Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

w oknie wieszcz siadł
bocianów brak
żurawie wykupiły już last minute
a ja układam anons
do rubryki miłość

nie pragnę tej giga trendy
z mnóstwem kultowych gadgetów
ani tej masakrycznej czy zawsze ready HD
mam gdzieś tę spoko i cool
jak mózg celebryty
oraz tę błyskawiczną
jak zupa lub makaron al dente

spadają tony liści z drzew
kawki uszy piłują
wiatr urywa łeb

więc chciałbym tę bardziej rozgwieżdżoną
niż taniec z bankomatem
i lotną bardziej niż łóżko kino megafajny sklep
tę na dobre i złe
jak wiersz
jak pas de deux
jak polonaise

wieszcz spuścił wzrok
żurawie chyłkiem opuściły niebo
chmury jakby zgniły
ech pójdę w miasto
upić się niepostępowym winem

Opublikowano

Fajny wiersz o fajnych sprawach. Niby przystępnych i osiągalnych, jednak peel bardzo wybredny. Najbardziej podoba mi się przedostatnia zwrotka....
Taniec z bankomatem (super odniesienie i przeniesienie)
Pozdrawiam z zadziwieniem i zauroczeniem, że można tak prosto, bez patosu o miłości, a właściwie o jej poszukiwaniu
Lilka

Opublikowano

Janie, mam wrażenie, że od jakiegoś czasu poszukujesz innej formy pisania i przekazu, bo nie w każdym Twoim odnajduję się.
Tutaj, fajne te rozważania, jaka by miała być, ta miłość... choć w ostatniej czuję lekki niedosyt, poza winem postępowym, to mi pasuje... :)
Pozdrawiam.

Opublikowano

Cóż, wszystko jest kwestią nastawienia i tematu wiersza - stąd różnice w formie i treści. Ten miał być prosty z lekkim przymrużeniem oka i bezpretensjonalny choć możliwie prawdziwy jeśli chodzi o przekaz. Z komentarzy wynika że tak mniej więcej jest odbierany,co mnie cieszy.
Dzięki zaczytanie i komentarz. Pozdrawiam.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   Klaustrofobia podziemi rosła, im bardziej puste okazywały się kolejne pomieszczenia, nagie i ascetyczne w swoich małych pokutach. Brakowało jednego przejścia, aby cały poziom tworzył jeden spójny cykl, krąg piekieł, albo aureolę na głowie kościoła przemysłu. 

        Zderzony z ostatnią ścianą, Karol odwrócił się, żeby spojrzeć na ślady butów wybite w zalegającym prochu. Nie martwiąc się o pobrudzone spodnie, usiadł na ziemi i, aby nie musieć zamykać oczu, wyłączył latarkę. Rozczarowanie. Nienasycenie. Karol był zawiedziony - nawet nie fabryką, lecz samym sobą. Ciemność trzymała go w serdecznym uścisku, ale nadal dało się wyczuć drżenia przestrzeni z każdym przejeżdżającym samochodem, a spomiędzy zawieszonej pleśni przebijał się zapach płynu do prania. Może właśnie o to chodziło? Centrum zniewolenia jesteśmy my sami, próbujemy uciekać w egzotyczne kraje lub kariery, a mimo tego i tak nie możemy nigdzie znaleźć miejsca brutalnie prawdziwego, brudnego absolutu istnienia. Człowieka chowa się czystego, a dopiero jego zadaniem jest samogwałt - wyrwanie ze swoich trzewi czegoś, czym faktycznie można by powiedzieć, że się jest (bo przecież chyba nie ,,piątoklasistą”?). Mały chłopczyk zastanowił się nad zdjęciem z siebie wszystkich ubrań (o zgrozo - ubrań ,,do szkoły”), nad pozbyciem się fetoru higieny. Nie, to nie to, to byłoby głupie - myśli chłopaka wróciły z powrotem pod ziemię.

        Strużki wody zostawiały rude ścieżki spływając powoli po ścianach. Kiedy Karol z rodzicami mieszkali jeszcze w biedzie, w nędznym domku pod miastem, całe dnie upływały mu w jego ,,bazie” - wciśniętej pomiędzy rosnące na działce drzewa a siatkę ogrodzenia. Ze wstydem wspominał do dzisiaj dzień, kiedy grupka dzieci w jego wieku, w czystych ubraniach, na kolorowych rowerach, zapuściła się w jego ulicę (co było na tyle niezwykłą rzadkością, że jest to jedyna taka sytuacja, jaką Karol pamiętał), aż spotkali go, skulonego w swojej kryjówce. Z dziecinną ochotą próbowali z nim zacząć rozmowę, lecz on, jak nieoswojony dzikus, nie był nawet w stanie spojrzeć im w oczy. Speszeni, ruszyli dalej błotnistą drogą, która prowadziła chyba tylko do jakiejś żwirowni (sam Karol nigdy nie zagłębił się w tę uliczkę dalej niż koniec jego działki), najpewniej zapominając o dziwaku już w następnej minucie. Lecz Karol pamiętał to do dzisiaj. Pamiętał, jak po długiej minucie wreszcie dotarł do niego sens sytuacji, rzucił się on wtedy biegiem przez działkę, wyskakując spomiędzy krzaków na otwarte pole, biegł przez wysoką trawę z nadzieją zobaczenia jeszcze błysku ich plecaków, lecz przywarł wreszcie policzkiem do ogrodzenia, a na uliczce panowała absolutna cisza. Karol-dzikus wyrywał się z jakiegoś rezerwatu, wracając teraz na powierzchnię świadomości chłopca, jakby między rurami piwnicznej kotłowni odnalazł komfort zapomnianej bazy. 

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...