Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano (edytowane)
Erqes’ wor bleys.
 
SCENA I.
Akt. 1.
 
 
  1. JOACHIM: Tyś Eleno patrzyła kiedym mówił, patrzyłaś gdy w pożądaniu bezkresnym marzyłem fantazjując o tobie , słyszysz, słyszysz ja szepczę...
  2. ELENA: Słyszę choć przełknąć łzy słone w tęsknocie muszę, bo gdybym inaczej zwracała uwagę dalece wzrok topiąc w tych oczach, toż rozkosz namiętna chłonęła by, wzrok mój więc umiej rozwiązać miłość mą Panie, bowiem pragnę...
  3. JOACHIM: Wiem patrzyłaś!... Odkryć tajemnicę zagadnień twojego serca łaknąłem rozbudzając umysł ciemiężąc go drobiazgowo, albowiem rozmiłowałem serce rozweselając oczy smutne, a kiedy ujrzałem cień i sylwetkę osłoniętą szatą jedwabną , omal nagą odkryłem kim stałem przed tobą…
  4. ELENA: Joachim słyszysz łzy niby perły białe upadając hycają jak szkiełko rozbitego lusterka one skrzą światłem…
  5. JOACHIM: Tak skrzą w oczach niby, namiętności libertyńskie u szczytu wierzy Babel…
  6. Drzwi uchylają się skrzypiąc. Milcząca cichość niby umarła wypełniała czułą komnatę , okno w przeciągu świeżego powietrza miele firany zasłaniające półmroczne, widmo dworu. Świece płonące dogasają, a mrok ćmi w te wpatrzone wzajemnie oczy. Elena usiadła na krześle zaraz obok komody drewnianej zmęczonej czasem. Siedziała patrząc na pantofle które, zsunęła ze znużonych stóp. W drzwiach stanął Joachim podkradając się niemal na palcach, tak aby nie zwrócić uwagi na siebie. Stał patrząc strusim wzrokiem w ciemny wilgotny kręty korytarz. Patrzył nasłuchując… Mglistość bezkształtności mroku wokół, a mury cmentarnie białe urażone wypełzającym jęzorem czasu, niemalże schną tą spływającą hebanową gęstwiną atramentowych myśli, opuszczonych chwil. Tylko światło gasnących świeć układało przedziwne niespotykane kręgi na parkiecie poruszające się w kierunku korytarza. Światło które pisząc alfabetem nieznanym lub rysując ryciny na sufitach o kształtach figuralnych, znaczą wyraźnie obecność swą. Joachim później stanął wyprostowany wychylając z za rogu framugi głowę lekko chyląc ją w kierunku stóp. Nasłuchiwał czekając zniecierpliwiony tak jakby miał przeczucie że, ktoś stoi na końcu długiego kolorowego mieniącego się w mozaikach dywanu, tam u pułapu drzwi, kończących się rękawów korytarza. Elena siedząc wpatrywała się w Joachima patrzyła zdumiona, cierpliwie antyszambrując. W ciszy było słychać trzepot mięsistych skrzydełek ćmy jakże dotkliwie szukającej światła, ona uderzając czasami o szybę niby nonsensowny akt, taniec śmierci, odbijała sumiennie dotkliwy czas tym echem stukających brzmień.
  7. JOACHIM: Wiesz kiedy, wpatruję się w to okno, które błyskotliwie odbija niby zwierciadło tą twarz w którą patrzę stojąc naprzeciw- prawie widzę twoje odbicie Eleno. Lecz kiedy, zmrużę powieki tuż przy framudze okna w modrym świetle; ujmuję cię w fantazjach niemal gołą tylko biodra przyodziane czerwoną białą wstęgą koją odczucie pożądania …
  8. ELENA: Joachimie gdybym ze szkła była, cierpka jak owoc jarzębiny, gorzka niczym grejpfrut niedojrzały surowy, to kiedy wymawiasz słowa odczuwam posmak pomarańczy i zapach ogrodu, jednakże jestem kobietą Joachimie i na cóż te słowa skoro w żyłach naszych krew ta bezpotomna płynie, wzburzona uczuciem namiętności…
  9. JOACHIM: Tak jesteś, lecz czy niepewność jest wyrazem niecodzienności, która w nas tkwi od dni narodzin? Kim ja jestem kiedy w oczach twoich unoszę słowa mówiąc ? Kim oświadcz proszę...
  10. ELENA: Panie czy moja odpowiedz aby wystarczy? Wprawdzie popatrujesz w oczy moje wiec, usłysz tenże szept usłysz, on niemy płynący z serca.
  11. Pokój wypełniła surowa cisza, Joachim podszedł do Eleny patrzył na nią milcząc przez moment w końcu przysiadł u progu jej stóp. Dłoń uniósł patrząc w oczy miłej. Uniósł aby dotknąć jej ust o puszkiem palca. Tak zrobił wymawiając szeptem słowa:
  12. Tylko we dwoje świat uroczysty poddamy próbie śledząc dzieje ludzkości. Zamknij oczy niechaj powieki drgają unosząc lekko powieki, widzisz, widzisz?
  13. ELENA: Widzę, teraz w kręgach człowieczeństwa tychże dni w których jestem, jestem, widzę; trzymam chłopca za dłoń patrząc na niego. On nic nie mówi, nie otwiera ust a, oczy czarne jak noc, niebagatelne patrzą wprost na mnie jak gdyby wołając, błagając… Wokół stoją starcy ubrani w białe ornaty ich brody siwe białe długie zwisające z twarz szczupłych bladych niby w szarościach popiołu, opadają opierając się o piersi odkryte nagie opadają prawie do stup. Patrzą, obserwują, widzę Joachimie widzę…
  14. JOACHIM: Otwórz oczy niech że spojrzę w nie, nie płacz Eleno toż on we mnie objawieniem twoim po to abyś, poczuła zrozumiała kim jestem. Pamiętaj te życie w tobie iskrą uniesień zrozumieniem wzajemności w tych bolesnych chwilach. Ten chłopiec skamlał w oczach mówiąc matko. Jak że cucę myśli, jak że powiem teraz, słuchaj Eleno syn nasz Erqes.
  15. Akt. 2.
  16. Drzwi gwałtownie zatrzasnął za sobą wyszedł z kamienicy Elena popatrywała w okno spoglądając zza firany na ulicę. Słońce w zenicie spływało żarem asfalt lśnił miejscami rozgrzany miękki. Lekko powiewał wiatr liście na drzewach migotały przypominając ławicę ryb w jeziorach. Joachim szedł, śpieszył przed siebie nie zauważając, że na balkonie stoi ona Elena która, rozmarzona w myślach zapatrywała się w niego, on znikał w oczach jej, przepadał gdzieś tam w głębi granic horyzontu osłoniętego smukłymi wysokimi Angielskimi kamienicami. Joachim zapatrywał się w głąb drogi szedł pochłonięty myślmy nie zważał na nic, nawet kiedy mijały go, piesi którzy wzrok topili w niego ponieważ szedł meandrycznym krokiem. Wszelako nie dostrzegał ludu, kobiet jak i mężczyzn. Upływ czasu jedynie wymagał od niego skupienia gdyż, spieszył na spotkanie z Panną Erin. Myślał zastanawiając się jak wygląda panna z którą ma obmówić trudny temat. Niewyrazista pogoda, jednak na niebie chmury ciemne w kształcie gongów co chwila przysłoniły słońce kryjąc cienie, cienie które blakły niknąc, a później rodząc się niby zmartwychwstając gęste szare śledzące krok za krokiem.
 
Scena II.
 
Cdn...
(Będę pisał na goło tutaj w notce dalszy ciąg jak przyjdzie chęć... Aż napiszę KONIEC.)
Melodramat obyczajowy z wątkiem romansu.
Wersja robocza.

 

Edytowane przez GreD (wyświetl historię edycji)
Opublikowano (edytowane)

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Ćmy się raczej nie słyszy a jak już to wyraźny trzepot skrzydełek mięsistrzych niż motyli dziennych a i to pod warunkiem, że ćma jest duża.  To muchy i komary brzęczą a wszelkie żuki  i chrabąszcze wyraźnie buczą jak małe silniczki.

Ciężko się czyta to co piszesz. Prosiłam Cię już byś dokładnie przemyślał co chcesz powiedzieć a przynajmniej czytał co zapisałeś w notesie a nie wklejał bez żadnej korekty.

Czasem z ciekawości zaglądam co znowu napisałeś ale najczęściej szybko z czytania rezygnuję - przepraszam za szczerość.

Edytowane przez czytacz (wyświetl historię edycji)
Opublikowano

Jak chcesz byś szczera to nie przepraszaj. Pisze wersja robocza. do końca potrwa jeszcze...

no masz racje trzepot fajnie brzmi pozwól, użyłem te mięsiste skrzydełka :)

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Nie każdy na tym forum lubi by być wobec niego szczerym, a inni są skłonni zjeść żywcem i bez przypraw za brutalność bo z tym jest utożsamiana szczerość i otwartość.

A poza tym miło mi, że wykorzystałeś podpowiedź, gdybyś tylko jeszcze chciał czytać co piszesz zanim wkleisz na forum. ;)

Opublikowano (edytowane)

a czytam ten tekst, i poprawiam dopisując dalszy ciąg, czytam go już chyba z 100 raz trudno że język mój jest zbyt trudny dla ciebie i być może nie zrozumiały. Ten post ma na celu co innego ponieważ jest za linkowany w w pewnym serwisie\\. C\wiadomy cel dla mnie... 

Edytowane przez GreD (wyświetl historię edycji)
  • 1 miesiąc temu...

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   Klaustrofobia podziemi rosła, im bardziej puste okazywały się kolejne pomieszczenia, nagie i ascetyczne w swoich małych pokutach. Brakowało jednego przejścia, aby cały poziom tworzył jeden spójny cykl, krąg piekieł, albo aureolę na głowie kościoła przemysłu. 

        Zderzony z ostatnią ścianą, Karol odwrócił się, żeby spojrzeć na ślady butów wybite w zalegającym prochu. Nie martwiąc się o pobrudzone spodnie, usiadł na ziemi i, aby nie musieć zamykać oczu, wyłączył latarkę. Rozczarowanie. Nienasycenie. Karol był zawiedziony - nawet nie fabryką, lecz samym sobą. Ciemność trzymała go w serdecznym uścisku, ale nadal dało się wyczuć drżenia przestrzeni z każdym przejeżdżającym samochodem, a spomiędzy zawieszonej pleśni przebijał się zapach płynu do prania. Może właśnie o to chodziło? Centrum zniewolenia jesteśmy my sami, próbujemy uciekać w egzotyczne kraje lub kariery, a mimo tego i tak nie możemy nigdzie znaleźć miejsca brutalnie prawdziwego, brudnego absolutu istnienia. Człowieka chowa się czystego, a dopiero jego zadaniem jest samogwałt - wyrwanie ze swoich trzewi czegoś, czym faktycznie można by powiedzieć, że się jest (bo przecież chyba nie ,,piątoklasistą”?). Mały chłopczyk zastanowił się nad zdjęciem z siebie wszystkich ubrań (o zgrozo - ubrań ,,do szkoły”), nad pozbyciem się fetoru higieny. Nie, to nie to, to byłoby głupie - myśli chłopaka wróciły z powrotem pod ziemię.

        Strużki wody zostawiały rude ścieżki spływając powoli po ścianach. Kiedy Karol z rodzicami mieszkali jeszcze w biedzie, w nędznym domku pod miastem, całe dnie upływały mu w jego ,,bazie” - wciśniętej pomiędzy rosnące na działce drzewa a siatkę ogrodzenia. Ze wstydem wspominał do dzisiaj dzień, kiedy grupka dzieci w jego wieku, w czystych ubraniach, na kolorowych rowerach, zapuściła się w jego ulicę (co było na tyle niezwykłą rzadkością, że jest to jedyna taka sytuacja, jaką Karol pamiętał), aż spotkali go, skulonego w swojej kryjówce. Z dziecinną ochotą próbowali z nim zacząć rozmowę, lecz on, jak nieoswojony dzikus, nie był nawet w stanie spojrzeć im w oczy. Speszeni, ruszyli dalej błotnistą drogą, która prowadziła chyba tylko do jakiejś żwirowni (sam Karol nigdy nie zagłębił się w tę uliczkę dalej niż koniec jego działki), najpewniej zapominając o dziwaku już w następnej minucie. Lecz Karol pamiętał to do dzisiaj. Pamiętał, jak po długiej minucie wreszcie dotarł do niego sens sytuacji, rzucił się on wtedy biegiem przez działkę, wyskakując spomiędzy krzaków na otwarte pole, biegł przez wysoką trawę z nadzieją zobaczenia jeszcze błysku ich plecaków, lecz przywarł wreszcie policzkiem do ogrodzenia, a na uliczce panowała absolutna cisza. Karol-dzikus wyrywał się z jakiegoś rezerwatu, wracając teraz na powierzchnię świadomości chłopca, jakby między rurami piwnicznej kotłowni odnalazł komfort zapomnianej bazy. 

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...