Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

1

Mam nową manię.
Namiętnie gram w tenisa. Nawet w tej chwili pakuję gościowi piłkę w lewy narożnik stołu. Jest czterech przeciwników, każdy kolejny lepiej gra, ten, z którym teraz walczę jest drugi. Raz dałem mu radę, ale przyszło mi to z wielkim trudem. Każdy grający ma swoją publiczność, po trzech z kwadratowymi głowami, jak zdobędziesz punkt oni klaszczą wznosząc kanciaste ręce do góry. W każdym kolejnym meczu jestem kimś innym, raz bywam Tybetańczykiem grającym z żółtym małym komunistycznym Chińczykiem, innym razem Czeczeńcem rozgrywającym szybkie piłki z ruskim ubekiem. Jak mi się już skończą pomysły przeistaczam się w katolickiego Polaka, co rozgrywa decydujący bój z niemieckim satanistą. Technika jest prosta, czwórką i siódemką poruszasz się w lewo lub prawo, gwiazdką odbijasz piłeczkę, a jak chcesz podkręcić to po odbiciu naciskasz 4 lub 7. Raz próbowałem zagrać z najlepszym, ale już po minucie było 21 do 0 dla najlepszego. Dlatego muszę dużo trenować, bo on to całe zło na świecie, a ja chcę z nim walczyć i wygrać. Obiecuję wam jak wygram z czwartym, będzie zajebiście fajnie, będą wysokie renty, nie będziemy już umierać i wszyscy będą się kochać. Dlatego musicie trzymać za mnie kciuki, a ja zamierzam trenować z determinacją i wiarą. O Szamanie znów przegrałem! Szlag by to jasny i gwieździsty! Pi pi ri pi - grają muzyczkę mojej klęski. Z opuszczoną głową kończę rozgrywki.
Czas na kawę, papierosa i kontemplację, nazywam to trzy w jednym. Regeneracja plus metafizyka plus zdystansowanie. W tym celu trzeba przejść długim świetlistym korytarzem w stronę mrocznego pokoju sióstr. Po drodze spotkać można wielu ciekawych ludzi, a każdy z nich ma własną wersję tego świata. No, bo to, że ten świat nie istnieje chyba już wiecie? Wpadliście na to?
Z lewej z prędkością światła mija mnie Zbych, twarz pomarszczona, oczy rozbiegane w szaleńczej pogoni za papierosem. Koordynacja ruchowa szwankuje koledze, ponoć od dziecka, ale przywykł, pogodził się i teraz najczęściej mawia: spoko.
- Maks masz jakiegoś spoko papierosa dla mnie, mentolka jakiegoś znajdziesz, dasz kumplowi w potrzebie, ludzie powinni być bardziej spoko, pomagać sobie, wspierać się, częstować fajkami jak potrzeba. Maksiu nie bądź małym brzydkim chłopcem, daj fajeczkę?
Patrzy na mnie tym swoim wzrokiem, nie do przejścia. Dosłownie widzę samego siebie w wybałuszonych szkliwach jego aparatu do patrzenia. On już prawie płacze. Decyzja...
- Spoko Z. Masz, walnij sobie w płucko - wyciągam smukłego mentolowego Cristala z białym jak śnieg ustnikiem i daję Z. Niech ma coś spoko z życia.
Na mnie już czas, pędzę dalej.
Cel jest jasny. Strzelisty czajnik elektryczny, ciemno brązowy preparat, szklanka i cukier. W pokoju siostra Weronika z domu Nowicka ogląda M jak miłość, kobieta, dom, słońce, wesoła gromadka dzieci. Jej łzy rozpryskują się o biały kitel. Czerwone paznokcie wbijają się w podniszczone oparcie fotela. Cała jest w obrazie, dialogu, dźwięku, dokumentnie wpompowana w filmidło. Seriale o życiu, sadystyczna ironia losu. Chrzanić to. Wciskam ON, czekam, bulgocze, zalewam i jest. Ten aromat, wzniesiona para układa wzory faliste, bo Sebę piję wciąż...
Co u Ciebie Rysiu? Dobrze? To fajnie.
Najgorsza część ceremonii, trzeba to zanieść do świetlicy. Z mroku w światło, z światła w skondensowany czyściec pokoju uciech minimalnych.
Udało się pełen sukces nie wylałem żadnej kropli, jest mój stolik, moje krzesło, mój widok z okna. Nadciągnęła jesień, obsypała kawałek kulki papierowymi kartkami z pozdrowieniami od Pana B. Deszcz, wiatr i inne żywioły rozgościły się na pustych ulicach. I szybciej gaszą światło. Och! Jak wspaniale usiąść, wygasić te palące problemy wyimaginowanej reality i spocząć spokojnie w wygodnym krześle, popijając czarną parzoną po krajowemu przypalając dobrą fajeczkę. Relaksik, tutaj naprawdę nie ma ciśnień. Za oknem bez zmian, żadnych sensacji, wojen, Sodomy, klęski, niekontrolowanej apokalipsy. Czasem przykleją się jakieś nędzne problemiska, dociekiwania, przypomnienia, złowieszcze zapowiedzi upadku. To tylko slajdy, przeglądam je spokojnie, bez emocji, z małym uśmiechem pobłażliwości. Wracam do chwili, do jej potęgi, ogromu i nieskończoności. Gorący moment rozpuszcza śniegowe Było, czy Będzie. Teatralne rekwizyty i spektakularne oszustwa, zapadają się w siebie cicho i beznamiętnie. Stepowe wilki na małej smyczy. Łyk, sztach, myśl, trzy elementy. Oddech, uderzenie serca...jestem. Sedno sprawy, jestem? Jestem? Czy nie? Ktoś mnie widzi, ja widzę kogoś, rozmawiamy, ale mam wrażenie, że udajemy, wszystko udajemy, od początku do końca. Puść to! Puszczam, a i tak wraca. Tylko udaje, że odchodzi. Dajmy spokój dywagacjom.
Spójrzmy na Marka.

2

Siedzi rozkołysany, ni to płacze ni to uśmiecha się. Coś tam mamrocze do siebie pod nosem. Tak już ma. Nie wiem dokładnie, od kiedy. Jak go przywieźli był maksymalnie wkurwiony. Kolosalnie. Klął, na czym świat stoi. Leży, dogorywa. Miał swój plan, a oni go obrócili w niwecz, sprowadzili do jakieś wyssanej z palca teorii braku zdrowia psychicznego. Marek uważa, że to był najbardziej jawny ze spisków i tym samym potwierdzili to, co od dawna wiedział. A mianowicie Marko odkrył prawdę. Często mi powtarzał, że jak przypadkiem odkryję, o co chodzi, to żebym pod żadnym pozorem nikomu o tym nie mówił. Bo przeprowadzą interwencję i skończy się źle. Niczego nie odkryłem, a i tak jestem tu gdzie Marek, zatem jego teoria trochę zawodzi. Ale on mówi, że już mnie wyprali i nawet nie pamiętam, dlaczego tu jestem, podawali mi radioaktywne tabletki powlekane amnestyczną wydzieliną z gruczołów iluzorycznych i przeprawili w słodki świat niewiedzy. No może, sam nie wiem. Trzeba go zapytać.
- Co tam Maruś tak siedzisz i patrzysz sobie na ten za okienny prowincjonalny światek? - widzę jak mu drga gruba fioletowa warga i pulsuje cała lewa strona twarzy. Jest jakiś taki zapadnięty w sobie, wyobcowany, nieufny. Rozgoryczony porażką.
- To gówno Maks, cholerna pantomima, oszustwo gorsze od wszystkiego, zobacz te ptaki, co one mają zrobić? Mają jakiś kurewski wybór tego, co ich spotyka? Z nami jest tak samo, kto to kurwa wymyślił i po co? Po co Maks? - mówi do mnie, chaotycznie podpalając papierosa marki Level, podsinionymi gałami wbijając się w moją od dawna nie goloną twarz, zakrzepniętą umowną maskę.
- No wiesz, muszę pomyśleć, noo...niby Bóg, tak powiadają, że w sześć dni to wygenerował i już tak zostało, zamontował Adasia i Ewkę, diabeł się pojawił, jabłko, drzewo rozpoznania i bęc - cierpienie, śmierć, ten szpital. I tak się bujamy i czekamy na powrót króla, sąd i wtedy albo tu albo tam, góra dół, dół góra. To w sumie nie moja sprawa, co oni wymyślili, nie wiem czy to prawda, musiałbym zapytać wielkiego Generatora.
Marko się zamyślił, odpłynął i po chwili mówi:
- Chuj, dupa, bzdura, zasrane pączki w maśle, kabaret nakręcili i wyeksponowali dla mas, rozumiesz? Nie? Pismo, słowo na początku, ludzie księgi, nie? Jaki chuj ich podkusił, żeby sprzedać taką ściemę, żeby wmówić nam, że to słowo Boga, a skąd oni to wzięli, że Bóg gada słowami i to do nas gada? A nie na przykład do kosmitów, albo krasnoludów. A piekło stary to już najlepsze, gwóźdź programu, strzał w dziesiątkę. Oni tylko chcieli kontroli, porządku, uczynili z siebie uprzywilejowaną kastę kapłanów, zasmarkali nas tymi kaszalotami, że to niby Bóg albo bóg księgę im objawił. To, co do kurwy nędzy? Zabawę sobie wymyślił? Sadysta jakiś? Ja pierdolę - łapczywie rzecze Marko, wciągając dużego sztacha dymu w rozdygotane wnętrzności, jednocześnie wychylając sporego hausta zielonej herbaty. Poprawia przerzedzone kępki włosów i z uporem maniaka zakleszcza pole widzenia do mocnego spojrzenia na rozkołysane za oknem drzewo. Niemalże widać szaleńczy chaos jego myśli, jak uderzają z całą mocą o ścianki podrapanej czaszki. Wznosi palec do góry i rzecze:
- Bóg nie istnieje Maks, nie ma, to wymysł, jesteśmy tylko tymi marnymi ciałami, które nie mogą uwierzyć w to, że są skazane na unicestwienie i nikt i nic im nie pomoże, żaden zasraniutki święty z Lotaryngii. Dlatego postanowiłem im opowiedzieć o tym fakcie, podczas ich śmiesznej pseudo duchowej ceremonii, zdzieliłem w pysk tego czarnego wiarołomcę i tłumaczę im jak krowie na granicy, żeby się obudzili, przestali już bawić się w ten zabobonny teatrzyk, żeby zaczęli patrzeć na fakty a nie na upośledzone dogmatyczne wygibasy. Kurwa Maks, ale się zrobił cyrk, najpierw stali jak wryci, a później lawina poszła, przez chwilę czułem ból a później ekstazę prawdy, Maksiu ja jestem pewny, że prawda sama w sobie wyzwala. Doświadczyłem tego z całą jebaną mocą, wzniosło mnie do gwiazd. Wysoko Maksiu, bardzo wysoko. Wtedy ten zakłamany szarlatan powiedział do wiernych, by mi odpuścili gniew swój, że Jezus też wybaczył grzesznikowi, gdyż nie wiedział, co czyni. A ja Maksiu wiedziałem, dobrze wiedziałem, co robię i dlaczego, bo ja już nie wytrzymywałem tego kłamstwa. Kłamstwo ma króciutkie nogi i wypierdoli się o pierwszy lepszy dowód swej głupoty. Kapłani spłoną jak cienkie zapałki. Zobaczyli we mnie szaleńca i zamknęli, bo się boją. Boją się prawdy Maksiu.

Skończył.
3

Opadł jak kukła po stosunku seksualnym ze swym intelektem. Oddycha nierównomiernie, oszalałe spazmy wyjawienia tajemnicy tarmoszą go z boku na bok. Jest małą żaglówką na oceanie rozpaczy, nieopisanym triumfem światła nad ciemnością. To on Marek stoczył walkę z hordami zakłamanych armii, które jednak wbiły go na pal, wywróciły na lewą stronę, uczyniły niewiarygodnym. Jednak znalazł wrażliwe na prawdę ucho, w które wtoczył swe niezmordowane dowody prawdy, jedynej, ostatecznej i nieodwołalnej. W moje ucho. Tylko, co ja mam z tym fantem zrobić, ordynować dalej, schować, poddać w wątpliwość. Mam wrażenie, że Marko z rozpędu wyważył otwarte drzwi, wymyślił dobrze znany poemat, objawił jedną z miliona gówno wartych prawd. Pytanie...

No dobra, ale co dalej?

- Jak to kurwa, co dalej? - jego drobna twarz szaleńca wypełniła się gniewem po kanciaste brzegi. Zdawał się być rozpiętym w przestrzeni hologramem, odbiciem wykreowanym dla potrzeby chwili. Aktorem stworzonym tylko po to, aby wypowiedzieć tą właśnie kwestię.
- No załóżmy, że masz rację, nie ma Boga, wszystko to spisek, ty dodarłeś do prawdy i co? Co to za prawda, która uczyniła z ciebie roztrzęsioną galaretę, wygina ci umęczony umysł, stawia na przegranej pozycji? Po co to, komu? Gdyby nie było kłamstwa nie odkryłbyś prawdy, zatem czym jest kłamstwo? Idąc dalej, bez oszustwa nie było by docierania do prawdy i jej samej. Co tu stanowi istotę sprawy?
Marko, gwałtownie porusza głową, dyndającą niedbale na cienkiej szyi, fizjonomia nabiera rumieńców skupienia, kreują się kontrargumenty. Uwaga! Start...
- Pierdolisz coś Maksiu, za dużo myślisz, albo kombinujesz chcąc obronić stary porządek, ty też boisz się potęgi nagiego aksjomatu, jego oczyszczającej właściwości, co dalej...dalej...gówno dalej, nie ma dalej, nigdy nie było, twoje dalej, to tylko nie mów więcej Marku, bo się boję tego chaosu. Proste. Odwracasz bieg rzeki, musisz walczyć samemu, nadać temu własny sens, bez pomocy, tajemnych sztuczek, odgrzewanych definicji. Pierwotny punkt i pytanie, czym ty właściwie jesteś i po co? A doszedłem do miejsca, gdzie takie pytania nie mają już sensu, prawa bytu, uzasadnienia. To tylko nasza gra wymyślona by się czymś zająć, oszukać. Nie szukaj kapłanów, wejdź w siebie w swoją prawdziwą kondycję i rozejrzyj się wokoło. Ja też tu jestem. I jak się czujesz?
- Skoro tak, to jest w dechę, fajnie tu u ciebie Marko, przytulnie, tylko z lekka niedorzecznie.

W jednym momencie wszystko jakby się zatrzymało, zgęstniało, wzmocniło kontrast i moc. To musi wybuchnąć. Czekam...10,9,8,7,6,5,4,3,2...1 i...

- Ale ty jesteś kurwa głupi Maks, normalnie chuj mnie strzela gołą ręką, tłumaczę, wyjaśniam, perswaduję z anielską cierpliwością a ty kurwa nic, zero. Po japońsku napierdalam do ciebie czy co? Ty znać polski język? Ty wiedzieć, że ja ci tłumaczyć ważne sprawy, najważniejsze w dupę, kurwa jego mać. A ty mi tu z lipą wyskakujesz, jesteś ignorantem, zgubioną owieczką szukającą pasterza, małym dzieckiem na kolanach wuja pedofila. Wake up Maks!

Wake up!

- Panowie czas na leki! - jak echo powtarzał nieznajomy głos, dochodzący z czeluści kłamstwa.




Tymoteusz Paradyz
04-11-12 16:56

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Abi wyciągnęła list ze skrzynki pocztowej, a delikatna faktura koperty w dłoniach przywołała uczucie czegoś niemal sakralnego – przesyłka była starannie przygotowana, a pismo tak piękne i precyzyjne, że od razu można było wyczuć w nim emocje nadawcy. List zaadresowano do Noela.

      – Ciekawe, od kogo…? – mruknęła do siebie, obracając kopertę w dłoniach z lekką nutą zazdrości. „Może od koleżanki? A może od kogoś, kogo kocha?” – zastanawiała się.

      Przez głowę przemknęła jej nieoczekiwana myśl: „Do tej pory nawet nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo polubiłam Noela…”

      Łączyła ich niewidzialna więź. Czasem wystarczyło jedno spojrzenie, by wszystko zrozumieć. Takie milczące porozumienie, które nie potrzebowało słów.

      Po powrocie do domu położyła list na stoliku w holu, ale ciekawość nie dawała jej spokoju. Postanowiła jak najszybciej przekazać go adresatowi.

      – Pójdziemy na spacer, co? – zwróciła się do Lisy, a ona natychmiast podniosła głowę, merdając ogonem w odpowiedzi.

      Już od dawna planowała założyć tę piękną błękitną sukienkę kupioną razem z Zoe, ale jakoś nigdy nie nadarzyła się odpowiednia okazja. Spotkanie z Noelem wywoływało lekkie drżenie jej serca i zdawało się doskonałym powodem do założenia kreacji.

      Przyjaciółki niedawno były na zakupach i kiedy Zoe dostrzegła w oknie wystawowym to cudo, wykrzyknęła z zachwytem:

      – Koniecznie musisz ją mieć! Gdy Noel cię w niej zobaczy, oszaleje z zachwytu!

      Abi uśmiechnęła się lekko, przeglądając się w lustrze. Już sama świadomość, że Noel zobaczy ją w zwiewnej sukience, a nie w szpitalnym uniformie, sprawiała, że jej serce podskakiwało z radości. Czuła w sobie coś więcej niż zwykłą radość – subtelny dreszcz sugerujący, że zaczyna jej zależeć na tym, by spodobać się właśnie jemu.

      Postrzegała Noela jako sympatycznego, ciepłego i wesołego chłopaka. Nie mogła dokładnie określić, co najbardziej przyciągało ją do niego – czy była to jego aura, dostrzegała podczas procesu zdrowienia i nabierająca powoli pięknych, delikatnych odcieni, czy może po prostu rodząca się między nimi więź. Każde spojrzenie, każdy drobny gest Noela sprawiały, że serce Abi zaczynało bić szybciej, a w jej głowie rodziły się ciche pragnienia.

      Zoe żartowała z typową dla siebie lekkością: „Właśnie tak jest, kiedy się kogoś kocha”. Abi uśmiechnęła się pod nosem, wiedząc, że jeszcze nie jest gotowa przyznać się do swoich uczuć, nawet przed sobą. Przecież nigdy wcześniej nie kochała w ten sposób – oprócz rodziców, ale to zupełnie coś innego. Klark był dla niej bardziej jak przyjaciel i opiekun, dawał poczucie bezpieczeństwa. Z Noelem czuła delikatną iskrę sympatii, może nawet pierwszy płomyczek miłości, której jeszcze nie odważyła się w sobie odkryć.

      Szła teraz dumnie ulicą, trzymając Lisę na smyczy, a w jej wnętrzu tliło się ciche podekscytowanie. Czy naprawdę zauważał jej drobne gesty? Czy dostrzegał radość, którą emanowała, czy to tylko jej wyobraźnia, podsycana ciepłem emocji? Wszystko wydawało się możliwe, a ona pozwalała sobie na tę subtelną euforię.

      Promieniowała szczęściem i spokojem, każdy krok niósł poczucie harmonii i nadziei. 

      „Tak mogłoby być wiecznie” – pomyślała, pozwalając sobie na krótkie, słodkie marzenie o tym, że świat wokół niej zawsze będzie tak pełen ciepła i drobnych radości.

      Kiedy dotarły do kliniki, Abi poczuła lekkie mrowienie w brzuchu. 

      Pewnym krokiem weszła do pokoju Noela, a jej serce przyspieszyło rytm. Lisa podskoczyła radośnie, witając się z chłopakiem, a potem spokojnie usiadła, obserwując panią z uważnością typową dla swojego wrażliwego charakteru.

      – Cześć, Noel – powiedziała cicho, uśmiechając się, choć nie mogła powstrzymać lekkiego drżenia w głosie. – Mam coś dla ciebie…

      Noel nie mógł powstrzymać zachwytu, kiedy ją zobaczył:

      – Dzień dobry, księżniczko! Co zrobiłaś z moją przyjaciółką?

      – Wariat! Halo, to ja, ta sama Abi – odparła radośnie, siadając przy łóżku.

      – Niby ta sama, a jednak inna… – Uśmiechnął się rozbrajająco.

      Uśmiech Noela był pełen zachwytu, niemal nieziemski. W jego oczach pojawiła się czułość i podziw, jakby zobaczył coś najpiękniejszego na świecie.

      Abi podała mu przesyłkę

      – Zobacz, to może być coś ważnego.

      Patrzyła, jak powoli chwyta kopertę, jak wpatruje się w jej oczy, szukając wyjaśnienia, zanim jeszcze przeczyta słowa adresowane do niego.

      Noel zaczął powoli czytać list, jego wzrok ślizgał się po starannym, pełnym emocji piśmie. Abi stała tuż obok, widziała, jak na jego twarzy pojawia się kalejdoskop uczuć: zaskoczenie, wzruszenie, a gdzieś w tle – delikatna nuta radości i ulgi. Dawno tłumione emocje zaczęły przebijać się na zewnątrz, a każda z nich potwierdzała wagę tego, co trzymał w dłoniach.

      Kiedy przeczytał ostatnie słowa, jego ręka opadła bezwładnie na łóżko, a oczy zaszkliły się. Spod powiek powoli spływały łzy, które łagodnie sunąc po policzkach. Nie był przygotowany na taką wiadomość – wyznanie łączące w sobie skruchę, miłość i nadzieję.

      Widząc jego wzruszenie, Abi pochyliła się nieco, delikatnie obejmując jego dłoń swoimi palcami. 

      Poczuła nie tylko współczucie, lecz także coś głębszego, ciepłego – sympatię, która zaczynała przekształcać się w subtelną bliskość. W tej chwili nie musiała wypowiadać słów, bo wszystko, co czuła, było wyraźnie obecne w jej spojrzeniu, w delikatnym uśmiechu, w sposobie, w jaki delikatnie trzymała jego rękę.

      Noel spojrzał na nią i odnalazł w jej oczach bezpieczeństwo, zrozumienie i ciepło, którego brakowało mu przez całe życie. I choć dopiero odkrywał własne emocje, to Abi poczuła, że ta chwila – ich wspólna, cicha bliskość – staje się początkiem czegoś niezwykłego.

      – Wszystko dobrze? – zapytała łagodnie, a w jej głosie pobrzmiewała troska i subtelna nuta ciepła.

      – Tak… – odpowiedział, ocierając łzy. – Nawet nie wiesz, jak bardzo dobrze… – Zawahał się, a potem spojrzał na nią z delikatnym uśmiechem. – Przeczytaj to, proszę.

      Kochany Syneczku.

      Bardzo długo zbierałam się na odwagę, żeby napisać ten list. 

      Nawet nie wiem, czy będziesz w ogóle chciał go przeczytać. Masz pełne prawo podrzeć go i wyrzucić już teraz. Żywię jednak cichą nadzieję, że zrobisz to dopiero po doczytaniu do końca. 

      Tak trudno mi ubrać w słowa to, co czuję. Pragnę tylko, żebyś wiedział, jak bardzo mi przykro. Nawet nie mogę sobie wyobrazić jak mocno zraniłam Cię swoim nagłym odejściem. Wtedy postrzegałam tę kwestię zupełnie inaczej i najważniejsze było dla mnie moje szczęście. 

      Dzisiaj już wiem, jak bardzo byłam samolubna i obojętna na uczucia innych. Odchodząc od Was popełniłam największy błąd mojego życia, ale czasu już nie cofnę i muszę żyć z tą świadomością do końca moich dni. 

      Nie proszę o przebaczenie, bo na nie nie zasługuję. Chcę tylko, żebyś wiedział, że cały ten czas byłeś zawsze w moim sercu, jako jedyna i prawdziwa miłość mojego życia. Brak kontaktu z mojej strony podyktowany był olbrzymim wstydem za czyn, którego się dopuściłam. Przez te wszystkie lata czułam się niegodna Twojej miłości, ale nosząc Cię w sercu żywiłam nadzieję, że wiedzie Ci się dobrze i że jesteś zdrowy. 

      Już od dawna zbierałam się na odwagę, by nawiązać z Tobą kontakt i pomógł mi w tym sen, który bardzo mnie zaniepokoił. Nie mogłam już dłużej zwlekać. 

      Nie wiem nawet, czy jeszcze mieszkasz z tatą, czy się przeprowadziłeś... 

      Ja nie jestem już z tym mężczyzną. Wynajmuję teraz mieszkanie w kamienicy mojej przyjaciółki Mai, zapewne ją pamiętasz. 

      Jest jeszcze coś bardzo ważnego, co powinnam powiedzieć Ci już dawno temu. Masz przyrodnią siostrę Karin, ona wie o Twoim istnieniu i często pyta o Ciebie. Moim jedynym marzeniem jest, żebyście mogli się kiedyś spotkać, poznać i porozmawiać. Odebrałam Wam tyle pięknych i szczęśliwych lat razem, ale może nie wszystko jeszcze stracone…

      Kocham Cię bardzo

      Mama

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Leszczym @Leszczym @Leszczym @Leszczym @Leszczym @Poet Ka No więc właśnie. Dlatego trzeba o tym mówić mocno i komunikatywnie. Bez emocji, ale konkretnie. W ostatnich latach, na całym świecie robi się to i są świetne rezultaty. Ja walczę z tym, a szczególny nacisk kładę na wędkowanie sportowe i rekreacyjne. Poniżej mój felieton na ten temat.   ZOSTAWCIE RYBY W SPOKOJU Felieton Nie tylko w Polsce wędkuje się „sportowo”, czyli dla rozrywki. Stosuje się technikę „złap i wypuść”, co ma uczynić tę zabawę bardziej humanitarną. Ale czy czyni? Łowienie na wędkę polega na nadzianiu ryby na haczyk. Haczyk ten wbija się w ciało, często uszkadzając skrzela, a nawet wnętrzności ryby. Później jest wyjmowany, a ponieważ ma specjalny zadzior, by ryba sama się nie uwolniła, jest po prostu wyrywany. Zdarza się, że z wnętrznościami. Zadaje się tym samym zwierzęciu niewyobrażalny ból. Ale są też badania naukowe, które pokazują, że ryba pod wpływem łowienia na haczyk, z powodu stresu, dostaje zawału serca, a wiele z nich z tego powodu ginie. Okaleczane ryby krzyczą z bólu. My tego nie słyszymy, bo ryby emitują ultradźwięki, czyli dźwięki w paśmie poza naszą słyszalnością. I to właśnie wprowadza nas w błąd. Ergo: Fakt, że milczy nie oznacza, że nie czuje bólu. Świat się rozwija. Jeszcze nie tak dawno popularne były tzw. kożuchy, czyli kurtki wykonane ze skóry owiec. Popularne były kołnierze z lisów, torebki z młodych fok, wyroby z kłów słoni. Padały z wycieńczenia zwierzęta w cyrkach, a hodowlane trzymane były w barbarzyńskich warunkach. Polowania na wieloryby są sukcesywnie zakazywane. Na całym świecie ogranicza się łowiectwo zwierzyny leśnej, eksperymenty medyczne i ubój rytualny. Wprowadza się coraz skuteczniejsze prawa zwierząt, również domowych, rozwija się wegetarianizm. Powstają wciąż nowe organizacje zajmujące się prawami zwierząt. Czyli pole do krzywdzenia stale się kurczy. I kiedyś ten rytuał zostanie całkowicie zakazany. Już dzisiaj krzywdzenie zwierząt jest w Polsce zagrożone więzieniem nawet do 5. lat. A wyroki są coraz częstsze. Łowić zadając ból, a potem zważyć i wypuścić z powrotem do wody jedynie dla satysfakcji? Trochę wysoka cena za tę przyjemność. Czy zatem nie czas, byśmy sobie dali spokój? Przecież są tysiące różnych hobby, które mogą dawać nam radość, a nie krzywdzą nikogo. @Zbigniew Polit @Leszczym @Leszczym Oczywiście tak. Też żrę mięso i noszę skórzane rękawiczki. Ale chodzi o to, by nie katować i nie zabijać dla rozrywki. Pozdrawiam. 
    • Bobra likier żre i Kilar Bob
    • Anna ma nad opata kata. Podana manna
    • @wierszyki Przedziwne rzeczy są w Tajemniczym Ogrodzie.

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...