umieszczony na tysiącu map oraz atlasów. Skąd więc pomysł, aby odnaleźć jakąś ziemię, nieznaną i niczyją? Ten człowiek był również poetą. Pisał wiersze i twierdził, że to właśnie za ich pomocą on tę ziemię w końcu odszuka, zobaczy i przemierzy. Któregoś dnia wędrowiec, zmęczony długą marszrutą, zatrzymał się w niewielkim miasteczku, na rynku. Rozmawiał tam z jego mieszkańcami o poezji, czytał im swoje wiersze i opowiadał, że gdzieś daleko, za ogromnym górskim masywem, za niezgłębionym oceanem, za tysiącem burz i za tysiącem wschodów słońca, istnieje ziemia, której piękno nie może się z niczym równać, ale nikt nie wie dokładnie, jak do niej trafić. Ludzie z miasteczka, jak zwykle, nie chcieli mu wierzyć. Nawet go nie słuchali, zajęci swoją codzienną krzątaniną. Przekupki zachwalały dorodne owoce i warzywa, kuglarze dawali pokazy żonglowania pochodniami, dzieci tłoczyły się wokół stoisk z cukrową watą i balonikami. Tylko jeden mały chłopiec podszedł do poety i zaczepił go: - Proszę pana... Proszę pana, czy może mi pan opowiedzieć coś o tej ziemi, której pan szuka? Jak tam jest? - Tam jest jak w raju - odparł człowiek, a w jego oczach rozbłysł skrywany głęboko zachwyt. - Drzewa nigdy nie są nagie. Ptaki wiecznie śpiewają o wiośnie i lecie. Wszędzie kwitną kwiaty w rozlicznych barwach, roztaczając zapachy, których nawet sobie nie potrafimy wyobrazić. Na niebie pojawiają się codziennie zorze i tęcze, a przez doliny, rozgrzane łagodnością słonecznego blasku, płyną niebieskie roziskrzone rzeki niby jedwabne wstążki. Zwierzęta nie polują na siebie, tylko pod koniec dnia spotykają się u wodopojów i rozmawiają ze sobą pogodnie w nieznanych, tajemnych językach. Żyją tam jedynie sami szczęśliwi ludzie, którzy się gorąco kochają... - Eeee... - stwierdził chłopiec, marszcząc czoło. - Nie ma takiego miejsca. Kłamiesz albo zmyślasz! - dorzucił i pobiegł ku zakurzonym miejskim uliczkom, pogrążonym w popołudniowej sjeście. Włóczęga postanowił również odpocząć przy niewielkim klombie, na gorącym od słońca skwerze. Żar lał się z nieba, mącił myśli, zasnuwał źrenice ciężką, kleistą powłoką. Człowiek pogrążył się w końcu w mętnym półśnie i nagle poczuł, że coś delikatnie trąciło jego dłoń. Uniósł powieki i zobaczył, jak na jego ręce usadowił się mały ptaszek. Był to rudzik, szary z pomarańczowym brzuszkiem, który przechylał łebek raz w lewą, raz w prawą stronę, i obserwował człowieka bystrymi, ciekawskimi koralikami oczu, Raz po raz podfruwał do góry, a potem znowu przysiadał na jego dłoni. - Co ty mi chcesz powiedzieć, ptaszku? - zagadał wędrowiec. Ostrożnym ruchem sięgnął do kieszeni, gdzie znalazł trochę okruchów bułki. Wysypał je na dłoń i poczekał, aż rudzik odważy się skorzystać z tego skromnego poczęstunku. Ptak skubnął kilka okruszków, a następnie znów zaczął na przemian wzbijać się w powietrze i powracać ku rękom człowieka, cały czas słodko poćwierkując. - Mam za tobą iść? - spytał wędrowny poeta. Rudzik oddalił się nieco, lecz przysiadł na gałęzi pobliskiego drzewka, jakby czekał na zaskoczonego tym zdarzeniem włóczęgę. Ów wreszcie wstał i ruszył za ptaszkiem. Opuścił senne miasteczko, po czym skręcił w polną drogę, która prowadziła na zachód. Minął parę opuszczonych domostw oraz wielką łąkę, hojnie usianą miriadami polnych kwiatów - rumianków w białych spódniczkach, wrotyczy jak błędne ogniki, dzikich ślazów zalotnie uśmiechniętych do przysiadających na ich płatkach modraszków. Wtem ptaszek zatrzymał się przy jednej z rozsypujących się ruder. Człowiek minął, zaciekawiony, drewnianą szopę, stare, skrzypiące pomieszczenia gospodarcze, aż dotarł do drewnianego płotu, pokrytego ciemnym, zielonym nalotem. W płocie znajdowała się furtka, zamknięta na haczyk. Rudzik usiadł nieopodal i radośnie zaświergotał. Wędrowiec otworzył furtkę i znalazł się, ku swemu zaskoczeniu, w starym ogrodzie. Był to bardzo dziwny ogród. Mogło się wydawać, że ktoś go opuścił w pośpiechu, nagle i bez jednego słowa pożegnania. Kiedyś ogrodowe alejki, kwietniki i krzewy musiały być pielęgnowane z zapałem i wielkim wyczuciem smaku. Gdzieniegdzie stały stylowe, ozdobne ławki, które czas obdarł nie wiadomo kiedy z eleganckiej bieli. Na środku ogrodu wznosiła się nieczynna fontanna, która zapewne niegdyś cieszyła oczy widokiem srebrzystych strug wody tańczących nad marmurowym basenikiem. Niedaleko fontanny znajdowała się huśtawka, przygnieciona i złamana przez gruby konar drzewa, na którym została zawieszona. W ogrodzie pełno było różanych krzewów. Poeta nigdy nie widział takiej obfitości i tylu odmian róż. Pnące, dzikie, miniaturki - wszystkie zdawały się pamiętać czas, gdy jakaś troskliwa ręka opiekowała się nimi dbając, aby rozwijały się, rozrastały i kwitły. Teraz jednak krzewy zdziczały, zmarniały, jakby zmęczone samotnością i ciszą. To właśnie ta cisza uderzyła najbardziej człowieka; w ogrodzie nie śpiewał ani jeden ptak, ani jeden liść nie szumiał pod muśnięciami wiatru. Obecna tu przyroda sprawiała wrażenie zastygłej w niewyobrażalnie bolesnym milczeniu. Nawet rudzik, który przycupnął lękliwie na chudziutkim, różanym pędzie, przestał ćwierkać, tylko wpatrywał się w człowieka uważnie i pytająco. - Co to za ogród...? I co ja mam z tym wspólnego? - pokiwał głową wędrowny poeta. - Tu nikogo nie było od lat, najwyżej duchy jakichś wspomnień zlatują się nocą do tej fontanny i do porozbijanych latarni, jak stare nietoperze. Te ścieżki dawniej żyły, z pewnością... Odpowiadały zapachem kwiatów niebu na jego zaczepki, tętniły beztroską młodością, a teraz...? Może kiedyś w owym miejscu ktoś kogoś kochał, ktoś się śmiał, ktoś tańczył wśród milionów róż, podczas gdy dziś jest tu tak cicho, że moje własne myśli lękają się głośniej odetchnąć... Zachodzące słońce zostawiało na zastygłych bez ani jednego drgnienia liściach czerwonawą poświatę. Znużony człowiek usiadł na jednej z niszczejących ławek i westchnął. - Żeby to wszystko przywrócić znów do życia, potrzeba wiele wysiłku. Ale może warto? Co, ptaszku? Czy o to ci właśnie chodziło?- zapytał, szukając wzrokiem swojego skrzydlatego towarzysza. Rudzik podfrunął do niego i poeta przysiągłby, że ptak skinął twierdząco swoją szarą główką.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następne dni i tygodnie upłynęły poecie na ciężkiej pracy. Od brzasku do późnej nocy sprzątał alejki, wyrywał chwasty, kosił trawniki, naprawiał połamane ławki, reperował latarnie. W starej szopie, która stała przy ogrodzie i w której teraz zamieszkał, znalazł wszystkie potrzebne narzędzia, zupełnie jakby ktoś je zostawił specjalnie dla niego. Ponieważ dotychczas tylko pisał wiersze, zupełnie nie znał się na ogrodnictwie, ale czuł, że intuicja podpowiada mu, co należy robić. Po prostu, gdy czegoś nie wiedział, siadał sobie przy fontannie, pogrążony w zadumie, aż wcześniej czy później znajdował odpowiedź na swoje pytanie. A może ktoś mu coś szeptał do ucha? Ogród z wolna otrząsał się z przygnębiającego nastroju i prezentował się całkiem przyjemnie. Zaczęły do niego przylatywać ptaki, z początku nieśmiało, lecz później zadomowiły się na dobre. Nocami słowiki uwijały się wśród gęstych krzewów róż, a z rana nowy dzień witały zięby swoimi przeciągłymi, melodyjnymi trelami. Latarnie oświetlały zadbane trawniki i oplatały ławki miękkimi cieniami. Zieleń rozrosła się bujna, soczysta, już nie dzika i trwożliwa. Człowiek cieszył się, widząc, jak jego starania przynosiły owoce, lecz martwiło go, że choć zdecydowanie ogród powracał do życia, nie zrodził się w nim dotychczas ani jeden kwiat. - No przecież po to jest ogród,żeby w nim coś kwitło! - martwił się wędrowiec. Podlewał troskliwie różane krzaczki, przycinał martwe pędy, raniąc sobie palce cierniami, pojechał też do miasteczka po specjalny nawóz - i nic! Ani jeden pąk nie chciał pojawić się wśród błyszczących liści. - A jednak te róże kogoś cieszyły kolorami i słodyczą - westchnął poeta. - Co ja mam teraz zrobić? Nic z tego nie rozumiem. Przecież już za parę dni zaczyna się lato... - Co ja mogę uczynić dla tego ogrodu, co więcej? Starał się jeszcze bardziej. Wstawał przed słońcem i pracował niemal do samej północy. Znał już w tym miejscu każdy zakątek i tak bardzo wyczekiwał chwili, w której choć jedna róża zaczerwieni się się w kolczastym gąszczu. Któregoś upalnego popołudnia, smutny i zmęczony, usiadł na jednej z ławeczek, wbiwszy zniechęcony wzrok w martwą fontannę. Chciało mu się płakać. Tyle wysiłku na nic! Bezradnie wyciągnął z jednej ze swoich kieszeni ołówek i nieduży, pognieciony zeszyt, w którym kiedyś zapisywał swoje wiersze. Od dawna niczego nie stworzy, zajęty nawożeniem, okopywaniem, pieleniem, koszeniem i podlewaniem. Teraz jednak poczuł, że musi ułożyć wiersz. Wiersz o tym, jak bardzo zależy mu na tym ogrodzie. Jak bardzo się spracował bez żadnego efektu. Jak bardzo boli go, że nie potrafi wypełnić tych ścieżek radością, którą ktoś musiał zabrać ze sobą na zawsze, bezlitośnie odchodząc. Pisał, że mimo wszystko przeszłość nie musi przecież ciążyć nad tym, co przecież żyje i pragnie życia. Że chociaż ktoś porzucił przed laty ten świat i zabrał ze sobą nadzieję oraz wolę kwitnienia - teraz przecież jest on, poeta, który uczy się dbać o dotkliwie niegdyś zranione rosarium. Dotkliwie - lecz przecież nie śmiertelnie. Na końcu chciał jeszcze napisać jeszcze jedno słowo, ale jego pióro zatrzymało się, jakby jeszcze nie ufało własnej śmiałości. A potem człowiek przeczytał swój wiersz na głos. Przeczytał go dla tego dziwnego ogrodu. I wtedy pierwszy raz poczuł, jak wszystkie gałązki różanych krzewów gną się od ciepłego podmuchu wiatru, który łagodnie nadszedł nie wiadomo skąd. Poeta wstał i postanowił przejść się po alejkach. Nie uszedł nawet kilkunastu kroków, gdy nieoczekiwanie u swoich stóp dostrzegł kilkanaście drobniutkich roślinek, wychylających się niepewnie z ziemi Nigdy wcześniej nie widział tutaj podobnego gatunku. Ukląkł przy nich i poczuł, jak fala wrzących łez zalewa mu policzki. Maleńkie wschodzące krzewinki pokryte były pąkami kwiatów. Tak, niewątpliwie za kilka dni te pąki rozwiną się, a delikatne łodyżki będą dźwigać najpiękniejszy ciężar na świecie - ciężar życia. Człowiek pragnął całować i pieścić skromne listki młodziutkich siewek, ale nie chciał ich uszkodzić przedwczesną radością i swoim niezręcznym dotykiem. Od tego momentu, przed udaniem się na spoczynek, gdy już uporał się ze swoimi zwykłymi obowiązkami, siadał przy malutkich, rodzących się kwiatkach i czytał im swoje kolejne wiersze, pisane z czułością i pokorą. Pewnego wieczoru poeta dostrzegł, że od północy nadciągają nad ogród ciemne, burzowe chmury. "No tak, przecież to już lato...", westchnął. To miała być pierwsza burza w tym roku. "Trzeba koniecznie zadbać o moje kwiatki, ochronić je, przecież jeszcze nie zdążyły się rozwinąć, i teraz miałaby je zniszczyć ulewa albo wichura? Będę czuwał, nie pozwolę na to!" Nocą przez ogród przetoczyła się istotnie wściekła nawałnica. Strugi ulewnego deszczu gięły do ziemi gałęzie różanych krzaków, a wichura chłostała alejki, trawniki, ławki i latarnie niewidzialnymi kańczugami. Człowiek pozostał w bezruchu przy swojej gromadce kwiatków, którą osłaniał własnym ciałem, mówiąc do nich niemal jak do dzieci: - To tylko burza. Ja też się boję, ale przecież jesteśmy razem. Obolały i przemoknięty pilnował, aby huragan nie uszkodził żadnego listka ani żadnej łodyżki. Nad ranem burzowe chmury ustąpiły na niebie miejsca drżącym promieniom świtu. I w tym złoto-różowym świetle, na jednej z pokrytych jeszcze kroplami wody kępek, pojawił się pierwszy kwiatek. Była to niezapominajka. Poeta oszalał wprost ze szczęścia, Zaczął biegać radośnie po ścieżkach w ogrodzie, tańczyć, śpiewać, krzyczeć, na zmianę płakać i śmiać się. Potem wrócił znów do swoich niezapominajek i z radosnym zdumieniem zobaczył kolejne błękitne kwiatki, pozdrawiające go zalotnymi mrugnięciami z objęć jasnej czystej zieleni. - Kocham was - napisał tego dnia poeta w swoim najnowszym wierszu, który przeczytał im na dobranoc. W myślach tulił je i pieścił. Kwiaty zdawały się wszystko rozumieć i jakby zalśniły w ciemności ukrytym, gorącym światłem.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następnego dnia człowiek stwierdził, że musi pójść do miasteczka, kupić nowy szpadel, bo stary już do niczego się nie nadawał. Ponieważ burza wyrządziła w ogrodzie wiele szkód, potrzebował również jeszcze paru innych rzeczy, aby wszystko ponaprawiać. Pogładził lekko dłonią krzewinki niezapominajek. - Niedługo wrócę - obiecał. Z głębi ogrodu przyleciał rudzik, i usiadł mu śmiało na ramieniu. Chwilę poćwierkał, a potem zniknął w kolczastej różanej gęstwinie. Na rynku jak zawsze było głośno i tłoczno. Straganiarze przekrzykiwali się nawzajem nad stertami towarów, w powietrzu pachniało grillowaną kiełbasą, gołębie tłoczyły się przy przepełnionych śmietnikach. Poeta, zaopatrzywszy się w niezbędne narzędzia, zatrzymał się jeszcze na chwilę przy stoisku z lemoniadą, gdyż zachciało mu się pić. - O, to pan?- usłyszał nagle chłopięcy głos, który skądś znał. - Tak - odparł. Przypomniał sobie swoją dawną rozmowę z owym dzieciakiem, który tamtego dnia nie uwierzył w jego najskrytsze marzenia. - I co, znalazł pan tę swoją wspaniałą krainę? - spytał chłopiec, obrzuciwszy go łobuzerskim spojrzeniem. - Tę, gdzie podobno wszystko jest takie cudowne i panuje wieczne szczęście? - Znalazłem - odpowiedział z uśmiechem poeta, myśląc o swoich niezapominajkach.  
    • spadł puch swym ramieniem przytulił rozżalonych rozjarzone brylanty na ziemi tliły się w oczach białe morze wzburzyło się po raz pierwszy od dawien dawna chcąc byśmy przypomnieli sobie, jak to jest płynąć po nim saniami   potajemnie zmówił się nieboskłon z chmurami urwiska stanął się przystankami drogi porwą pojazdy chwalić będziemy się i ogrzewać śmiejąc z gniewu, niekiedy i radości   przytulnie będzie aniołem zostać bo w końcu biel nas zewsząd otacza byle dłoni nie zajechać po całości, czymś musimy postawić posągi z węgli i marchewek   wieczór dziś jest specjalny inny niźli zawsze tańczymy nieświadomie pod jednym płaszczem bawimy się jak niegdyś i tylko to się liczy wszystko to, gdy palą się lampy pomimo tego, że marzniemy   uwieczniona kamera taśma przygotowana na niby nijak wszystko dlatego że dnia dzisiejszego, zwykłego jak inne, spadł puch    
    • @Radosław   a Ty jak Kogut…  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @KOBIETA Bądź  jak Supernova. 
    • @Radosław   wiem Radosław …niestety to takie silne oddziaływanie jest …międzygalaktyczne ;)))) nie wiem jak mogę Tobie pomóc…? ;) 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...