Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

A wtedy powiedziałam do niej, żeby się wyniosła. Dosłownie tak. Brutalnie. Przez nią moje małżeństwo było zagrożone, bo dla niej zdrada była czymś zwyczajnym i niby żartem, niby serio raiła mu to tę, to tamtą. Mojemu mężowi, znaczy się.

Mieszkała z nami od pewnego czasu z konieczności. Po ciągłych przeprowadzkach, zmianach pracy nie miała się gdzie podziać. To trwało już od kilku lat, od czasu kiedy porzuciła męża. Nie tylko męża, również dzieci. Mieszkała jakiś czas w Kraśniku dopóki nie umarło jej kolejne dziecko. Dziecko, które nie miało szansy na przeżycie.. Wodogłowie. Ojcem dzieciaka był lokator, to z nim uciekła, mężowi zostawiając tamtych troje. To prawda, mąż, który nie dawał jej spokoju, dziś powiedzielibyśmy - molestował, miał również dziecko ze służącą. Czuła się wiec poniekąd usprawiedliwiona. Tak myślała. A tak naprawdę kochała się w lokatorze. Ten facet jednak szybko ją porzucił. Kiedy urodził się kaleka była sama.

W Kraśniku znalazła pracę w zakładach przemysłowych, ale po śmierci dziecka rzuciła to i przyjechała do mnie. Nie znałam wtedy jeszcze mojego obecnego męża, byłam sama, wynajmowałam pokój. Pracowałam. Miałam dwadzieścia lat, a ona o trzynaście więcej. Co mogłam zrobić? Siostra przecież. Jej mąż przez jakiś czas nalegał na jej powrót. Ona nie chciała. Czemu? Nie wiem. A potem było już za późno; ich dzieci wychowywała jakaś inna.

Miałam maleńki pokój, było ciasno. Spałyśmy w jednym łóżku. Tu też dostała pracę, nie było z tym problemu. Problemem było zdrowie. Nic wielkiego, plamy na płucach. Dostała miejsce w sanatorium . Przyznaję, odetchnęłam. Dość miałam krępującego towarzystwa, a ona tam robiła nowe znajomości. Pojawił się doktor Rybak. Gruźlik, mniej więcej po trzydziestce. Też chyba niezbyt ciężko chory.. Nie wiem co tam się działo w sanatorium, nigdy tam nie byłam, potem mi pokazała zdjęcia z potańcówki. Z Rybakiem w czułej pozie. Wydaje się, że traktowała go poważnie pomimo, że miał żonę. Obojgu im wycięto po kawałku płuca. Wrócili razem, on przejazdem, a więc musiałam go ugościć. Myślałam, że jak kupię ser, to będzie elegancko, a zresztą kupić ser było najłatwiej, nawet bez kolejki. Rybak nie lubił sera, ser mu śmierdział. U niego na wsi sera się nie jada. Owszem biały, własnej roboty tak, ale żółtego nawet nie tknie. Kiełbasy nie ma? Nie, nie było. Rybak wyjechał bez kolacji

Postanowiła szukać pracy w domach wczasowych, w sanatoriach. To jej ustawi życie. Mieszkanie, wyżywienie. Rzeczywiście. Wkrótce dostała angaż w FWP jako księgowa zaopatrzeniowiec. I wyjechała do Jeleniej Góry..

Nasze kontakty były luźne, rzadkie. Wyszłam za mąż. Mieszkaliśmy z teściową, to był mój pierwszy własny dom, właściwie dom mojego męża i układało nam się nieźle. Wkrótce mieliśmy dziecko, syna.

Elżbieta, moja siostra, siostra przyrodnia, nie rodzona, zmieniała pracę dosyć często, a zmiana pracy bywała zwykle zmianą miejscowości. Pół roku, rok i nowy adres. Zależnie od sezonu w FWP w tym albo innym domu. A może co innego? Być może była to konieczność? Wiedziałam, że gdziekolwiek była, z kimkolwiek zamieszkała zdarzało jej się coś przywłaszczyć, zazwyczaj jakiś drobiazg, nic cennego. Mam po niej bardzo starą, lekko żółtawą różę ze słoniowej kości. Po przeprowadzce pisała list o nowym miejscu pracy. List pełen entuzjazmu. Zapraszała. A gdzie tam! Jechać na koniec świata z dzieckiem? Syn chodził już do szkoły. Lecz w końcu się zdecydowałam. Tym razem była w Wiśle i miała wynajęły pokój, jak napisała, samodzielny. Z osobnym wejściem. Za domem zbocze góry. Nigdy nie byłam w górach. A więc jedziemy, ja i syn.

Podróży nie pamiętam. Musiała być przesiadka, bo dojechaliśmy do Wisły pekaesem. Była na dworcu ona i jej nowy facet, o którym pisała w liście – narzeczony. Trudno, niech będzie. Pokój mieliśmy wspólny. Dwa łóżka. Ona z tym narzeczonym, a ja z dzieckiem. Była już wtedy po rozwodzie. O tamtych swoich dzieciach nie mówiła nigdy. Ja nie pytałam, nie wiem czemu. Było głupio, bo może zacznie płakać i co wtedy? Prawda, że nie mieściło się to w głowie, ale tak sobie ułożyła życie. Lubiła mężczyzn i nie tylko seks. Po prostu się zakochiwała. Żal dzieci. Pewno tak. Podobno miała od nich wiadomości. Jakie? Czegoś się jednak dowiedziałam. Podobno nie chciały jej widywać.

A jednak noce były krępujące. Na szczęście moje dziecko spało, a rano kiedy oni wychodzili, zostawaliśmy sami. Wciąż padał deszcz. Stroma i śliska ścieżka tuż za domem, droga na jakiś zalesiony szczyt, może pagórek, nie wiem. Wróciliśmy, bo tam był tylko las. Nic więcej. A więc do miasta, w dół. Miasto, jak miasto. Zapamiętałam, tylko basen. Pomimo mżawki ktoś się pluskał. Poszliśmy więc do tego domu wczasowego na obiad z tego, co zostało w kuchni. Dawała mi do zrozumienia, że dla niej to nie problem. Ma tu chody. Problemem, wydawało się, był ślub z tym niby narzeczonym, bo się nie rozwiódł. Wiedziałam, że się kłócą i sytuacja zaczęła być napięta. Nie traktowałam go jak szwagra. Budził odrazę, bo podobałam mu się, byłam młodsza. To było bardzo krępujące, nieprzyjemne. To jego podniecenie wieczorami. Na szczęście tylko trzy wieczory. Jeszcze wycieczka następnego dnia. Ale to męka. Ślisko. Nigdzie nie widać horyzontu. Wszędzie góry. Trzeba by było chyba iść i iść, ale nie miałam na to chęci, syn też nie. I ta mżawka. Zbieraliśmy się do powrotu.

Potem długo nie było od niej wiadomości. Wreszcie, że szuka nowej pracy. Jakieś kłopoty z kręgosłupem. Depresja? Może. Tamten się zwinął. Znów jest sama. Przysłała fotografię z innego domu wczasowego, siedzi na schodkach, z kimś rozmawia, a kto jej robi zdjęcie, nie wiem. Wygląda już na swoje lata, chociaż jak zawsze stara się być młoda.

I nagle zapowiada przyjazd.

Miałam pracę w urzędzie miejskim, wtedy prezydium rady narodowej, był już osiemdziesiąty któryś rok. Ela zobowiązała się prowadzić dom, sprzątać, gotować obiad i tak dalej. Nie bardzo mnie to urządzało, ale co mogłam zrobić? Miesiąc, dwa.. Stawała się panią domu , no i zaczęły się te gadki z moim mężem. O paniach. Ciągłe aluzje, ta czy tamta? Jakieś namowy nie wiadomo na co. To właśnie wtedy powiedziałam – Wynoś się! Po prostu. Dałam jej kilka dni na załatwienie sobie czegoś do mieszkania.

Przeniosła się do koleżanki. Znalazła prace w rzeźni kurcząt. Nie miała do mnie żalu. Tak mi się wydawało.. Kto ją wie. Wygodniej było jej udawać, że wszystko jest w porządku. Było w porządku. Chyba tak. Płaciła za mieszkanie. Osiem godzin spędzonych w lodowatej hali nie wychodziło jej na zdrowie. Ale co robić, dobrze płacą. W dzieciństwie chorowała na krzywicę, ja tam nie wiem, bo prawie żeśmy się nie znały, miała coś jakby garb. Jednak wciąż jeszcze była dosyć sprawna, dawała sobie radę. I nadarzyła się okazja. W NRD potrzebowano pracowników w rzeźni drobiu. Zgłosiła się, pozałatwiała formalności, pojechała. No i dobrze. Można tam ładne rzeczy kupić.

Na pierwszy urlop przyjechała obsprawiona. W nowych kozaczkach, z nową torbą. Tylko że chyba jakaś inna. Była niskiego wzrostu w przeciwieństwie do mnie, a teraz jakby jeszcze mniejsza. Jak gdyby się zapadła. Mówiła że nie czuje się najlepiej, ale znów wyjechała po urlopie. Tym razem jednak wróciła znacznie szybciej. Poprzednie lokum było już nieaktualne, więc znowu zamieszkała z nami. Nie na długo, była naprawdę ciężko chora, o żadnej pracy już nie było mowy, lekarze, szpital. Była kaleką z postępującą chorobą kręgosłupa, ale zwierzyła mi się kiedyś, że musi mieć mężczyznę. To chyba przesądziło. To i renta. Znalazła w okolicy domek, wrośnięty w ziemię stary drewniak, była tam tylko jedna izba będąca jednocześnie kuchnią, wygódka na podwórzu, obok szopa, ale żyć można. Wynajęła.

Nie wiem czy pojawili się mężczyźni, pewno tak. Słyszałam o kimś, kto przychodził do niej i chyba nie na próżno. A ona miała zwyczaj żartować sobie z konkurenta. Oni to lubią, wolą to, niż sentymenty, wynurzenia. I zawsze miała papierosy, kawę. Kiedy zadomowiła się na dobre kupiła kilka kur i przygarnęła koty, potem znalazła na przystanku bezdomnego psa. To były już poważne obowiązki. Całymi dniami czytała kryminały, które wypożyczała z biblioteki. Znała sąsiadów, bliższych, dalszych. Odwiedzał ją mój syn. Tak. Nastolatek lubił ciotkę, dobrze się czuł w jej towarzystwie.

Był u niej również tego dnia. Przyszedł po szkole i czekał do wieczora. Jej nie było. Piec zimny, siedział w kurtce. Ściemniło się, to była jesień. Zamknął kury. Pies głodny, ale nie wiedział co mu dać. Wiec czekał. Potem zapytał właścicielkę, która mieszkała po sąsiedzku, gdzie ciotka może być. Sąsiadka nie wiedziała. A może pojechała kupić ziarno? Do miasta jeździ autobusem. Wieczorem jednak autobusu nie ma. Syn wrócił i powiedział nam, że ciotka gdzieś przepadła.

A ona wtedy już nie żyła.

Co parę dni jeździła na bazarek. Tego dnia również. I ktoś, jak zawsze pomógł jej wsiąść do autobusu, podał wózek. Do targowiska od przystanku było dość daleko, ale nie miało to znaczenia, lubiła być wśród ludzi, była wścibska. A w dzień targowy coś mogło się wydarzyć i rzeczywiście, coś się działo. W bocznej ulicy był sklep mięsny, a przed nim zawsze spory tłumek, a teraz tłumek dziwnie się rozproszył. Część ludzi pchała się do sklepu. Ktoś krzyczał
- Zaraz przyjedzie pogotowie!
To było coś. Postanowiła to zobaczyć. I tak musiała iść po kości, stanąć w kolejce do rzeźnika. Szła tam, skąd inni uciekali, ciekawa, co się mogło stać. Już była blisko. Widzi we wnętrzu sklepu zbity tłum, ludzie dawali jakieś znaki, a ona była na ulicy sama. O co chodzi? Ostatnim słowem jakie usłyszała było...
(Nie wiem).

Wieczorem wiadomość jeszcze nie dotarła, ale rano wiedziano na osiedlu, że w mieście wybuchł gaz. Są ranni, ci co byli w sklepie. Gaz w sklepie? A nie, nie w sklepie, na ulicy. A Eli wciąż nie było. W osiedlu nie ma telefonu. Syn czeka w domku ciotki, ja do pracy. A w mieście nikt nic nie wie. Tylko że ktoś podobno zginął. Lecz nie wiadomo kto. Dygoczę. Nerwy. Radzą mi dzwonić do szpitali. Dzwonię. Nie ma. Milicja też nic nie wie i pogotowie również nie. W szpitalu mówią, żeby dowiedzieć się w kostnicy.

Jest tam. Jedziemy obydwoje, ja i mąż. Dziwnie wygięte, połamane nogi. Stoję. Nie płaczę, nie wiem czemu. I tylko myślę z przerażeniem, czy żyła jeszcze, czy już nie, kiedy leżała sama na ulicy wśród rozbitego szkła i gruzu

Pogrzeb był na koszt państwa. Takie prawo, kiedy ktoś zginie z winy służb. Byliśmy my, sąsiedzi, niezbyt wielu, kilku starych znajomych i nikogo więcej. A przecież dopełniłam obowiązku. Szukałam ich adresu, telefonu. Znalazłam, zadzwoniłam. W domu była ta ich przybrana matka i powiedziała, że powtórzy. Nikt nie przyjechał. Żadne z trojga dzieci. Dzieci? Nie, już nie dzieci. Już dorośli.


Kury oddaliśmy sąsiadom, koty znikły. Psa wzięliśmy do siebie. Długo był z nami zanim zdechł. Ale niemrawy jakiś, smutny.



  • 2 tygodnie później...
  • 2 miesiące temu...

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • ───

      I. Moskwa – Odessa
      Który już raz lecę z Moskwy do Odessy –
      I znów złapali mnie w nie linii lot!
      Ale oto nadlatuje księżniczka-błękitka stewardesa messy,
      Niezawodna niby Wołga wszystkich flot.

      Nad Murmańskiem ni chmurki – rejs mych snów,
      I mógłbym teraz być już w Aszchabadzie,
      albo w Trieście...
      Otwarty Kijów, Charków, Kiszyniów, Lwów,
      Wszystkie otwarte, lecz ja chcę być w Odessie wreszcie...

      Mówili mi: „Nie licz na te adresy,
      Na żaden z niebios komunizmu dar”.
      A tu mi znów opóźniają mój lot do Odessy –
      Teraz jest oblodzony pas na start!

      A w Leningradzie z dachu woda kapie,
      Więc może mi pisane lecieć do Leningradu?
      Tbilisi to jedyny jasny punkt na tej podniebnej mapie,
      Tam herbata rośnie w sadzie, lecz ja Tbilisi mam w głębokim rozkładzie!

      Słyszałem, że Rostowianie idą w kurs!
      A mnie głupiemu wciąż chce się do Odessy,
      Ale mnie trzeba tam, gdzie od trzech dni nie honorują promesy,
      I dlatego opóźnili ludzkiej surówki spust!

      Ja muszę lecieć tam, gdzie chłód i lód,
      Gdzie jutro zapowiadają taaaki śnieg,
      Choć wszędzie indziej nieba czystego w bród,
      To miło, ale nie po to wrzuciłem piąty bieg!
      Nie wypuszczają mnie tu i nie wpuszczają tam,
      Niesprawiedliwe to, ale nie poradzę nic –
      Stewardesa, cudnie złudna, siódme niebo obiecuje nam,
      A z góry na nas patrzy tej całej floty widz!

      Otwarty najsłodszych smakołyków wielki tort,
      Lecz, by tam lecieć najsłodsze słodycze mnie nie skuszą.
      Otwarty nawet Władywostoku zamknięty port!
      I Paryż jest otwarty, ale tam jechać nie muszę.

      No, wreszcie! Pogoda, jak drut, dobry wiatr sprzyja skrzydłom,
      Samolot się napręża, śmigła w ruch, pełny bak,
      Lecz już nie wierzę, bo – mnie i tak tam nie przyjmą!
      Znajdą powody nawet, gdy powodów brak...

      Ja muszę lecieć tam, gdzie zamieć i mgła,
      Gdzie jutro gradobicie zapowiadają.
      Londyn, Delhi, Magadan przede mną się otwierają,
      Wszystkie stoją otworem, ale nie dla mnie ta w ciuciubabkę gra!

      Masz rację – śmiej się albo płacz: jestem znów na starych adresach,
      I masz: znowu spóźnienie, niedostępny lot –
      I smukła jak TU-104 stewardesa – panna Odessa,
      Tak przystępna, jak ten cały fłot,

      Znów mnie przestawia na ósmą zero dźwięk,
      A towarzysze pasażerowie posłusznie zasypiają w krąg,

      Mam tego dość już, psia kość,
      I lecę tam, gdzie mi pozwalają!
      Mam tego dość, już mnie całkiem zżarła złość,
      I lecę tam, gdzie mi otwierają!
      II. Polowanie na wilki
      Biegnę z całych sił, szarpię każdym ścięgnem,
      Ale dziś – jest jak jutro, i wczoraj, i potem
      Otoczyli mnie, otoczyli ciasnym kręgiem
      Rozwścieczają mnie do szpiku mej wilczej istoty.

      Dwururki schowały się w cień jódł
      Tam myśliwi skryli się swą sforą podłą;
      Wilki tarzają się w śniegu, co stopił się i zmókł
      Wystawiając się na łatwy strzał tych ogrów,

      Refren:
      Polowanie na wilki trwa, trwa polowanie!
      Na szare samce, matki i szczenięta.
      Gończy krzyczą, psy szczekają, a przynęta -.
      To na śniegu krew i plamy krwawych flag.

      W tej walce wilka z łowcami nie ma żadnych praw,
      Strzelającym nie zadrży ręka,
      Ogrodzili naszą wolność krwawych szmat strzępami,
      Biją bez litości, a ich kula celu sięga.

      Wilk nie może złamać tradycji czasem uświęconej;
      Widzisz te ślepe szczenięta? Ledwo od sutka matki odstawione
      Wyssały z jej mlekiem, czy to wilk czy ptak
      Prawdę jedyną: „Strzeż się ludzkich flag!”

      Refren 

      Łapy u nas i szczęki wytrwałe.
      Dlaczego, wodzu, proszę powiedz mi,
      Gonimy za szczeniakami i ubijamy je jednym strzałem,
      Łamiąc zakaz, że nie wolno ich bić!

      Wilk nie może inaczej. Sucho, to takie wilcze prawo.
      A moje dni już są policzone.
      Myśliwy już broń ujął w rękę prawą
      Z uśmiechem, i kulą, dla mnie przeznaczoną.

      Refren

      Wyszedłem ze świętego kręgu krwawych flag —
      Chęć życia jest we mnie silniejsza!
      I usłyszałem za sobą westchnienia, wrzask
      I krzyk myśliwych. Ich zdobycz będzie dziś mniejsza.

      Szarpię się z całych sił, gnam każdym strzępem ścięgna,
      Ale dziś – widzę jutro niż wczoraj jaśniejsze.
      Otoczyli mnie, otoczyli w krwawych kręgach,
      Ale gończym nic nie zostanie w rękach!

      Refren
      III. Polowanie z helikopterów
      Jak brzytwa, świt przeciął nam oczy,
      I otwarła się brama hangaru,
      A my przecieramy szlak, przez śnieg nasz tłum się toczy
      Most chrzęsci pod naszym ciężarem.

      A oni trzepotali skrzydłami tuż nad tajgą,
      A śnieg wolno spada z gałęzi świerków.
      A na naszym szlaku, nad tą krwawą bajką,
      Śmigłowca huk był jak psa warkot.

      Refren:
      Jest polowanie z helikoptera, hej na łów!!
      Na wilki szare, uparte i gniewne
      Ci, co usiedli u karabinów sterów - jest ich dwóch,
      Już zapomnieli o litości pewnie—

      A kule koszą wsio stworzenie.
      Biegnę i wdycham te mroźne opary,
      Lecz nie zdołam uciec już przed przeznaczeniem.

      Mechaniczne potwory nade mną krążą jak janczary.
      A ja biorę oddech jeszcze jeden w wilczy pysk,
      Lecz łopaty wyją coraz bliżej, wyraźniej,
      A ziemia pod mymi łapami aż kwiczy ziemi bryzg
      Śmieją się z kokpitu: „Dawaj! Raźniej!”

      I spuszczają mi na zad ołowiu deszcz.

      Refren

      Leżę pod drzewem złamanym, w mchu schroniłem się;
      Gdzieś przegapiłem ten zjazd na tyłku.
      I niech ci na górze próżno szukają mnie –
      Zostanę na dole; wpadłeś w zasadzkę, wilku!

      A ten piekielny huk rozpłynął się, znikł wtem;
      Znów śnieg na bagnach wolno pada;
      Wstałem, strząsnąłem silnika ryku mgłę,
      Żyję! Nie zabijecie mnie nigdy, gady!

      ───
       

       

      @Michał PawicaWstęp:

       

      Cień Arbacie, Cień Łubianki

       

      Bułat miał rację, mówiąc o Polsce z tym swoim melancholijnym, moskiewskim zachwytem.

       

      Widział nas przez pryzmat hejnału mariackiego, znoszonych garniturów siedemnastolatków idących na barykady i rzewnych łez Jarosławny.

       

      Dla niego byliśmy mądrzy, muzykalni, subtelni – jakbyśmy wszyscy zostali ulepieni z tej samej gliny, z której Agnieszka wycinała swoje najpiękniejsze strofy. To była miłość bezgraniczna, sygnał alarmowy czysty i wyraźny, grany na trąbce przez zamordowanego rzemieślnika historii.

       

      Ale Bułat pisał swoje eposy, gdy nad Moskwą szalała zaledwie majowa burza. Nie mógł przewidzieć, że jego ukochany, boczny cygański trakt z Arbacie skręci kiedyś gwałtownie w ponure korytarze Łubianki, a dym z płonącej planety uniesie się nad naszą ziemią jak nad gorejącym krzewem. Że jego dziesiąty, desantowy batalion – ten, który szedł w noc od Kurska i Orła – zamiast wolności przyniesie swastykę Ruskiego Mira, a zamiast bitnych pieśni rozbrzmiewać będzie tępy śmiech chłopców z Omonotworu pałujących kobiety na placach Pitera.

       

      Kiedy mit pęka, język zaczyna dychać coraz ciszej. Zamiast czułej struny akordeonu dostajemy mokry worek nadziany na dumną głowę i ślady paralizatora na dłoniach.

       

      Wujek Wołodia – ten swojski sąsiad z bloku, były szpieg i perełka z korytka KGB – zaczął dokręcać nam śruby tak mocno, że nasza wspólna, wątła nić zaczęła pić krew. Kręci je dalej, w szale, bez rozkazu, aż po sam grób.

       

      Dlatego ta opowieść nie ma dialogów. Jest jak powieść historyczna pisana przez emerytowanego porucznika w cieniu zatrutej róży, wciśniętej w oszroniony kufel po tanim, importowanym piwie. To mit, w którym człowiek pisze, co Bóg jeszcze ledwo słyszy przez ryk silników i dym Nord-Ost. Wszystko to minie, powtarzamy jak mantrę, łykając czarny, więzienny chleb.

       

      Zanim jednak bramy Lefortowa runą, a dyktator stanie się zimnym trupem w kostnicy, musimy wykrzyczeć słowa podejrzanej konduity. Nawet jeśli nasz rym już ledwo dyszy. Nawet jeśli przyjdzie nam krzyczeć z całych płuc, prosto w twarz tej bladej godzinie, która z miłości zostawiła nam tylko swąd...

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      Dzięki Marku. Również pozdrawiam.       To napisz o tym...   Jeśli możesz,                                     bez wulgaryzmów.   Pozdrawiam.
    • ─── I. Moskwa – Odessa Który już raz lecę z Moskwy do Odessy – I znów złapali mnie w nie linii lot! Ale oto nadlatuje księżniczka-błękitka stewardesa messy, Niezawodna niby Wołga wszystkich flot. Nad Murmańskiem ni chmurki – rejs mych snów, I mógłbym teraz być już w Aszchabadzie, albo w Trieście... Otwarty Kijów, Charków, Kiszyniów, Lwów, Wszystkie otwarte, lecz ja chcę być w Odessie wreszcie... Mówili mi: „Nie licz na te adresy, Na żaden z niebios komunizmu dar”. A tu mi znów opóźniają mój lot do Odessy – Teraz jest oblodzony pas na start! A w Leningradzie z dachu woda kapie, Więc może mi pisane lecieć do Leningradu? Tbilisi to jedyny jasny punkt na tej podniebnej mapie, Tam herbata rośnie w sadzie, lecz ja Tbilisi mam w głębokim rozkładzie! Słyszałem, że Rostowianie idą w kurs! A mnie głupiemu wciąż chce się do Odessy, Ale mnie trzeba tam, gdzie od trzech dni nie honorują promesy, I dlatego opóźnili ludzkiej surówki spust! Ja muszę lecieć tam, gdzie chłód i lód, Gdzie jutro zapowiadają taaaki śnieg, Choć wszędzie indziej nieba czystego w bród, To miło, ale nie po to wrzuciłem piąty bieg! Nie wypuszczają mnie tu i nie wpuszczają tam, Niesprawiedliwe to, ale nie poradzę nic – Stewardesa, cudnie złudna, siódme niebo obiecuje nam, A z góry na nas patrzy tej całej floty widz! Otwarty najsłodszych smakołyków wielki tort, Lecz, by tam lecieć najsłodsze słodycze mnie nie skuszą. Otwarty nawet Władywostoku zamknięty port! I Paryż jest otwarty, ale tam jechać nie muszę. No, wreszcie! Pogoda, jak drut, dobry wiatr sprzyja skrzydłom, Samolot się napręża, śmigła w ruch, pełny bak, Lecz już nie wierzę, bo – mnie i tak tam nie przyjmą! Znajdą powody nawet, gdy powodów brak... Ja muszę lecieć tam, gdzie zamieć i mgła, Gdzie jutro gradobicie zapowiadają. Londyn, Delhi, Magadan przede mną się otwierają, Wszystkie stoją otworem, ale nie dla mnie ta w ciuciubabkę gra! Masz rację – śmiej się albo płacz: jestem znów na starych adresach, I masz: znowu spóźnienie, niedostępny lot – I smukła jak TU-104 stewardesa – panna Odessa, Tak przystępna, jak ten cały fłot, Znów mnie przestawia na ósmą zero dźwięk, A towarzysze pasażerowie posłusznie zasypiają w krąg, Mam tego dość już, psia kość, I lecę tam, gdzie mi pozwalają! Mam tego dość, już mnie całkiem zżarła złość, I lecę tam, gdzie mi otwierają! II. Polowanie na wilki Biegnę z całych sił, szarpię każdym ścięgnem, Ale dziś – jest jak jutro, i wczoraj, i potem Otoczyli mnie, otoczyli ciasnym kręgiem Rozwścieczają mnie do szpiku mej wilczej istoty. Dwururki schowały się w cień jódł Tam myśliwi skryli się swą sforą podłą; Wilki tarzają się w śniegu, co stopił się i zmókł Wystawiając się na łatwy strzał tych ogrów, Refren: Polowanie na wilki trwa, trwa polowanie! Na szare samce, matki i szczenięta. Gończy krzyczą, psy szczekają, a przynęta -. To na śniegu krew i plamy krwawych flag. W tej walce wilka z łowcami nie ma żadnych praw, Strzelającym nie zadrży ręka, Ogrodzili naszą wolność krwawych szmat strzępami, Biją bez litości, a ich kula celu sięga. Wilk nie może złamać tradycji czasem uświęconej; Widzisz te ślepe szczenięta? Ledwo od sutka matki odstawione Wyssały z jej mlekiem, czy to wilk czy ptak Prawdę jedyną: „Strzeż się ludzkich flag!” Refren  Łapy u nas i szczęki wytrwałe. Dlaczego, wodzu, proszę powiedz mi, Gonimy za szczeniakami i ubijamy je jednym strzałem, Łamiąc zakaz, że nie wolno ich bić! Wilk nie może inaczej. Sucho, to takie wilcze prawo. A moje dni już są policzone. Myśliwy już broń ujął w rękę prawą Z uśmiechem, i kulą, dla mnie przeznaczoną. Refren Wyszedłem ze świętego kręgu krwawych flag — Chęć życia jest we mnie silniejsza! I usłyszałem za sobą westchnienia, wrzask I krzyk myśliwych. Ich zdobycz będzie dziś mniejsza. Szarpię się z całych sił, gnam każdym strzępem ścięgna, Ale dziś – widzę jutro niż wczoraj jaśniejsze. Otoczyli mnie, otoczyli w krwawych kręgach, Ale gończym nic nie zostanie w rękach! Refren III. Polowanie z helikopterów Jak brzytwa, świt przeciął nam oczy, I otwarła się brama hangaru, A my przecieramy szlak, przez śnieg nasz tłum się toczy Most chrzęsci pod naszym ciężarem. A oni trzepotali skrzydłami tuż nad tajgą, A śnieg wolno spada z gałęzi świerków. A na naszym szlaku, nad tą krwawą bajką, Śmigłowca huk był jak psa warkot. Refren: Jest polowanie z helikoptera, hej na łów!! Na wilki szare, uparte i gniewne Ci, co usiedli u karabinów sterów - jest ich dwóch, Już zapomnieli o litości pewnie— A kule koszą wsio stworzenie. Biegnę i wdycham te mroźne opary, Lecz nie zdołam uciec już przed przeznaczeniem. Mechaniczne potwory nade mną krążą jak janczary. A ja biorę oddech jeszcze jeden w wilczy pysk, Lecz łopaty wyją coraz bliżej, wyraźniej, A ziemia pod mymi łapami aż kwiczy ziemi bryzg Śmieją się z kokpitu: „Dawaj! Raźniej!” I spuszczają mi na zad ołowiu deszcz. Refren Leżę pod drzewem złamanym, w mchu schroniłem się; Gdzieś przegapiłem ten zjazd na tyłku. I niech ci na górze próżno szukają mnie – Zostanę na dole; wpadłeś w zasadzkę, wilku! A ten piekielny huk rozpłynął się, znikł wtem; Znów śnieg na bagnach wolno pada; Wstałem, strząsnąłem silnika ryku mgłę, Żyję! Nie zabijecie mnie nigdy, gady! ───     @Michał PawicaWstęp:   Cień Arbacie, Cień Łubianki   Bułat miał rację, mówiąc o Polsce z tym swoim melancholijnym, moskiewskim zachwytem.   Widział nas przez pryzmat hejnału mariackiego, znoszonych garniturów siedemnastolatków idących na barykady i rzewnych łez Jarosławny.   Dla niego byliśmy mądrzy, muzykalni, subtelni – jakbyśmy wszyscy zostali ulepieni z tej samej gliny, z której Agnieszka wycinała swoje najpiękniejsze strofy. To była miłość bezgraniczna, sygnał alarmowy czysty i wyraźny, grany na trąbce przez zamordowanego rzemieślnika historii.   Ale Bułat pisał swoje eposy, gdy nad Moskwą szalała zaledwie majowa burza. Nie mógł przewidzieć, że jego ukochany, boczny cygański trakt z Arbacie skręci kiedyś gwałtownie w ponure korytarze Łubianki, a dym z płonącej planety uniesie się nad naszą ziemią jak nad gorejącym krzewem. Że jego dziesiąty, desantowy batalion – ten, który szedł w noc od Kurska i Orła – zamiast wolności przyniesie swastykę Ruskiego Mira, a zamiast bitnych pieśni rozbrzmiewać będzie tępy śmiech chłopców z Omonotworu pałujących kobiety na placach Pitera.   Kiedy mit pęka, język zaczyna dychać coraz ciszej. Zamiast czułej struny akordeonu dostajemy mokry worek nadziany na dumną głowę i ślady paralizatora na dłoniach.   Wujek Wołodia – ten swojski sąsiad z bloku, były szpieg i perełka z korytka KGB – zaczął dokręcać nam śruby tak mocno, że nasza wspólna, wątła nić zaczęła pić krew. Kręci je dalej, w szale, bez rozkazu, aż po sam grób.   Dlatego ta opowieść nie ma dialogów. Jest jak powieść historyczna pisana przez emerytowanego porucznika w cieniu zatrutej róży, wciśniętej w oszroniony kufel po tanim, importowanym piwie. To mit, w którym człowiek pisze, co Bóg jeszcze ledwo słyszy przez ryk silników i dym Nord-Ost. Wszystko to minie, powtarzamy jak mantrę, łykając czarny, więzienny chleb.   Zanim jednak bramy Lefortowa runą, a dyktator stanie się zimnym trupem w kostnicy, musimy wykrzyczeć słowa podejrzanej konduity. Nawet jeśli nasz rym już ledwo dyszy. Nawet jeśli przyjdzie nam krzyczeć z całych płuc, prosto w twarz tej bladej godzinie, która z miłości zostawiła nam tylko swąd...
    • ,, Eucharystia jednoczy  przyjmujących ją ,, 1 Kor.10 , 16-17    jak ocean łączy kropel wiele  tak Eucharystia  wiąże ludzi w kościele    dar wolności  Bóg nie wymusza  zaprasza    lubimy kochamy  po swojemu    świat  zamiast się radować  walczy    a jest  jest ... cudem  cudem  wartym miłości szacunku   rysy skazy rany widać z daleka  wolna wola … problemem   komunia łączy  owoc  życie w zgodzie  z sobą z Bogiem   Jezu ufam Tobie    6.2026 andrew  Czwartek, święto Bożego Ciała  
    • @hania kluseczka Peelek taki, że jednej chciałby dać miłość, a resztę nienawidzić.
    • @Alicja_Wysocka

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...