Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Zimne powietrze z północny wypełniło jej płuca, a jesienne słońce oświetliło bladą twarz. Szła pośpiesznym krokiem, szczelnie opatulona zielonym szalikiem z frędzlami. Spieszyła się, za minutę miał odjechać jej autobus, a ona ciągle była daleko od przystanku. W końcu zdecydowała, że pobiegnie. Będzie szybciej, zgrzeje się trochę, to nic. Ruszyła, wiatr rozwiał jej włosy, a misternie uwiązany szalik zerwał się z szyi, nie było już jednak czasu, aby za nim gonić. Trudno, posmutniała wsiadając do autobusu. Droga do szkoły była dość prosta. Zza szyby pojazdu widać było fabrykę płatków śniadaniowych Pacyfik, a w niektórych momentach spowitą mgłą, szarą wstęgę Wisły. Koniec jazdy, wysiadła czując jak nieprzyjemny chłód drażni jej szyję, wtedy znowu pomyślała o szaliku.
***
Tym czasem w innej części miasta, niedaleko ogrodu zoo botanicznego, po asfaltowej ścieżce prawie biegnąc szedł on. Przecież nie mogę po raz kolejny spóźnić się na zajęcia, to było by przegięcie, pomyślał mijając kolejną ulicę. Nagle coś uderzyło go w twarz. To był ten szalik, zielony akryl delikatnie popieścił jego nos. Na początku nie wiedział co zrobić, rozejrzał się spokojnie po ulicy ale nie zauważył nikogo kto szukałby zielonego szala z frędzlami. Po czym ponownie spojrzał na to dziwne znalezisko i przyłożył je do nosa. Hm... Pachnie...- powąchał ponownie - cytryną i różami. Całkiem przyjemnie... Schował go do torby i poszedł dalej myśląc ciągle do kogo może należeć.
***
Agata! - krzyknął ktoś znajomy. Dziewczyna obróciła się, a przed nią wyrosła przyjaciółka.
-Cześć Bogna - cmoknęła ją w lewy policzek
-Oh... Aga co ty taka zamyślona, zakochałaś się czy co? - zaśmiała się przyjaciółka
-Nie ale zgubiłam ten zielony szalik, no wiesz, który ten co mi go babcia zrobiła
-To poproś, żeby zrobiła ci następny, taki sam
-Eh... - zatrzymała się - to nie możliwe
-Dlaczego?
-Bo on był zrobiony z zielonego akrylu, który mój dziadek przywiózł z Maroka
-No to naprawdę zonk, ale już się nie martw. - Bogna spojrzała na przyjaciółkę uśmiechając się - Dobra?
-Dobra. Dziś będzie ciężki dzień...
-Mówiłam ci już coś na temat narzek... - nagle przerwała -spójrz, znasz go - wskazała palcem na chłopaka o czarnych jak smoła włosach i śniadej karnacji - Bóg nie człowiek... Ah...
-Bogna daj spokój - weszły do szkoły, dalej rozmawiając na temat przystojnego bruneta.
***
Powtarzał w myślach mijając wejście do szkoły. Nagle jego skupienie zmącił śmiech niskiej dziewczyny w bordowym płaszczu, wskazywała na niego palcem. - Bezczelna, w domu ja nie nauczyli, że się nie pokazuje ludzi palcami?!- Chciał już wrócić do powtarzania dat, ale ktoś chwycił go za ramię.
-Hey Darek, co tam? - wyszczebiotała wysoka i smukła blondynka z dużymi piersiami, która od dłuższego czasu próbowała się z nim umówić
-W porządku, a co...
-Chciałeś się zapytać co u mnie - przerwała mu, wsuwając mu rękę w tylnią kieszeń dżinsów - u mnie świetnie, tylko jednej rzeczy mi brakuje - tu spojrzała na niego sarnim wzrokiem, zalotnie trzepocząc rzęsami
-Mianowicie? - zapytał, choć znał już odpowiedź
-Miłości - tu po raz kolejny spojrzała na niego wymownie
-Sory Maja ale musze już lecieć coś skserować - wyciągnął pospiesznie jej rękę z kieszeni i niezbyt zadowolony z zaistniałej sytuacji pobiegł ukryć się przed niewygodną adoratorką. Choć była ładna, nie pasowała mu. Wiadomo wszystko na miejscu, fajne cycki, pupa, ale charakter, to nie była ta jedyna. Po za tym nie miał czasu na dziewczyny. Po szkole leciał na próbę do teatru, gdzie występował jako statysta, potem do domu coś zjeść, rzucić okiem na pracę domową, a potem jechał na drugi koniec miasta po młodszą siostrę, która o 21 kończyła zajęcia baletowe. Jak tu znaleźć czas dla dziewczyny? Powtarzał, kiedy kumple pytali się go czemu się z nikim nie umawia. Dzwonek przerwał jego rozmyślania, wszedł do gabinetu historycznego zostawiając za drzwiami wszystkie "błahostki"
***
Agata i Bogna wchodziły do budynku gimnazjum nadal rozmawiając:
-Kurde z takim to ja bym mogła bić rekord świata w całowaniu, wiesz 30 godzin z hakiem, z nim bym mogła z 200. Boski był no nie?
-Tak, tak Bogna, ale daj mi się choć przez 15 minut się skupić, bo...
-Daj spokój myślisz, że Nowak zrobi nam ten sprawdzian z Antygony? Daj spokój nigdy nam nie robił, doć to taki Misiu, pantoflarz typowy, po co...
-Panno Klajbor, następnym razem - przerwał jej głos profesora Nowaka - następnym razem proszę ostrożniej dyskutować na temat sprawdzianów - Bogna obróciła się, a jej oczom ukazała się masywna postać profesora. Był barczystym pięćdziesięciolatkiem, ubranym w śmieszną tweedową marynarkę i brązowe mokasyny takie jakie nosi wokalista zespołu Pulp.
-Proszę pana ale ja...
-Żegnam panie
-Ożesz kurwa, czemu ja mam pecha? - zaklęła Bogna czerwieniąc się ze złości
-Bo za dużo gadasz? - powiedziała z przekąsem Agata
-Ta, zajebiście, wiem o tym. Kurde głupia Antygona, ja tego nawet nie przeczytałam, opowiedz mi coś?
-Ale już nie gadaj więcej i słuchaj!
-No dobra
-Antygona była córką Edypa...
***
W liceum zabrzmiał dzwonek na przerwę, wszyscy wytoczyli się z klas na korytarz.
-Stary weź coś zrób, bo Majka się na ciebie ewidentnie napaliła, a szkoda by było taką laseczkę przepuścić, powiedz jak ci się nie podoba. Wiesz wszystko zostałoby w rodzinie. - zachichotał obleśnie Mirek
-No fajna laska ale...
-Jakie ale - przerwał mu - z taką dupcią to do hollywood, albo ty jesteś ślepy, albo homo. Ja cię nie czaję.
-Nie, fajna jest nie ma co, ale tak no wiesz, nie w moim stylu.
-A jaka jest w twoim stylu? Bo jakoś nie widziałem z tobą żadnej... - spojrzał na niego podejrzliwie
-No taka, żeby się mi podobała. Nie chcę pustej lali, z którą nawet nie pogadasz tylko musisz się bzykać
-Stary w jakim ty świecie żyjesz? Eh... Romantyk się znalazł... Dobra nie gadajmy na takie tematy, bo czuje się jak baba i mnie mdli...
Darek odwrócił się w drugą stronę szukając po pełnym korytarzu jakiegoś pustego miejsca, gdzie mógłby sobie to wszystko poukładać. Czuł dużą presję, wszyscy kumple traktowali go trochę jak odludka, nie miał dziewczyny, choć wiele z nich dałoby wszystko, żeby z nim być. Gdziekolwiek się pojawiał tam zawsze wzbudzał największe zainteresowanie dziewczyn, ładniejszych, brzydszych, blondynek, brunetek, które za wszelką cenę starały się skraść choć mały kawałek jego duszy. Poznać co kryje się pod czarną czupryną, a nawet pod ubraniem. Pożądały go bo był tajemniczy, uchodził za artystę i buntownika, był zakazanym owocem, a ta która go pierwsza ujarzmi miała zostać nieoficjalną mistrzynią sztuki uwodzenia. Usiadł spokojnie na jedynym wolnym parapecie wyciągnął z kieszeni komórkę, sprawdził, żadnych nowych wiadomości. Może jednak warto choćby dla tego umówić się z tą Majką? Pomyślał, chowając telefon z powrotem.
***
Po lekcjach Agata wsiadła z Bogną do autobusu, dziś jechały razem do domu Bogny robić referat na biologię. Autobus miał już odjeżdżać, kiedy tylnie drzwi się otworzyły, a do środka wskoczył ten sam chłopak, którego widziały rano. Jego czarne włosy śmiesznie sterczały potargane przez wiatr, Aga szturchnęła przyjaciółkę i ściszonym głosem oznajmiła, że jej "bóg" jedzie z nimi autobusem. Bogna stanęła na palcach i mocno wyprężyła szyję, stał z tyłu i opierał się o czarną rurkę przy wyjściu. Aga poczerwieniała ze wstydu, wszyscy patrzyli się na jej przyjaciółkę, która niczym mała małpka skakała w środkowej części pojazdu depcząc po nogach przypadkowych osób. Nie wytrzymała, pociągnęła ją na dół i karcącym głosem powiedziała:
-Daj spokój, dla niego jesteś tylko smarkulą z gimnazjum
-Aga nie poznaje cię, zawsze mówiłaś, że lubisz starszych chłopców, a teraz? Taka pasywna postawa? No coś ty?
-To inna sytuacja, wszyscy się na nas gapią! - prawie krzyknęła
-Daj sobie na luz, ja nic takiego nie robię, przecież...
-Przecież to nic, że to publiczny środek komunikacji - przerwała jej - pełno jest tu ludzi, znajomych i mniej znajomych i że ty skaczesz tu jak mała małpa i depczesz ludziom po nogach, nie no wcale!
***
Darek ledwo zdążył na autobus, na szczęście kierowca otworzył mu tylnie drzwi i mógł się nie martwić, że się spóźni na próbę. Złapał się czarnej rurki tuż przy wyjściu i po raz kolejny zaczął powtarzać w myślach, tym jednak razem jakiś wzór fizyczny. Nagle jego rozmyślania przerwał głośny śmiech wydobywający się ze środkowej części autobusu. O nie, znowu to ta dziewucha - pomyślał spoglądając na skaczącą gimnazjalistkę, którą spotkał dziś rano przy wejściu do szkoły. Co ona robi?! Nie... Kiedy autobus skręcał dziewczyna przewróciła się na niego. Wkurzył się ale dobre wychowanie kazało mu pomóc jej wrócić do pionu i nienaturalnie ugrzecznionym tonem zapytał:
-Wszystko w porządku?
-Oh... tak dzięki za pomoc. Ej czy ty przypadkiem nie chodzisz do dwudziestki?
-Chodzę - odpowiedział już mnie smypatycznie przeczuwając zamiary dziewczyny
-Cóż za szczęśliwy traf, bo ja chodzę do gimnazjum naprzeciwko.
-Cudownie - wycedził przez zęby. Teraz już na pewno nie da mi spokoju - pomyślał mocno przyciskając rurkę
-A jak masz na imię, bo ja jestem Bogna, a to Agata
-Darek
-Ładne imię, a gdzie jedziesz?
-Do teatru
-Teatru? - odezwał się jakiś nie znajomy głos. Darek spojrzał w stronę z której go usłyszał. Zobaczył, kasztanowo rudą dziewczynę, o miłym uśmiechu i zielonych jak irlandzka trawa oczach. Pewnie to jej koleżanka, jak ona miała na imię...
-Tak, do Horzycy, Agato - odpowiedział podkreślając ostatnie słowo. Sam nie wiedział dlaczego to zrobił, bo zabrzmiało to trochę śmiesznie, a dziewczyna na dźwięk imienia trochę się zaczerwieniła.
-Będziesz grał w jakiejś sztuce? - przywołał go piskliwy głos tej drugiej
-Tak, jako statysta w Antygonie - mówił ciągle patrząc na Agatę
-Ale szok, co nie Agata? Wiesz, bo my teraz omawiamy Antygonę, a kiedy wystawiają?
-Bodajże na koniec listopada, to znaczy za jakieś 2 tygodnie, jakbyście chciały przyjść to zapraszam
-Dzięki, pogadamy z naszym polonistą. - odpowiedziała rozpromieniona Bogna
-Miło się gadało ale to mój przystanek, cześć - powiedział wychodząc z autobusu. Kiedy wreszcie znalazł się w teatralnej charakteryzatorni, przypomniała mu się twarz Agaty. Może, gdyby nie ta jej koleżanka... Ah... Dobra nic by i tak z tego nie wyszło. Myślał wsadzając na głowę perukę. Miała śliczne oczy...
***
Bogna cała rozanielona wpatrywała się w znikającą sylwetkę Darka, a Agata myślała o tym co powiedział. Miły był nawet i miał ładne włosy. Eh... I tak nic by z tego nie wyszło. Zamyśliła się, aż nagle z letargu wyrwał ją piskliwy głos przyjaciółki:
-Te młoda, obudź się wysiadamy. Boski był co nie?
-Nie, w sumie normalny.
-No co ty gadasz? Boski i już
-Dobra boski był, o to chodziło?
-Co tak nerwowo? Spokojnie, a boski był i już! - na te słowa zaczęły się śmiać. Jednak Agata nagle przypomniała sobie o szalu i posmutniała.
-Młoda co jest?
-Przypomniało mi się o szalu.
-Daj spokój, nie popadajmy w skrajności, jak mawiała Scarlett O'Hara pomyślę o...
-Tym jutro- przerwała Bognie - Ja też tak zrobię, co ja bym bez ciebie zrobiła?
-Nic?
Znowu zaczęły się śmiać, a szara jesienna ulica zdawała się wypleniać ich zadowoleniem. Jeden z pomarańczowych liści kasztanowca opadł na głowę Agaty, tworząc śmieszny kapelusik, na co Bogna głośno zarechotała: "Choć już bo zaraz ci gałąź na głowę spadnie."

Opublikowano

Historia zgubionego szalika. No może być :) Na miarę wieku i jasności spojrzenia (bez obrazy-od razu proszę). Jest kilka drobnych poprawek - Tym czasem itp, ale to drobiazgi. Pozdrówka od 1 czytelnika!

Opublikowano

Dzięki za komentarz, rozumiem /chyba/ co chciałeś powiedzieć. Jednak mam dopiero 15 lat i takie historie o "szalikach" na razie do mnie trafiają :) również pozdrawiam

Opublikowano

Gdyby popracować nad tym co pisze się razem, a co oddzielnie, tekst byłby poprawny. Myślę, że gdyby dopisać jeszcze około czterch objętości na tym samym poziomie, można byłoby z czystym sumieniem wysłać tekst do jakiegoś kobiecego wydawnictwa typu "Różowa seria", czy jak się nazywa, i tekst z pewnością nie pozostałby niezauważony. Pozdrawiam serdecznie.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Zegarek na piekarniku wybił szesnastą. Słońce jeszcze nie zdążyło wstać, a cztery cyferki wisiały zawieszone pośrodku niczego, głosząc w eter jedyne w co mogły wierzyć, w istotę swojego istnienia - w to, że jest właśnie godzina szesnasta. Przeszedłem po cichu korytarz, stawiając ostrożnie ciężkie, zimowe buty, przekręciłem ostrożnie zamek i wydostałem się na klatkę schodową.

      Czerwone diody tym razem pokierowały mnie ku włącznikowi światła z małą ikonką Schrödingera - z żarówką albo może z dzwoneczkiem, co mogło mi się okazać dopiero po naciśnięciu przycisku. Oczywiście zaryzykowałem, a włącznik zamiast budzić nad ranem sąsiadów rutynowo włączył światło. Okropne to wszystko. Czuję, że wracam na tarczy, i ranię w tym samym momencie, że wyżywam się na swojej własnej naiwności. Nie chciałbym jej teraz budzić, nie chcę, żeby o tym wiedziała, ale mogę o niej myśleć jedynie jak o substytucie namiętności prawdziwej, takiej namiętności po której nie boli mnie głowa, takiej po której nie muszę brać prysznica, a najlepiej takiej, po której mógłbym już umierać. Jeżeli sen to półśmierć, a samotność to ćwierćśmierć, to miłość musi być jej trzema czwartymi. 

      Odwróciłem się do drzwi, starłem rękawem wypisane w kredzie "M + B" i w lepszym nastroju zbiegłem po schodach. To była moja pamiątka na pożegnanie - "K" jak Kalipso, na przestrogę dla wszystkich chłopców szukających w tym życiu pociechy, choć to jedynie kropla w morzu, jedne z miliona drzwi Ogygii, gotowych do połknięcia każdego żeglarza błądzącego między Kazimierzem a Grzegórzkami, Krowodrzą a Łobzowem, między swoją ostatnią miłością z liceum a snem wiekuistym. Czy ja byłem w jakikolwiek sposób lepszy od tej niezaspokojonej męskiej masy? I tak, i nie.

      Zawahałem się jeszcze przez chwilę, po czym otworzyłem drzwi na ulicę. Poranek był paskudny (chociaż zazwyczaj takie poprzedzają najpiękniejsze dni), wiatr podrywał brudną, szarą mgłę ciskając mi ją, niezależnie od tego w którą stronę bym nie poszedł, prosto w twarz. Czułem jak powoli woda przesiąka moje włosy, które coraz to cięższe zaczęły przylegać mi do głowy. We wrześniu mógłbym uznać taki Kraków za czarowny, lecz teraz, w październiku, już absolutnie mi to zbrzydło. Jesień potrafi być urocza, niby najlepsza kochanka, a najlepsza kochanka to taka, po której aż miło jest wracać do żony, i ja także zachciałem już wracać do lata.

      Pierwsze kroki wbiły mnie w marynarkę. Z głową schowaną w kołnierzu zaplanowałem przeciąć na wskroś stare miasto, o tej godzinie nienaturalnie puste, kiedy już ci bawiący się najgorzej wrócili dawno do domów, a najszczęśliwsi skończyli na afterparty z Morfeuszem. Na ulicach, gdzieś pomiędzy nocą a dniem, pozostali tylko ludzie tak samo jak ja ambiwalentni, z tym samym dziwnym poczuciem solidarności nakładamy dla siebie prawdziwe śniadanie mistrzów - wyrzuty sumienia. Z jednej strony mogłem pozostać wczoraj w Itace, spędzić wieczór na rozwiązywaniu starych kolokwiów lub przy lepszej czy gorszej książce, zrobić sobie ładną kolację albo posprzątać pokój. Z drugiej, jeżeli już się w to wpakowałem, mogłem pozostać u niej do rana, dać się jej złapać za gębę kochanka, a może poopowiadać jej o "wolnych duchach" i "potrzebie rozłąki", powołując się przy tym na jakiegoś romantycznego poetę, po czym wyjść na pierwszy tramwaj do domu. Może i unikam aktualnie odpowiedzialności, ale zbrodnia już została dokonana, pytanie tylko, czy ona będzie jeszcze chciała do mnie wydzwaniać. Mógłbym ją zablokować, oczywiście, ale ona w żadnym stopniu na to nie zasłużyła, wolę nie uciekać od gilotyny, bowiem nie wierzę w istnienie zbrodni bez kary. Jeżeli nie zostanę ukarany, nie będę zbrodniarzem, zostanę po prostu “dupkiem”, albo “chujem”, co byłoby zdecydowanie gorsze. Zbrodniarzy się resocjalizuje, ale chujem pozostaje się do końca życia. 

       

      Spacer zawsze uważałem za rodzaj modlitwy, za sposób wprowadzania siebie w ten sam trans, który inni osiągają powtarzaniem zdrowasiek albo buczeniem w pozycjach jogi, w trans wybijany po kolei na betonie, prawa, lewa, prawa, lewa, prawa, lewa. Cały świat zamyka się w tych dwóch słowach, wszystko i wszyscy są ode mnie oddzieleni tylko pewną ilością lewych i prawych, ja jestem wszechświatem doświadczającym samego siebie, więc kroczę, i muszę kroczyć, lewa, prawa, lewa, prawa. 

      Pamiętam czasy lepsze, czasy zauroczeń, nowych doznań, czasy, kiedy ludzie sami wyciągali do mnie dłonie, ale to nie ma znaczenia, pomiędzy miłością a rozstaniem jest tylko x lewych i prawych.

      Uciekłem, skończyły się czasy Feaków, gościnności, zabawy, igrzysk, odpłynąłem na ostatnim statku, na tramwaju zwanym dorastaniem, z nosem spłaszczonym na szybie i jednorazowym biletem. Im dalej patrzyłem, tym bardziej mi się wydawało, że stoję, ale teraz, patrząc pod nogi, muszę uważać, aby nie stracić gruntu pod nogami, i cały czas próbuję za nim nadążyć - lewa, prawa, lewa, prawa, lewa, prawa.

      Kompletnie przemoczone włosy odgarnąłem z twarzy, wracając przez sekundę do klnięcia na krakowską pogodę, na brak kaptura, a przede wszystkim, na tę całą sytuację, na młode dziewczyny, na pożądanie, na bary na Kazimierzu, na szybki seks, oraz oczywiście - na samego siebie. Na mojej drodze krzyżowej mijałem kolejne stacje, pamiątki minionych wieczorów - bary, pasaże, uliczki, teraz wszystkie martwe, na tyle wiernie oddające obecny stan mojego ducha (ach! czy to nie pretensjonalne?), że potrzebowałem chwili aby uświadomić sobie, że już za jakiś czas one z powrotem będą tętnić życiem, wypełnią się paczkami studentów, lanym piwem, dymem papierosów, głosami mniej i bardziej zrozumiałymi, rozmowami o wszystkim i o niczym, flirtami i odrzuceniem, słowem - życiem. 

      Złowieszcze to memento mori. Nic nie płynie, tylko ja przemijam, konsekwentnie kończąc i zaczynając następne ulice, a krakowskie bary będą trwać wiecznie. Nigdy nie skończy się zabawa, choć dla mnie zabawy już nie ma, nigdy nie przestanie grać muzyka, chociaż ja już nie mogę jej słuchać. Nieustanne bicia perkusji, przechodząc mi przez tors, nadały mojemu sercu tempo, którego wiem, że nie będzie ono w stanie utrzymać. Następne wspomnienia zaczęły po kolei wypływać na wierzch, przykrywając sobą teraźniejszość, którą zamalowano jak na starych obrazach, aby na jej miejsce postawić coś o wiele piękniejszego.

       

      Teatr “Bagatela”. Jakieś pięć minut temu miałem tutaj dostać w mordę. Mówi się, że słowa pijanych to myśli trzeźwych, więc to tutaj można szukać wniosków na temat społeczeństwa, nie w książkach, książki to myśli pijanych, o tym co mówią trzeźwi. Ja doszedłem do wniosku, że ludzkość w zasadzie dzieli się na trzy grupy - na tych głupich, tych którzy chcą kogoś kochać oraz tych, którzy chcą dać komuś w pysk. W każdej chwili dnia te trzy grupy muszą mieszać się ze sobą, trwać pod wspólnym sztandarem pracy, aż wreszcie tutaj - pod afiszem “Umrzeć ze śmiechu” mogą one wreszcie odsłonić swoją prawdziwą twarz (bo co to jest za przyjemność walić w gębę). Kolejny mój powrót do Itaki, moja personalna odyseja, w której zawsze docieram do celu, a jednak nigdy nie kończę tam wracać, pokazuje tylko, że najmądrzej jest pewnie być jednym z tych głupich. Ciepła, lipcowa noc zostawia mi słodko-gorzki posmak na ustach, ten rodzaj nostalgii, który zaczyna się już w drodze powrotnej do domu, nostalgii tępej i niewymierzonej w żaden konkretny cel, rozchodzącej się stłumionym jękiem po całym ciele. Utknąłem za ostatnią kropką na końcowej, wpół zapisanej stronie rozdziału, tylko ja i biel pustej kartki oczekujący na to, aż wszechmogąca ręka przerzuci nas na następną stronę.

       

      Teatr “Bagatela”. Znowu, i znowu. Czytam ulicę Krupniczą jak najsłodszą wiadomość, rozkładam zdania na słówka, każde z nich po kolei przeżuwam, aż wypuści z siebie wszystkie cukry, po czym puste, pozbawione już sensu litery wypluwam na chodnik. W ten sposób dotarłem do momentu, gdzie “Krupnicza” nie znaczy już nic. Znaczyła pierwszy semestr studiów, znaczyła dziewczyny których imion nie będę tutaj wymieniać, znaczyła porażki i sukcesy, wschody i zachody, a więc dzisiaj nie może znaczyć już niczego.

       

      Minąłem studzienkę Badylaka. Już jakiś czas temu, ale wtedy musiałem przejść koło niej obojętnie. Idealne miejsce na jakąś cyniczną refleksję, może “Jego śmierć ma w sobie całą patetyczną bezpłodność męczeństwa, całą jego zmarnowaną piękność.”? Kto to powiedział? Nie pamiętam, nie żeby to miało znaczenie. Może sam pokuszę się kiedyś o podobny koniec, ale na pewno nie dziś, nie da się pięknie cierpieć w tej obrzydłej mżawce. Każdy jeden płomyk, który miałby zapewnić mi oczyszczenie, zdusiłyby kolejne warstwy tej brudnej, zimnej wody, każda kropelka po odparowaniu zostawiałaby mi szumowiny na skórze. Okropne. Echo moich kroków wracało do mnie zdwojone ze zdobionych fasad kamienic. Miałem ochotę gwizdać, ale popękane wargi mogły jedynie ranić siebie nawzajem fragmentami suchej, stwardniałej skóry. Z zażenowaniem schowałem mój “dziubek”, aby minąć jakąś postać na ulicy. Zarys kurtki z futrem okazał się być kobietą w średnim wieku. Spojrzała na mnie tym samym wzrokiem pełnym zniecierpliwienia, którym patrzy się na ludzika oznaczającego czerwone światło na pasach. Ludzie w tym mieście nie potrafią się do siebie uśmiechać. 

       

      Ulica Czysta. Faktycznie, o tej godzinie prosi się o żartobliwy komentarz. Mogę teraz poświęcić chwilę na sporządkowanie myśli zeszłego wieczoru, przede wszystkim na otworzenie się przed wami. Nie mogę ciągle kryć się za wodospadem błahych refleksji, z pozoru wszystkich “głębokich”, ale w praktyce służących jedynie do przyćmienia mojego ego, rozmycia konturów pomiędzy mną a tłem, nawet jeżeli ma to być tło tak piękne, jak stare miasto w Krakowie. Od początku - nazywam się K., urodziłem się wczoraj po dziewiętnastej, i za około 20 minut zamierzam umrzeć. Oczywiście na potrzeby tej historii. Nie oznacza to bynajmniej, że aż tak się zamierzam dla was poświęcić, po prostu jedynie w tych ramach czasowych istniałem jako “K”, myślałem i chodziłem jako “K”, z “K” powstałem i w “K” się obrócę. Wierzę, że wszechrzecz jest miarą człowieka. Przejdźmy do głównego problemu - do niej. Podoba mi się ta zagrywka, odwoływanie się do niej w ramach opowieści jako po prostu ona. W języku polskim nie postawię the przed jej rzeczownikiem, a więc muszę dla niej poświęcić wszystkie inne kobiety w moich zdaniach (nawet jeżeli ma to być nawet “ta” kostka brukowa). Nie będę strasznie przedłużać, nazwać rzecz po imieniu to jest zniszczyć trzy czwarte uroku poetyckiego, nieprawda?. Jakoś tak. Brunetka, okulary lennonki, czarny sweter, trochę piegów (generyczny opis? może. generyczny romans.). Uśmiechała się tylko dolną wargą, i chyba tym uśmiechem zabrała mnie do siebie. 

      Nigdy nie uważałem się za typ romantyka. Znaczy, nigdy nie uważałem się za typ osoby mogący romantyka udawać. Flirt wychodził mi żałośnie, a zainteresowanie, nieważne jak szczere, miało w sobie coś z teatralnej przesady. Mówiąc krótko, nie byłem nigdy psem na baby. Nie będę więc zmyślał - nie mam pojęcia jak udało mi się znaleźć w tej sytuacji. Zawsze z tego powodu unikałem alkoholu, odczuwałem, że zmieniając swoją osobowość tracę część swojego jestestwa, że to nie ja staję się bardziej wygadany i pewny siebie, ale że oddaję kontroler starszemu bratu, który musi pomagać mi przejść za trudne dla mnie poziomy, że w jakiś quasi-fetyszystyczny sposób przyglądam się zabawie innego faceta, tym bardziej bolesnej do oglądania, ponieważ zdaję sobie sprawę jak niewiele mnie od niego dzieli, jak trywialne powinno być dla mnie wyjście “do ludzi”. Co mnie skłoniło do tego, żeby dzisiaj się zwrócić do starszego brata o pomoc? Nie wiem. Znowu nie wiem, paskudna narracja. No cóż, człowiek jako jedyny szuka we wszystkim logiki, i jedyny się jej wymyka. Księżyc nie kaprysi na ciągłe zmiany, a Wisła nie upija się na Kazimierzu. Możemy się bawić w psychoanalizę (może i ona nawet ma coś z mojej matki?), ale wydaje mi się to bezsensowne, uznajmy więc, że napiłem się dlatego, bo tak musiało się stać, gdybym tego nie zrobił, to leżałbym teraz w łóżku, a więc musiałem się napić żeby móc tutaj być, tyle wystarczy. Niektóre rzeczy nie wydarzają się z przyczyny, pchają one jedynie akcję do przodu, są wypadkowymi tego co było przed nimi, i tego co spowodują. Wszechświat generalnie dąży do entropii, a nam strasznie ciężko to zaakceptować, wysyłamy sondy za pas Kuipera, desperacko krzyczymy w eter Ordnung muss sein!, a wszechświat ciągle zostawia nas na wyświetlonym.

      Mógłbym próbować odegrać teraz parę z tych rozmów, które musiały się między nami odbyć, ale boję się, że postawię siebie w zbyt pozytywnym świetle. Nie będę układał dialogów dla ciekawszej, zabawniejszej, śmielszej wersji mnie, to byłoby po prostu fantazjowanie, jak przeżywanie idealnych form odbytych już rozmów przed pójściem spać, odgrywanie ich w idealny sposób, gdzie nie dość, że jestem subtelnie flirtowny, sugestywny i zabawny, to jeszcze dostaję zawsze dokładnie taką odpowiedź o jaką proszę. Nie mogę się zdecydować czy takie marzenie jest żałosne, czy jest to coś, czego powinienem się wstydzić, w końcu każdy tak przecież robi, w momencie gdy zaczyna się postrzegać interakcje międzyludzkie jak przestrzeń do odnoszenia “porażek” i “sukcesów”, to naturalne, że człowiekiem zaczyna kierować ambicja, że chce się tylko “wygrywać”. Jak na społeczną istotę, człowiek potrzebuje nabyć całkiem sporo umiejętności, które mogłyby się wydawać wrodzone. Ja, na przykład, ostatnio próbowałem nauczyć się cierpieć. Już brzmi okropnie, co? Cierpienie paradoksalnie nie jestem naturalnym stanem człowieka, może bywało kiedyś, przed pierwszymi eposami, w czasach gdzie nic jeszcze nie było symbolem, a cierpieć można było jedynie “na prawdę”. Lecz dzisiaj? Ból wrzuca człowieka w szufladkę “cierpiącego”, ramy w których trzeba niezręcznie wyginać i kurczyć nogi, schylać się i garbić, gdzie nie można już zrobić niczego, aby to nie było pretensjonalne. Cierpienie jest w domyśle infantylne, i choć artyści trąbią nam o tragizmie na prawo i lewo, nigdy nie malują oni cierpiących, malują cierpienie samo w sobie, a człowiek powinien być w tym systemie jedynie kukłą, wycenianą na podstawie tego, jak autentyczne potrafią być jej ruchy. I ja też się na tym łapię, rzucam frazy pensjonarskie i szalenie dziecinne, aż zaczynam się zastanawiać, czy nie taki jest sens wyrażania siebie. Oczywiście, jeżeli zależy nam na artyzmie, należałoby postawić na dojrzałość, ale autentyczność? Autentyczność jest prosta i infantylna, nie boi się chodzić utartymi ścieżkami, bo autentyczność nie jest romantyczna, jest światopoglądowo neutralna i nie należy do nikogo z nas, nie boi się cytować Balzaka, harlekinów, albo tekstów Beatlesów, jest duchem epoki w skali wszechświata, zeitgeistem łączącym całą cywilizację trwającą jedynie błysk w zwartą, jednolitą masę. Prawdziwe uczucia to cztery grunge’owe akordy, kartki z tyłu zeszytu, i co po niektórzy artyści o tym wiedzą, starają się to fałszywie odegrać, ale poza autentycznie cierpiącego nie jest niczym ponad kolejną pozą. Jeżeli ukochany napiszę ci sonet, to znaczy, że cię kocha, jeżeli napisze ci sto sonetów, to znaczy, że kocha sonety.

       

      Warkot przejeżdżającego samochodu wyrywa mnie z powrotem na aleję Mickiewicza. Stanąłem posłusznie przed przejściem, rzucając spoufalające spojrzenie czerwonemu ludzikowi po drugiej strony ulicy, takie, którym można obdarzyć publicznie skompromitowaną, powszechnie nielubianą osobę, aby pokazać, że tak naprawdę nie żywisz do niej żadnych złych uczuć, ale jesteś tylko częścią tłumu.

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...