Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano (edytowane)

na dnie najstarsze

otulone emanującym ciepłem

wypełnione

niezgrabnym kanciastym pismem

ze śmiesznymi nalepkami

 

równe wielobarwne pakiety

przewiązane sentymentem

i melancholią

z kruchą zielenią w środku

wykradzioną niegdyś łąkom

 

kilka niecierpliwych kopert

owianych niepokojem i zwątpieniem

naznaczonych smutkiem

i suchymi już rozgwiazdami

rozmazanego atramentu

 

na wierzchu luźne

nieprzeczytane

z wieloząbkami zagranicznych

znaczków płynących wśród

fal czarnego tuszu

 

ekscytacja i nostalgia kołyszą się

w błękicie Air Mail

 

powinnam otworzyć

czy

nieme oddać szeptowi ognia

chciałabym zdążyć

może kiedyś

 

wnuczka zaraz wróci

będzie głodna

 

 

Edytowane przez samm (wyświetl historię edycji)
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Ten fragment podoba mi się  a co do reszty... nie umiem  powiedzieć dlaczego ale mnie nie przekonuje.

Nerwowych kopert ?... dlaczego ?  Niepokój a zwłaszcza zwątpienie raczej nie zostawią takich śladów na kopercie, chyba że niecierpliwych, wtedy rozerwane w pośpiechu koperty zostałyby naznaczone niepokojem. Tak to rozumiem.

 

...naznaczonych smutkiem

i obeschłymi

atramentowymi rozgwiazdami - tak bym to ujęła.

Bo jeśli już jest rozgwiazda to rozmazanie (moim zdaniem)  jest zbędne i tak wiadomo co  się stało.

 

Popracowałabym jeszcze nad tym wierszem  sammie czy sammo ? ;)

 

Pozdrawiam ciepło :)

 

 

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Podoba mi się ta fraza, Samm. Przedmioty otaczają nas, atakują, wrastają w naszą świadomość, podwiązują się pod wspomnienia, skojarzenia. Kilka lat temu wyszedłem w życie z kilkoma koszulami odrobiną gatek i skarpetek - zostawiając wszystkie z tych rzeczy, które się nawarstwiły przez kilkadziesiąt lat. A dzisiaj gadżety znowu mnie przytłaczają. Chociaż unikam pamiątkowych zdjęć, pocztówek z pozdrowieniami, życzeń z okazji, nie przywożę pamiątek z podróży...

 

Dopiero kiedy nas ktoś opuści, okazuje się jak niewiele tak naprawdę człowiek potrzebuje.

 

(...)nie podźwignę pozostawię wszystko tutaj

leśne cisze trawoszmery śpiewy ptaków

bo wystarczy wtedy mi kawałek płótna

bym oddzielił się od ziemi od robaków(...)

                                                                     Szarobury  *** (niepotrzebne mi te rzeczy dobre piękne)

 

Pozdrawiam

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

 

Dziękuję Aniu za Twoją wizytę pod wierszem i refleksyjny komentarz. Zatem,...  śpieszmy się kochać...

Pozdrawiam ciepło :)

s

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

 

Droga Czytanko,

ze wszystkim mogę się zgodzić, z wyjątkiem jednego: nie jestem peelką :)

Gdybym był przekorny to poprosiłbym Ciebie, abyś także postarała się mi udowodnić, że nie jesteś np.: swoim bratem :)

W końcu, tylko dla mnie jesteś Czytanką. Nick wyraźnie sugeruje rodzaj męski, zdjęcie - żaden problem, siostra nie miałaby nic przeciwko temu. To oczywiście żart, ale obrazuje, jak trudno dowodzić, że jest się kimś innym, niż się to pozornie wydaje / tym bardziej, że gdyby babcia miała wąsa... :) /, dysponując ograniczonymi środkami; a tak właściwie, tylko słowem pisanym. Ale to jest dobry trening literacki i jestem ciekaw, na ile uda mi się Ciebie przekonać. 

Sedno tkwi w tym, że czasami posługuję się płcią przeciwną jako pl, bowiem korzystam z cech wyraźniej zaznaczonych w charakterach kobiet i to pasuje do konkretnych sytuacji.  I chociaż może to stereotypy, to jednak w ujęciu statystycznym się potwierdzają.

To teraz, dlaczego peelka a nie peel w moim wierszu:

-- kobiety z reguły są bardziej sentymentalne i wrażliwe,

-- mają większe skłonności do gromadzenia pamiątek i pielęgnowania wspomnień,

-- kobiety / znowu statystyka :( / żyją dłużej,

-- to pierwszy wiersz, który budowałem od tyłu. Powszechniejsza jest sytuacja, kiedy babcie szykują wnuczkom posiłek, ot z powodu j/w.; a wnuczki, jeśli już, to przeważnie dbają w tym względzie o swoich dziadków,

-- pudełka po butach to także domena kobiet. Mężczyzna swoje troski, pamiąteczki, wspominki i grzeszki przechowuje w pudełku po cygarach. Nie zbiera listów; co najwyżej gromadzi stare faktury, które i tak nie mieszczą się w jego pudełku.

 

Teraz o samym wierszu. Rozgwiazdy - nie gwiazdy, wiadomo. Bo słone. Dlaczego rozmazane?? Musiałabyś się mocno wczuć w rolę peelki. To są silne uczucia i emocje, które powodują, że w sposób niekontrolowany spadające krople wyciera się odruchowo rąbkiem fartuszka, chusteczką / w tamtych czasach tkaninową /, rękawem, czy nawet ręką w obawie przed utratą czytelności listu.

Użyte przeze mnie słowo "nerwowe" istotnie nie jest najszczęśliwsze, mimo, że prawidłowo odczytałaś mój zamysł :). Już zmieniłem.

 

Ufff..., chyba jednak łatwiej udowadniać, że się nie jest wielbłądem, a nie babcią, będąc dziadkiem :)))

Przepraszam za ten nieco chaotyczny wpis / piszę w mało komfortowych warunkach / i serdecznie dziękuję za Twoje wnikliwe spostrzeżenia.

Pozdrawiam ciepło :)

s

 

 

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

 

Cieszę się Kocie, że znalazłeś coś podobającego się Tobie.

W życiu chyba mamy podobnie - witaj w klubie!!  Różnimy się tylko tym, że ja nie zabrałem żadnych rzeczy. Ambicja i duma nie pozwalały mi na wzięcie jakichkolwiek koszul, będących prezentami, a trudno to było rozgraniczyć.  Mimo, iż mój następca był innej postury i z pewnością nic nie wykorzystał, zabrałem tylko psa. Dwie noce w samochodzie i z białą kartą zaczynałem od nowa. Ale to już przeszłość. Przywiązujmy się do ludzi, nie do rzeczy. Te ostatnie są do nabycia, od tych właśnie ludzi :)

Pozdrawiam i kraszę, chyba odpowiednia piosenką :)

s

 

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

 

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

 

Aktor??  Nie, raczej sprawozdawca, opisujący pewną sytuację.

Ponieważ podczepiłaś się pod Bożenkę, to i ja pozwolę sobie przekierować Ciebie pod kierowaną dla niej odpowiedź.

Wiem, że to mało eleganckie, ale macie podobne wątpliwości, stąd nie chcę się powtarzać.

Odwzajemniam ściski :)

s

P.S. A kiedy je mi przekazywałaś, to myślałaś że ściskasz koleżankę, czy kolegę :)))

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Samm, muszę Cię rozczarować, nie szukam słownego ideału. Raczej prawdy w gatunkowo lepszej kiecce.
Często zadaję pytanie: na co komu to pisanie. Ja tu jestem dla towarzystwa i pewnej ogólnej wrażliwości. 
 

Sprytnie mnie podszedłeś w P.S. :D 

A ściskam Ciebie, Samma, nie peela czy peelkę.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

 

Zatem, (...)pełno nas, a jakoby nikogo nie było (...)...

A kiecka? Cóż, jaka jest, każdy widzi. Nie stać mnie na pakowanie prawdy w gatunkowo lepsza materię :(

Ale, nie będę ustawał w staraniach.

 

samm odwzajemnia :)

Opublikowano

Sammie, podoba mi się Twój wiersz,

choć te niecierpliwe czy też nerwowe koperty

(już sama nie wiem, która wersja lepsza),

trochę mnie uwierają,

masz tendencje do hardcorowych skrótów myślowych,

ale tutaj akurat mogę to zaakceptować.

 

Spodobało mi się też to,

że nie boisz się pisać w żeńskiej formie gramatycznej :)

 

Mnie też wikła się w głowie pewien wiersz,

w którym podmiot jest rodzaju męskiego i ujawnia się w pierwszej osobie,

może kiedyś go tu nawet opublikuję.

 

Póki co, pozdrawiam serdecznie :)

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Obiecuję uroczyście więcej nie wątpić :)

Ależ ja to rozumiem aż nadto :)

Napisałam to przecież :

 

Rozgwiazdy to obeschłe  plamy atramentu rozmazanego łzami ronionymi w trakcie czytania listu - chyba że coś jeszcze innego miałeś na myśli :)

Skróciłam tylko o zbędne  (moim zdaniem) słowa.

Dziękuję :)

 

I pozdrawiam ciepło :)

  • 2 tygodnie później...
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

 

Deni,

nie mogę za Tobą nadążyć - wszędzie mnie wyprzedzasz. U Waldka już się zgłaszałem: ja ja ja znam odpowiedź i już po chwili zobaczyłem Twój wpis. Pomyślałem sobie: cieeenias jestem... :(  I tu także, dość znacznie wyprzedziłaś ten mój koment /kiedyś się zawezmę i Ci odpiszę na komentarz, którego jeszcze nie zdążysz zamieścić :))) /.

A swój wiersz nie wahaj się opublikować, bo sam jestem ciekaw, jak go będę odbierał, jeśli Twój PL będzie rodzaju męskiego, wiedząc, że pisze kobieta /rany!!! mam nadzieję, że kobieta :)) /. Moje teksty może są miejscami twarde, ale zapewniam Cię, że w życiu jestem "całki lajt"; i tak też Ciebie pozdrawiam.

Dzięki, że byłaś. Uśmiechy :))

s

Opublikowano

Czytanko,

czasem świadomie poszerzam swoje dojaśnienia mając na względzie, że nie tylko my jesteśmy uczestnikami wymiany myśli.i Dochodzą na Org nowe osoby, które zachęcamy do jak najczęstszego czytania wierszy innych autorów; więc w trosce o nich dobrze jest, jeśli konfrontują swoje rozumienie tekstów z szerokim spektrum, w jakim można to czynić. Nie będzie wtedy wątpliwości / albo będzie ich mniej /, typu: co autor chciał...  Przecież nie każdy z nas wie/pamięta,  że "fale czarnego tuszu" to forma stempli w postaci czterech równoległych sinusoidalnych linii, ciągnących się wzdłuż górnego brzegu koperty, mających za zadanie obok datownika, skasowanie opłaty pocztowej w postaci znaczków /niedługo i one staną się reliktem przeszłości/.

Ten mój aktualny wywód pewnie także nie był konieczny, bo jestem przekonany, że się domyśliłaś o co mi chodziło i dlaczego tak pisałem w mojej odpowiedzi.

Jeszcze raz pięknie Ci dziękuję za wizytę w Pudełku... i pozdrawiam ciepło :)

s

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Dokąd zmierzasz świecie…? Jak karawana na pustyni, po niknących śladach szukasz próżno oazy.   Dokąd zmierzasz, świecie…? Gdy falujące morza i oceany kłaniają się wyspom naprzeciw, ty wciąż nie dostrzegasz celu.   Człowiek pręży się i maskuje, łamie rozum, by pojąć boże zamysły, stawiając siebie na piedestale.   Dokąd zmierzasz, świecie…? Wieża Babel dawno upadła, jakże jesteś nierozumny, jak Ikar, zbyt blisko słońca.
    • @Migrena

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • Idiotka     Ewa J., obecnie wyższa urzędniczka w ministerstwie kultury, swojego przyszłego męża poznała na plaży w Międzyzdrojach, gdzie na wypoczynek skierowała tę dwudziestoczteroletnią panienkę jej macierzysta firma. Wpadł jej w oko już pierwszego dnia. Elegancki, chociaż tylko w slipach, spacerował po plaży i czasami tylko udawał się na płytkie wycieczki w morze. Ewa J. umieściła swój kocyk w kratę właśnie obok „majdanu” przystojniaka w slipach. Reszta urlopu młodej pracownicy ministerstwa upłynęła na towarzyszeniu poznanemu na plaży chłopcu – chociaż może akurat było odwrotnie. Przedstawił się jako Jasiek C. Dowiedziała się jeszcze od niego, że skończył prawo i jest pracownikiem Ministerstwa Obrony, a jakże. Po samochodowym powrocie z urlopu (Jan C. był zmotoryzowany) romans trwał w najlepsze i po roku zakończył się bardzo kameralnym weselem. Młoda mężatka przeprowadziła się do eleganckiego, chociaż architektonicznie siermiężnego, tak zwanego dolarowca, do mieszkania męża. Dwa lata później Ewa C. urodziła chłopca, któremu dano na imię Piotr. Po wykorzystaniu urlopu macierzyńskiego młoda mama wróciła do pracy, a małemu Piotrowi wynajęto bardzo drogą, bo dobrze wykształconą opiekunkę. Lata płynęły. Państwo C. spędzali razem urlopy, powodziło im się doskonale, byli kochającym i czułym małżeństwem. Mieli własny jacht na Mazurach oraz domek myśliwski zagubiony gdzieś w bieszczadzkich lasach. Czasami przyjmowali gości, ale byli to zawsze znajomi pani Ewy. — Mąż, ze względu na tajny charakter swojej pracy, nie ma przyjaciół — mawiała do swoich przyjaciółek pani Ewa. — A co to za praca? — dopytywały zaciekawione. — Sama nie wiem, ale to jakaś osobliwa wojskowa tajemnica — odpowiadała. 23 lata po ślubie Ewa C. zjawiła się nieproszona na policji i zażądała rozmowy z oficerem, bo to, co ma do przekazania, jest rewelacyjnie ważne i niezwykle tajne. Policja chętnie nadstawia ucha, bo bardzo sobie ceni donosy, a szczególnie takie, w których żona donosi na własnego męża. Ewa C. zeznała, że odkąd poznała Jana C., on zawsze pracował w ministerstwie obrony. Miał legitymację służbową przedłużaną w grudniu na następny rok. Ale w 23. roku wspólnego życia pani Ewa C., urzędniczka w ministerstwie, udawała się do swojego chorego szefa, dyrektora departamentu, w celu zasięgnięcia jego opinii w sprawie służbowej. Było to przed południem, przed ekskluzywnym budynkiem mieszkalnym, ostatnio oddanym do użytku w Warszawie. Zobaczyła mianowicie swojego męża w garniturze i z czarną teczką w dłoni (tak właśnie o tej porze roku wychodził do pracy), jak sprężystym krokiem przemierza przeszklony korytarz na pierwszym piętrze, zatrzymuje się, otwiera jakieś drzwi i wchodzi do czyjegoś, jak sądziła, mieszkania. Przyjrzała się dobrze tym drzwiom. Były identyczne jak siedem pozostałych. Pospiesznie załatwiła swoje sprawy z pryncypałem, ale do pracy już nie wróciła. Zaintrygowana i pobudzona siedziała w samochodzie, obserwując znajome drzwi z numerem, za którymi zniknął mąż. Kilka minut po szesnastej elegancki pan, czyli właśnie Jan C., wyszedł z mieszkania, przemierzył korytarz, zjechał windą na parking, wsiadł do swojego samochodu i odjechał, a czatująca żona podążała za nim. Pan Jan podjechał pod dom państwa C. i niespiesznie się do niego udał. Chwilę po nim do domu weszła małżonka. Nie dała po sobie poznać, że oto poznała jakąś męża tajemnicę. Standardowe pytania: jak w pracy, wszystko dobrze, obiad, syn na randkę z dziewczyną lub chłopakiem, lektura gazet, kolacja, telewizor, łóżko. Rano Jan C., jak co dzień, wychodzi pierwszy, ale tuż za nim wybiega Ewa C. Podróż małżonka kończy się pod domem z wczorajszych obserwacji Ewy C. Pan Jan opuszcza samochód, idzie chwilę korytarzem i znika za drzwiami mieszkania, czy diabli wiedzą czego, oznaczonego numerem sześć. Żona idzie za nim, podchodzi pod drzwi, nasłuchuje, ale nie dobiegają do niej żadne dźwięki. Jest cicho. Wsiada do swojego samochodu, jedzie do pracy, bo dzisiaj akurat musi, ale wychodzi wcześniej, jedzie na Mazurską (tak ją tutaj nazwijmy). Tuż po szesnastej wychodzi mąż, wsiada do samochodu i jedzie do domu. Ale zaraz po obiedzie żona pyta męża, czy u niego w pracy wszystko w porządku. — Oczywiście, jest spokojnie — odpowiada. Jest klasycznie spokojnie i dodaje jakąś ciekawostkę o generale, którego żona zna tylko z telewizora. I jest następny dzień. Rano małżonkowie, oboje, ale oddzielnie, jadą na Mazurską, ale tym razem Ewa C. dzwoni do ministerstwa, że dzisiaj do pracy nie przyjdzie, bo – delikatnie mówiąc – niedomaga. Siedzi osiem godzin przed pracą, a raczej przed sama nie wie czym swojego męża, aż wreszcie kilka minut po szesnastej pracownik ministerialny opuszcza, powiedzmy, że pracę i jedzie do domu. Małżonka jedzie za nim. W poniedziałek Ewa ze swoją koleżanką z pracy podjeżdża na Mazurską. Poinstruowana kobieta idzie do mieszkania nr 6 i dzwoni. Otwiera jej mąż Ewy C. (ona go zna, on jej nie) w samej koszuli, krótkich spodenkach i na bosaka. Koleżanka żony pyta, czy zastała Stefana. Jan C. bardzo grzecznie, z uśmiechem na twarzy i na luzie odpowiada, że tutaj nie ma nie tylko Stefana, ale nawet żadnego innego mężczyzny. Ewa C. analizuje swoje życie, a raczej życie swojego męża, Jaśka. Chodzi codziennie przez 23 lata do tej samej pracy, zawsze ubrany elegancko, wręcz wytwornie, jak na człowieka z dużą klasą i na stanowisku przystało. O jego pracy nigdy szeroko nie rozmawiają, bo to są tajemnice i lepiej dla niej, aby nic nie wiedziała. Nie ma przyjaciół ani kolegów. Małżonkom nie zbywa na niczym. Mąż jest czuły i troskliwy, a więc jest świetnym partnerem i ojcem. Każdego miesiąca oddaje do domowego budżetu swoje zarobki w bardzo przyzwoitej wysokości. Ale w rzeczywistości do pracy nie chodzi, bo z tego, co ona się orientuje, to jeszcze u nas tak nie ma, żeby ministerstwo zlecało swoim pracownikom chałupnictwo. A więc tak, myśli Ewa C.: albo w grę wchodzi jakiś niezrozumiały romans z kobietą, albo mąż jest uwikłany w bardzo nieczyste interesy. Pewnego popołudnia, kiedy mąż jest w domu, jedzie na Mazurską i dzwoni do drzwi z numerem 6. Cisza, chociaż dzisiaj modnie byłoby napisać, że słyszy ciszę. Nie ma spisu lokatorów. Jeździ tak kilka razy, ale nigdy jej nikt nie otwiera. Wtedy jedzie na policję, która skrupulatnie spisuje jej zeznania, na koniec prosząc o dyskrecję. Oni się do niej odezwą. Policjanci szybko orientują się, że jeżeli w grę wchodzi pracownik Ministerstwa Obrony, o którym oni sami w swoich aktach mają pustkę, to sprawę należy przekazać do kontrwywiadu wojskiem. Agenci kontrwywiadu, wietrząc szpiegostwo na dużą skalę, zakładają na Jana C. całkowitą inwigilację. W nocy wchodzą do mieszkania na Mazurskiej i skrupulatnie je przeszukują. Jest to 90-metrowy apartament, bardzo bogaty i wykwintnie wyposażony w najlepsze włoskie meble skórzane, super sprzęt audio, kino domowe, obrazy, puszyste dywany... Jednym słowem, mieszkanie jest urządzone z niebywałym przepychem, aczkolwiek z zachowaniem niebanalnej elegancji. Na półkach stoją tysiące dysków z filmami i muzyką jazzową. Na powierzchni około 20 m² rozłożona jest instalacja kolejki elektrycznej. Nie są to jednak tanie zabawki z dawnego NRD czy chińska tandeta. Te kolejkowe zabawki wytwarzane są na zamówienie w Japonii przez firmę produkującą je dla bardzo zamożnej klienteli. Tory są szersze niż w normalnych zabawkach, lokomotywy i wagoniki wykonane z dbałością o każdy szczegół, jest komputerowe zarządzanie ruchem, a całość ma wartość luksusowego samochodu osobowego. W rogu stoi najnowsze dziecko firmy Lockheed Martin, przeznaczone dla dużych i bardzo bogatych chłopców. Jest to wart kilkadziesiąt tysięcy dolarów symulator lotniczy do walk w powietrzu, bombardowań, atakowania czołgów i tak dalej. W klaserach na półkach są zbiory monet. Jak szybko orientują się agenci, są to monety najdroższe na świecie. A więc, pomyśleli agenci przeszukujący mieszkanie, człowiek tu mieszkający pławi się w luksusie, na jaki stać tylko ludzi najbogatszych. W mieszkaniu z numerem 6 instalowane są podsłuchy głosowe i wizyjne. Jan C. zostaje zaś poddany totalnej inwigilacji. Prześwietlone zostaje życie obserwowanego od jego narodzin. Obserwuje się również jedyną bliską mu osobę, czyli jego matkę, Kazimierę C. Jest ona byłą urzędniczką do spraw bezpieczeństwa i higieny pracy w centrali PKP, aktualnie – ale od 21 lat – na rencie po stracie nogi w wypadku kolejowym. Kobieta ta pobiera 1920 zł renty, jest domatorką, nigdy i nigdzie nie wyjeżdża. Agenci szybko ustalili, że Kazimiera C. jest właścicielką wartego 950 tysięcy zł mieszkania na Mazurskiej oraz luksusowego, sportowego mercedesa GLE Coupe wartego pół miliona złotych, jakiego używa jej syn Jan. W mieszkaniu Kazimiery C. zjawia się agentka podająca się za pracownika Urzędu Skarbowego, pytając, skąd posiadała ona pieniądze na zakup mieszkania i samochodu. Kobieta nie jest speszona ani zdenerwowana pytaniami. Odpowiada, że o wszystko należy pytać jej syna, czyli Jana C. Groźby i perswazje nie rozwiązują jej języka. Trzymiesięczna totalna inwigilacja, podsłuchy i nagrania nie odpowiadają na żadne istotne pytania służby wojskowej. Wiadomo jedynie, że Jan C. nie tylko aktualnie nie pracuje, ale w ogóle nigdy i nigdzie nie pracował. Kontrwywiad ustala też, że obserwowany prowadzi niezwykle ustabilizowane życie. Każdego dnia jedzie do „pracy”, czyli na Mazurską, bawi się tam jak chłopiec, ogląda filmy, słucha jazzu, czasem się zdrzemnie i wraca po „pracy” – czyli po wszystkim, co w swoim, a właściwie swojej mamy mieszkaniu robił – do domu. Sprawia wrażenie człowieka bardzo pewnego siebie, ale ciepłego i miłego. Nie ma znajomych, z nikim się nie kontaktuje, nikt go nie odwiedza. Kontrwywiad zwraca sprawę policji, a ta decyduje się na zatrzymanie Jana C. Na pierwszym przesłuchaniu zatrzymany opowiada policji bajkę o tym, że kilkadziesiąt lat temu, kiedy zażywał życia w lenistwie, bo właśnie rzucił liceum po drugiej klasie szkolnych trudów, spotkał na ulicy szczupłego mężczyznę, który powiedział mu mianowicie, że jest jego ojcem. Powiedział też synowi, że porzucił matkę i jego, kiedy syn miał 5 lat. Dzisiaj przychodzi tu, aby nadrobić krzywdę, jaką mu wyrządził swoim odejściem. Powiedział też, że nie zapomniał o chłopcu i z bagażnika poloneza wyjął niewielką skórzaną torbę, wręczając ją synowi. — Masz tutaj ogromny majątek — powiedział — bądź tylko mądry, a wystarczy ci na całe życie. Chociaż Jasiek C. nie rozpoznał w nieznajomym ojca, to jednak po wypytaniu mamy, jak wyglądał tata, zorientował się, że to był właśnie on. W skórzanej teczce znajdowało się kilkadziesiąt papierowych pakunków, w każdym z nich było po kilka szlifowanych kamieni. Były to brylanty. Jan C. kupił odpowiednią literaturę, odwiedzał sklepy jubilerskie i powoli docierało do niego, że naprawdę został właśnie bogaczem. Pewnego dnia z dwoma niedużymi kamyczkami udał się do złotnika. Ten obejrzał towar i powiedział, że to dla niego zbyt poważny interes i nie jest zainteresowany zakupem, ale może skontaktować sprzedającego z odpowiednią osobą. Osoba ta zjawiła się na umówione spotkanie. Był to mężczyzna mówiący po angielsku, ale znał też wiele słów polskich. Obejrzał i zważył małą wagą jubilerską kamienie i powiedział, że może za obydwa zapłacić jakąś astronomiczną dla Jana C. kwotę. Transakcja doszła do skutku. Wtedy Jan C. powiedział Anglikowi, że niebawem będzie miał do sprzedania znowu dwa kamienie. Kupujący pozostawił swoją wizytówkę i powiedział, że czeka na telefon. Przez 25 lat Jan C. dzwonił do Anglika kilkanaście razy. Nauczył się mówić po angielsku. Przyzwyczajeni jednak do trochę bardziej realistycznych bajek policjanci zaproponowali w rewanżu za opowieść Janowi C. areszt. Prokurator wystąpił o jego zastosowanie do sądu, ale ten nie znalazł ku temu podstaw prawnych. Jana C. zwolniono. W kilka dni później został jednak ponownie zatrzymany pod zarzutem podrabiania dokumentów, a mianowicie legitymacji służbowej Ministerstwa Obrony. Zatrzymany przyznał się do zarzucanych czynów i zeznał, że wykonał ją sam, korzystając z drukarki i maszyny do foliowania. Co roku wypełniał też odpowiednie rubryki, co miało świadczyć o ważności legitymacji w kolejnym roku, własnoręcznie wykonaną pieczątką. Należy jednak stwierdzić, co przyznał również prokurator, że wygląd zrobionej przez zatrzymanego legitymacji bardzo daleko odbiegał od oryginału, a nawet był do niego zupełnie niepodobny. Zatrzymany przyznał się do zarzucanego czynu i chociaż prokurator sporządził wniosek do sądu o zastosowanie wobec podejrzanego aresztu, to jednak sąd nie znalazł ku temu odpowiedniego powodu. Jeszcze raz policjanci próbowali nakłonić Jana C. do uwiarygodnienia swojej opowieści przez okazanie pozostałych brylantów. — Będzie panu lżej, panie Janie — przekonywali. — Nie bądźcie panowie śmieszni — odpowiedział grzecznie zatrzymany i udał się do domu. W jakiś czas później Jan C. otrzymał wezwanie do prokuratury i udał się tam ze swoim świetnym adwokatem. Prokurator przedstawił podejrzanemu akta sprawy przed skierowaniem do sądu. Z akt Jan C. dowiedział się, że za całą sprawą stała jego żona Ewa, składając na własnego męża donos na policję. Wkrótce odbyła się sprawa sądowa, a sąd, z powodu małej szkodliwości społecznej czynu, sprawę umorzył. Jan C. przeprowadził rozmowę z żoną. — Słuchaj, wiem, że to ty na mnie doniosłaś. Zachowałaś się jak ostatnia zdzira, ale ci wybaczam, bo cię kocham — powiedział, a w odpowiedzi usłyszał to, czego ona dowiedziała się od policji. — Jak ja mogłam tyle lat żyć z prostakiem bez zwykłej matury?! Jesteś dla mnie oszustem! Jak mogłam wyjść za człowieka z gminu?! — krzyczała nie tylko mężowi w twarz, ale w kilka dni później również prosto w oczy swoim bardzo licznym a ciekawskim przyjaciółkom. Jan C. jak stał, tak wyszedł ze swojego mieszkania. Nigdy już do niego nie wrócił. Wkrótce z wniosku pani Ewy odbyła się sprawa rozwodowa i już na pierwszej rozprawie sąd zarządził rozwód. Ewa C. wytoczyła następnie swojemu byłemu mężowi sprawę o podział majątku. „Mieszkanie i samochód jest byłej teściowej, ale my z mężem mamy luksusowy jacht i dom myśliwski w lesie” – napisała w pozwie Ewa C. Łączna wartość majątku małżeństwa została oszacowana na sześć milionów złotych. Na sprawie świetny, ale bardzo drogi adwokat męża przedstawił zaświadczenie, że trzy miesiące temu na jachcie, którym płynął jej mąż, wybuchła butla gazowa i doszczętnie go zniszczyła. Jana C. wyłowiła z wody łódka wędkarska, a zaraz potem przyjęła go na pokład motorówka policji wodnej. — Tutaj jest cała dokumentacja zdarzenia — powiedział i położył na stole sędziowskim plik dokumentów. — Tylko przez zwykłe przeoczenie Jan C. zapomniał o opłaceniu ubezpieczenia wypadkowego — dodał mecenas. — Ale jest jeszcze dom! — darła się w sądzie Ewa C. Adwokat z kamienną twarzą położył przed sędzią notatki z policji i straży pożarnej stwierdzające, że w dniu takim a takim, prawdopodobnie od zwarcia instalacji elektrycznej, wybuchł pożar, po którym wspaniały dom myśliwski zamienił się w stertę gruzu. — On to spalił! — wrzeszczała przed sądem Ewa C., mając widocznie na myśli swojego byłego męża. — Bardzo wątpię — powiedział adwokat i położył na stole sędziowskim dokumenty stwierdzające, że w dniu pożaru Jan C. towarzyszył swojemu mercedesowi w wymianie oleju w autoryzowanym serwisie, setki kilometrów od uroczego domku w lesie. Syn małżonków C., Piotr, kupił sobie na raty – aczkolwiek, jak głosi plotka, za pieniądze tatusia – mieszkanie i zamieszkał tam ze swoją dopiero co poślubioną żoną. Kolorowe gazety doniosły ostatnio, że śliczna młoda aktorka, grająca już nie tylko w serialach, poślubiła przystojnego i bogatego, chociaż już starszego pana. Chodzi właśnie o Jana C. Idiotka Ewa J., dawniej Ewa C., mieszka obecnie w wynajętej, obskurnej kawalerce gdzieś na Ursynowie. Głupota towarzyszy ludzkości od samego jej początku, małostkowość zaś jest tym jej elementem, który potrafi zniszczyć życie nie tylko śmieciarza, doktora habilitowanego czy prostego magistra, ale również ministerialnej urzędniczki. I to byłoby na tyle.              
    • zima nadeszła za wcześnie. rozpalone płatki śniegu, rozkładają się w podłożu.   nie przyjdzie więcej, nareszcie... lata spędzone w szeregu, marsz do zbiorowego grobu.   pamięć twa nałogiem, chodnik twym cmentarzem, cegła twym nagrobkiem.   głoś więc w szczelinach na wpół skremowany, ostatnie kazanie oddechem urwanym. niech wiedzą, że papież nie został wybrany, a ty wiedz, że byłeś, tym razem, ostatnim.  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • Nieco z góry, wszystko wyda się mile i słodkie, w tej naszej imagino manipulacji zwanej kreacją ;) Z rozmachem, niezwykle. Pozdrawiam

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

       
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...