Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Rozdział I
Początek podróży

Był październikowy wieczór. Za oknami padał deszcz. Po ulicy snuli się nieliczni ludzie. W większości mieszkań pobliskiego osiedla. W bloku przy 4 Alei było ciemno. Tylko w niektórych oknach błyskało biało-niebieskie światło z telewizorów. Mieszkanie numer 30 na 4 piętrze należało do Adama Browna. Adam jest pisarzem. Jego ostatnia powieść wzbudziła wielkie zgorszenie wśród krytyków.
Nocną ciszę zakłóciło pukanie do drzwi. Adam siedział przy stole zaglądając do pustej butelki po whisky. Na początku nie miał w ogóle zamiaru otwierać, ale w końcu wstał i otworzył drzwi. Stał tam wysoki mężczyzna koło 40, ubrany niczym gangster ze starych filmów. Miał na sobie długi prochowiec i kapelusz, spod którego wystawały kosmyki siwych włosów.

- Czy mogę wejść ? odezwał się nieznajomy, głosem, który równie dobrze mógł należeć do 60 letniego staruszka.
- Tak Proszę. Nazywam się ?
- Adam Brown. Miło mi jestem Henry Smis.
- Skąd pan?
- Po prostu Henry. Przygotowałem się.
- Proszę siadaj. ? powiedział Adam.
- Dziękuje. ? Nieznajomy siadł, wyciągnął z kieszeni paczkę Malboro i zapalił jednego.
- Poczęstujesz się.
- Z chęcią. Masz może?- nim zdążył dokończyć Henry wyciągnął zapalniczkę i podpalił Adamowi papierosa.
- Czemu zawdzięczam taką wizytę?
- Jesteś pisarzem, prawda? A ja mam dla ciebie opowieść. Historie, która przydarzyła mi się wiosną 2000 roku.
- Dlaczego wybrałeś akurat mnie?
- Dużo o tobie słyszałem.
- Bardzo mi miło.
- I uznałem, że to ty będziesz się do tego najlepiej nadawał.
- Ach tak. A czemuż to.
- Bo jest to historia niezwykła która zmieniła całe moje życie.
- Więc zaczynajmy.

Adam włączył dyktafon i postawił go na środku stołu. W pokoju było dość ciemno jedynie kilka lampek rozpraszało mrok. Nie było tam również zbyt dużo mebli. W pokoju, w którym znajdowali się mężczyźni stał tylko stół z krzesłami i telewizor.

- To może, zacznę od początku. Jestem pogromcą duchów, choć sam wole określenie łowca tajemnic. Pochodzę z małej miejscowości nieopodal Bangor w stanie Main. Od dziecka pasjonowały mnie zjawiska paranormalne. W takiej małe miejscowości pełno jest różnych legend i historii przekazywanych z pokolenia na pokolenie. Po ukończeniu psychologii na Uniwersytecie stanowym postanowiłem wyjechać z domu w poszukiwaniu dowodów na istnienie duchów i innych rzeczy tego typu. Podróżowałem po całych stanach i nie tylko. Odwiedziłem różne małe wioski opuszczone prze czas.
- I znalazłeś coś wartego uwagi?
- Nic. Wszędzie opowiadano mi te same historie. Po pewnym czasie znałem je już na pamięć. Spędziłem wiele nocy w starych domach i opuszczonych zamczyskach. Raz myślałem, że jestem bliski odkrycia czegoś większego. Było to w starym zamku w Wielkiej Brytanii w hrabstw Esex. Podobno ostatni właściciel oszalał i zabił całą swoja rodzinę a później widywano go jak błąka się po korytarzach. Niestety okazało się, że to wszystko tylko mistyfikacja. Szczerze mówiąc to traciłem już nadzieje, że uda mi się coś znaleźć. Mimo to odwiedzałem kolejne miejsca. Robiłem to, aby nie upokorzyć się przed rodziną. Jak się dowiedzieli co zamierzam to pomyśleli że oszalałem, ale mimo to zaufali mi. Więc nie mogłem ich zawieść.
- I co zrobiłeś dalej?
- Wtedy, zdarzyło się to, na co czekałem przeszło pięć lat. Dostałem informacje, że w małym miasteczku, Weast Bridge na południu Wielkiej Brytanii dzieją się dziwne rzeczy.
- I co, pojechałeś tam?
- Czy miałem inne wyjście? Co prawdaż musiało minąć trochę czasu zanim się zdecydowałem. Ale w końcu kupiłem bilet, spakowałem się i odleciałem.
- Co tam zastałeś?
- Cóż było tam zupełnie inaczej. Nikt nie chciał nic mówić a osoby, z którymi rozmawiałem miały negatywne podejście do całej sprawy.

- Możemy zrobić małą przerwę? ? zapytał Henry.
- Nie ma sprawy, morze napijesz się trochę whisky?
- Z chęcią.

Za oknami noc była już w pełni a deszcz wciąż padał. Henry z Adamem siedzieli przy stole popijali whisky i patrzyli sobie w oczy. Wtedy Henry znowu zaczął mówić

Rozdział II
Mroczna historia

- Zacząłem jak zwykle od znalezienia noclegu. Zatrzymałem się w małym motelu na pobrzeżach miasteczka. Następnie ruszyłem by zobaczyć mój cel. Był to wielki dwupiętrowy budynek. Wszystkie okna były potłuczone a drzwi wyrwane z zawiasów. Przed budynkiem znajdował się parking a droga do niego była z obu stron obsadzona drzewami. Typowy nawiedzony dom pomyślałem i ruszyłem dalej. Postanowiłem odwiedzić miejscowy bar, znajdował się po przeciwnej stronie drogi, trochę bardziej na północ od miejsca, w którym się znajdowałem. To w takich miejscach można dowiedzieć się prawie wszystkiego. Knajpa nosiła nazwę u Joego. Był to niski, lecz szeroki budynek z dużymi oknami. Wszedłem do środka i usiadłem przy barze. Zamówiłem szklaneczkę whisky rozejrzałem się dokoła. W środku było prawie pusto, tylko kilku dziadków siedziało w koncie i grało w karty. Zapytałem barmanki czy nie słyszała niczego o tym, co dzieje się w tym starym szpitalu.
- Wie pan ludzie mówią różne rzeczy. ? odpowiedziała.
- Czy zna pani kogoś, kto mógłby opowiedzieć mi o tym miejscu?
- Tak jest jedna osoba. Pan Reynolds jest jednym z najstarszych mieszkańców. On na pewno zna historie tego miejsca, przeżył obie wojny i wciąż się dobrze trzyma. Mieszka na końcu ulicy.
- Dziękuje za informacje. ? Nic nie odpowiedziała, tylko się uśmiechnęła. Miała radosny uśmiech.
Zapłaciłem za piwo i wyszedłem. Postanowiłem udać się tam pieszo. Ulice w małych miasteczkach nie są tak długie jak w miastach. Składają się najczęściej z kilkunastu budynków ustawionych w równym szyku wzdłuż ulicy. Dało mi to czas by zastanowić się, co mam jeszcze do zrobienia.
Dom Reynoldsa znajdował się na samym końcu ulicy po tej samej stronie, co pub. Był to mały jednorodzinny domek w kolorze niebieskim. Z przodu znajdował się mały ogródek, w którym rosły kwiaty. Przed wejściem znajdowała się weranda, na której stał stuł i wiklinowy bujany fotel. Stanąłem przed frontowymi drzwiami i zadzwoniłem. Po kilku chwilach drzwi otworzyła kobieta. Miała długie czarne włosy a na jej twarzy było już widać znaki czasu. Więc domyśliłem się, że to córka pana Reynoldsa
- Czy zastałem pana Reynoldsa?
- A z kim mam przyjemność?
- Nazywam się Henry Smis. Jestem tu by porozmawiać z pani ojcem o tym starym szpitalu.
Po chwili w drzwiach stanął stary mężczyzna. Na jego twarzy było widać dokładnie, jaki czas potrafi być okrutny. Lecz w jego oczach wciąż tlił się swego rodzaju żar. Zupełnie nie typowy dla ludzi w jego wieku.
- Dzień dobry nazywam się William Reynolds. ? odezwał się staruszek.
- Miło mi, Henry Smis.
- W czym mogę panu pomóc?
- Chciałem z panem porozmawiać o starym szpitalu.
- Proszę siadać ? wskazał na niebieską ławeczkę stojącą przy balustradzie sam z trudem usiadł w swoim fotelu. ? Więc interesują pana losy naszego szpitala ? kontynuował.
- Tak. ? odpowiedziałem.
- Wiedziałem, że po pewnym czasie przybędzie ktoś, kto spróbuje rozwiązać jego tajemnice. Pan jest pierwszy. Coraz mniej na świecie takich jak pan. Teraz nikt nie wieży w duchy. A pan?
- Nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Sam nie byłem pewien. ? Tak wieże ? odpowiedziałem po chwili.
- To dobrze, bo to, co się tutaj dzieje jest niewiarygodne. Była tu raz nawet telewizja. Przywieźli ze sobą cały ten sprzęt i mieli nadzieje, że dzięki temu uda im się czegoś dowiedzieć. Zrobili nawet kilka zdjęć a później uciekli jakby zobaczyli samego diabła ? zaśmiał się głośno i podał mi zdjęcia ? Oto i one. ? powiedział. ? Większość przedstawia fragmenty korytarza i ścian, ale to jedno ? rzucił w mą stronę zdjęcie, którego wcześniej nie zauważyłem. ? Co pan na to? ? zapytał.
Wziąłem je do ręki i przyjrzałem się obrazowi znajdującemu się na zdjęciu. Po środku znajdowała się postać, może mnich. Zasłonięty był dziwną mgłą. Trzymał ręce jakąś rzecz. Z początku nie mogłem zobaczyć, co to jest. Lecz po chwili wpatrywania się kontury się zaostrzyły i zobaczyłem małe dziecko zawinięte w białą chustę. W drugiej ręce natomiast trzymał świecznik.

- Więc duchy istnieją? ? zapytał zaciekawiony Adam.
- A jak myślisz?
Burza ucichła było już tylko słychać delikatny powiew wiatru i samochody przejeżdżające na dole.

- Czy to zdjęcie zostało zrobione w szpitalu? ? zapytałem, niedowierzając temu co na nim zobaczyłem.
- Tak.
- Więc to miejsce jest naprawdę nawiedzone?
- Nie wiem. Togo musi się pan dowiedzieć już sam. Ja mogę panu opowiedzieć historie tego miejsca. Jest pan zainteresowany?
- Ależ oczywiście. ? odpowiedziałem bez chwili zastanowienia.
- Więc niech pan słucha. Jak sięgam pamięcią to stał on tutaj. Teren, na którym teraz stoimy należał niegdyś do opactwa a mniej więcej tu gdzie stoi teraz szpital stał klasztor. Budynek strawił pożar, który powstał z niewiadomych przyczyn. Niektórzy sugerowali, że został podpalony. Podobno później ruiny były nawiedzane przez duchy. Podczas pierwszej wojny budynek ten już stał i służył za szpital dla rannych żołnierzy. Nie wiem dokładnie, kiedy go pobudowano, ale musiało być to koło 1910 roku. Po zakończeniu drugiej wojny budynek był już niepotrzebny, stał i niszczał. Trwało to ponad 20 lat a później opiekę nad szpitalem przejął konserwator. W prawdzie były próby otworzenia tutaj muzeum zaczęto nawet renowacje, ale jej nie skończono. Ekipy budowlane przyjeżdżały i odjeżdżały a na ich miejsce pojawiały się kolejne. Podobno bali się tu pracować. Około 20 lat temu szpital zmienił właściciela. Wykupiło go młode małżeństwo i zaczęły się prace remontowe. Z początku nikt nie wiedział, co zamierzali, później okazało się, że zamierzają tu otworzyć sierociniec. Zadziwiająco dobrze prosperował jak na tamte czasy oczywiście. Z czasem właściciele otworzyli tu również klinikę dla upośledzonych dzieci.
Gdy wszystko wydawało się być w jak najlepszym porządku wydarzyła się tragedia, która dotknęła nas wszystkich., Właściciele zginęli w tragicznym wypadku. Nie mieli żadnych szans. Później zjawił się nowy właściciel. Nikt nie wie, co dokładnie działo się w szpitalu. Podobno ludzie słyszeli dziwne jęki i krzyki. Zadziwiający był również, że odwiedziny rodziców były rzadkością. Jakieś pięć lat temu szpital upadł. Ale podobno wciąż słychać było dziwne odgłosy, ale nikt nie odważył się by tam zajrzeć.
- Pan tez je słyszał, prawda?
- Tak, chyba tak. Ale w moim wieku nie można być niczego pewnym. Ludzie, którzy później odwiedzili szpital skończyli w zakładzie dla czubków. Na własne oczy widziałem jak wybiegał stamtąd jeden śmiałek. To wszystko, co mogę panu powiedzieć.
- Czy jest ktoś jeszcze, kto mógłby mi pomóc? ? zapytałem.
- Amanda Watson jej ojciec pracował w szpitalu.
- Co się z nim stało?
- A jak pan myśli? Zwariował.
- Gdzie mogę ją znaleźć?
- Mieszka po drugiej stronie ulicy, przy kościele. Mały jednorodzinny domek, jeśli mnie pamięć nie myli to numer 7. Na pewno pan trafi.
Odszedłem, więc. Byłem pewien, że starzec nie powiedział mi wszystkiego. Może ten śmiałek to był jego syn? Kto wie?.
Staruszek miał rację, z łatwością znalazłem dom Amandy. Mieszkała w małym domku. Zauważyłem, że wszystkie domy są do siebie bardzo podobne. Bardzo rozbawiła mnie myśl, że mieszkam w takim małym domku w podobnej okolicy. Stanąłem w progu i zadzwoniłem. Drzwi otworzyła mi piękna wysoka kobieta. Miała długie ciemne włosy i brązowe oczy. Ubrana była w dżinsy i niebieski T-shirt.
- W czym mogę pomóc? - zapytała delikatnym głosem.
- Szukam Amandy Watson.
- To ja.
- Skierował mnie do pani staruszek Reynolds. Podobno wie pani, co działo się w szpitalu za ostatniego właściciela. ? Gdy skończyłem mówić zauważyłem, że rumieni się delikatnie uśmiechając się przy tym słodko.
- Po prostu Amanda. Jeśli już to panna.
- Ach tak zapomniałem się przedstawić jestem Henry Smis. ? odpowiedziałem lekko zakłopotany.
- Tak wiem coś na ten temat. Proszę wejdź. ? Do salonu prowadził mały korytarz. Stały w nim tylko szafa na ubrania i kilka kwiatów. Wszedłem do pokoju i usiadłem na fotelu.
- Kawa czy herbata? ? Zapytała.
- Nie dziękuje. ? odpowiedziałem.
- Ależ nalegam to może trochę potrwać.
- W takim razie herbata.
Gdy znikła w kuchni miałem chwile by się rozejrzeć. Pierwsza rzeczą, która rzuciła mi się w oczy były zdjęcia szpitalu i jakichś mężczyzn, które stało na kominku. Szpital był piękny, wkoło było mnóstwo zieleni. Byłem tak zafascynowany tymi zdjęciami, że nawet nie zauważyłam, kiedy Amanda weszła do pokoju.
- Widzę, że zauważyłeś już zdjęcia mojego ojca. ? mówiąc to postawiła na stole tace z dwiema filiżankami herbaty i ciasteczkami.
- Tak. ? odpowiedziałem.
- To zdjęcia z dawnych lat.
- Kim był twój ojciec.
- Pracował jako sanitariusz, choć większość czasu spędzał w recepcji.
- Jest w szpitalu, oszalał? ? zapytałem
- Tak skąd wiedziałeś. ? w jej oczach malowało się zdziwienie.
- Stary Reynolds mi opowiadał?
- Ach tak. Niestety nie najlepiej z nim. Lekarze nie dają mu większych szans. Ale nie mówmy o tym, dobrze?
- Dobrze. Porozmawiajmy, więc o tym jak wyglądał szpital zanim? no wiesz.
- Mój ojciec pracował tam jeszcze za czasu Martenów. To z tamtego okresu pochodzi to zdjęcie. Wtedy jeszcze szpital był cudownym miejscem. Wprost idealnym dla chorych dzieci. Wkoło było mnóstwo zieleni i drzew. Był również plac zabaw i boisko. Pamiętam, że czasami chodziłam tam z tatą i bawiłam się z dziećmi, które tam mieszkały, były wspaniałe. Ale gdy zmienił się właściciel tata zabronił mi tam chodzić. Jak mówiłam tata był sanitariuszem ale czasami przyjmował w gabinecie na dole. Na dole po prawej stronie były gabinety i pokuj dyrektora, a po lewej stołówka i pokoje odwiedzin. Naprzeciwko były pokoje i zejście do piwnicy a na górze już tylko pokoje. W piwnicy na początku znajdował się magazyn, ale gdy zmienił się właściciel tacie i innym zabroniono tam chodzić. Po tym tragicznym wypadku wszyscy bali się o swoje posady, tata też. Ale tata nie wyleciał, chociaż czasami zastanawiam się jakby to było. Może wtedy byłby tu teraz ze mną, kto wie? Nowy właściciel był jeszcze gorszy niż się na początku wydawało. Był obcokrajowcem, jeśli mnie pamięć nie myli to nazywał się Pawłow. Wprowadził wiele zmian, a jedną z nich był terror. Skrócił wyjścia dzieci na plac zabaw a później całkowicie skasował. Mówił, że jeśli się komuś nie podoba to niech lepiej sami odejdą, ale dodawał przy tym, że postara się żeby już nigdy nie znaleźli pracy.
Z czasem rozpoczął remont piwnicy, ale zabronił tam wchodzić wszystkim oprócz jego zaufanych pracowników.
Tata wracał do domu coraz później, był bardzo przemęczony. Z czasem miał coraz mniej czasu dla mnie i mojej matki. Mama wprawdzie zaczęła mu robić wyrzuty, ale zrozumiała, że to nic nie zmieni. Prosiła żeby odszedł z pracy, ale tata zawsze stawiał na swoim. Aż pewnego dnia, gdy ojciec miał nocny dyżur doszło do wypadku. Nie wiem, co dokładnie miało tam miejsce i na ile opowieści taty były prawdziwe. Z pewnością było to cos przerażającego.
- Co się stało? ? zapytałem.
- Tata mówił coś o dziewczynie ubranej w białą suknie, płakała. Szła w jego stronę. A później? Skończył jak ci wcześniej mówiłam.
- Dzięki że poświęciłaś mi swój czas. Gdyby ci się coś przypomniało zadzwoń. ? Podałem jej moją wizytówkę a ona zapisała mi swój numer na skrawku kartki.
Dokończyłem herbatę i wyszedłem. Skierowałem się w stronę baru. Po drodze jeszcze raz przetworzyłem to, czego się dowiedziałem. Fakty zaczęły się układać w sensowną całość.
Dziwiło mnie tylko podejście okolicznych ludzi do tej całej sprawy. Zwykle w takich sytuacjach słyszałem niesamowite historie niektóre wręcz żywcem wyjęte z jakiegoś kiepskiego serialu.
Była jeszcze jedna rzecz, która nie dawała mi spokoju, był to szpital. Nie mogłem pozbyć się wrażenia jakby mnie przyciągał. Gdy wreszcie przechodziłem obok niego postanowiłem się na chwile zatrzymać. Stanąłem w bramie, po czym dałem krok do przodu. W jednej chwili wszystko pociemniało. Stałem sam a wkoło pustka. Nagle ciemności wyłoniło się oślepiające światło. Spojrzałem w nie i zobaczyłem szpital, ale był jakiś inny. Tak wkoło pełno było zieleni a dzieci bawiły się na placu zabaw, zupełnie jak na zdjęciu u Amandy. Spojrzałem w duł i zauważyłem, że to wcale nie jestem ja. Byłem małą dziewczynką w różowej sukience i ślicznych pantofelkach. Gdy odwróciłem głowę zobaczyłem mężczyznę i kobietę, którzy stali za mną. Domyśliłem się, że to są moi rodzice. Mężczyzna wydawał mi się znajomy jakbym go już wcześniej widział, ale nie wiedziałem, kto to.
Gdy na chwile udało mi się odzyskać kontrole nad swoim ciałem, dałem krok w tył i wyładowałem na chodniku. Gdy otworzyłem oczy wszystko było jak dawniej. Poderwałem się na równe nogi, złapałem za telefon i zadzwoniłem do Amandy.
- Tak słucham. ? odezwał się ciepły głos słuchawce
- Amanda tu Henry, musimy porozmawiać. ? nie mogłem powstrzymać drżenia w głosie i cały się trzęsłem.
- Uspokój się czy wszystko w porządku?
- Taak, może nie uwierzysz, ale widziałem?

Opublikowano

To wprawka czy naprawdę powieść? Pytam, bo tu wiele razy słyszałem, że to początek, potem będzie ciąg dalszy, a potem cichosza. Początek nieporadny, nie trzeba aż tyle chyba wyjaśniać, zwłaszcza w czarnym kryminale, gdzie liczy się nastrój, nie topografia i orientacja w terenie :) No chyba, że echa Trylogii Nowojorskiej, wtedy nie było tematu... Potem coraz fajniej. No, ciekaw jestem rozwoju wydarzeń. Pozdrawiam!

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Zamknąłem oczy na chwilę i chyba przysnąłem. Obudził mnie dźwięk tłuczonego szkła więc zerwałem się z fotela w którym uciąłem drzemkę by sprawdzić przyczynę hałasu ale tak szybko jak wstałem pojąłem co się stało. Że to był sen w którym zbiłem lustro, pięścią z całej siły, i byłem kobietą w tym śnie to dziwne i był ten obleśny nieznany mi mężczyzna po którego wyjściu za drzwi uwolniłem swoje emocję rozbijając lustro. A więc moja wyobraźnia zbiła lustro? Zażartowałbym pytaniem czy to się wlicza do lat nieszczęścia ale bardzo ciężkie negatywne emocje które towarzyszyły sennym wizjom, które przeżyłem w śnie jakoś nie opuściły mnie wraz z otwarciem oczu. Czuję się fatalnie, jak czarna nicość, jak coś najgorszego i to z powodu kilku krótkich scen we śnie. Dzwoni telefon który wyciszam bez sprawdzania kto to, nie mam ochoty na ludzi, gaszę światło, zasuwam firany. Siedzę tak w ciszy i ciemności a wgłowie krzyczy mi płacze żali się wypomina. Nie zaznam spokoju wiele godzin aż wstanie dzień i pójdę sobie zrobić kawę. Dziś nie jem śniadania żołądek mam ściśnięty tym zdarzeniem ze snu jakby wydarzyło się naprawdę, nie mam apetytu i choć nieraz zmuszam się zdroworozsądkowo do odżywiania wiedząc że to dobre dla mojego organizmu tym razem dusza wygrywa nad ciałem i tylko wypalam dwa papierosy do mojej kawy. Pójdę do pracy i mi przejdzie- myślę bo wiem że tam myśli zajmą się czymś innym a jednak wbrew sobie poddaje się chyba swojej podświadomości i wybieram numer do firmy informując przez sekretariat że dziś mnie nie będzie. Zasłaniam szczelnie okna stawiam popielniczkę możliwie blisko wyciszam się w ciemnościach. Medytacja nie przynosi skutku. Niepokoi mnie ta wizja ze snu. Nie tylko zbite lustro ale cały klimat tej sceny. NIe umiem nazwać ani emocji, ani uczuć jednak wiem że są złe, niedobre. To bardzo ciężkie i przytłaczające myśli choć niesformułowane niepokoją mnie jak krajobraz oceanu nocą. Szybko kończą mi się papierosy, musiałem wypalać jednego po drugim niezuważenie gdzieś goniąc myślami po zakamarkach tego czego doświadczam by to poznać. Nie poznałem i nie mam papierosów. Kim jestem bez tych szlugów? Chyba sam siebie bym nie rozpoznał mijając się na ulicy gdybym nie trzymał papierosa między palcami w ustach. Jakby tego było mało że w moim wieku nie wiem kim jestem to jedyna moja tożsamość jakiej jestem pewien w tej chwili niknie. Albo będę kłębkiem nerwów tu zamknięty w ciemnym pokoju mojego mieszkania i z każdą chwilą będę obserwował rosnące objawy napięcia i głodu nikotynowego jak drżące ręce i nerwowe oddechy albo będę kłębkiem nerwów w drodze do sklepu, po ulicy, do ludzi i w śród ludzi. Już dawno zrozumiałem że nie nikotyna mnie uzależniła a poczucie zasłony jaką tworzę tym papierosem, dymu którym odgradzam się od innych, skupienia na sobie które zapewnia mi palenie. Nawet nie musiałbym wciągać tego dymu wystarczy sama świadomość że ćmi mi się w dłoniach ten mój przyjaciel jak maska, jak dystans od świata. Minie czas i pójdę jak na skazanie po kolejną paczkę tymczasem uciekam się do wszystkiego by odwlec tą chwilę do jak najdalej od teraz. Do wszystkiego w moim stanie oznacza rozpadnięcie się w fotelu i wbicie wzroku w sufit i coraz wolniejszym miarowym zamykaniem powiek. Medytacja? Nie sądze medytacja oczyszcza myśli i rozjaśnia moje stają się coraz bardziej brudne i zabarwione na czarno, czuję coraz większy niepokój, mam wrażenie że słyszę szum krwi w sercu. Toksycznej nieczystej krwi, zamkniętę oczy podsuwają mi widok jak na tym samym fotelu ktoś taki jak ja siedzi patrząc w sufit a z otworów ciała oczu uszu nosa sączy się krew i kapie po dłoniach, palcach na podłogę w coraz większą kałużę. Przeciągam palcami po spodzie dłoni które są mokre przerażony otwieram oczy i patrzę na uniesione na wysokość twarzy swoje ręce. Są tylko spocone, albo aż spocone bo nigdy nie pociły mi się ręce. Muszę iść po papierosy myślę i wstaję by ruszyć do drzwi w korytarzu mijam lustro iprzyspieszam wiedziony jakimś dziwnym przeczuciem nie chce widzieć ani swojego w nim odbicia ani lustra jako przedmiotu. To nie jest rzecz z dobrą karmą podpowiadają mi myśli jest w nim wiele zła uwięzione. Chciałbym tego nie wiedzieć i nie rozumiem skąd w mojej głowie takie myśli, wyrażane z taką pewnością jak oczywistość. Nie dyskutuje wtedy tylko słucham i mam wrażenie że ktoś kto je tam wkłada czerpie satsfakcję im bardziej przerażony żyję tą wiedzą. Przed drzwiami domu uderza mnie słoneczne światło upał ptaki liście na drzewach chcę się wycofać ale zdołałem już zamknąć drzwi na klucz zresztą potrzeba ucieczki w papierosa jest już nie do zniesienia więc zaciągam kaptur grubej bluzy jak najniżej na oczy a wzrok wbijam w chodnik. Kolejne kroki, byleby nikogo nie minąć byle nie zagadał byle nie spojrzeć w oczy byle uniknąć kontaktu choćby o kilkadziesiąt centymetrów. Sklep jest udręką. Niesamoobsługowy duży obiekt i jedna niskoopłacana kasjerka która z wyraźną niechęcią spełnia kolejne prośby z listy zakupu klienta który mówi by mu podać to i to ona idzie, wlecze się stękając i wzdychając bierze towar z półki przynosi na ladę nabija na kasę a klient że jeszcze to i to. Kolejka na kilka osób za długa dla mnie o wszystkie z kilku osób ale nie mam wyboru czekam i pocę się coraz bardziej płynę przerażony ogromem ludzi i ich bliskością. Niech nikt mnie tu nie zauważa proszę to w co wierzę w swoich myślach niech jestem niewidzialny, niech się nie oprze, nie przesunie obok niech nie trafi torbą z zakupami. Sekundy jak z gumy rozciągają się lepiąc każdy brud tego miejsca do mojego ciała. Zwymiotuje smrodem który nie jest zapachem a odorem myśli i sumień tych ludzi obok. Umiem oddychać ich moralnością. Zazwyczaj to okropny odór nie do wytrzymania smród z brudnych myśli, owrzodzonych czynów. Kto jest bez winy ten pewnie pachnie jak wata cukrowa, albo jak polna łąka. Nigdy mi się nie zdarzyło spotkać osoby przy której poczułem się dobrze i czysto. Zbiera mi się na wymioty ale nauczyłem się nad tym panować. Początek kolejki jest coraz bliżej, spokojnie znoszę niechęć sprzzedawczyni zza lady i nawet trochę jestem jej wdzięczny za tą szczerość z jaką traktuje klientów. Bo nie o to chodzi byśmy kogoś udawali albo coś przed kimś choć ktoś powie że lepiej być fałszywie miło potraktowanym mi jednak taka swoboda na jaką pozwala sobie ekspedientka pozwala na swobodniejsze oddechy, atmosfera choć ciężka i brudna jest jakby bardziej przejrzysta. Biorę kilka paczek i butelek wina i whiskey. Po tym doświadczeniu wiem że nie zbiorę się przez kilka dobrych dni do opuszczenia mieszkania, więcej nie odsłonie zasłon by przypadkiem nie dostrzec jakichś ludzi spacerujących po ulicach. Wracam do domu jak tylko szybko można chodzić z wzrokiem wbitym w chodnik. Kilkadziesiąt kroków i w prawo i już moją ulicą kolejnych kilkadziesiąt kroków, bramka podwórko zakręt kilka schodków nerwowo szarpie się z kluczem w zamku naciskam klamkę w pośpiechu od progu odkladam siatki z zakupami i rygluje czym prędziej drzwi. Odłączam dzwonek. Nie ma mnie dla nikogo. Niestety sam dla siebie tu będę choć wolałbym nie. Dla siebie i dla tego absolutu który pcha mnie przez tą wiedzę o nieczystościach, o brudzie, który wpycha mi w głowe te myśli śmierdzące rozkładającymi się trupami. To umiera ludzkość, gnije od wewnątrz już a zacznie gnić skóra niebawem jak mówi kolejne przeczucie. Uciec? Nie da się uciec wiem to. Mógłbyś powiedzieć że śmierć jest ucieczką jednak ja wiem że nie jest a potem jest jeszcze gorzej bo wrzucą cię w kolejne od nowa życie. Kurwa czemu ja tak sobie wierzę, czemu jestem pewien moich myśli, czemu one pojawiają się jako zdania twierdzące czemu nie jako przypuszczenia czy hipotezy tylko od razu z nastawieniem że tak jest właśnie. Czemu to moja wina a wiem że to moja wina. Myślę o pomocy jaką mógłbym otrzymać i wzdrygam się na samą myśl że obcej osobie miałbym przedstawić moje lęki, obawy, że miałbym jej opowiedzieć to wszystko o sobie. I co ktoś taki zrobiłby z taką wiedza? Napewno nie uwierzył. Akurat nie potrzebuje kolejnego nie dowiarka. Leki z apteki terapie może oddział zamknięty w związku z tym pewnie by zaordynował dla mnie. Więc nie pójdę i się nie przyznam bo i po co bo i tak ktoś uzna to za łgarstwo i zmyślone historię bo uwierzy sobie i wierzy w leczenie. To nie jest uleczalne to też wiem. Siadam w fotelu kieliszek wina dym z papierosa ciemność kilka chwil później usypiam.
    • @_M_arianna_W... Dzięki

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

       
    • @_M_arianna_W... Super

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @Grahamoza dzięki

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...