Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

- Przez ostatnie 3 miesiące, naliczyliśmy dwadzieścia ataków Skarabeuszy na nasz system. Dodatkowo pięć ataków miało miejsce w placówkach badawczych na obrzeżach miasta. Po naszej stronie zginął jeden Skoczek, a trzy osoby zostały ranne w tym Łamacz. - Jiro słysząc to zgromił nawigatora wzrokiem. Ta informacja powinna zostać pogrzebana razem z prochami Skarabeuszy, a do tematu nie powinni wracać. Każdego mogło to spotkać.
- Tydzień temu zaatakowaliśmy magazyn należący do Skarabeuszy. Na miejscu, grupa szturmowa złożona z dwóch Łamaczy oraz ośmiu Skoczków, znalazła przedmioty codziennego użytku oraz sprzęt komputerowy. Prawdopodobnie była to jedna z baz, skąd Skarabeusze atakowali Paralel. Całość została zabezpieczona. - Nawigator odłożył notatki zajmując miejsce przy stole. Tego rodzaju raporty otrzymywali parę razy w miesiącu, mimo zmniejszonej liczby ataków ze strony Skarabeuszy. Fushida zdążył się do tego przyzwyczaić. Cztery jedynki wyskakujące, co parę dni na jego pagerze nie dziwią już tak, jak za pierwszym razem. Mimo wszystko miał nadzieję na szybkie zakończenie całego zamieszania z kośćmi i uwolnienie się od Hideo oraz jego wesołej kompanii. Ten zielonooki dryblas o cerze białej jak kreda, działał mu na nerwy. Puszył się niczym paw myśląc, że jest najważniejszy.
- Hideo, może powiesz nam jak idzie trening naszego nowego narybku. Mam nadzieję, że nie dajesz im za mocno w kość? - Pytanie zadał Pan Mushashi, siedząc wygodnie w dużym, obitym brązową skórą fotelu. Mówiąc o narybku miał na myśli chłopaka i kobietę, których odnaleziono około miesiąca temu. Mieli to nieszczęście, że magiczne sześciany wybrały sobie właśnie ich za użytkowników, co wprawiło w ruch potężną machinę zwaną Paralel, tym samym wcielając ich z automatu do grupy Łamaczy. Różnili się od siebie diametralnie, jak ogień i woda. Chłopak, mający około metra siedemdziesięciu, siedział rozparty w czarnym fotelu. Jego łysa głowa odbijała światło lamp. Wyglądał zabawnie. Miał osiemnaście lat i mnóstwo kolczyków, nie tylko w uszach i nosie, ale w wardze, brwiach i pewnie innych, mniej widocznych częściach ciała, o których ciężko wspomnieć bez cienia wstydu. Kobieta prezentowała się niczym rasowa zakonnica albo uczennica szkółki niedzielnej. Rude włosy upięte starannie w kok, dopasowany czarny kostium, szpilki. Na oko miała jakieś 21 lat. Jedyną rzeczą, która nie pasowała do jej starannie dobranego stroju był srebrny łańcuszek, na którym zawiesiła niewielki sześcian z połyskującym w środku kamień w kolorze dojrzałej pomarańczy. U chłopaka podobny sześcian został sprytnie wpasowany w szeroką, skórzaną opaskę, którą nosił na lewym nadgarstku.
- Sachiko i Hotaro spisują się bardzo dobrze. Sachiko nauczyła się materializować kuszę, przez co możemy atakować z dystansu. Daje nam to sporą przewagę na wrogiem. Musimy popracować jeszcze nad szybkością i celnością. Hotaro natomiast nie wiedząc czemu, upodobał sobie kij baseballowy. - Na te słowa staruszek lekko się uśmiechnął, a po sali przebiegł szept niedowierzania. Eiji był jedynym, który się skrzywił.
- Hideo chyba nie sądzisz, że drewniany kij wskóra coś przeciwko stali? - Prychnął wbijając rozwścieczony wzrok w Tatenake.
- Mylisz się Eiji. Mimo swojego wyglądu ten drewniany kij sieje niezłe spustoszenie. Potrafi jednym uderzeniem zburzyć kilkunasto piętrowy wieżowiec. Oczywiście ma swoje ograniczenia. W tej formie można go użyć raz na 10 minut, ponieważ zużywa bardzo dużo energii kości i potrzebuje czasu na "naładowanie się".
- Cudownie. Taran w rękach dziecka. Daj małpie bombę atomową, a zamieni Ziemię w ser szwajcarski. - Burknął Eiji.
- Bardzo dobrze! - Klasnął klasnął w dłonie Pan Shinko. - Czekam na dalsze postępy. A skoro mowa o postępach, Panie Oshio, proszę. - Skinieniem ręki oddał głos niewysokiemu mężczyźnie, ubranemu w wojskowy mundur.
- Panowie, odkryliśmy cel ataków Skarabeuszy - Berło. - Zawiesił głos, dając zebranym czas na oswojenie się z nowym elementem gry. - Najprawdopodobniej jest to przedmiot o wielkiej mocy. Przeszukaliśmy wszystkie do tej pory zebrane dyski twarde i sytuacja nie wygląda za dobrze. Berło, zrodzi się z kości, której kamień przybierze czarną barwę. To daje nam 100% pewności, że ataki Skarabeuszy nie ustaną, a wprost przeciwnie, nasilą się. Na pewno zastanawiacie się, ile osób musi zginąć, aby Berło mogło się narodzić? Nie znamy dokładnej liczby, wiemy natomiast, w jakiej kolejności kolor kamienia zmieniają się. - Ściana za plecami mundurowego rozbłysła. Na jej środku pojawiła się kość w środku, której delikatnie jarzył się przeźroczysty kamień. - Na samym początku kamień w kości jest przeźroczysty. Kiedy inny użytkownik kości czy też sześcianu zginie, jego energia zostaje wchłonięta, zmieniając jego kolor na biały. Im wyższy poziom kamienia przeciwnika, tym zmiana koloru następuje szybciej. Następne barwy to: żółty, pomarańczowy, czerwony, zielony, fioletowy, srebrny i czarny. - W pomieszczeniu wszyscy wpatrywali się w ekran, mimo to co chwila zerkając na Hideo. Nie było wątpliwości, że to on ma największe szanse zdobyć, a raczej wywalczyć sobie czarny kamień.
- Właśnie, dlatego - wtrącił staruszek - od tej chwili nie możemy sobie pozwolić na potknięcia. Oprócz Skarabeuszy natrafiamy na ludzi niezwiązanych z żadną grupą, a jednak posiadającymi sześcian. Są to bardzo często przestępcy lub szaleńcy, dla których moc kamienia wiąże się wyłącznie z zabijaniem. Nie dbają o to, co stanie się jutro, dlatego musimy ich unieszkodliwić.
- Czyli zabić? - Pytanie zawisło niczym wisielec na spróchniałej gałęzi, gotowy w każdej chwili spaść komuś na głowę.
- Tak, Hideo. Zabić. - Mężczyźni spojrzeli na siebie. Obaj dobrze wiedzieli, że dyskusja na temat moralności w tym przypadku jest bezcelowa. Albo oni, albo cała reszta. Nie zostawia to dużego pola manewru. - Skoro wiemy jak wielkie grozi nam niebezpieczeństwo, mam nadzieję, na jeszcze większe zaangażowanie z waszej strony. Spotkanie uważam za zakończone.

Grupka Łamaczy wyszła ze spotkania żywo gestykulując i przekrzykując się wzajemnie. W centrum znalazł się Hideo, któremu wyraźnie nie było to na rękę. Eiji wzdrygnął się na samą myśl, że to od Tatenaki będą zależeć losy świata i innych posiadaczy kości. Z drugiej strony, jakkolwiek na to nie patrzeć, nie można zarzucić mu niczego nieodpowiedniego. Zawsze dba o swoich ludzi, wkłada wiele wysiłku w ich trening, stając się dla nich kimś w rodzaju mentora i opiekuna. Eiji znowu się zamyślił nie zauważając jak blisko niego znalazł się Tatenake. Jego twarz zdradzała skupienie, ale jednocześnie było w niej coś jeszcze, on ... uśmiechał się, prawie niezauważalnie. - Przecież nie mógł usłyszeć, o czym myślisz durniu. - Zganił się w myślach Fushida. Mimo to, miał wrażenie jakby powietrze w jednej chwili zgęstniało. Hideo i Łamacze minęli go, kierując się w stronę wschodniego skrzydła. Znajdowały się tam dwie sale treningowe, stołówka, siłownia, podziemny basen oraz kwatery Łamaczy. Staruszek nieźle to wszystko przemeblował, żeby dogodzić swoim pupilom. Fushida odprowadził grupę wzrokiem. Zanim zdążyli przejść przez dwuskrzydłowe drzwi odgradzające korytarz i skrzydło, odwrócił się do nich plecami, ruszając w stronę windy. Wchodząc do niej, wcisnął przycisk oznaczający parter. Winda ruszyła, a jego serce zaczęło szybciej bić. - Niech cię Hideo. To wszystko przez ciebie. - Warknął, lekko luzując krawat.
Wychodząc z budynku, zauważył jak pomarańczowo-żółte słońce skrywa się za budynkami. Na zegarku wybiła 18.00. Przez całą sytuację ze Skarabeuszami musiał przyzwyczaić się do bardziej mobilnego stylu pracy. Żegnajcie wolne weekendy i święta. Podziękujmy za to naszej ulubionej grupie owadów! Zanim zdążył popaść w większe przygnębienie, wpadł na bardzo dobry pomysł. Skierował swoje kroki do pobliskiego baru, założonego przez emerytowanego pracownika M&M Industry, Pana Hisaki. Prowadził go dobre 10 lat, a najczęstszymi gośćmi byli pracownicy firmy. Zdarzało się, że sami właściciele, wpadali na parę głębszych, bądź zapraszali swoich partnerów biznesowych na spotkania do pokoju specjalnie przygotowanego na te okazje. Eiji zajął stolik w najbardziej odległym zakątku baru, zamawiając piwo. Wypił je jednym haustem czując ulgę. Będąc po za biurem mógł przyjąć postawę bardziej wyluzowaną. Poluzował czarny krawat, rozpinając guzik przy kołnierzu.
- Widzę, że chodziło nam to samo po głowie. Mogę usiąść? - Fushida uniósł wzrok, a dobry humor prysł, niczym bańka mydlana.
- Najwyraźniej. Myślałem, że zabrałeś młodych na salę w celu doskonalenia technik destrukcyjnych?
- Dałem im wolne. W zamian za to, jutro od 5.00 rano będą trenować w Paralel tak długo, aż odpadną im ręce. - Hideo usiadł naprzeciwko Eijiego. To nie pierwszy raz, kiedy siedzieli blisko siebie. Jednak do tej pory, ich spotkania miały charakter czysto służbowy. Zielonooki mężczyzna przyglądał się Fushidzie z uśmiechem na twarzy. - A ten, z czego się tak cieszy? - pomyślał Eiji, gładząc koniuszkami palców pustą szklankę.
- Rozumiem, że jesteś małomówny w kontaktach osobistych, ale tak namolne wpatrywanie się w drugą osobę, uważane jest za niegrzeczne. Długo tak będziesz siedział?
- Aż tak bardzo ci to przeszkadza? - Zanim padła jakakolwiek odpowiedź, Tatenaka wstał i poszedł po dwie szklanki piwa. Zaraz potem zaczął opowiadać o sobie, co było wybitnie dziwne. O swojej młodości, akademii wojskowej, którą skończył z wyróżnieniem. Właśnie wtedy, na jednym ze szkoleń w terenie znalazł dziwny sześcian. Przez długi czas nie wiedział, czym jest, ale nie musiał sam dochodzić do prawdy. Pomógł mu Pan Mushashi, który przeniósł go do swojej firmy uzupełniając jego wykształcenie. Dzięki niemu zdobył doświadczenie na kilku misjach, stając się godnym zaufania żołnierzem. Fushida nie przypuszczał, że mężczyzna może być tak wylewnym. Do tego, mówił o Panu Shinko z wielkim szacunkiem, jak gdyby zawdzięczał mu wszystko.
Kilka godzin minęło bardzo szybko, a alkohol szumiał Eijiemu w głowie. Postanowił, że pora wrócić do domu. Podniósł się robiąc krok w bok i stracił równowagę. Od upadku na sąsiedni stolik, za którego zniszczenie musiałby słono zapłacić, uratowało go ramię Hideo. Mężczyzna przysunął go bliżej swojej piersi, dając mu tym samym stabilne oparcie dla całego ciała.
- No dobrze Panie mocny, na dzisiaj wystarczy. Usiądź, a ja pójdę uregulować rachunek. - Mówiąc to, usadził Eijiego z powrotem na miejscu, a sam poszedł w stronę baru. Do szumu w głowie, doszły zawroty i mdłości. Zdecydowanie to nie był dobry dzień dla Fushidy. Zanim zdążył sobie to wszystko poukładać, silne ręce bardzo delikatnie postawiły go do pionu. Tatenake wyprowadził go z baru, w przyjemny ciepły wieczór. Wiatr, ledwo muskał jego rozgrzane policzki, a niebo obsypane gwiazdami i wielki, pełny księżyc oblewały miasto mleczną poświatą. Wsiedli do taksówki. Eiji nie mogąc utrzymać głowy, oparł się wygodnie o ramię Hideo. Ten nie oponował, służąc za poduszkę.

W tym samym czasie, nieduży barak na obrzeżach miasta zaczął wypełniać się podejrzanymi postaciami. Wszyscy byli ubrani w czarne stroje, przypominając żałobników. Kiedy zajęli miejsca, a szum rozmów ucichł, jedna z osób wyszła na przód, zajmując miejsce na środku pomieszczenia. Snop bladego światła padł na jej smukłą sylwetkę. Nie było wątpliwości, że była kobietą. Bardzo piękną kobietą. Długie czarne włosy sięgały jej do pasa, a ciemna cera i uwydatnione kości policzkowe, nadawały jej twarzy władczy wyraz. Była po trzydziestce, postawą zdradzając ogromne doświadczenie i wysoką pozycję.
- Dziękuję wszystkim za przybycie. Mam nadzieję, że nie mieliście żadnych trudności w dotarciu na spotkanie. Spotykamy się nie po raz pierwszy, ale na pewno po raz ostatni. - Ton jej głosu w jednej chwili zmienił się z ciepłego, w ostry, wypełniony jadem. - Banda rycerzyków, robaków chce zdobyć Berło! Naszą nagrodę za lata poświęceń i wyrzeczeń! Pracy i przelanej krwi! Jak możemy na to pozwolić? - Krzyk poniósł się echem po metalowym baraku, drżąc w sercach zebranych. - Łamacze - zniżyła głos - dzieci udające wojowników, niezdające sobie sprawy z ceny, jaką przyjdzie im zapłacić. Od dzisiaj zaczniemy polowanie, w którym nagrodą główną będzie czarny kryształ. Mushashim zajmę się osobiście. Ryutaro?
- Tak Pani. - Głos dobiegł gdzieś z wnętrza pomieszczenia.
- Zajmiesz się ich asem Hideo, a także całą tą chołotą zwaną Łamaczami. Wyryj w ich duszach ból i cierpienie.
- Jak rozkażesz. - Uśmiech na twarzy kobiety wykrzywił grymas szaleństwa. Nie było wątpliwości, że nie odpuści. - Rozpocznijcie łowy!

Hideo ściągnął z Fushidy koszulę, krawat, buty i spodnie. Zostawił biedaka w samych bokserkach i skarpetkach, sadzając go na łóżku. Spojrzał mu w oczy, jedną ręką łapiąc mężczyznę pod bok, a drugą podtrzymując mu głowę. Eiji za późno odczytał plan zielonookiego. Poczuł jego ciepłe usta na swoich. Pocałunek był mocny i zachłanny. Język Hideo zaczął rozchylać wargi Eijiego, który bez oporu poddał się zabiegowi. Trwali tak chwilę, dając upust pożądaniu, jakie narosło przez ostatnie miesiące. Po chwili nacisk na usta zelżał. Kiedy Fushida otworzył oczy, Hideo odsunął się od niego. Wstał, wyciągając z kieszeni paczkę papierosów. Odpalił jednego stając przy oknie. Patrzył jak jasny księżyc odbija się w dachach pobliskich domów.
- Zostaliśmy naznaczeni jak zwierzęta na ubój. - Mocny głos wdarł się w umysł Eijiego, a cały alkohol krążący w żyłach jak gdyby wyparował. - Jesteśmy marionetkami, które muszą przelewać krew. Łamacze. Jak to dumnie brzmi, co? Bohaterowie. Wybrańcy. Czy ja wyglądam na bohatera? - Warknął w stronę Fushidy. - Eiji milczał. Wydawało mu się, że wszystko, co powie będzie zbyt banalne i trywialne w tej chwili. - Wszyscy zginiemy, pozostawiając po sobie jedynie krew i pył. - Mężczyzna odszedł od okna. Przeszedł do przedpokoju, gdzie ubrał buty i wyszedł w rozgwieżdżoną noc nie mówiąc słowa pożegnania. Fushida nawet nie drgnął. Kilka godzin spędził na patrzeniu w sufit, a kiedy objęcia morfeusza przeniosły go do krainy snu, śnił o herosach walczących z trójgłowymi potworami, meduzami, golemami i bogami, którzy z satysfakcją strącali bohaterów w otchłań.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Wędrował sobie pewnego razu po świecie pewien człowiek. Kim był? Nie wiadomo. Sam o sobie mówił, że jest po prostu włóczęgą, poszukującym nieodkrytej jeszcze przez nikogo ziemi. Ludzie, gdy to słyszeli, patrzyli na niego z politowaniem i pukali się palcami w głowę, no bo jakże to? Przecież każdy skrawek naszego globu został już dawno zbadany, opisany i umieszczony na tysiącu map oraz atlasów. Skąd więc pomysł, aby odnaleźć jakąś ziemię, nieznaną i niczyją? Ten człowiek był również poetą. Pisał wiersze i twierdził, że to właśnie za ich pomocą on tę ziemię w końcu odszuka, zobaczy i przemierzy. Któregoś dnia wędrowiec, zmęczony długą marszrutą, zatrzymał się w niewielkim miasteczku, na rynku. Rozmawiał tam z jego mieszkańcami o poezji, czytał im swoje wiersze i opowiadał, że gdzieś daleko, za ogromnym górskim masywem, za niezgłębionym oceanem, za tysiącem burz i za tysiącem wschodów słońca, istnieje ziemia, której piękno nie może się z niczym równać, ale nikt nie wie dokładnie, jak do niej trafić. Ludzie z miasteczka, jak zwykle, nie chcieli mu wierzyć. Nawet go nie słuchali, zajęci swoją codzienną krzątaniną. Przekupki zachwalały dorodne owoce i warzywa, kuglarze dawali pokazy żonglowania pochodniami, dzieci tłoczyły się wokół stoisk z cukrową watą i balonikami. Tylko jeden mały chłopiec podszedł do poety i zaczepił go: - Proszę pana... Proszę pana, czy może mi pan opowiedzieć coś o tej ziemi, której pan szuka? Jak tam jest? - Tam jest jak w raju - odparł człowiek, a w jego oczach rozbłysł skrywany głęboko zachwyt. - Drzewa nigdy nie są nagie. Ptaki wiecznie śpiewają o wiośnie i lecie. Wszędzie kwitną kwiaty w rozlicznych barwach, roztaczając zapachy, których nawet sobie nie potrafimy wyobrazić. Na niebie pojawiają się codziennie zorze i tęcze, a przez doliny, rozgrzane łagodnością słonecznego blasku, płyną niebieskie roziskrzone rzeki niby jedwabne wstążki. Zwierzęta nie polują na siebie, tylko pod koniec dnia spotykają się u wodopojów i rozmawiają ze sobą pogodnie w nieznanych, tajemnych językach. Żyją tam jedynie sami szczęśliwi ludzie, którzy się gorąco kochają... - Eeee... - stwierdził chłopiec, marszcząc czoło. - Nie ma takiego miejsca. Kłamiesz albo zmyślasz! - dorzucił i pobiegł ku zakurzonym miejskim uliczkom, pogrążonym w popołudniowej sjeście. Włóczęga postanowił również odpocząć przy niewielkim klombie, na gorącym od słońca skwerze. Żar lał się z nieba, mącił myśli, zasnuwał źrenice ciężką, kleistą powłoką. Człowiek pogrążył się w końcu w mętnym półśnie i nagle poczuł, że coś delikatnie trąciło jego dłoń. Uniósł powieki i zobaczył, jak na jego ręce usadowił się mały ptaszek. Był to rudzik, szary z pomarańczowym brzuszkiem, który przechylał łebek raz w lewą, raz w prawą stronę, i obserwował człowieka bystrymi, ciekawskimi koralikami oczu, Raz po raz podfruwał do góry, a potem znowu przysiadał na jego dłoni. - Co ty mi chcesz powiedzieć, ptaszku? - zagadał wędrowiec. Ostrożnym ruchem sięgnął do kieszeni, gdzie znalazł trochę okruchów bułki. Wysypał je na dłoń i poczekał, aż rudzik odważy się skorzystać z tego skromnego poczęstunku. Ptak skubnął kilka okruszków, a następnie znów zaczął na przemian wzbijać się w powietrze i powracać ku rękom człowieka, cały czas słodko poćwierkując. - Mam za tobą iść? - spytał wędrowny poeta. Rudzik oddalił się nieco, lecz przysiadł na gałęzi pobliskiego drzewka, jakby czekał na zaskoczonego tym zdarzeniem włóczęgę. Ów wreszcie wstał i ruszył za ptaszkiem. Opuścił senne miasteczko, po czym skręcił w polną drogę, która prowadziła na zachód. Minął parę opuszczonych domostw oraz wielką łąkę, hojnie usianą miriadami polnych kwiatów - rumianków w białych spódniczkach, wrotyczy jak błędne ogniki, dzikich ślazów zalotnie uśmiechniętych do przysiadających na ich płatkach modraszków. Wtem ptaszek zatrzymał się przy jednej z rozsypujących się ruder. Człowiek minął, zaciekawiony, drewnianą szopę, stare, skrzypiące pomieszczenia gospodarcze, aż dotarł do drewnianego płotu, pokrytego ciemnym, zielonym nalotem. W płocie znajdowała się furtka, zamknięta na haczyk. Rudzik usiadł nieopodal i radośnie zaświergotał. Wędrowiec otworzył furtkę i znalazł się, ku swemu zaskoczeniu, w starym ogrodzie. Był to bardzo dziwny ogród. Mogło się wydawać, że ktoś go opuścił w pośpiechu, nagle i bez jednego słowa pożegnania. Kiedyś ogrodowe alejki, kwietniki i krzewy musiały być pielęgnowane z zapałem i wielkim wyczuciem smaku. Gdzieniegdzie stały stylowe, ozdobne ławki, które czas obdarł nie wiadomo kiedy z eleganckiej bieli. Na środku ogrodu wznosiła się nieczynna fontanna, która zapewne niegdyś cieszyła oczy widokiem srebrzystych strug wody tańczących nad marmurowym basenikiem. Niedaleko fontanny znajdowała się huśtawka, przygnieciona i złamana przez gruby konar drzewa, na którym została zawieszona. W ogrodzie pełno było różanych krzewów. Poeta nigdy nie widział takiej obfitości i tylu odmian róż. Pnące, dzikie, miniaturki - wszystkie zdawały się pamiętać czas, gdy jakaś troskliwa ręka opiekowała się nimi dbając, aby rozwijały się, rozrastały i kwitły. Teraz jednak krzewy zdziczały, zmarniały, jakby zmęczone samotnością i ciszą. To właśnie ta cisza uderzyła najbardziej człowieka; w ogrodzie nie śpiewał ani jeden ptak, ani jeden liść nie szumiał pod muśnięciami wiatru. Obecna tu przyroda sprawiała wrażenie zastygłej w niewyobrażalnie bolesnym milczeniu. Nawet rudzik, który przycupnął lękliwie na chudziutkim, różanym pędzie, przestał ćwierkać, tylko wpatrywał się w człowieka uważnie i pytająco. - Co to za ogród...? I co ja mam z tym wspólnego? - pokiwał głową wędrowny poeta. - Tu nikogo nie było od lat, najwyżej duchy jakichś wspomnień zlatują się nocą do tej fontanny i do porozbijanych latarni, jak stare nietoperze. Te ścieżki dawniej żyły, z pewnością... Odpowiadały zapachem kwiatów niebu na jego zaczepki, tętniły beztroską młodością, a teraz...? Może kiedyś w owym miejscu ktoś kogoś kochał, ktoś się śmiał, ktoś tańczył wśród milionów róż, podczas gdy dziś jest tu tak cicho, że moje własne myśli lękają się głośniej odetchnąć... Zachodzące słońce zostawiało na zastygłych bez ani jednego drgnienia liściach czerwonawą poświatę. Znużony człowiek usiadł na jednej z niszczejących ławek i westchnął. - Żeby to wszystko przywrócić znów do życia, potrzeba wiele wysiłku. Ale może warto? Co, ptaszku? Czy o to ci właśnie chodziło?- zapytał, szukając wzrokiem swojego skrzydlatego towarzysza. Rudzik podfrunął do niego i poeta przysiągłby, że ptak skinął twierdząco swoją szarą główką.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następne dni i tygodnie upłynęły poecie na ciężkiej pracy. Od brzasku do późnej nocy sprzątał alejki, wyrywał chwasty, kosił trawniki, naprawiał połamane ławki, reperował latarnie. W starej szopie, która stała przy ogrodzie i w której teraz zamieszkał, znalazł wszystkie potrzebne narzędzia, zupełnie jakby ktoś je zostawił specjalnie dla niego. Ponieważ dotychczas tylko pisał wiersze, zupełnie nie znał się na ogrodnictwie, ale czuł, że intuicja podpowiada mu, co należy robić. Po prostu, gdy czegoś nie wiedział, siadał sobie przy fontannie, pogrążony w zadumie, aż wcześniej czy później znajdował odpowiedź na swoje pytanie. A może ktoś mu coś szeptał do ucha? Ogród z wolna otrząsał się z przygnębiającego nastroju i prezentował się całkiem przyjemnie. Zaczęły do niego przylatywać ptaki, z początku nieśmiało, lecz później zadomowiły się na dobre. Nocami słowiki uwijały się wśród gęstych krzewów róż, a z rana nowy dzień witały zięby swoimi przeciągłymi, melodyjnymi trelami. Latarnie oświetlały zadbane trawniki i oplatały ławki miękkimi cieniami. Zieleń rozrosła się bujna, soczysta, już nie dzika i trwożliwa. Człowiek cieszył się, widząc, jak jego starania przynosiły owoce, lecz martwiło go, że choć zdecydowanie ogród powracał do życia, nie zrodził się w nim dotychczas ani jeden kwiat. - No przecież po to jest ogród,żeby w nim coś kwitło! - martwił się wędrowiec. Podlewał troskliwie różane krzaczki, przycinał martwe pędy, raniąc sobie palce cierniami, pojechał też do miasteczka po specjalny nawóz - i nic! Ani jeden pąk nie chciał pojawić się wśród błyszczących liści. - A jednak te róże kogoś cieszyły kolorami i słodyczą - westchnął poeta. - Co ja mam teraz zrobić? Nic z tego nie rozumiem. Przecież już za parę dni zaczyna się lato... - Co ja mogę uczynić dla tego ogrodu, co więcej? Starał się jeszcze bardziej. Wstawał przed słońcem i pracował niemal do samej północy. Znał już w tym miejscu każdy zakątek i tak bardzo wyczekiwał chwili, w której choć jedna róża zaczerwieni się się w kolczastym gąszczu. Któregoś upalnego popołudnia, smutny i zmęczony, usiadł na jednej z ławeczek, wbiwszy zniechęcony wzrok w martwą fontannę. Chciało mu się płakać. Tyle wysiłku na nic! Bezradnie wyciągnął z jednej ze swoich kieszeni ołówek i nieduży, pognieciony zeszyt, w którym kiedyś zapisywał swoje wiersze. Od dawna niczego nie stworzy, zajęty nawożeniem, okopywaniem, pieleniem, koszeniem i podlewaniem. Teraz jednak poczuł, że musi ułożyć wiersz. Wiersz o tym, jak bardzo zależy mu na tym ogrodzie. Jak bardzo się spracował bez żadnego efektu. Jak bardzo boli go, że nie potrafi wypełnić tych ścieżek radością, którą ktoś musiał zabrać ze sobą na zawsze, bezlitośnie odchodząc. Pisał, że mimo wszystko przeszłość nie musi przecież ciążyć nad tym, co przecież żyje i pragnie życia. Że chociaż ktoś porzucił przed laty ten świat i zabrał ze sobą nadzieję oraz wolę kwitnienia - teraz przecież jest on, poeta, który uczy się dbać o dotkliwie niegdyś zranione rosarium. Dotkliwie - lecz przecież nie śmiertelnie. Na końcu chciał jeszcze napisać jeszcze jedno słowo, ale jego pióro zatrzymało się, jakby jeszcze nie ufało własnej śmiałości. A potem człowiek przeczytał swój wiersz na głos. Przeczytał go dla tego dziwnego ogrodu. I wtedy pierwszy raz poczuł, jak wszystkie gałązki różanych krzewów gną się od ciepłego podmuchu wiatru, który łagodnie nadszedł nie wiadomo skąd. Poeta wstał i postanowił przejść się po alejkach. Nie uszedł nawet kilkunastu kroków, gdy nieoczekiwanie u swoich stóp dostrzegł kilkanaście drobniutkich roślinek, wychylających się niepewnie z ziemi Nigdy wcześniej nie widział tutaj podobnego gatunku. Ukląkł przy nich i poczuł, jak fala wrzących łez zalewa mu policzki. Maleńkie wschodzące krzewinki pokryte były pąkami kwiatów. Tak, niewątpliwie za kilka dni te pąki rozwiną się, a delikatne łodyżki będą dźwigać najpiękniejszy ciężar na świecie - ciężar życia. Człowiek pragnął całować i pieścić skromne listki młodziutkich siewek, ale nie chciał ich uszkodzić przedwczesną radością i swoim niezręcznym dotykiem. Od tego momentu, przed udaniem się na spoczynek, gdy już uporał się ze swoimi zwykłymi obowiązkami, siadał przy malutkich, rodzących się kwiatkach i czytał im swoje kolejne wiersze, pisane z czułością i pokorą. Pewnego wieczoru poeta dostrzegł, że od północy nadciągają nad ogród ciemne, burzowe chmury. "No tak, przecież to już lato...", westchnął. To miała być pierwsza burza w tym roku. "Trzeba koniecznie zadbać o moje kwiatki, ochronić je, przecież jeszcze nie zdążyły się rozwinąć, i teraz miałaby je zniszczyć ulewa albo wichura? Będę czuwał, nie pozwolę na to!" Nocą przez ogród przetoczyła się istotnie wściekła nawałnica. Strugi ulewnego deszczu gięły do ziemi gałęzie różanych krzaków, a wichura chłostała alejki, trawniki, ławki i latarnie niewidzialnymi kańczugami. Człowiek pozostał w bezruchu przy swojej gromadce kwiatków, którą osłaniał własnym ciałem, mówiąc do nich niemal jak do dzieci: - To tylko burza. Ja też się boję, ale przecież jesteśmy razem. Obolały i przemoknięty pilnował, aby huragan nie uszkodził żadnego listka ani żadnej łodyżki. Nad ranem burzowe chmury ustąpiły na niebie miejsca drżącym promieniom świtu. I w tym złoto-różowym świetle, na jednej z pokrytych jeszcze kroplami wody kępek, pojawił się pierwszy kwiatek. Była to niezapominajka. Poeta oszalał wprost ze szczęścia, Zaczął biegać radośnie po ścieżkach w ogrodzie, tańczyć, śpiewać, krzyczeć, na zmianę płakać i śmiać się. Potem wrócił znów do swoich niezapominajek i z radosnym zdumieniem zobaczył kolejne błękitne kwiatki, pozdrawiające go zalotnymi mrugnięciami z objęć jasnej czystej zieleni. - Kocham was - napisał tego dnia poeta w swoim najnowszym wierszu, który przeczytał im na dobranoc. W myślach tulił je i pieścił. Kwiaty zdawały się wszystko rozumieć i jakby zalśniły w ciemności ukrytym, gorącym światłem.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następnego dnia człowiek stwierdził, że musi pójść do miasteczka, kupić nowy szpadel, bo stary już do niczego się nie nadawał. Ponieważ burza wyrządziła w ogrodzie wiele szkód, potrzebował również jeszcze paru innych rzeczy, aby wszystko ponaprawiać. Pogładził lekko dłonią krzewinki niezapominajek. - Niedługo wrócę - obiecał. Z głębi ogrodu przyleciał rudzik, i usiadł mu śmiało na ramieniu. Chwilę poćwierkał, a potem zniknął w kolczastej różanej gęstwinie. Na rynku jak zawsze było głośno i tłoczno. Straganiarze przekrzykiwali się nawzajem nad stertami towarów, w powietrzu pachniało grillowaną kiełbasą, gołębie tłoczyły się przy przepełnionych śmietnikach. Poeta, zaopatrzywszy się w niezbędne narzędzia, zatrzymał się jeszcze na chwilę przy stoisku z lemoniadą, gdyż zachciało mu się pić. - O, to pan?- usłyszał nagle chłopięcy głos, który skądś znał. - Tak - odparł. Przypomniał sobie swoją dawną rozmowę z owym dzieciakiem, który tamtego dnia nie uwierzył w jego najskrytsze marzenia. - I co, znalazł pan tę swoją wspaniałą krainę? - spytał chłopiec, obrzuciwszy go łobuzerskim spojrzeniem. - Tę, gdzie podobno wszystko jest takie cudowne i panuje wieczne szczęście? - Znalazłem - odpowiedział z uśmiechem poeta, myśląc o swoich niezapominajkach.  
    • spadł puch swym ramieniem przytulił rozżalonych rozjarzone brylanty na ziemi tliły się w oczach białe morze wzburzyło się po raz pierwszy od dawien dawna chcąc byśmy przypomnieli sobie, jak to jest płynąć po nim saniami   potajemnie zmówił się nieboskłon z chmurami urwiska stanął się przystankami drogi porwą pojazdy chwalić będziemy się i ogrzewać śmiejąc z gniewu, niekiedy i radości   przytulnie będzie aniołem zostać bo w końcu biel nas zewsząd otacza byle dłoni nie zajechać po całości, czymś musimy postawić posągi z węgli i marchewek   wieczór dziś jest specjalny inny niźli zawsze tańczymy nieświadomie pod jednym płaszczem bawimy się jak niegdyś i tylko to się liczy wszystko to, gdy palą się lampy pomimo tego, że marzniemy   uwieczniona kamera taśma przygotowana na niby nijak wszystko dlatego że dnia dzisiejszego, zwykłego jak inne, spadł puch    
    • @Radosław   a Ty jak Kogut…  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @KOBIETA Bądź  jak Supernova. 
    • @Radosław   wiem Radosław …niestety to takie silne oddziaływanie jest …międzygalaktyczne ;)))) nie wiem jak mogę Tobie pomóc…? ;) 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...