Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Hymnem swą miłość chciałabym oddać,
Hymnem - swe uwielbienie
Dla Tatr, co na me powitanie
Włożyły tak piękne odzienie.

W suknię zieloną się wystroiły,
Grającą tysiącem odcieni,
Zdobną gałęzi świerkowych koronką,
Wśród których rosa się mieni.

Szczyty swe w chmurny woal przybrały
Zerkając wpierw przezeń nieśmiało,
Nagle błysnęły słonecznym uśmiechem
Jakby je coś radowało.

Głazy wymyte, puszysta trawa
I wycinanka paproci,
Tam jaskier żółty, tu rdest różowy,
A wszystko w słońcu się złoci.

Kosówka w górę pręży gałęzie
I chwyta w nie deszczu kropelki
Z chmury rozdartej o grań Kościelca,
Na szczęście otwór niewielki.

Głazy przepiękne – szare, różowe,
Śliskie – więc stąpam z ostrożna.
Staw Czarny dziś wysrebrzony deszczem
Że szczytów w nim ujrzeć nie można.

Powietrze Tatr pachnie jak nigdzie na
świecie
Tak świeżo, wilgotnie, świerkowo.
Uderza do głowy, wzmaga serca bicie
Że chcę wciąż tu wracać na nowo.

Granie tatrzańskie ciągle te same,
A przecież co chwila inne,
Zwykle przyjazne, łagodne w słońcu,
Śmiertelnie mogą być niegościnne.

Hymnem swą miłość chciałabym oddać,
Hymnem swe uwielbienie
Lecz brak mi na to słów odpowiednich,
Przepięknych rymów, porównań trafnych
- warsztat mój mało jest biegły.



Tę wielką miłość wyrażam zatem
Błękitnych oczu zachwytem,
Rytmem oddechu, mięśni zmęczeniem,
Gdy pnę się mozolnie ku szczytom

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   Klaustrofobia podziemi rosła, im bardziej puste okazywały się kolejne pomieszczenia, nagie i ascetyczne w swoich małych pokutach. Brakowało jednego przejścia, aby cały poziom tworzył jeden spójny cykl, krąg piekieł, albo aureolę na głowie kościoła przemysłu. 

        Zderzony z ostatnią ścianą, Karol odwrócił się, żeby spojrzeć na ślady butów wybite w zalegającym prochu. Nie martwiąc się o pobrudzone spodnie, usiadł na ziemi i, aby nie musieć zamykać oczu, wyłączył latarkę. Rozczarowanie. Nienasycenie. Karol był zawiedziony - nawet nie fabryką, lecz samym sobą. Ciemność trzymała go w serdecznym uścisku, ale nadal dało się wyczuć drżenia przestrzeni z każdym przejeżdżającym samochodem, a spomiędzy zawieszonej pleśni przebijał się zapach płynu do prania. Może właśnie o to chodziło? Centrum zniewolenia jesteśmy my sami, próbujemy uciekać w egzotyczne kraje lub kariery, a mimo tego i tak nie możemy nigdzie znaleźć miejsca brutalnie prawdziwego, brudnego absolutu istnienia. Człowieka chowa się czystego, a dopiero jego zadaniem jest samogwałt - wyrwanie ze swoich trzewi czegoś, czym faktycznie można by powiedzieć, że się jest (bo przecież chyba nie ,,piątoklasistą”?). Mały chłopczyk zastanowił się nad zdjęciem z siebie wszystkich ubrań (o zgrozo - ubrań ,,do szkoły”), nad pozbyciem się fetoru higieny. Nie, to nie to, to byłoby głupie - myśli chłopaka wróciły z powrotem pod ziemię.

        Strużki wody zostawiały rude ścieżki spływając powoli po ścianach. Kiedy Karol z rodzicami mieszkali jeszcze w biedzie, w nędznym domku pod miastem, całe dnie upływały mu w jego ,,bazie” - wciśniętej pomiędzy rosnące na działce drzewa a siatkę ogrodzenia. Ze wstydem wspominał do dzisiaj dzień, kiedy grupka dzieci w jego wieku, w czystych ubraniach, na kolorowych rowerach, zapuściła się w jego ulicę (co było na tyle niezwykłą rzadkością, że jest to jedyna taka sytuacja, jaką Karol pamiętał), aż spotkali go, skulonego w swojej kryjówce. Z dziecinną ochotą próbowali z nim zacząć rozmowę, lecz on, jak nieoswojony dzikus, nie był nawet w stanie spojrzeć im w oczy. Speszeni, ruszyli dalej błotnistą drogą, która prowadziła chyba tylko do jakiejś żwirowni (sam Karol nigdy nie zagłębił się w tę uliczkę dalej niż koniec jego działki), najpewniej zapominając o dziwaku już w następnej minucie. Lecz Karol pamiętał to do dzisiaj. Pamiętał, jak po długiej minucie wreszcie dotarł do niego sens sytuacji, rzucił się on wtedy biegiem przez działkę, wyskakując spomiędzy krzaków na otwarte pole, biegł przez wysoką trawę z nadzieją zobaczenia jeszcze błysku ich plecaków, lecz przywarł wreszcie policzkiem do ogrodzenia, a na uliczce panowała absolutna cisza. Karol-dzikus wyrywał się z jakiegoś rezerwatu, wracając teraz na powierzchnię świadomości chłopca, jakby między rurami piwnicznej kotłowni odnalazł komfort zapomnianej bazy. 

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...