Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

[url]https://www.youtube.com/watch?v=mLmaD3V6ERs[/url]

Zapach jaśminu

Zapatrzeni gdzieś przed siebie
tak zwyczajni, głodni uczuć.
Szara ławka na tym dworcu.
I ta cisza... głucha w sercu.

Zawieszeni tak po prostu
tuż nad ziemią, gdzieś nad wszystkim.
Jaśminowej woń nadziei
i nade mną i nad Tobą.

ref (2x)
Słodka chwilo czymże jesteś...
czymże jesteś dla wieczności.
Marna chwilo czymże jesteś...
dla człowieka w samotności.

Gong szydercy nie był straszny
on zatrzymał szorstki oddech.
Spadły maski z szarych twarzy.
Drogowskazy dłoni naszych
na dwóch krańcach połączone.

Byłam ja, Ty byłeś ze mną.
Księżyc z gwiazd korony wieńczył.
W sen utulił te płochliwe.
I prowadził nas przed siebie.

Pieszczotliwie tkałeś wstęgi
nocną ciszą roziskrzone.
Gdzieś w kąciku płomień świecy
migotliwy spektakl tańczył.

Ref (2x)
Słodka chwilo czymże jesteś...
czymże jesteś dla wieczności.
Marna chwilo czymże jesteś...
dla człowieka w samotności.

Coś ruszyło w mgnieniu oka
z pędem... jak te dzikie konie.
Coś zadrżało w jednej chwili
coś odeszło razem z Tobą.

Czas szyderca nie wymaże
nie zabije moich wspomnień.
Nadal pachnie jaśmin w koło
w pokoiku na poddaszu...

Jesień liśćmi ściele stopy.
Z dala patrzę w puste okno.
Słychać szelest ludzkiej mowy
już nie słyszę twoich kroków...

Ref(2x)
Słodka chwilo czymże jesteś...
czymże jesteś dla wieczności.
Marna chwilo czymże jesteś...
uderzyłaś w gong nicości.

Byłam ja, nie było Ciebie
tylko Bóg zna nasze drogi.
Coraz dalsi, bardziej obcy
tylko... krzew rozkwitnie nad ławeczką
jak co roku...

© Dorota Brylska

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   Klaustrofobia podziemi rosła, im bardziej puste okazywały się kolejne pomieszczenia, nagie i ascetyczne w swoich małych pokutach. Brakowało jednego przejścia, aby cały poziom tworzył jeden spójny cykl, krąg piekieł, albo aureolę na głowie kościoła przemysłu. 

        Zderzony z ostatnią ścianą, Karol odwrócił się, żeby spojrzeć na ślady butów wybite w zalegającym prochu. Nie martwiąc się o pobrudzone spodnie, usiadł na ziemi i, aby nie musieć zamykać oczu, wyłączył latarkę. Rozczarowanie. Nienasycenie. Karol był zawiedziony - nawet nie fabryką, lecz samym sobą. Ciemność trzymała go w serdecznym uścisku, ale nadal dało się wyczuć drżenia przestrzeni z każdym przejeżdżającym samochodem, a spomiędzy zawieszonej pleśni przebijał się zapach płynu do prania. Może właśnie o to chodziło? Centrum zniewolenia jesteśmy my sami, próbujemy uciekać w egzotyczne kraje lub kariery, a mimo tego i tak nie możemy nigdzie znaleźć miejsca brutalnie prawdziwego, brudnego absolutu istnienia. Człowieka chowa się czystego, a dopiero jego zadaniem jest samogwałt - wyrwanie ze swoich trzewi czegoś, czym faktycznie można by powiedzieć, że się jest (bo przecież chyba nie ,,piątoklasistą”?). Mały chłopczyk zastanowił się nad zdjęciem z siebie wszystkich ubrań (o zgrozo - ubrań ,,do szkoły”), nad pozbyciem się fetoru higieny. Nie, to nie to, to byłoby głupie - myśli chłopaka wróciły z powrotem pod ziemię.

        Strużki wody zostawiały rude ścieżki spływając powoli po ścianach. Kiedy Karol z rodzicami mieszkali jeszcze w biedzie, w nędznym domku pod miastem, całe dnie upływały mu w jego ,,bazie” - wciśniętej pomiędzy rosnące na działce drzewa a siatkę ogrodzenia. Ze wstydem wspominał do dzisiaj dzień, kiedy grupka dzieci w jego wieku, w czystych ubraniach, na kolorowych rowerach, zapuściła się w jego ulicę (co było na tyle niezwykłą rzadkością, że jest to jedyna taka sytuacja, jaką Karol pamiętał), aż spotkali go, skulonego w swojej kryjówce. Z dziecinną ochotą próbowali z nim zacząć rozmowę, lecz on, jak nieoswojony dzikus, nie był nawet w stanie spojrzeć im w oczy. Speszeni, ruszyli dalej błotnistą drogą, która prowadziła chyba tylko do jakiejś żwirowni (sam Karol nigdy nie zagłębił się w tę uliczkę dalej niż koniec jego działki), najpewniej zapominając o dziwaku już w następnej minucie. Lecz Karol pamiętał to do dzisiaj. Pamiętał, jak po długiej minucie wreszcie dotarł do niego sens sytuacji, rzucił się on wtedy biegiem przez działkę, wyskakując spomiędzy krzaków na otwarte pole, biegł przez wysoką trawę z nadzieją zobaczenia jeszcze błysku ich plecaków, lecz przywarł wreszcie policzkiem do ogrodzenia, a na uliczce panowała absolutna cisza. Karol-dzikus wyrywał się z jakiegoś rezerwatu, wracając teraz na powierzchnię świadomości chłopca, jakby między rurami piwnicznej kotłowni odnalazł komfort zapomnianej bazy. 

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...