Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

nagły rumieniec poczytała za chorobę
która mogłaby przeszkodzić
przygotowaniom do wojny

nie dbała o łupy
bogowie i tak pomogą w znalezieniu dawcy

kapłanki perswadowały że nie warto
szukać szczęścia pod murami Troi
gdy sąsiedzi zacierają ręce

nocami gryzła wargi do krwi
aby w jednej piersi zmieścić kobiecość

Artemis odmówiła błogosławieństwa
oczom co błyszczały wbrew naturze

zdradę zawsze karze się śmiercią

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Ściąga.pl:


"Amazonki było to plemię kobiet wywodzące się od boga wojny Aresa oraz nimfy Harmonii. Mówiąc o terenach zamieszkałych przez nie, wymienia się ich kilka. Umieszczano je na Północy, na stokach Kaukazu, w Tracji, a także w środkowej Scytii. Wyróżniała je jedna cecha, były samodzielne i nie potrzebowały pomocy mężczyzn. Płeć przeciwna miała miejsce tylko jako sługa wykonujący niewolniczą pracę. Na czele Amazonek stała Królowa. Niektóre przekazy mówią, iż zabijały one lub okaleczały małych chłopców. Zostawiały przy życiu tylko dziewczynki. We wczesnych latach odejmowały jedną pierś, żeby nie przeszkadzała im w posługiwaniu się łukiem lub we władaniu włócznią. Przez ten dosyć dziwny obyczaj wzięła się ich nazwa, która oznacza „tą, która nie ma piersi”. Były istotami, które bardzo kochały wojnę.
W wielu opowieściach mówi się o podejmowaniu przez herosów greckich walk z tymi cudzoziemkami: przez Bellerofonta z rozkazu Iobatesa, a także przez Heraklesa, który otrzymał od Eurysteusa surową instrukcję udania się na brzeg Termodontu w Kapadocji i zdobycia tam przepaski Hippolyty, królowej Amazonek. Hippolyta bez oporu zgodziła się na oddanie Heraklesowi przepaski, ale Hera, zazdrosna o bohatera, postanowiła wzniecić bunt wśród Amazonek i Herakles był zmuszony zabić Hippolytę i wycofać się walcząc. W tych wydarzeniach towarzysz Heraklesa – Tezeusz, porwał jedną z Amazonek o imieniu Antiope. W ramach zemsty dzielne plemię kobiet wyruszyło na same Ateny. Rozbiły obóz na wzgórzu, które nazwane zostało później Areopagiem (Wzgórzem Aresa). Wojna przyniosła zwycięstwo Ateńczykom, którzy dowodzeni przez Tezeusza dzielnie radzili sobie zdesperowanymi kobietami. Były również przekazy mówiące o wysłaniu przez Amazonki do Troi kontyngentu wojsk pod wodzą królowej Pentesilei, aby wesprzeć króla Priama. Niestety Achilles zabił od razu Pentesileię, której ostatnie spojrzenie wznieciło miłość w jego sercu.
Bóstwem, którym Amazonki wyjątkowo czciły, była boginia Artemida. Mit o niej ma wiele wspólnych szczegółów przypisywanych wojowniczkom i łowczyniom. Amazonką przypisuje się założenie Efezu oraz zbudowanie dużej świątyni Artemidy."

Czytać, czytać (nie tylko tutaj) :)
Opublikowano

Dzięki. Znam mitologię od dziecka. Imię królowej wypadło mi z głowy.
Czytanie...? Andrzeju na forum można być mędrcem w kilka minut.
Można stworzyć pozory. Można nic nie powiedzieć, aby uchodzić za mądrego.
Bardzo przypadło mi do gustu posługiwanie się tutaj ogólnikami i wytrychami. Podobnie jak i prawdy objawione.
Dzięki za odświeżenie mitu. Pozdrawiam.

Opublikowano

Pomyłek, chyba jednak warto przed zadaniem pytania spróbować samemu coś poszperać. Wtedy ma szansę wzrosnąć poziom ewentualnej dyskusji :)

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Elea to autor :)
Wija, Ty paroletni bywalec tego forum też dyletant? W sumie mnie to nie dziwi.
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Elea to autor :)
Wija, Ty paroletni bywalec tego forum też dyletant? W sumie mnie to nie dziwi.
Ależ drogi Andrzeju Kręty, jeżeli czegoś nie dopatrzyłem, to tylko w moim komentarzu zgubiłem z przed Eleą, powinno być z Eleą. Po prostu ja utożsamiam autorkę wiersza z tytułową bohaterką. Czyżby mi nie wolno było, bądź mi zabraniasz. Pozdrawiam
Opublikowano

Wija, autor (którego przepraszam za wątki niezwiązane ściśle z utworem) to facet. W sumie nie mam nic przeciwko autorkom (tym bardziej ogólnie: kobietom) ale jednak wypada trzymać się rzeczywistości.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Co i tak nie zmienia postaci rzeczy, ale dobrze wiedzieć, przynajmniej na drugi raz, jeśli tylko o tym nie zapomnę (w co wątpię). Pozdrawiam
Opublikowano

Dziękuję za komentarze oraz propozycję poprawki, którą przyjmuję.
Wiersz powstał w ubiegłym roku po lekturze dramatu Heinricha von Kleista pt. "Penthesilea". Autor inaczej zakończył ten piękny amazoński mit: Zakochana Penthesilea zabija Achillesa i popełnia samobójstwo.

Pozdrawiam - E.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Ten wers:
"nocami gryzła do krwi wargi "?
Nie za bardzo podoba mi się końcówka, głównie przez ton historiozoficzny (podmiot wszystkowiedzący najlepiej). Pewność odczytania tego, co zmieśiło się w jednej piersi oraz wyroków bogów i odwiecznych prawd losu - czy nie za wiele, jak na "skromnego" autora?
Pozdrawiam
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Kiedy ja właśnie miałem (mam) takie bardzo wyraźne skojarzenia. Ten dwuwers właśnie o tym:

"nocami gryzła wargi do krwi
aby w jednej piersi zmieścić kobiecość"

Dlatego uważałem że "zdrada" winna być bez "stanu".
Może nie należy komentować innych ale zarzut dawniejbezeta wg mnie chybiony - i wersowy i autorski.




Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Kiedy ja właśnie miałem (mam) takie bardzo wyraźne skojarzenia. Ten dwuwers właśnie o tym:

"nocami gryzła wargi do krwi
aby w jednej piersi zmieścić kobiecość"

Dlatego uważałem że "zdrada" winna być bez "stanu".
Może nie należy komentować innych ale zarzut dawniejbezeta wg mnie chybiony - i wersowy i autorski.





Też tak skojarzyłem, ale widzę, że większość komentujących odnosi się jedynie do mitologii.
Opublikowano

Hm. Z tym zawsze jest problem: z ukrytym domysłem :) "Większość" uważa, że pole do domysłu czytelniczego utworzone przez autora (nawet nieświadomie) to nic innego jak indolencja, bo wiersz musi być o czymś dosłownym. Wcale nie :)

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Krótki, ostrzegawczy szmer poprzedził huk, który rozszedł się w ciemności podziemia, głośny do tego stopnia, że z nadmiarem wypełnił pustą do tej pory przestrzeń zmysłów. Ryk żołądka fabryki jeszcze chwilę kaskadował, a Karol zdał sobie sprawę z tego co właśnie usłyszał - jedna z wielkich gór węgla musiała runąć na ziemię.

      Odurzony dziecięcą fascynacją, chłopiec z powrotem włączył latarkę, otrzepał spodnie, i ruszył w drogę powrotną. Wszystkie pomieszczenia zdawały się jałowe, ich osnowa tajemniczości leżała poszarpana w strzępach tłustych pajęczyn, lecz kiedy wreszcie Karol skierował wzrok latarki na drzwi pierwszego pokoju, ciemność nie ustąpiła ani kroku. Pierwszy raz dzisiaj jedenastolatka ogarnął prawdziwy strach, nie ten napędzający wolę walki, czy wzniecający pożądanie zakazanego, ale najprostszy, dziecięcy strach, ten sam, który każe chłopcowi bać się wilkołaków lub kosmitów. Przez chwilę, Karol stał wpatrując się w ścianę czerni, nie wiedząc nawet co ze sobą zrobić, aż instynktownie rzucił się ku zaspie wyrzucając z niej pojedynczo kolejne grudki węgla. Każdy wyrzucany kamyczek zdawał się być od razu zastępowany następnym i następnym, a niektóre zwalały do środka jeszcze więcej gruzu, aż rozsypywał się on pod butami chłopca. W panice Karol odrzucił latarkę, nadal żarzącą się w rogu pokoju, aby obiema rękoma wyryć sobie drogę przez zaspę. Kolejnymi, długimi zamachami wyrzucał sprzed siebie garści kamienia, jakby płynął w ciemności, jak niedoświadczony pływak - nieważne ile energii nie wkładający w swe ruchy, zastygły w miejscu. Chłopiec poczuł na sobie ciepły dotyk, a kiedy spojrzał w dół, zobaczył, że wokół jego paznokci zbiera się krew. Karol cierpiał na tę przypadłość, przez którą mdlał na widok własnej krwi. Jej mezalians z węglowym pyłem odbierał mu powoli wzrok. Musiał zrobić sobie przerwę, lecz praktycznie całą posadzkę pokoju pokrywały rozrzucone grudki węgla, przeszedł więc on do następnego pokoju, gdzie padł dopiero na ziemię, wychładzając się z pierwszego przypływu adrenaliny. Próbując racjonalnie myśleć, zdjął z siebie zimową kurtkę, pod którą zdążył się już porządnie spocić, wytarł w jej futro brudne dłonie i ustabilizował oddech. Przez jego gardło przeszedł najbardziej donośny krzyk na który mógł się zdobyć. Wzywał pomocy w regularnych odstępach, a jego ślina gęstniała z każdym kolejnym przełknięciem.

      Rozpłakał się. Spływające, gorące i ciężkie łzy, wytyczyły ślady w czarnym pyle pokrywającym jego policzki. Nie miał czasu się wstydzić, szlochał prawdziwie rozdzierająco, to znów przechodził w przerywany oddech, mamrotał pod nosem, lub trwał w całkowitej ciszy, gdzie tylko lekkie spazmy oznaczały rozpacz. Rozbolała go głowa, a ciemność przed nim zaczęły wypełniać finezyjne kształty i kolory, przypominające wygaszacz ekranu z domowego komputera - fioletowe i niebieskie wstążki zwijały się wokół Karola, kurczyły i pulsowały, uciekały na chwilę, i wracały z drugiego krańca wizji. Rozłożył się na posadzce, i mógłby przysiąc, że gdzieś w tle rozlega się kolejny szkolny dzwonek. Zatkał uszy palcami, a hałas trwał w najlepsze. Jak alarm przeciwpożarowy, nieprzerwany brzęk wdrążał się w jego mózg, tupot uczniowskich kroków na schodach wybijał marszowny, wojskowy krok, jakiegoś pośpiesznego i niecierpliwego wojska, głodnego krwi i śmierci. Tupot. Tupot. Trupot. Nieprzerwane bębny kołatającego serca. Karol zerwał się na równe nogi, a jego głowa pozostała na ziemi. Formy przed oczami przypominały lany w andrzejki wosk. Świetliste kontury składały się w rude gwiazdozbiory. Rude. Nitki rudych włosów trzepotały na wietrze ciała szklistego. Karol nachylił się, żeby je pocałować, a one odfrunęły pod sam sufit, nęcąc go po kolei swoją bliskością, tylko po to, aby uciec w ostatnim momencie. Zlizana z warg sól zdawała się teraz smakować owocową pomadką do ust. Truskawki. Kiedy jego mama usługiwała sąsiadom, aby zarobić na związanie początku miesiąca z końcem, zabierała go ze sobą do ogródka, on plewił chwasty, a ona zbierała z krzewów owoce - dojrzałe i ponętnie czerwone w skwarnym, letnim słońcu. Jego dłonie w roboczych rękawiczkach nie mogły się równać jej, czerwonym i gładkim, jak wyrobiony w korycie rzeki kamień.

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Wiechu J. K. taka na odległość rzęs

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @Wiechu J. K. Każdy z nas ma jakieś "gdzieś gdzie jeszcze nie był a bardzo chce" Pozdrawiam serdecznie 
    • @Wiechu J. K. zielsko anielsko

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @aff dziękuję Agatko  Twoje słowa są niezwykle budujące

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • Krótki, ostrzegawczy szmer poprzedził huk, który rozszedł się w ciemności podziemia, głośny do tego stopnia, że z nadmiarem wypełnił pustą do tej pory przestrzeń zmysłów. Ryk żołądka fabryki jeszcze chwilę kaskadował, a Karol zdał sobie sprawę z tego co właśnie usłyszał - jedna z wielkich gór węgla musiała runąć na ziemię. Odurzony dziecięcą fascynacją, chłopiec z powrotem włączył latarkę, otrzepał spodnie, i ruszył w drogę powrotną. Wszystkie pomieszczenia zdawały się jałowe, ich osnowa tajemniczości leżała poszarpana w strzępach tłustych pajęczyn, lecz kiedy wreszcie Karol skierował wzrok latarki na drzwi pierwszego pokoju, ciemność nie ustąpiła ani kroku. Pierwszy raz dzisiaj jedenastolatka ogarnął prawdziwy strach, nie ten napędzający wolę walki, czy wzniecający pożądanie zakazanego, ale najprostszy, dziecięcy strach, ten sam, który każe chłopcowi bać się wilkołaków lub kosmitów. Przez chwilę, Karol stał wpatrując się w ścianę czerni, nie wiedząc nawet co ze sobą zrobić, aż instynktownie rzucił się ku zaspie wyrzucając z niej pojedynczo kolejne grudki węgla. Każdy wyrzucany kamyczek zdawał się być od razu zastępowany następnym i następnym, a niektóre zwalały do środka jeszcze więcej gruzu, aż rozsypywał się on pod butami chłopca. W panice Karol odrzucił latarkę, nadal żarzącą się w rogu pokoju, aby obiema rękoma wyryć sobie drogę przez zaspę. Kolejnymi, długimi zamachami wyrzucał sprzed siebie garści kamienia, jakby płynął w ciemności, jak niedoświadczony pływak - nieważne ile energii nie wkładający w swe ruchy, zastygły w miejscu. Chłopiec poczuł na sobie ciepły dotyk, a kiedy spojrzał w dół, zobaczył, że wokół jego paznokci zbiera się krew. Karol cierpiał na tę przypadłość, przez którą mdlał na widok własnej krwi. Jej mezalians z węglowym pyłem odbierał mu powoli wzrok. Musiał zrobić sobie przerwę, lecz praktycznie całą posadzkę pokoju pokrywały rozrzucone grudki węgla, przeszedł więc on do następnego pokoju, gdzie padł dopiero na ziemię, wychładzając się z pierwszego przypływu adrenaliny. Próbując racjonalnie myśleć, zdjął z siebie zimową kurtkę, pod którą zdążył się już porządnie spocić, wytarł w jej futro brudne dłonie i ustabilizował oddech. Przez jego gardło przeszedł najbardziej donośny krzyk na który mógł się zdobyć. Wzywał pomocy w regularnych odstępach, a jego ślina gęstniała z każdym kolejnym przełknięciem. Rozpłakał się. Spływające, gorące i ciężkie łzy, wytyczyły ślady w czarnym pyle pokrywającym jego policzki. Nie miał czasu się wstydzić, szlochał prawdziwie rozdzierająco, to znów przechodził w przerywany oddech, mamrotał pod nosem, lub trwał w całkowitej ciszy, gdzie tylko lekkie spazmy oznaczały rozpacz. Rozbolała go głowa, a ciemność przed nim zaczęły wypełniać finezyjne kształty i kolory, przypominające wygaszacz ekranu z domowego komputera - fioletowe i niebieskie wstążki zwijały się wokół Karola, kurczyły i pulsowały, uciekały na chwilę, i wracały z drugiego krańca wizji. Rozłożył się na posadzce, i mógłby przysiąc, że gdzieś w tle rozlega się kolejny szkolny dzwonek. Zatkał uszy palcami, a hałas trwał w najlepsze. Jak alarm przeciwpożarowy, nieprzerwany brzęk wdrążał się w jego mózg, tupot uczniowskich kroków na schodach wybijał marszowny, wojskowy krok, jakiegoś pośpiesznego i niecierpliwego wojska, głodnego krwi i śmierci. Tupot. Tupot. Trupot. Nieprzerwane bębny kołatającego serca. Karol zerwał się na równe nogi, a jego głowa pozostała na ziemi. Formy przed oczami przypominały lany w andrzejki wosk. Świetliste kontury składały się w rude gwiazdozbiory. Rude. Nitki rudych włosów trzepotały na wietrze ciała szklistego. Karol nachylił się, żeby je pocałować, a one odfrunęły pod sam sufit, nęcąc go po kolei swoją bliskością, tylko po to, aby uciec w ostatnim momencie. Zlizana z warg sól zdawała się teraz smakować owocową pomadką do ust. Truskawki. Kiedy jego mama usługiwała sąsiadom, aby zarobić na związanie początku miesiąca z końcem, zabierała go ze sobą do ogródka, on plewił chwasty, a ona zbierała z krzewów owoce - dojrzałe i ponętnie czerwone w skwarnym, letnim słońcu. Jego dłonie w roboczych rękawiczkach nie mogły się równać jej, czerwonym i gładkim, jak wyrobiony w korycie rzeki kamień.
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...