Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Nikt chyba bardziej
nie potrzebuje niczego
jak właśnie ciepła
czyjegoś wzroku czyjegoś głosu
czyichś oczu czyichś ust
(i to samo nie musi być tym samym)
czyichś dłoni czyjegoś ciała
czyjegoś czegoś co tak
do końca nie wiadomo czym jest
poza tym że jest czymś najważniejszym
chociaż na takie nie wygląda.

Opublikowano

Pierwsze trzy wersy do poprawki.
"Nikt chyba bardziej" - nie wnosi do tekstu nic.
Pokazuje tylko wahania, niezdecydowanie autora.
"Skoro "chyba", to widać nie jest pewny.
Dalej to "czyichś" niedookreślone i nachalnie sie powtarzające.
Zastąpił bym to czymś innym, przepracował.

Opublikowano
Fred
Z ręką na sercu mogę Ci powiedzieć, że najwięcej pracy (nerwów, wahania) przy tym wierszu kosztowały mnie pierwsze trzy wersy, ale już nie mam wątpliwości, że powinny być takie jakie są, a nie np. takie: nikt chyba nie potrzebuje / niczego bardziej / jak właśnie ciepła. No i czy to źle, bo ja uważam że to dobrze, że takie jakie są te pierwsze trzy wersy (a więc nie tylko pierwszy wers), tyle nie wnoszą niczego, co właśnie, jak dobrze zauważyłeś i mówisz pokazują wahania, niezdecydowanie autora. Bo przecież ten wiersz zmierza od niezdecydowania do pewności, której to pewności apogeum jest w puencie wiersza. A co do słowa czyichś, to powtórzenia i odmiany tego, to więcej niż połowa uroku wiersza. Oczywiście, że to tylko ja tak uważam, że więc wcale tak nie musi być dla wszystkich.
Na koniec dziękuję Ci za rzeczową obecność pod wierszem i przepraszam, że wykorzystałem Twoje słowa w mojej, czyli wiersza obronie. Pozdrawiam.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   Klaustrofobia podziemi rosła, im bardziej puste okazywały się kolejne pomieszczenia, nagie i ascetyczne w swoich małych pokutach. Brakowało jednego przejścia, aby cały poziom tworzył jeden spójny cykl, krąg piekieł, albo aureolę na głowie kościoła przemysłu. 

        Zderzony z ostatnią ścianą, Karol odwrócił się, żeby spojrzeć na ślady butów wybite w zalegającym prochu. Nie martwiąc się o pobrudzone spodnie, usiadł na ziemi i, aby nie musieć zamykać oczu, wyłączył latarkę. Rozczarowanie. Nienasycenie. Karol był zawiedziony - nawet nie fabryką, lecz samym sobą. Ciemność trzymała go w serdecznym uścisku, ale nadal dało się wyczuć drżenia przestrzeni z każdym przejeżdżającym samochodem, a spomiędzy zawieszonej pleśni przebijał się zapach płynu do prania. Może właśnie o to chodziło? Centrum zniewolenia jesteśmy my sami, próbujemy uciekać w egzotyczne kraje lub kariery, a mimo tego i tak nie możemy nigdzie znaleźć miejsca brutalnie prawdziwego, brudnego absolutu istnienia. Człowieka chowa się czystego, a dopiero jego zadaniem jest samogwałt - wyrwanie ze swoich trzewi czegoś, czym faktycznie można by powiedzieć, że się jest (bo przecież chyba nie ,,piątoklasistą”?). Mały chłopczyk zastanowił się nad zdjęciem z siebie wszystkich ubrań (o zgrozo - ubrań ,,do szkoły”), nad pozbyciem się fetoru higieny. Nie, to nie to, to byłoby głupie - myśli chłopaka wróciły z powrotem pod ziemię.

        Strużki wody zostawiały rude ścieżki spływając powoli po ścianach. Kiedy Karol z rodzicami mieszkali jeszcze w biedzie, w nędznym domku pod miastem, całe dnie upływały mu w jego ,,bazie” - wciśniętej pomiędzy rosnące na działce drzewa a siatkę ogrodzenia. Ze wstydem wspominał do dzisiaj dzień, kiedy grupka dzieci w jego wieku, w czystych ubraniach, na kolorowych rowerach, zapuściła się w jego ulicę (co było na tyle niezwykłą rzadkością, że jest to jedyna taka sytuacja, jaką Karol pamiętał), aż spotkali go, skulonego w swojej kryjówce. Z dziecinną ochotą próbowali z nim zacząć rozmowę, lecz on, jak nieoswojony dzikus, nie był nawet w stanie spojrzeć im w oczy. Speszeni, ruszyli dalej błotnistą drogą, która prowadziła chyba tylko do jakiejś żwirowni (sam Karol nigdy nie zagłębił się w tę uliczkę dalej niż koniec jego działki), najpewniej zapominając o dziwaku już w następnej minucie. Lecz Karol pamiętał to do dzisiaj. Pamiętał, jak po długiej minucie wreszcie dotarł do niego sens sytuacji, rzucił się on wtedy biegiem przez działkę, wyskakując spomiędzy krzaków na otwarte pole, biegł przez wysoką trawę z nadzieją zobaczenia jeszcze błysku ich plecaków, lecz przywarł wreszcie policzkiem do ogrodzenia, a na uliczce panowała absolutna cisza. Karol-dzikus wyrywał się z jakiegoś rezerwatu, wracając teraz na powierzchnię świadomości chłopca, jakby między rurami piwnicznej kotłowni odnalazł komfort zapomnianej bazy. 

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...