Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

@Hanna_Kumidaj
To ze pokażemy się w prawdzie o sobie wcale nie zagwarantuje nam ze nas ludzie tak odbiorą. Większość z ludzi nas nie zrozumie, nie ma się wiec zbytnio co wysilać bo wychodzi jak widać na to ze ciągle trzeba się tłumaczyć, a inni będą widzieć w Tobie więcej niekonsekwencji niż konsekwencji podczas gdy dla Ciebie wszystko jest przecież jasne. Z reguły wyjście ze złego na dobre jest dla nas korzystniejsze, jak dodanie kreseczki do minusa. Gorzej jak jest plus i się traci go w minusa w zasadzie wtedy zapulsować znowu jest trudno. Zresztą czym się tutaj szczycić przecież wszystko czym jesteśmy jest czymś uwarunkowane. Jeśli już nawet neguje się istnienie laski bożej to przecież nie można zanegować wpływów środowiska i doświadczeń życiowych. Prawdziwa tolerancja wobec samego siebie zakłada to ze tak naprawdę się nie lubimy wewnętrznie. Tolerowanie siebie w sposób który zakłada ze jesteśmy przekonani o tym ze jesteśmy panami siebie czyli zarówno to co złe jak i to co dobre pochodzi wyłącznie od nas, i ze sami wybieramy tym kim jesteśmy do końca jest egocentryzmem i tak jak mówisz może nas ukazać jako potwory. Dlaczego potwory? Dlatego ze tak naprawdę poza szlachetnymi wyjątkami jesteśmy również cielesnymi czyli ograniczonymi, wiec ktoś zakochany sam w sobie będzie musiał przyjąć w gruncie rzeczy swój własny system moralny... Być może ze jesteśmy bardziej skuteczni żyjąc w taki egocentryczny sposób dlatego ze jest w tym właśnie jakaś determinacja na sukces...

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   Klaustrofobia podziemi rosła, im bardziej puste okazywały się kolejne pomieszczenia, nagie i ascetyczne w swoich małych pokutach. Brakowało jednego przejścia, aby cały poziom tworzył jeden spójny cykl, krąg piekieł, albo aureolę na głowie kościoła przemysłu. 

        Zderzony z ostatnią ścianą, Karol odwrócił się, żeby spojrzeć na ślady butów wybite w zalegającym prochu. Nie martwiąc się o pobrudzone spodnie, usiadł na ziemi i, aby nie musieć zamykać oczu, wyłączył latarkę. Rozczarowanie. Nienasycenie. Karol był zawiedziony - nawet nie fabryką, lecz samym sobą. Ciemność trzymała go w serdecznym uścisku, ale nadal dało się wyczuć drżenia przestrzeni z każdym przejeżdżającym samochodem, a spomiędzy zawieszonej pleśni przebijał się zapach płynu do prania. Może właśnie o to chodziło? Centrum zniewolenia jesteśmy my sami, próbujemy uciekać w egzotyczne kraje lub kariery, a mimo tego i tak nie możemy nigdzie znaleźć miejsca brutalnie prawdziwego, brudnego absolutu istnienia. Człowieka chowa się czystego, a dopiero jego zadaniem jest samogwałt - wyrwanie ze swoich trzewi czegoś, czym faktycznie można by powiedzieć, że się jest (bo przecież chyba nie ,,piątoklasistą”?). Mały chłopczyk zastanowił się nad zdjęciem z siebie wszystkich ubrań (o zgrozo - ubrań ,,do szkoły”), nad pozbyciem się fetoru higieny. Nie, to nie to, to byłoby głupie - myśli chłopaka wróciły z powrotem pod ziemię.

        Strużki wody zostawiały rude ścieżki spływając powoli po ścianach. Kiedy Karol z rodzicami mieszkali jeszcze w biedzie, w nędznym domku pod miastem, całe dnie upływały mu w jego ,,bazie” - wciśniętej pomiędzy rosnące na działce drzewa a siatkę ogrodzenia. Ze wstydem wspominał do dzisiaj dzień, kiedy grupka dzieci w jego wieku, w czystych ubraniach, na kolorowych rowerach, zapuściła się w jego ulicę (co było na tyle niezwykłą rzadkością, że jest to jedyna taka sytuacja, jaką Karol pamiętał), aż spotkali go, skulonego w swojej kryjówce. Z dziecinną ochotą próbowali z nim zacząć rozmowę, lecz on, jak nieoswojony dzikus, nie był nawet w stanie spojrzeć im w oczy. Speszeni, ruszyli dalej błotnistą drogą, która prowadziła chyba tylko do jakiejś żwirowni (sam Karol nigdy nie zagłębił się w tę uliczkę dalej niż koniec jego działki), najpewniej zapominając o dziwaku już w następnej minucie. Lecz Karol pamiętał to do dzisiaj. Pamiętał, jak po długiej minucie wreszcie dotarł do niego sens sytuacji, rzucił się on wtedy biegiem przez działkę, wyskakując spomiędzy krzaków na otwarte pole, biegł przez wysoką trawę z nadzieją zobaczenia jeszcze błysku ich plecaków, lecz przywarł wreszcie policzkiem do ogrodzenia, a na uliczce panowała absolutna cisza. Karol-dzikus wyrywał się z jakiegoś rezerwatu, wracając teraz na powierzchnię świadomości chłopca, jakby między rurami piwnicznej kotłowni odnalazł komfort zapomnianej bazy. 

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...