Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

1

Dym z papierosa wędruje po odrapanej, pożółkłej ścianie. Wznosi się spokojnie, jak myśl przetacza się przez labirynty wspomnień, kręte ślady urojeń, kołysze się po dzikich falach iluzorycznego porządku wszechrzeczy. Niczym wisielcza lina oplata szkło rozświetlonej żarówki. Wszystko zapada się w sobie, coraz bardziej i gęstniejąc, zastyga. Miniaturowy świat powiela się w szkle pustych butelek, odbicie stanu wyjątkowego, napiętego do granic możliwości, aż dziw bierze, że ten wrzód wciąż jest na swoim miejscu, że nie wybucha, nie zalewa tej skorupy umownych znaczeń. Nic nie jest na swoim miejscu, jeżeli w ogóle uznać by można, że cokolwiek ma swoje miejsce. A tak się przecież zdaje. Tak się umówiliśmy, lecz tylko do czasu. Niekiedy rzeczy, ludzie, słowa wkraczają w coś, co nie ma nazwy, sensu czy nawet uzasadnienia. Taki był ten dzień.

Ale od początku. Dzień zapowiadał się całkiem normalnie, normalka - mówiąc jak młodzi duchem pop kultury.

Wstajesz i na dzień dobry niezbędna jest kawa, ja tak mam, nie wiem jak wy, ale dla mnie ta gorąca filiżanka „czarnej”, jest jak pierwszy oddech noworodka. To jak w tej reklamie, po pierwszym łyku, świat nabiera rumieńców, śmieje się do mnie, nagle wybucha magmą barw. I dopada mnie coś takiego, jak już siedzę z tą kawą przy oknie, mianowicie zaczynam myśleć o tych wszystkich „ważnych i ostatecznych” kwestiach, czyli sensie tego wszystkiego. Zastanawiam się, kiedy umrę i jak, czy coś zrozumiem i co, i tak dalej, dalej, dalej... Oczywiście do tego typu historii konieczny jest papieros, dobry mentolowy fajorek. Wiatr porusza konarami drzew, gówniarze dźwigając dwudziestokilogramowe plecaki, idą do szkoły, wyglądając przy tym jakby szli na rozstrzelanie. Rozpoczyna się tysięczny dzionek z tej prozaicznej epopei dwudziestopierwszowiecznego robotoludzia, który jak wszyscy na tej obsmarkanej nieszczęściem planecie ma nadzieję, że będzie szczęśliwy. Lato, jesień, zima, wiosna radosna, poniedziałek, wtorek, środa, czwartek, piątek, sobota, niedziela...ja jestem, rano w oknie z papierosem i przepływającą przez przełyk kawą marki zachodniej robionej w kraju świata trzeciego, przez niewolnika wyglądającego jak z filmu Amistad. I pewnie ten facet od kawy jest biedny, bo jest głupi, albo Bóg go pokarał, może bóg, co najwyżej. Kwestia jak najbardziej dyskusyjna. Zostawmy boga, osobiście nie znam, nie kumam, nie mam numeru telefonu. Jak jest, to mam przejebane, jak nie ma, to nawiasem mówiąc duża część populacji ma problem. A niech mnie piekło pochłonie. Zatem system za moim oknem działa sprawnie, nic specjalnie się nie wyłamuje, standard, pełna stabilizacja i po staremu. Dzień zaprasza mnie w całej swej psychodelicznej okazałości, bombarduje mnie milionami potencjalnych zdarzeń, które nieoczekiwanie mogą nadejść. I nadchodzą z tym, że najczęściej wcale nie zawierają zbyt wiele niespodzianek. Sąsiad słucha bułgarskiej samby połączonej z japońskim disco, dmucha mi tą muzyką ze swych stu watowych głośników marki Tonsil czy Tonsyf, a może Nietenton. W każdym razie najwyraźniej bawi się świetnie, moje ciało podryguje samo w takt tego okropieństwa. W sumie nie byłoby najgorzej z tą muzą, gdyby nie fakt, że pan mój sąsiad Rysio ma zwyczaj śpiewać, przy czym słowo „śpiewać” w jego wypadku jest bardzo nieprecyzyjne, mówiąc kolokwialnie on po prostu wydziera mordę. Do tego pieje w jakimś swoim języku, co go jeszcze lingwiści na uszy nie słyszeli. No cóż włączam radio, trudno i darmo, nie dam rady słuchać pana R. I słyszę jak mi muzyczne fekalia wylewają na bębenki i małżowiny, co to w ogóle jest! O czym jest ta muzyka, o czym śpiewa do mnie ten wyduźdany kogut, love, love...krowe, co za darmozjady mnie tu napastują, molestują wymęczone poczucie resztek smaku. To mnie zalewa, przytłacza, ugniata, ledwo można dostrzec, że prócz tego, już nic nie ma, czasem jeszcze rozświetla tą betonową pustynię słabiutki blask czegoś prawdziwego. Upozorowane prawdy i prawdunie powystrajane jak pierwszoligowe dziwki, co biorą czterysta dolarów (może lepiej euro) za numerek, biegają po tym świecie, albo światku i myślą sobie, że niby taka rewelacja. I najgorsze jest to, że to jest już wszędzie, panoszy się po moich zmysłach, walcuje mnie i próbuje formować. Oczywiście bezskutecznie udaję, że mnie to nie dotyczy, ja tego nie kupuję, ale to kupuje mnie zupełnie bezwstydnie i bezczelnie. Zostałem skazany na kurestwo. Na razie wyrok w nawiasach. Po drugiej stronie ulicy malują betonowe klatki na nowy kolor, łażą po tych rusztowaniach jak pijane koty, z butelkami w kieszeniach i plują gęstą śliną na chodnik. Mieszkania w blokach - zabytki prosperity poprzedniego ustroju, to były marzenia tysięcy młodych ludzi z pokolenia kolektywnej świadomości. Jak się dobrze przyjrzeć, to wszędzie jeszcze widać ślady Polskiej Rudery Ludu, pomimo tego, że chcą to zamalować, przyozdobić, ale czasy się zmieniają ludzie nie bardzo. Ile razy słyszałem, że wtedy to się żyło, kasa była, praca była, ludzie byli milsi mniej bandytów, więcej wartości. Szczęśliwe czasy udawaczy. Może i faktycznie było lepiej, teraz jest dla odmiany coraz bardziej plastikowo, wszystko przeistacza się w szybkie danie, tandeta w pięć minut. Czuję się jak grzanka w chemicznej pomidorówce. Zmasowane armie czarno widzących po pięćdziesiątce napastują mnie swoim tragikomicznym realizmem, mój własny dziadek straszy mnie bombą atomową i wielkim końcem. W szklanym teatrzyku, kierowanym przez pilota z wieloma przyciskami, nadają mi swoje „fakty”, że świat to kraina wielkiego nieszczęścia, muzułmanie chcą nas pozabijać, anomalie pogodowe są coraz bardziej niebezpieczne dla zdrowia, lepiej z domu nie wychodzić, wszystko jest takie straszne. I reklamy dużo reklam, trzeba konsumować na potęgę w tych czasach ostatecznych. Zbierać należy korki od popularnego napoju, bo za cztery tysiące korków dostaje się dwie limitowane szklanki. Patronat medialny nad tą fabryką kłamstwa sprawia banda kompletnych debili, to taki zasraniutki samo-nakręcający się mechanizm. Dużo trybików nakazujących. Dzwonek u drzwi. Patrzę na swój strój Adama, trzeba coś na siebie włożyć, tabu nagości zawsze dla mnie było symbolem tego, że kultura wyparła naturę. Wkładam nie firmową koszulkę i nie firmowe spodenki i ruszam zobaczyć, kto tam jest. Pewnie akwizytor. Otwieram, o jezusku, sąsiadka z manią prześladowczą i teorią spisku złych ludzi przeciwko dobrym bogobojnym obywatelom. Ubrana jak z podróży do przeszłości, opatulona jakąś chustą, cała się trzęsie, jej nerwowe oczy wodzą po mnie bez składu i ładu. Zaczyna się...

- Panie Maksymilianie straszne rzeczy, straszne, wie pan ostatnio chodzą po osiedlu tacy, co to udają specjalistów od wodomierzy i okradają, strasznie kradną, no...ta, jak ona...Łukasiewicz! Taka szwaczka z drugiej klatki mówiła, że jej znajoma z tamtego bloku, co go malują, ma siostrę, co to jej szwagra, którego wujka z tej ulicy przy sklepie naszli, zakneblowali i ukradli Panie wszystko zabrali nawet komplet Włocławka, taki ładny porcelanowy. Te czasy Panie, to koszmar, koszmar nie do pomyślenia, te bandyty i te młode pijane dziwki, chodzą jak te psy bezdomne po tych ulicach i szukają emerytów, rencistów, żeby okraść, zabić, skopać. Dobrych ludzi diabeł nachodzi, za jakie grzechy? Wszystko źle, Panie, za jakie winy, kiedyś Panie, to było, spokojnie się żyło, łobuzów nie było, jakoś się tam człowiek sobie radził i znajomych się miało, teraz wszystko za pieniądze, tylko kariery, dzieci nie chcą, a Papież mówi, że święto jak dziecko jest, to cud przecież. Tylko ten Papież nam się udał, bo w tej polityce to same debile i złodzieje i Żydy. Pan młody i Pan jeszcze tego nie widzi, a mnie się zdaję, że to, jaki koniec się szykuje. I pozabijają tych grzeszników całkiem, oczyści się to wszystko. Pan też zdaje się do kościoła nie chodzi, mszy świętej nie odwiedza i w niedzielę odkurza. Ja Panie, panu mówię, że to najwyższy czas się obudzić, bo później jak sąd najdzie to za późno na wiarę. Jezus tak cierpiał, chciałam iść do kina na ten film, co to go Żydy nie lubią, słyszałam, że piękny, że Jezus jak żywy i ta męka jego tak prawdziwie i pięknie pokazana. Teraz to same bezbożnicy, w nic nie wierzą tylko w pieniążki, kurwy i samochody. Obnoszą się z tym swoim majątkiem, tacy to najsampierw będą się w piekle smażyć. Dlaczego Pan do kościoła nie chodzi? - Zawiesiła na mojej twarzy swoje czarne zamglone pestki i wyczekuje, jej usta tańczą w osobnym szaleńczym rytmie, cała zesztywniała i czuję, że koniecznie chce usłyszeć odpowiedź. Wyczytać z moich słów, treści, które choć po części powinny podeprzeć jej chaotyczny wywód przyprawiony męką piekielną i poczuciem moralnej wyższości. Wkuliłem się cały w siebie, grzeszny, zły i brudny.

- Wie Pani, ja w ogóle mam wrażenie, że to film kręcą, to wszystko to filmidło, tylko reżyser popełnił samobójstwo, i wszyscy już zapomnieli, o co w tym filmie chodzi. Z tym kościołem wie pani, to też epizod jest jakiś, na początku pozatrudniali aktorów a teraz zostali sami statyści i to za niezłą kasę. - Ręce mi się w pocie rozpływają, serce trzepocze nachalnie, głos łamie się jak polska gospodarka. Wbijam wzrok w jej pomarszczoną, wymalowaną twarz zdezelowanej kukły i zastanawiam się, co mi odpowie. W jej oczodołach błysnęły kurwiki jak to u pewnej posłanki, jej mózg począł intensywnie uderzać w ścianki twardego opakowania, nabrała gęstego powietrza w piersi, które bezapelacyjnie dowodziły prawu ciążenia. Czuję jak jej flegma myśli przeobraża się w słowa, które zaraz zdzielą mnie prosto w pysk.

- Pan Panie to też taki kurwiarz bez zasad i moralności, alkoholik bez Boga w sercu, taki nowoczesny luj, nikt, bez honoru, ale zrobią z takimi porządek, są teraz politycy, co i Boga kochają i Ojczyznę i Honor, oni tam pojechali do tej Europy, tam pokażą, co Polak potrafi, jak walczy o prawdę, bo Polacy, mój zafajdany Panie to wielki naród, co Boga kocha, kocha Boga, kocha od zawsze i na zawsze. A takich jak Pan osobiście do piekła zaprowadzą aniołowie, bo one istnieją i patrzą na Pana, jak Pan się z tymi kurwami tutaj się tarmosi i wódę z tymi swoimi lumpami kolegami i może nawet narkomanami, i ten obsrany azjata z tymi czerwonymi włosami też w piekle spłonie, bo ta dzicz koty je i jest żółta, bo Bóg ich pokarał, Jezus był biały i te wszystkie ludzie, co kolorowe to piętnem boskiego gniewu naznaczone. Stoję, jak słup, pusto w głowie, nic, nie wiem czy wiecie jak się odczuwa nic, ale powiem, że to jest po prostu straszne, klaustrofobiczne doświadczenie. Wszystko zaczyna mi się mieszać, nie wiem, kim ona jest, po co na mnie patrzy, o Jezu, ale jak ona mnie wgniata wzrokiem, kim ona jest? Kim jest, ta czarownica, czy to ludzkie stworzenie, kosmiczny żart, klown z prowincjonalnego cyrku dla oszołomów. Sapie, zaczyna parchać jak koń z badziewnego filmu fantazy, ślina jej cieknie po umalowanych burakiem ustach, czerwone pyzate i pomarszczone poliki, nadymają się jak dwie żaby dmuchane przez rurkę. Coś jest zdecydowanie nie tak, tak chyba nie jest jak jest, a może jest właśnie tak. Uszczypnij mnie Szamanie, chcę się zbudzić, otrząsnąć. Ta wywłoka oblepia mnie jadem, nienawiścią, za co? Stop zatrzymajcie to, włączcie inny kanał, to reality bez szoł wgniata mój mózg w roślimaczoną czaszkę, poproszę przerwę na reklamy. Znikaj widmo, uciekaj, a kysz...poszła mi stąd. Odchodzi. Płynie przez przestrzeń szarych ścian, rozmywa się zostawiając za sobą odór kompletnej szajby. Zaraz, zaraz a może...Nie to niemożliwe, skoro nie to jak coś takiego mogło się wydarzyć, czy ja jestem pierdolnięty, powykrzywiany przez swoje frustracje, czy ta zmora istnieje, czy moja sąsiadka jest zjawą i koszmarem, czy jej nie ma i nigdy nie było. Znowu to samo? Jak to się dzieje, że mi się wyświetliło coś takiego, może ja jeszcze nie wstałem, tak to sen tylko sen, uszczypnij mnie Szamanie, sprowadź ład i porządek w obiekty moich zmysłów i napraw system, który tym zarządza. A może to wszystko właśnie tak wygląda? Tylko teraz to zobaczyłem, przeczuwałem, że coś jest nie tak, ale to jest już totalne przegięcie. Świat ma setki barw, tylko źle wymieszanych. Trzeba to zostawić, udać, że tego nigdy nie było to tylko widmo, urojenie rozszalałych neuronów. Dosyć. Podstawa to nabrać odpowiedniego dystansu, zebrać absurdalne fakty do kupy, przeanalizować je i nadać rzeczywistości nowy sens. Rozsądek wyszukuje meritum zdarzeń, przecież to fikcja, nasza zbiorowa imaginacja, coraz częściej otaczający świat jawi mi się jako globalne urojenie, oszustwo na niespotykaną skalę. Siadam na starym fotelu, odziedziczonym jeszcze po moim dziadku w okropne szare kwiaty, wtapiam się w tło minionych zdarzeń, rozczłonkowując je na czynniki pierwsze. Podpalam papierosa, ostry, zawiesisty dym rozdyma moje płuca, gęsta szara chmura wznosi się do sufitu, miliony śmiercionośnych substancji wsiąka w chropowaty strop. Płacę za swojego raka, palenie papierosów powoduje impotencję i jest już nie modne, nie tak jak w latach pięćdziesiątych, kiedy kto palił był bardziej spoko niż ten, co nie palił. Kobieta z papierosem wyglądała kobieco, a facet był bardziej męski. Co to wszystko ma znaczyć, już jakiś czas temu z niesmakiem zauważyłem, że zdarzają mi się pewne sytuacje jakby z drugiej strony lustra, Alicja zastawia sieci, matriksowy Morfeusz kusi mnie swoimi tabletkami. Powinienem wziąć Prozac, odpłynąć, pozwolić by porwał mnie złocisty ocean. Nie do szpitala już nie wrócę, straszna nuda, brak twórczych wariatów, sami nieszczęśliwcy, smutny widok. Szukam kolorowych świrów, nie inspirują mnie frustraci, świat pełen jest smutnych pojebusów, biegają wolni, a wielu gości, którzy są całkiem w porządku faszerują jakimiś świństwami w ordynarnych cywilnych lazaretach. Nie ma sprawiedliwości, ni w ząb, jakaś wielka tragedia to nie jest, ale nie mniej jednak powinno być troszeczkę bardziej elegancko, galowo i porządnie. A tu raj odbity w rynsztoku, farsa bez happy endu. No, niby ta sąsiadka istnieje, przecież widują ją od czasu do czasu a to w sklepie, na ulicy czy na klatce. Parokrotnie już ze mną rozmawiała, nawalała mi te swoje smutne kawałki a potem luz do domu i bez ekscesów. A to, co to było kurwa mać twoja postrzelona, dlaczego tak na mnie wyskoczyła bez orientu, szaleju się najadła, zżarła radioaktywny serek homogenizowany z Iraku. A może to spisek wyznawców nowoczesnej Kabały z Kalifornii, albo misterny plan katolików z Ligi Polskich Radioaktywnych Rodzin, chcą mnie nawrócić, osaczyć, nastraszyć, nauczyć paciorka i na wieki zniewolić. Ja nie! Mnie proszę zostawić, piekło czeka i puszcza do mnie ogniste oko, szatańskie prostytutki o dużych soczystych brodawkach oblizują jaskrawo czerwone wargi i palą duże zielone cygara marki Clinton&Lewiński. Niebieski wiatrak kręci się jak oszalały produkując nędzną imitację chłodu. Zapowiada się gorący dzień, słońce wisi na błękitnym suficie i rozpala metalowe parapety do czerwoności, od czasu do czasu zrywa się lekki wiaterek smaga niezdarnie zielone liście. Rozglądam się wokół, mieszkanie wygląda jak speluna w brazylijskich filmach klasy D, popielniczki, butelki, ciuchy i wszędzie jakieś cholerne papiery. Nie mam dzisiaj siły pracować, a powinienem coś zrobić, na chleb i wódkę zapracować uczciwą pracą umęczonego intelektu. Wolny zawód ma taką przypadłość, że jest czasem za bardzo wolny, na jakimś etacie zapieprzasz te osiem godzin i koniec, a tu opieprzasz się cały dzień, ale wiesz, że ten ekran monitora i wpięty w niego pusty arkusz terroryzuje cię przez cały zafajdany dzień. I w końcu siedzisz te dwanaście godzin i pot leje się strumieniami po tyłku i pracujesz. Ostatnia faza tego zajęcia jest dla mnie męczarnią. Wódka z colą postawi mnie na duchu nieco, śniadanie jadam około czternastej, mój organizm wcześniej nie może trawić żadnych pokarmów. Lód pęka w szklance, ręka trzyma ją pewnie, smak jest mocny. Dobre. Papierosik. Relaksik. Dzwonek u drzwi. Co tam znowu? Idę otworzyć, otwieram i oczom nie wierzę.



2

Stoi czarnula, tak na oko dwadzieścia pięć lat, fajniutka, delikatna buzia, migdałowe oczy, pachnie bardzo ponętnie. Trochę nieśmiało patrzy na mnie, ale widzę, że z hiper krótkiej chwili na hiper krótką chwilę zmienia się nie do poznania. Przeistacza się w pewną siebie wamp maszynę. Czekam, ciekawy, co powie. Biała bluzeczka ciasno oplata dwie duże, jędrne piersi, nagi opalony na brązowo brzuch jest gładki niczym jedwabne majteczki królowej Anglii. No nie mogę kurwa, niech lepiej idzie, bo ja już nie mogę, tak mnie męczy ta jej boska obecność. - Dzień dobry, jestem z prywatnej agencji badania opinii publicznej, robimy badania na zlecenie firm farmaceutycznych dotyczące leków przeciwbólowych, jednocześnie na zlecenie producentów soków badamy konsumentów pod względem spożycia, dodatkowo na zamówienie firmy SEXFORALL przeprowadzamy pomiary formy seksualnej młodych Polaków przed trzydziestką. Czy mogłabym z panem porozmawiać, jednak zależałoby mi na jakimś źródle prądu, ponieważ muszę podłączyć swój komputer. Mam tam dane i filmy potrzebne do prezentacji. Co pan na to? - Patrzy na mnie takim wzrokiem, że moje kolana zaczynają tańczyć samowolnie w rytm przepływających w głowie gorących obrazów, brak śliny, totalne odłączenie. - Proszę, zapraszam, czemu nie, ja uwielbiam badania, a tak ładnej ankieterki nie widziałem przez ostatnie dwadzieścia wcieleń, nie ma sprawy bardzo chętnie, pani wchodzi, bałagan jest, duży bałagan, nie będzie to pani przeszkadzać? - Żona w domu?- zapytała oblizując wargi. O co chodzi? Czemu ona tak na mnie patrzy, robi mi się ciężko, Szamanie to jest realne, czy spreparowane, poukładało się z fantazyjnych puzzli? Kurwa ta jej woń, wsiąka we mnie nieubłagalnie, ugniata mnie, rozsadza mnie, tak wiem, co to znaczy myśleć fiutem, on cały zadowolony nadaje mi krótkie sygnały uczuciowe, że ankieta jest tym, co właśnie chce przeprowadzić. Tylko, co ona z tą żoną, to aż dziwnie brzmi, jak wejdzie do środka, jej głupie pytanie będzie jeszcze głupsze. Uchylam drzwi, wchodzi poruszając tanecznie dobrego profilu biodrami, śniada Dakini ogarnia wzrokiem moje mieszkanie. Już zapewne wie, że nie mam żony, przy odrobinie bystrości wie także, że dawno nie było tutaj żadnej kobiety. Krok i ciało modelki, opanowanie, zdecydowanie. Dobra kombinacja. Patrzę na siebie, poplamiony t-shirt, trzydniowy zarost, podkrążone oczy, marny ze mnie amant. I jeszcze ten przestrzenny polakierowany syfem burdel, jej to nie przeszkadza. Szamanie dary losu, kamienie magiczne. Siada przy szklanej polepionej ławie, na złamanie karku pędzę po ścierkę, szybkimi ruchami ścieram koliste plamy, sprzątam butelki, szklanki i pełne popielniczki. Wygląda to jak weselny stół na wysypisku śmieci. Siada na fotelu, zamaszystym ruchem nakłada jedną długą nogę na drugą, prostując się wypina okrągłe cycki w stronę światła. Nie wierzę, nie daję rady, mózg mi się pławi w soczystych ociekających słodkimi świństwami obrazach pornograficznych. Amok. Zasłaniam ciemno zielone żaluzje, przestrzeń pachnie seksem. Pytam, czego się napije, proponuję drinka, ku mojemu zdziwieniu ona chce wódki z colą, nie no sobie też koniecznie muszę nalać, chłodnica wyobraźni puszcza gęstą parę. Odpina górny guzik w białej bluzeczce, krągłości wylewają się jeszcze bardziej. Muszę się zacząć hamować, bo jeszcze będzie z tego jakieś nieszczęście, racjonalność jest już bardzo daleko za górami za lasami, ucieka w popłochu patrząc na mnie z przerażeniem. Jej szczupła ręka zmysłowym ruchem pieści zimne szkło, od czasu jakby wchodzi we mnie tymi dużymi źrenicami, jestem mały jak ślepe szczenię, ta kobieca potęga zawsze mnie wgniatała w ziemię, robi się ogromna, nieosiągalna majestatyczność i zimne opanowanie opinające do granic mój rozczłonkowany umysł już zupełnie mnie zniewala. Czym ja jestem w tym momencie wobec TEGO. W takich chwilach zaczynam słyszeć muzykę, niesamowitą, przenikający wszystko śpiew kobiecy, i psychodeliczną wprowadzającą w trans melodię. To jest we mnie. Krótka chwila jednak swą intensywnością przewyższa wszystko, mam tak od dziecka, w tych momentach wszystko znika, zapada się i tylko ten głos, rozsadza całość od środka, staję się wielkim odbiornikiem, nie ma niczego, nikogo, tylko czysty pusty dźwięk. - Jakich środków przeciwbólowych używa pan najczęściej? - Dobiega głos gdzieś z daleka. Wracam, siedzi lekko przechylona w lewą stronę, jej spokojna twarz tworzy uderzający kontrast z resztą opalonego gorącego ciała i hipnotycznymi oczyma. Wiem, że mam otwarte usta, wybałuszone białka, źrenice i spojówki i te cienkie niebieskie, które to wszystko łączą. Co ona mówi, nie słyszałem. Widziałem tylko ruch jej warg, pełnych krwistoczerwonych ust. Coś się dzieje dziwnego, mam takie cholerne przeczucie. Cała sytuacja rozłazi się sama w sobie, resztkami sił próbuję zatrzymać, choć resztki orientacji. Daremnie. Coś mi daje na otwartej dłoni, wyciąga ją w stronę moich spierzchniętych ust. Fioletowa tabletka. - Pan zdaje się słabo coś wygląda, proszę to zażyć, bardzo dobry środek, od razu poczuje się pan lepiej, niech Pan się nie boi i mi zaufa, alkohol nie wchodzi z nią w reakcję. To jest najnowszy środek, który jest dopiero w fazie testowej. Wkłada mi to coś do gardła, mimowolnie zaczynam lizać jej smukłe palce. Jej dłoń delikatnie głaszcze mnie po włosach, błogość wkracza w każdą komórkę mojego ciała. Obraz staje się lekko surrealistyczny, śpiew wewnątrz mojego umysłu powraca ze zdwojoną siłą. Mówi coś, nic nie wiem, szepcze w jakimś obcym języku, wszystkie dźwięki zaczynają się wiązać w jakieś przedziwne konstrukcje. Ma to jakiś diaboliczny posmak. Mam poczucie jakby coś wewnątrz mnie chciało wydrzeć się na zewnątrz, ona to nawołuje, rządzi tym jak szatański dyrygent. Z coraz większą siłą ugniata moją twarz, teraz już dwoma rękoma. Kim ona jest? Co się ze mną dzieje, w życiu nie czułem się tak jak teraz. Jak przez mgłę widzę jej obraz wstaje z fotela cały czas coś szepcze, obchodzi ławę stoi nade mną jak cudownie symetryczny nie odkryty cud świata. Kładzie mi obie dłonie na głowie, pochyla się i całuje mnie, jej mokry język zatacza okręgi, nieznana mi dotąd siła przewierca falami drgawek rozdygotane mokre ciało, odchyla moją głowę do tyłu, sufit zaczyna wirować w szaleńczym tempie. Czuję na twarzy jej ciepły oddech, moje ręce coraz gwałtowniej zdzierają jej bluzkę, która rozpada się niczym zbutwiała od starości kora. Jej cudowne piersi wystają przez czarny koronkowy biustonosz. Są jednocześnie twarde i miękko uległe pod naciskiem moich dłoni. Podciąga czarną spódnicę, oplatając mnie mocnymi opalonymi udami, ściąga mi spodnie szaleńczo mnie całując. Mam krew w ustach, ciepłą i przyjemną, powyżej pępka ma dziwny tatuaż, ni to litera ni to symbol, dotykam tego miejsca koniuszkami palców, ona zaczyna cichutko pojękiwać. Jej wzrok jest tak mocny, jej przewaga nade mną tak paraliżująca, jestem jak zagubione samotne szczenię odnalezione przez pełną spokoju matkę. Nagle zalewa mnie ocean gorąca odbiera mi ostanie fragmenty świadomości. Znikam.

3

Leżę na wznak, unosi mnie ognisto czerwona tafla gęstej cieczy. Jestem nagi, niebo ma ciemnogranatową barwę cały czas generuje nie znane mi postaci i dziwne białe twarze. Rozproszone intensywne światło czyni wzory na tafli - miliony kółek, które nachodząc na siebie tworzą niespotykane konfiguracje obcych symboli. Nie wiem, czym jestem, czym jest to wszystko, nie pojawia się żadna emocja. Nic. Jestem to wszystko, co mogę w tej sytuacji pomyśleć. Delikatny wilgotny wiatr muska ciecz, tworząc pomarszczoną skorupę. Jest coraz ciemniej, robi się gęsto, wszystko zaczyna się kurczyć, wchłaniać do własnego środka. Ja również staję się coraz mniejszy, jednocześnie jakby widzę samego siebie na zewnątrz, z tą różnicą, że ciężko mi określić, czym dokładnie jest to, co widzę. Co widzi, przecież nie mam oczu, co myśli przecież nie mam mózgu, co czuje przecież nie mam ciała. Szamanie, czym jestem, co jest tam pode mną, czy ja jestem tym, czy tamtym? O co tu chodzi. Twarze na już fioletowym niebie krzyczą, wrzeszczą w niebogłosy, co to za język? Co one ode mnie chcą? Obrazy nachodzą na siebie, zalewają się. Wszystko się trzęsie, drga wraz ze mną. Nagle ciemność i przerażająco jasne błyski rozrywają mnie furiacką mocą. Nic. Bezkres pustyni, siedzę na gorącym piasku, suchy wiatr wpycha w moje usta ostry pył. Błękitne niebo zbiega się w odległej linii z niekończącą się żółtą pomarszczoną piaszczystą ziemią. Jestem sam, nie wiem gdzie jestem, nie wiem czy to, co widzę jest prawdziwe. Jak to wszystko się stało? I po co to się stało. Czy to nie dziwne, że zawsze wydaje się nam w takich kurewsko popierdolonych sytuacjach, że to musi mieć jakiś powód? Tak chory na umyśle jeszcze nie byłem, takiego dragu jeszcze nie brałem. I ta porażająca samotność. Z kim mam teraz pogadać, jak się stąd wydostać, w którą stronę iść i czego szukać. Mam dziwne wrażenie, że to miejsce nie istnieje na kuli ziemskiej. Kula ziemska, kurwa zawsze mnie to śmieszyło, na małej kuleczce małe robaczki przeżywają swoje wielkie dramaty, kosmiczna farsa. A tutaj masz ci los i co zrobisz, jak nie wiesz, nie rozumiesz, nie potrafisz wytłumaczyć. Popłakać się najlepiej. Poprosić o umysłowy azyl. Kurwa a jak to już tak zostanie i zdechnę tutaj. Całe to moje pieprzone życie gubię się w tym wszystkim, jedyne, czego jestem pewien to, że coś jest nie tak. Kiedy zaczął mnie odwiedzać Szaman zamknęli mnie w psychiatryku i karmili jakimiś gównami. Jak oni to wykombinowali, żeby podzielić wszystkich tych popierdoleńców na mniej i bardziej popierdolonych. Kto im dał boski mandat do takich diabelskich interwencji? Są poranki, że mi się to wszystko odlepia i za cholerę nie wiem, co zrobić i kim mam być. Wtedy też tak było, co z tego, że rozmawiałem z Szamanem, którego oni nie widzieli, co z tego, że byłem nagi na środku największego ronda w mieście, a oni oczywiście zrobili z tego dramat. Nagle ich uporządkowany światek urodził jakąś niespodziankę i zaraz zrobili awanturę. Wypieprzyli mnie z gazety i zamknęli w tym zasranym szpitaliku na peryferiach z wysokimi płotami. A jak ktoś organizuje koncerty z okazji wniebowzięcia matki boskiej, to jest niby normalny? Normalnie - nienawidzę tego słowa. Za to oni je kochają. Co pan lekarz zrobiłby na moim miejscu, jaką dałby tabletkę na takie haluny. Dwie czerwone i jedną pomarańczową?





CDN... Tymoteusz Paradyz 04-08-29 18:42

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Zamknąłem oczy na chwilę i chyba przysnąłem. Obudził mnie dźwięk tłuczonego szkła więc zerwałem się z fotela w którym uciąłem drzemkę by sprawdzić przyczynę hałasu ale tak szybko jak wstałem pojąłem co się stało. Że to był sen w którym zbiłem lustro, pięścią z całej siły, i byłem kobietą w tym śnie to dziwne i był ten obleśny nieznany mi mężczyzna po którego wyjściu za drzwi uwolniłem swoje emocję rozbijając lustro. A więc moja wyobraźnia zbiła lustro? Zażartowałbym pytaniem czy to się wlicza do lat nieszczęścia ale bardzo ciężkie negatywne emocje które towarzyszyły sennym wizjom, które przeżyłem w śnie jakoś nie opuściły mnie wraz z otwarciem oczu. Czuję się fatalnie, jak czarna nicość, jak coś najgorszego i to z powodu kilku krótkich scen we śnie. Dzwoni telefon który wyciszam bez sprawdzania kto to, nie mam ochoty na ludzi, gaszę światło, zasuwam firany. Siedzę tak w ciszy i ciemności a wgłowie krzyczy mi płacze żali się wypomina. Nie zaznam spokoju wiele godzin aż wstanie dzień i pójdę sobie zrobić kawę. Dziś nie jem śniadania żołądek mam ściśnięty tym zdarzeniem ze snu jakby wydarzyło się naprawdę, nie mam apetytu i choć nieraz zmuszam się zdroworozsądkowo do odżywiania wiedząc że to dobre dla mojego organizmu tym razem dusza wygrywa nad ciałem i tylko wypalam dwa papierosy do mojej kawy. Pójdę do pracy i mi przejdzie- myślę bo wiem że tam myśli zajmą się czymś innym a jednak wbrew sobie poddaje się chyba swojej podświadomości i wybieram numer do firmy informując przez sekretariat że dziś mnie nie będzie. Zasłaniam szczelnie okna stawiam popielniczkę możliwie blisko wyciszam się w ciemnościach. Medytacja nie przynosi skutku. Niepokoi mnie ta wizja ze snu. Nie tylko zbite lustro ale cały klimat tej sceny. NIe umiem nazwać ani emocji, ani uczuć jednak wiem że są złe, niedobre. To bardzo ciężkie i przytłaczające myśli choć niesformułowane niepokoją mnie jak krajobraz oceanu nocą. Szybko kończą mi się papierosy, musiałem wypalać jednego po drugim niezuważenie gdzieś goniąc myślami po zakamarkach tego czego doświadczam by to poznać. Nie poznałem i nie mam papierosów. Kim jestem bez tych szlugów? Chyba sam siebie bym nie rozpoznał mijając się na ulicy gdybym nie trzymał papierosa między palcami w ustach. Jakby tego było mało że w moim wieku nie wiem kim jestem to jedyna moja tożsamość jakiej jestem pewien w tej chwili niknie. Albo będę kłębkiem nerwów tu zamknięty w ciemnym pokoju mojego mieszkania i z każdą chwilą będę obserwował rosnące objawy napięcia i głodu nikotynowego jak drżące ręce i nerwowe oddechy albo będę kłębkiem nerwów w drodze do sklepu, po ulicy, do ludzi i w śród ludzi. Już dawno zrozumiałem że nie nikotyna mnie uzależniła a poczucie zasłony jaką tworzę tym papierosem, dymu którym odgradzam się od innych, skupienia na sobie które zapewnia mi palenie. Nawet nie musiałbym wciągać tego dymu wystarczy sama świadomość że ćmi mi się w dłoniach ten mój przyjaciel jak maska, jak dystans od świata. Minie czas i pójdę jak na skazanie po kolejną paczkę tymczasem uciekam się do wszystkiego by odwlec tą chwilę do jak najdalej od teraz. Do wszystkiego w moim stanie oznacza rozpadnięcie się w fotelu i wbicie wzroku w sufit i coraz wolniejszym miarowym zamykaniem powiek. Medytacja? Nie sądze medytacja oczyszcza myśli i rozjaśnia moje stają się coraz bardziej brudne i zabarwione na czarno, czuję coraz większy niepokój, mam wrażenie że słyszę szum krwi w sercu. Toksycznej nieczystej krwi, zamkniętę oczy podsuwają mi widok jak na tym samym fotelu ktoś taki jak ja siedzi patrząc w sufit a z otworów ciała oczu uszu nosa sączy się krew i kapie po dłoniach, palcach na podłogę w coraz większą kałużę. Przeciągam palcami po spodzie dłoni które są mokre przerażony otwieram oczy i patrzę na uniesione na wysokość twarzy swoje ręce. Są tylko spocone, albo aż spocone bo nigdy nie pociły mi się ręce. Muszę iść po papierosy myślę i wstaję by ruszyć do drzwi w korytarzu mijam lustro iprzyspieszam wiedziony jakimś dziwnym przeczuciem nie chce widzieć ani swojego w nim odbicia ani lustra jako przedmiotu. To nie jest rzecz z dobrą karmą podpowiadają mi myśli jest w nim wiele zła uwięzione. Chciałbym tego nie wiedzieć i nie rozumiem skąd w mojej głowie takie myśli, wyrażane z taką pewnością jak oczywistość. Nie dyskutuje wtedy tylko słucham i mam wrażenie że ktoś kto je tam wkłada czerpie satsfakcję im bardziej przerażony żyję tą wiedzą. Przed drzwiami domu uderza mnie słoneczne światło upał ptaki liście na drzewach chcę się wycofać ale zdołałem już zamknąć drzwi na klucz zresztą potrzeba ucieczki w papierosa jest już nie do zniesienia więc zaciągam kaptur grubej bluzy jak najniżej na oczy a wzrok wbijam w chodnik. Kolejne kroki, byleby nikogo nie minąć byle nie zagadał byle nie spojrzeć w oczy byle uniknąć kontaktu choćby o kilkadziesiąt centymetrów. Sklep jest udręką. Niesamoobsługowy duży obiekt i jedna niskoopłacana kasjerka która z wyraźną niechęcią spełnia kolejne prośby z listy zakupu klienta który mówi by mu podać to i to ona idzie, wlecze się stękając i wzdychając bierze towar z półki przynosi na ladę nabija na kasę a klient że jeszcze to i to. Kolejka na kilka osób za długa dla mnie o wszystkie z kilku osób ale nie mam wyboru czekam i pocę się coraz bardziej płynę przerażony ogromem ludzi i ich bliskością. Niech nikt mnie tu nie zauważa proszę to w co wierzę w swoich myślach niech jestem niewidzialny, niech się nie oprze, nie przesunie obok niech nie trafi torbą z zakupami. Sekundy jak z gumy rozciągają się lepiąc każdy brud tego miejsca do mojego ciała. Zwymiotuje smrodem który nie jest zapachem a odorem myśli i sumień tych ludzi obok. Umiem oddychać ich moralnością. Zazwyczaj to okropny odór nie do wytrzymania smród z brudnych myśli, owrzodzonych czynów. Kto jest bez winy ten pewnie pachnie jak wata cukrowa, albo jak polna łąka. Nigdy mi się nie zdarzyło spotkać osoby przy której poczułem się dobrze i czysto. Zbiera mi się na wymioty ale nauczyłem się nad tym panować. Początek kolejki jest coraz bliżej, spokojnie znoszę niechęć sprzzedawczyni zza lady i nawet trochę jestem jej wdzięczny za tą szczerość z jaką traktuje klientów. Bo nie o to chodzi byśmy kogoś udawali albo coś przed kimś choć ktoś powie że lepiej być fałszywie miło potraktowanym mi jednak taka swoboda na jaką pozwala sobie ekspedientka pozwala na swobodniejsze oddechy, atmosfera choć ciężka i brudna jest jakby bardziej przejrzysta. Biorę kilka paczek i butelek wina i whiskey. Po tym doświadczeniu wiem że nie zbiorę się przez kilka dobrych dni do opuszczenia mieszkania, więcej nie odsłonie zasłon by przypadkiem nie dostrzec jakichś ludzi spacerujących po ulicach. Wracam do domu jak tylko szybko można chodzić z wzrokiem wbitym w chodnik. Kilkadziesiąt kroków i w prawo i już moją ulicą kolejnych kilkadziesiąt kroków, bramka podwórko zakręt kilka schodków nerwowo szarpie się z kluczem w zamku naciskam klamkę w pośpiechu od progu odkladam siatki z zakupami i rygluje czym prędziej drzwi. Odłączam dzwonek. Nie ma mnie dla nikogo. Niestety sam dla siebie tu będę choć wolałbym nie. Dla siebie i dla tego absolutu który pcha mnie przez tą wiedzę o nieczystościach, o brudzie, który wpycha mi w głowe te myśli śmierdzące rozkładającymi się trupami. To umiera ludzkość, gnije od wewnątrz już a zacznie gnić skóra niebawem jak mówi kolejne przeczucie. Uciec? Nie da się uciec wiem to. Mógłbyś powiedzieć że śmierć jest ucieczką jednak ja wiem że nie jest a potem jest jeszcze gorzej bo wrzucą cię w kolejne od nowa życie. Kurwa czemu ja tak sobie wierzę, czemu jestem pewien moich myśli, czemu one pojawiają się jako zdania twierdzące czemu nie jako przypuszczenia czy hipotezy tylko od razu z nastawieniem że tak jest właśnie. Czemu to moja wina a wiem że to moja wina. Myślę o pomocy jaką mógłbym otrzymać i wzdrygam się na samą myśl że obcej osobie miałbym przedstawić moje lęki, obawy, że miałbym jej opowiedzieć to wszystko o sobie. I co ktoś taki zrobiłby z taką wiedza? Napewno nie uwierzył. Akurat nie potrzebuje kolejnego nie dowiarka. Leki z apteki terapie może oddział zamknięty w związku z tym pewnie by zaordynował dla mnie. Więc nie pójdę i się nie przyznam bo i po co bo i tak ktoś uzna to za łgarstwo i zmyślone historię bo uwierzy sobie i wierzy w leczenie. To nie jest uleczalne to też wiem. Siadam w fotelu kieliszek wina dym z papierosa ciemność kilka chwil później usypiam.
    • @_M_arianna_W... Dzięki

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

       
    • @_M_arianna_W... Super

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @Grahamoza dzięki

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...