Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

I

Jesienne liście, porozrzucane na ulicach, układały się w złocisto-brązowy dywan. Chłód tej pory roku dawał się we znaki obywatelom tego miasta. Odgłos gawronów, wron i wróbli, rozchodził się po okolicznych parkach. Kilka z wyżej wymienionych ptaków, dłubało swoimi dziobami w ziemi, w poszukiwaniu pożywienia... trzepot skrzydeł... już ich nie było. Jakiś hałas, tupot butów o ziemię... zakłócił poranny spokój.
- Strzelaj, strzelaj, zobacz oni już tutaj biegną! Zaraz tam będą!
- Durniu! Musimy najpierw zająć pozycje! Taki jest rozkaz komendy! Nie ustrzelimy ich z tej strony! Zaraz! Czekaj... Dzisiaj mamy trzeci listopada? Trzeci listopada tak?!? - złapał kolegę za brązowy płaszcz - Na Boga! Zapomniałem!... Ten kretyn może tam być!... - chłopak się zawahał - Nie mogę strzelać... możliwe, że tam jest mój brat! Ej nie szarp się! Oddawaj mój karabin! - wyrwał zabraną broń z rąk kolegi. Gdy ocknęli się, że do walki już blisko, przestali się szarpać i ruszyli za grupą. Młodzież biegła na wyznaczone miejsca do rozpoczęcia ataku. Nie spodziewali się, że pozycje przeciwnika zostały już obstawione. Zabrakło chwili. Spóźnili się.
- Ne strelajce Ne strelajce! Tam moj brat mozje byc! - krzyk rozpaczy rozchodził się echem pośród barykad przeciwnej strony konfliktu. Dobrze wiedział, tak jak i jego brat, że już tutaj są i się spotkają, a raczej ich kule. Nie ma ucieczki. Nie ma litości. Nie ma przebaczenia. Walka już trwa. Dezercja w obydwu stronach karana powinna być w końcu śmiercią...
Bełkot łamanej polszczyzny został nierozpoznany przez współtowarzyszy. Część ze współziomków wpatrywała się w chłopaka jak na idiotę, jednocześnie trzymając rękę na spuście na wyznaczonych pozycjach w kierunku Polaków. Padł pierwszy strzał. Rozpoczęła się potyczka.

Świst kul rozchodził się z austriackich manlicherów, niemieckich mauserów i innej zdobycznej broni. Obydwie strony nie dawały za wygraną. Obydwie strony walczyły tak zaciekle, jednocześnie oszczędzając amunicje.
- Na litość boską! Oni strzelają do dzieci! - ryknęła w panice starsza pani, patrząc zza okna trzeciego piętra, co się dzieje na ulicy.
Ujrzała młodzieńca z biało-czerwoną opaską na prawym ramieniu z inicjałami P.O.W.. Był on w wieku około dwudziestu lat. Złapała się za twarz. Poleciały łzy. W tym momencie jego głowa z impetem eksplodowała, a ciało upadło swobodnie na brukowaną uliczkę. Strugi krwi z szyi ściekały do pobliskiej kanalizacji. Zlały się z brudem i odorem śmierdzącego szamba.
Makabryczny widok nie przestraszył walczących stron konfliktu... wręcz rozochocił żądze krwi do boga wojny. Liczyło się teraz tylko i wyłącznie posłanie znienawidzonego wroga do spotkania z kostuchą. Kolejne pociski furczały w powietrzu, kula za kulą. Ręka, nabój, krzyk; ładownica, trzask, łomot; zapach prochu, krwi; strzał, furia, strzał. Tak wyglądał... zdziczałej i nieokiełznanej... bitwy szał.
Jedynie starsza kobieta upadła na podłogę z żalu. Była w szoku.
- Bracje neee! Za co to, za co, na bogja! - rozległ się ryk na polu bitwy.
Babuszka otrząsnęła się, wstała i ujrzała, jak chłopak bierze zwłoki na swoje ciężkie, masywne ramiona. Nie mogła zrozumieć tego, co się w tym momencie dzieje. Wokół niego padają strzały, a on spokojnie idzie, trzymając rozlazłe zwłoki upaćkane całe we krwi. Bohater? Czy kpina z niego? Ze łzami w oczach szedł w stronę wejścia do kamienicy, by uchronić siebie i zwłoki brata przed kolejnymi ranami. Długo nie pochodził. Niechybna kula wystrzeliła z pistoletu mauser wz. 1905, dzierżonego przez siedemnastoletnią dziewczynę. Chłopak zgiął się w kolanach nawet nie łkając. Pocisk przeszył jego pierś, zahaczając o serce. Dusił się rozbryzganymi kawałkami płuc, dochodzącymi już do jego przełyku. Dwa ciała upadły na ulicy. Kruki chciały już rozpocząć swą padlinożerną ucztę, ale walka nadal im w tym przeszkadzała.

II

Pewna młoda kobieta, spoglądała na jeden nagrobek. Widniały na nim dwa epitafia, w języku polskim i ukraińskim: "Semen Podolsky lat 18, zmarł śmiercią tragiczną, 3 listopada 1918 r.", "Jan Podolsky lat 21, zmarły w obronie Lwowa, 3 listopada 1918 r.".
- Witaj młoda panieńko - rozległ się chrapliwy głos starszej pani.
- O Pani Wanda, co tutaj Pani robi?
- Wiem od twojej matuli, że często bywasz na cmentarzu... często z nią rozmawiam... w końcu niedaleko siebie obecnie teraz mieszkamy. Otóż... Moje Drogie Dziecko... Córeńko, jest wiele rzeczy, o których muszę ci opowiedzieć. O wielu faktach wiem... I od twej matuli, i od twoich koleżanek, które również uczyłam niemieckiego, za czasów jeszcze austryjaka... ale muszę Ci coś córeńko wyznać, źle się z tym czuje, jest to ciężkie dla mnie brzemię, tak samo to co doświadczyłam w czasie walk, ale muszę...
Młoda kobieta, ze zdziwieniem na twarzy przerwała:
- Co Pani ma na myśli?
- Wiem o czymś, czego nie wie ani córeńki matka, ani ojciec, a mianowicie jak zginęli Pani koledzy.
- Przecież... wiemy jak umarli, na wojnie, w 1918.
- Nie wie Panienka pewnych szczegółów... muszę to Pani wyznać, a jestem już wiekowa i nie chce tego schować do grobu...
- Dobrze więc... słucham Pani Wandy.
- Widziałam jak ginęli Ci dwaj chłopcy... widziałam, jak jeden pomaga drugiemu.
Młodej kobiecie stanął głos w gardle. Ze łzami w oczach próbowała coś wypowiedzieć, ale nie potrafiła, słuchała relacji Pani Wandy. Wiekowa babunia nie pominęła żadnych szczegółów. Opowiedziała, tak jak widziała tamto wydarzenie. Młoda kobieta ze zdumieniem spojrzała na starą, pomarszczoną twarz. Nie rozumiała tego, jak tak stara kobieta, może wszystko spamiętać.
- Dziękuje za to, co mi Pani tutaj... w tej chwili mówi... muszę coś też Pani wyznać... Szymon uważał się za Ukraińca, zmienił imię na Semen... i tak go zapisano na nagrobku. Prosił by postarać się o to, jeśli umrze... nie myślałam, że jego śmierć tak szybko nadejdzie... Nie mogłam tego pojąć, czemu zmienił imię, ani jego brat: Janek. Ach... naczytał się za dużo rewolucyjnych bredni i w nie uwierzył... Najpierw socjalizm, potem anarchizm, a następnie nacjonalizm ukraiński, "bo fajniejszy", "bardziej dziki" - tak mówił... Tylko nie spodziewał się, że dojdzie do zatargu między Ukraińcami i Polakami. Ach ta… chłopięca fantazja. Gdyby teraz żył, kto wie, może należałby do tej anarchistycznej bandy Nestora Machno. Nie wiem czy Pani o nim słyszała?
- Coś mi świta, ktoś mi coś opowiadał. Zabierali zboże od chłopów, walczyli z niemcuchami i bolszewią. Ten bandyta coś tam tworzył, jakieś wolne kolektywy, jakąś Republikę Huliajpola czy coś. Ja się tam nie znam.
- To jest teraz mało istotne... wpływ tych parszywych ideologii zniszczyły Szymka. Zniszczyło to jego młody, nie poukładany umysł. Był tak niestabilny emocjonalnie, że sam nie wiedział, czego chce od życia. Za wszelką cenę musiał pokazać wszystkim dookoła, że jest kimś… W pewnej chwili nie potrafił już stwierdzić, czy jest Polakiem, Ukraińcem czy socjalistą. Jedynie co mogę potwierdzić Pani, jak tutaj stoję! Jak żywa! To na pewno to, że miał coś z rewolucjonisty...
Młoda kobieta złapała się za głowę. Usiadła na pobliskiej ławce i zaczęła krzyczeć.
- Czy wszystkim zawsze musiał robić na złość? Niech go piekło pochłonie! Jak można obrażać się za to, że byłam z Jankiem? Sam mówił, że mnie nie chciał, odrzucił mnie myśląc, że za nim zatęsknię. "Bo jeśli ktoś prawdziwie kocha, to poczeka, będzie myślał o ukochanej osobie..." - tak mówił... ach ten... niepoprawny romantyk... Jak można założyć, że miłość rodzi się po pięciu, sześciu, czy ośmiu miesiącach? To nie ma wpływu na to ten cholerny czas... to po prostu jest, albo tego nie ma. Nie ma konkretnej daty ani godziny na to, żeby powiedzieć "kocham". A ja... ja nie byłam gotowa na tak głębokie słowa... Za wszelką cenę chciał mnie zmienić, za wszelką cenę chciał mnie utrzymać przy sobie. A ja? Ja jestem kobietą nowej ery... za Pani czasów sprzątano, utrzymywano dom, usługiwano mężowi... A ja? Ja chce na przykład... uczyć się, studiować, mieć wykształcenie, być szanowana i lubiana... Chce coś zrobić dla świata i dla Polski. Może tak jak Curie-Skłodowska odkryje nowe pierwiastki? Któż to wie!
Czułam się porzucona i odtrącona przez niego... to logiczne, że szukałam wsparcia. Tak dobrze się nam układało, a on tak mi powiedział... Każda kobieta poszukuje ciepła... i tak pojawił się Janek. Czy to ważne, że był jego bratem? Poczułam się przez Szymona jak nic niewarty przedmiot, do którego się mówi, od którego się wymaga słowo "kocham", i zapełnienia jego nienażartego brzucha, przed kolejną pijacką wyprawą na miasto, z jakimiś ukraińskimi parobkami... Szczerze powiedziawszy, niektórzy z nich wyglądali na najgorsze łachudry i łajzy tego miasta. Nie, nie chciałam się Panie Boże Mój Najdroższy i Najsłodszy mścić! Mógł robić co tylko chciał i mu w duszy grało! To był jego wybór, ale niech nie krzywdzi innych swymi wyborami, a potem wymaga czegoś, czego już nie ma! Pani Wando, najprościej rzecz ujmując: nie czułam się w pełni kobietą przy nim. Ja potrzebuję wsparcia, ciepła, ciepła które zyskam i ciepła, które odwzajemnię temu wybrankowi...
Myślę i uważam, że tak naprawdę bał się, że prędzej czy później magia naszych spotkań pryśnie... A nie prysła, oczekiwał za dużo na tym etapie ode mnie... Czy to tak trudno zaakceptować, jeśli uważał, że mnie kocha? Jak można być takim głupiutkim i niedojrzałym chłopczykiem? Ech Szymek, Szymek... Ani ja, ani Janek nie mogliśmy pojąć, dlaczego dołączył, gdy kończyła się już Wielka Wojna, do strzelców siczowych. Zapewne chciał zrobić wszystkim na złość - jak zawsze - ale nie przejęliśmy się tym zbytnio, a oni byli braćmi, więc potraktowaliśmy to jako szczeniacką zabawę, którą zaraz porzuci w niepamięć. Cóż innego mieliśmy zrobić? Co, Janek miał mu dać łomot w domu? To bez sensu, Janek nie bije swoich, zwłaszcza rodziny. Pamiętam jak Szymek opowiadał mi i Jankowi z wielkim zachwytem, że będą mieli manewry trzeciego listopada we Lwowie... I tak się spotkali... w czasie walki - młodej kobiecie popłynęły po policzku szczere łzy - wiedziałam, że do siebie strzelali... ale nie wiedziałam, że Szymek... wziął Janka na ręce jak już nie żył... Przecież doskonale wiedział, że Ukraina nie będzie wolna, zwłaszcza, że wolność została dana im z rąk austryjaków. Dobrze wiemy, że przegrali wojnę, to zwycięscy budowali warunki: Anglicy, Francuzi... nie oni... Czy musiał za wszelką cenę pokazać swoją młodzieńczą buntowniczość? Cholerny rewolucjonista! Ja rozumiem, że mieli matkę Ukrainkę, która się spolonizowała, a ojca Polaka. Trudno pogodzić te dwa rozdarte korzenie, ale na litość Boską! Czemu, dlaczego?!? Sam miał pretensje do wszystkich, tylko nie do siebie, Zdrajca!
Młoda kobieta złapała starszą Panią Wandę za ramiona i zaczęła ją trząść.
- Uspokój się Wiolu - przytuliła młodą kobietę - już wszystko będzie dobrze.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Berenika97 @Rafael Marius @Jacek_Suchowicz   Za mistrzem...   Fraszki to wszystko, cokolwiek myślimy, Fraszki to wszystko, cokolwiek czynimy; Nie masz na świecie żadnej pewnej rzeczy, Prózno tu człowiek ma co mieć na pieczy. Zacność, uroda, moc, pieniądze, sława, Wszytko to minie jako polna trawa; Naśmiawszy się nam i naszym porządkom, Wemkną nas w mieszek, jako czynią łątkom.    Dziękuję. 
    • nie pamiętam, kiedy to się zaczęło. czy wtedy, gdy furtka zgrzytnęła w środku nocy, jakby ktoś szukał wejścia nie na posesję, ale do mojego ciała. czy wtedy, gdy znalazłem pod wycieraczką zardzewiały gwóźdź, wygięty na końcach, gotowy wbić się w dłoń, w serce, w sen, jakby już wiedział, gdzie trafić. a może wcześniej. gdy jego córeczka biegała po ogrodzie i krzyczała do pustego powietrza: - nie ruszaj mamy. - nie ruszaj mamy. jakby ktoś stał tuż obok, dokładnie tam, gdzie nic nie powinno stać. robert był idealny. punktualny. pomocny. uśmiech miał gładki jak szkło polerowane w laboratorium cieni, tak czyste, że nie zostawiało odbicia. ale oczy… gdy w nie patrzyłem, zimno zaczynało się we mnie poruszać, powoli, jakby znało drogę. w źrenicach coś było - nie ciało, raczej miejsce po nim. głód bez kształtu, po czymś, co już zjadło swoje imię i nauczyło się patrzeć dalej. jego cień czasem nie nadążał. spóźniony o ułamek sekundy, jakby musiał się zastanowić, czy jeszcze chce za nim iść. kiedy mówił, odbicie w szybie nie otwierało ust. jakby coś z jego wnętrza słuchało osobno. pierwsze ciało we wrześniu. drugie w październiku. trzecie w grudniu, tuż przed świętami. kolejne w marcu. zawsze młotkiem. zawsze kobiety. zawsze noc. ostatnia, trzynaście lat. media pisały o „fryzjerze”. o tym, że wkładał im włosy w dłonie, jakby chciał, żeby coś jeszcze miały przy sobie po śmierci. ja wiedziałem wcześniej. widziałem go nocą z czarną torbą, spokojnego, jakby wracał z miejsca, gdzie wszystko było już załatwione. zacząłem dziennik. czasem kartki były ciepłe. jak skóra po czyimś dotyku. znały mój charakter pisma, zanim nauczyłem się go pisać. atrament pachniał metalem, zanim dotknąłem pióra. każdy krok. każdy oddech. każdy cień. śniłem o nim. za niego. czułem chłód żelaza, puls dłoni tuż przed śmiercią, serce drugiej osoby sekundę przed tym, jak świat przestaje się do niej odzywać. czasem nie wiedziałem, czy zapisuję, czy tylko pozwalam, żeby przechodziło przeze mnie. wysłałem anonim do policji. zdjęcia. cisza, która nie miała końca, tylko głębokość. potem list. w środku zdjęcie mojej córki. jej twarz - zamarznięta w półuśmiechu, jakby ktoś kazał jej nie oddychać. na odwrocie odcisk błotnistego buta. ciężki. pewny. tej nocy córka nie spała. chodziłem, zapalałem i gasiłem światła, sprawdzałem zamki, jakby dom mógł się jeszcze obronić. - tato? jej oczy patrzyły jak okna do innego czasu, takiego, który już się wydarzył, ale jeszcze nie dotarł. - tato… czy to, co patrzy przez twoje oczy, też śni? poszedłem do roberta. drzwi otwarte. on w kapciach. dziecko przy nodze. kolęda w tle. jabłka z goździkami. zapach, który powinien być bezpieczny. - potrzebujesz czegoś? zapytał. - nie. tylko… porozmawiać. uśmiechnął się. nachylił, jakby mówił nie do mnie, tylko do mojego odbicia: - trudno jest być tylko niewinnym, prawda? zamknął drzwi. zbyt cicho. zbyt dokładnie. jakby zamykał nie dom, ale proces. od tej nocy nie śpię. palę, bo dym zagłusza coś słodko-mdłego, jak gnijące jedzenie w ustach, jak obietnica, która już się psuje. czasem czuję coś obcego na dłoniach, jakby pamiętały pracę, której nie wykonałem - jeszcze. w szafie młotek. obok różowy bucik. nie od mojej córki. nie od nikogo, kogo znam. w dzienniku zapiski, które nie są moje: „nie krzyczała.” „skóra pod paznokciem.” „kolor włosów: ciemny blond. zbyt młoda.” litery są równe. spokojne. jakby pisane bez pośpiechu. pod poduszką pukiel włosów. idealny. zimny. jakby jeszcze o czymś pamiętał.   nie córki. nie wiem czyj. w nocy śniłem, że śpię. we śnie śniłem, że wstaję. obudziłem się w łazience. nóż do tapet w ręce. lustro zaparowane. ktoś narysował na nim odwróconą trójkę. znak, który wyglądał, jakby zawsze tam był, tylko czekał, aż zacznę patrzeć. coś drgnęło za mną. - tato? córka stała w drzwiach. czerwone plamy na jej palcach pulsowały, jakby nie były plamami, tylko miejscami, przez które coś oddycha. jej spojrzenie było spokojne. rozumiała więcej, niż powinna. - nie wychodź,  szepnęła. rano młotek w kieszeni. zardzewiały. ciepły. jakby oddychał wspomnieniami poprzednich nocy. trzymałem go jakby był mój od zawsze, pamięta mnie dłużej, niż ja pamiętam siebie. na ścianie nowe lustro. odbicie nie moje. przechodzę obok. moje oczy patrzą na mnie, jakby znały coś, czego ja jeszcze nie wiem. moją przyszłość. czuję już. coś we mnie patrzy przeze mnie. coś śni przez moje dłonie, przez moje ciało, przez moje dziecko. coś, co nie jest tylko innym. coś, co jest mną, zanim ja sam będę. coś, co ma więcej wspomnień z przyszłości niż ja z przeszłości.                
    • mam życiorys spisany na kolanie popruty profil z facebooka mechanizm iluzji i zaprzeczeń opancerzony wokół dendrytów mam gumę turbo i młodość za sobą   schowałem niewypowiedziane w równaniach bez reszty drobne nieścisłości zaliczone zostaną w błąd pomiaru   czarne poranki gdy nic nie trzeba chcieć czyste życie hemoglobiną wypełnia krew   podmiot nie jest dany podmiot stwarza się   patrzy na mnie kriszna w kołysce w całej osobie liczby pojedynczej tuż przed podziałem przed brakiem zanim rachunek zdań nazwie pierwszą rzecz    
    • Alana za siksą wąski sazan. Ala
    • Jem sód od ósmej   Ech, cmokam! Sód ósmakom chce   I namakam. Sód od ósmaka Mani   Sód ułud. Ós!
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...