Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Żmudne dochodzenia, miesiąc po miesiącu,
Najpierw czyjeś imię, cień na fotografii,
oderwane zdanie, adres, kolor włosów.
Szczegół za szczegółem - każdy, nawet błahy,

zaczyna pasować. Po euforii cisza,
trudna i konieczna, żeby to zrozumieć,
niczego nie zgubić, nie przeoczyć pytań,
w porę je postawić i nie dać się uwieść

łatwym rozwiązaniom. Wtedy czytać braillem
przetarcia na zdjęciu, przestudiować lustro,
znaleźć nowe brzmienie, poszukać za kadrem
tego, co ważniejsze, zagruntować płótno.

Trzeba cierpliwości. Wracają powoli.
Żadnych zbędnych kroków, nagłych zwrotów akcji.
Jakby ktoś przewidział, że każdy ruch boli.
Jakby nad tym czuwał najzręczniejszy taktyk.

Dopiero, gdy cisza staje się nieznośna,
coraz trudniej chwycić rozmyte kontury,
kiedy jest już pewne, że nie da się sprostać
tamtym wydarzeniom, że lepiej wytłumić

całą tę historię - wraca nowy detal.
Trafia się na zdjęcie, nazwisko sąsiada,
adres sklepu, romans. Ktoś za kimś wyjechał,
ktoś inny nie zdążył. I znów się układa

nowy fragment, refren. Dopełnia się rozdział.
Później znowu cisza. Z kolejnym powrotem
widzę ich wyraźniej. Będziemy bez końca
zbliżać się, próbować odwlec katastrofę.

Opublikowano

dołączę do powyższego grona
ale pozwolę sobie dopisać inne zakończenie
(dobre wiersze zawsze mnie inspirują)

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Znów za chwilę bomba - dziennikarski przeciek.
Tężeją emocje, już są nowe fakty,
jeszcze jakaś książka, chce zawłaszczyć przestrzeń.
"Same radykały" - grzmi z mównicy taktyk.

Rozdziały, jak grzyby, po deszczu się mnożą.
Nim stary się zamknie już szaleje nowy.
Trzeba prawdę wywlec i z pomocą bożą
zamiast katastrofy budować i tworzyć
:)
Opublikowano

Dziękuję bardzo, cieszę się z takiego odbioru!
Tak, technicznie staram się, by wszystko było zgodnie z regułami. Propozycja Pana Jacka przednia!

Ten wiersz, zgodnie z nawiasem przy tytule, to zakończenie pewnej większej całości,
będę powolutku wklejać kolejne części, aż dojdę do pierwszej.

pozdrawiam Państwa serdecznie, wdzięczna za lekturę

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   Klaustrofobia podziemi rosła, im bardziej puste okazywały się kolejne pomieszczenia, nagie i ascetyczne w swoich małych pokutach. Brakowało jednego przejścia, aby cały poziom tworzył jeden spójny cykl, krąg piekieł, albo aureolę na głowie kościoła przemysłu. 

        Zderzony z ostatnią ścianą, Karol odwrócił się, żeby spojrzeć na ślady butów wybite w zalegającym prochu. Nie martwiąc się o pobrudzone spodnie, usiadł na ziemi i, aby nie musieć zamykać oczu, wyłączył latarkę. Rozczarowanie. Nienasycenie. Karol był zawiedziony - nawet nie fabryką, lecz samym sobą. Ciemność trzymała go w serdecznym uścisku, ale nadal dało się wyczuć drżenia przestrzeni z każdym przejeżdżającym samochodem, a spomiędzy zawieszonej pleśni przebijał się zapach płynu do prania. Może właśnie o to chodziło? Centrum zniewolenia jesteśmy my sami, próbujemy uciekać w egzotyczne kraje lub kariery, a mimo tego i tak nie możemy nigdzie znaleźć miejsca brutalnie prawdziwego, brudnego absolutu istnienia. Człowieka chowa się czystego, a dopiero jego zadaniem jest samogwałt - wyrwanie ze swoich trzewi czegoś, czym faktycznie można by powiedzieć, że się jest (bo przecież chyba nie ,,piątoklasistą”?). Mały chłopczyk zastanowił się nad zdjęciem z siebie wszystkich ubrań (o zgrozo - ubrań ,,do szkoły”), nad pozbyciem się fetoru higieny. Nie, to nie to, to byłoby głupie - myśli chłopaka wróciły z powrotem pod ziemię.

        Strużki wody zostawiały rude ścieżki spływając powoli po ścianach. Kiedy Karol z rodzicami mieszkali jeszcze w biedzie, w nędznym domku pod miastem, całe dnie upływały mu w jego ,,bazie” - wciśniętej pomiędzy rosnące na działce drzewa a siatkę ogrodzenia. Ze wstydem wspominał do dzisiaj dzień, kiedy grupka dzieci w jego wieku, w czystych ubraniach, na kolorowych rowerach, zapuściła się w jego ulicę (co było na tyle niezwykłą rzadkością, że jest to jedyna taka sytuacja, jaką Karol pamiętał), aż spotkali go, skulonego w swojej kryjówce. Z dziecinną ochotą próbowali z nim zacząć rozmowę, lecz on, jak nieoswojony dzikus, nie był nawet w stanie spojrzeć im w oczy. Speszeni, ruszyli dalej błotnistą drogą, która prowadziła chyba tylko do jakiejś żwirowni (sam Karol nigdy nie zagłębił się w tę uliczkę dalej niż koniec jego działki), najpewniej zapominając o dziwaku już w następnej minucie. Lecz Karol pamiętał to do dzisiaj. Pamiętał, jak po długiej minucie wreszcie dotarł do niego sens sytuacji, rzucił się on wtedy biegiem przez działkę, wyskakując spomiędzy krzaków na otwarte pole, biegł przez wysoką trawę z nadzieją zobaczenia jeszcze błysku ich plecaków, lecz przywarł wreszcie policzkiem do ogrodzenia, a na uliczce panowała absolutna cisza. Karol-dzikus wyrywał się z jakiegoś rezerwatu, wracając teraz na powierzchnię świadomości chłopca, jakby między rurami piwnicznej kotłowni odnalazł komfort zapomnianej bazy. 

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...