Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

No pięknie !!
Moja wspaniała, śliczna, dostojna jak caryca, ruda kotka Zuzia właśnie narzygała na korytarzu przed moją sypialnią. Ciut wcześniej, w tym samym miejscu zrobiła to, co dystyngowane kotki jej pokroju bezwzględnie zwykły robić w samotności, do kuwety.

Od pięciu dni jesteśmy w domu sami.
Może zaszkodziła jej resztka boczku, który kupiwszy w poniedziałek, pierwotnie z zamiarem zużycia w formie podkładu konkretnego pod jajecznicę, a nie zrealizowawszy planu i doczekawszy się nieciekawego zapachu z tegoż kawałka Bogu ducha winnej (i całkiem mi nieznajomej) świni, włożyłem jej (Zuzi oczywiście a nie świni; tej ostatniej przecież nie karmię; a nawet gdyby, to martwa już raczej nie jada) do żółtej miseczki ?
Zrobiłem to z czystego skąpstwa a raczej być może z wrodzonej/nabytej (niepotrzebne skreślić - sam nie potrafię) niechęci do przeżywania straty. Jak już kupiłem ten boczek, to powinienem go zjeść. Jak już nie zjadłem, to szkoda mi go było wyrzucić.
Chociaż kawałek uratuję, dając Zuzi - pomyślałem, Ucieszy sie panienka, bo przepada za surowym mięsiwem.
Mały problem polegający na nieprzyjemnie rozchodzącej się woni zignorowałem, przyjmując (jasne - człowiek jest w stanie wymyślić i wmówić sobie wszystko, byle tylko nie czuć się winnym), że przecież koty mają zupełnie inne gusta kulinarne (ja na przykład nie zjadam much, pająków i wróbli złapanych w zęby na podwórku) a już na pewno zapachy to lubią osobliwe. Taktownie nie oceniłem preferencji Zuzi, bo przecież o gustach się nie dyskutuje.
Z przesłanki brzmiącej "boczek śmierdzi" - nawet minimalnie rozgarnięty osobnik rodzaju ludzkiego, który przeżył choć lat kilka na tym najlepszym ze światów (na którym mimo wszystko obecne jest zjawisko zgnilizny) wysnułby bezwzględnie logiczny wniosek - "mięso się popsuło". Następnie łańcuch skojarzeń powinien go bez zbędnych meandrów mentalnych poprowadzić przez aksjomaty typu: "skoro się zepsuło, to ma toksyny", "skoro ma toksyny, to jest szkodliwe", "skoro jest szkodliwe dla mnie, to z dużą dozą prawdopodobieństwa zaszkodzi też kotu" (to ostatnie wnioskowanie osiągamy za pomocą analogii).
Ja jednak mimo swych kilku siwych włosów i zdanego na 5 egzaminu z logiki (całkiem niedawno zresztą) wcale do takich odkrywczych wniosków nie dotarłem. Co więcej, używając luźnych (i nie bójmy się tego słowa - idiotycznych) skojarzeń z jakimiś mglistymi opowieściami, które odnalazłem (a może wykreowałem na potrzebę chwili ?) w zakamarkach mej zawodnej pamięci, o Chińczykach, którzy zakopują bażanta na kilka (naście ?) dni w ziemi, żeby go później odkopać i skruszałego zjeść ze smakiem, uznałem, że boczek również skruszał i będzie Zuźce smakował.
Jak Chińczykom nie szkodzi to jej też nie !

Co ma kotka Syberyjska wspólnego z Chińczykiem ?
Co ma bażant do kawałka świni (Bogu ducha winnej zresztą, i martwej) ?
Skąd w ogóle znam tę opowieść i czy jest prawdziwa ?
Nie wiem.
Teraz jestem mądry i zadaję sobie te pytania. Wczoraj jednak zaproponowałem po prostu Zuzi stare, nadpsute białko zwierzęce, którego sam z obrzydzenia nie mógłbym ruszyć. Uznałem, że skoro w Szanghaju mogą to i unas też (w końcu nie możemy się na siłę opierać globalizacji).
O dziwo, początkowo Zuzia była podobnego zdania i globalizację zaakceptowała bez zbędnych wątpliwości. Rzuciła się do miski i zaczęła siłowanie z posiłkiem. Boczek był wciąż twardy (może jednak za mało skruszał ?) więc konsumpcja nie była łatwa.
Teraz sobie myślę, że na apetyt futrzanego miesożercy mógł wpłynąć fakt, iż był to jej pierwszy w ciągu dnia posiłek (a mieliśmy na spóźniającym się o dwie minuty zegarze w salonie godzinę za pięć 19). Teraz sobie myślę, że jak kot nie je przez cały dzień to będzie udawał, że smakuje mu nawet kilkudniowy bażant, o przepraszam - świnia. Teraz sobie myślę...
Upewniwszy się, we własnym mniemaniu, że kici posiłek smakuje nadzwyczajnie, oddaliłem się od miejsca zdarzenia celem kontynuowania swoich prywatnych czynności, całkowicie niezwiązanych z kotami, bażantami, Chińczykami, błędnym wnioskowaniem, globalizacją i poczuciem winy (z tym ostatnim - najmniej).
Drapieżnika nocnego jakim jest moja ruda kotka prawdziwy głód dopada po północy. Nie jestem pewien ale wydaje mi się, że jest to uczucie tak wszechogarniające i niemożliwe do opanowania jak natrętna a jednocześnie nieznosząca sprzeciwu pierwsza myśl skacowanego nieszczęśnika, który właśnie otworzył oczy po krótkim śnie i na głowę wali mu się cała obecna we wszechświecie materia przyjmując formę monstrualnych liter, układających się w wołanie: P I Ć ! ! (oczywiście w innych językach cała dostępna we wszechświecie materia zmuszona jest rozłożyć się na inną ilość liter); (w tym momencie przyszło mi też do głowy, że być może Chińczycy wcale na kacu nie marzą o wodzie, jak zwykliśmy praktykować to my - Europejczycy, ale właśnie o skruszałym , kilku(nasto ?) dniowym bażancie ?; kto wie... ?).
Zuzia więc, będąc na głodzie i nie mając alternatywnej drogi zaspokojenia tegowoż, wygryzła w opisywanym wcześniej kawałku boczku całkiem niezłą dziurę.
Zobaczyłem to dopiero rano dnia następnego i (o ja nierozumny !) utwierdziłem się w przekonaniu, że martwe, zepsute świnie to jest to, o co koty lubią najbardziej !
Pewnych wątpliwości nabrałem dopiero wieczorem...
Okazało się bowiem, że mimo iż jej (wredny) pan wciąż nie umożliwił kotu zmiany menu, to boczek znajdował się w stanie nadgryzienia zadziwiająco zbieżnym z obrazem, jaki pozostał w mojej (niedoskonałej co prawda) pamięci, z dzisiejszego ranka. Krótka, błyskotliwa myśl, ze kotka, jak większość stworzeń rodzaju żeńskiego, które znam postanowiła się właśnie jedenast raz w tym tygodniu odchudzać - została przeze mnie natychmiast odrzucona. Miały na to wpływ dwa trudne do obalenia argumenty, które pojawiły się natychmiast po poprzednim błyskotliwym olśnieniu:
1. Zuzia nie jest jak moja żona (oczywiście potrafię wskazać jeszcze dużo więcej różnic ale na to nie czas teraz)
2. Boczek w żółtej misce śmierdział już naprawdę mocno (i od razu odgadłem, że to nie z powodu tego, że miska jest żółta).
Wyrzucę stare mięcho i dam jej karmę - postanowiłem. Za chwilę - dodałem do postanowienia.
Poszedłem do góry, do sypialni, żeby wspomnianą wcześniej chwilę spędzić na sprawdzaniu poczty, przy okazji czytaniu najnowszych newsów (dziś publikacja Raportu Millera), odpisywaniu na maile, czyszczeniu rejestrów Windowsa (bo przecież to irytujące, kiedy laps działa tak wolno), aktualizacji programu antywirusowego,...
Właśnie w tym momencie Zuzia energicznie i zdecydowanie zaprotestowała tuż przed moimi drzwiami w koci sposób.

Nie cierpię ekskrementów !
Naprawdę nie cierpię ekskrementów !
Mam z tym problem i być może Zuźka o tym wie. Wzmocniła siłę swojego przekazu wymiotami, po czym jak gdyby nigdy nic przyszła się połasić.
To krótkie i nieoczekiwanie dynamiczne wydarzenie wywołało w mojej głowie lawinę wnioskowań, które przedstawiłem powyżej.
Poszły za tym i czyny. Najpierw musiałem sprzątnąć to, co było "treścią" jej (kotki) wypowiedzi (a nie było to dla mnie łatwe, oj nie !), potem poszedłem pokornie na dół, wyrzuciłem kawałek biednej, Bogu ducha winnej świni do kosza na śmieci (hmm... chyba muszę wyrzucić też śmieci...), potem pojednałem się z Zuzią za pomocą dziesięciominutowego głaskania i pieszczot.
Właśnie teraz, kiedy to piszę leży zwinięta w kłębek u moich stóp.
Przeprosiny chyba przyjęte.
Czasami kot musi nauczyć człowieka rozumu.



maciejjek.blog.pl

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Berenika97 @Rafael Marius @Jacek_Suchowicz   Za mistrzem...   Fraszki to wszystko, cokolwiek myślimy, Fraszki to wszystko, cokolwiek czynimy; Nie masz na świecie żadnej pewnej rzeczy, Prózno tu człowiek ma co mieć na pieczy. Zacność, uroda, moc, pieniądze, sława, Wszytko to minie jako polna trawa; Naśmiawszy się nam i naszym porządkom, Wemkną nas w mieszek, jako czynią łątkom.    Dziękuję. 
    • nie pamiętam, kiedy to się zaczęło. czy wtedy, gdy furtka zgrzytnęła w środku nocy, jakby ktoś szukał wejścia nie na posesję, ale do mojego ciała. czy wtedy, gdy znalazłem pod wycieraczką zardzewiały gwóźdź, wygięty na końcach, gotowy wbić się w dłoń, w serce, w sen, jakby już wiedział, gdzie trafić. a może wcześniej. gdy jego córeczka biegała po ogrodzie i krzyczała do pustego powietrza: - nie ruszaj mamy. - nie ruszaj mamy. jakby ktoś stał tuż obok, dokładnie tam, gdzie nic nie powinno stać. robert był idealny. punktualny. pomocny. uśmiech miał gładki jak szkło polerowane w laboratorium cieni, tak czyste, że nie zostawiało odbicia. ale oczy… gdy w nie patrzyłem, zimno zaczynało się we mnie poruszać, powoli, jakby znało drogę. w źrenicach coś było - nie ciało, raczej miejsce po nim. głód bez kształtu, po czymś, co już zjadło swoje imię i nauczyło się patrzeć dalej. jego cień czasem nie nadążał. spóźniony o ułamek sekundy, jakby musiał się zastanowić, czy jeszcze chce za nim iść. kiedy mówił, odbicie w szybie nie otwierało ust. jakby coś z jego wnętrza słuchało osobno. pierwsze ciało we wrześniu. drugie w październiku. trzecie w grudniu, tuż przed świętami. kolejne w marcu. zawsze młotkiem. zawsze kobiety. zawsze noc. ostatnia, trzynaście lat. media pisały o „fryzjerze”. o tym, że wkładał im włosy w dłonie, jakby chciał, żeby coś jeszcze miały przy sobie po śmierci. ja wiedziałem wcześniej. widziałem go nocą z czarną torbą, spokojnego, jakby wracał z miejsca, gdzie wszystko było już załatwione. zacząłem dziennik. czasem kartki były ciepłe. jak skóra po czyimś dotyku. znały mój charakter pisma, zanim nauczyłem się go pisać. atrament pachniał metalem, zanim dotknąłem pióra. każdy krok. każdy oddech. każdy cień. śniłem o nim. za niego. czułem chłód żelaza, puls dłoni tuż przed śmiercią, serce drugiej osoby sekundę przed tym, jak świat przestaje się do niej odzywać. czasem nie wiedziałem, czy zapisuję, czy tylko pozwalam, żeby przechodziło przeze mnie. wysłałem anonim do policji. zdjęcia. cisza, która nie miała końca, tylko głębokość. potem list. w środku zdjęcie mojej córki. jej twarz - zamarznięta w półuśmiechu, jakby ktoś kazał jej nie oddychać. na odwrocie odcisk błotnistego buta. ciężki. pewny. tej nocy córka nie spała. chodziłem, zapalałem i gasiłem światła, sprawdzałem zamki, jakby dom mógł się jeszcze obronić. - tato? jej oczy patrzyły jak okna do innego czasu, takiego, który już się wydarzył, ale jeszcze nie dotarł. - tato… czy to, co patrzy przez twoje oczy, też śni? poszedłem do roberta. drzwi otwarte. on w kapciach. dziecko przy nodze. kolęda w tle. jabłka z goździkami. zapach, który powinien być bezpieczny. - potrzebujesz czegoś? zapytał. - nie. tylko… porozmawiać. uśmiechnął się. nachylił, jakby mówił nie do mnie, tylko do mojego odbicia: - trudno jest być tylko niewinnym, prawda? zamknął drzwi. zbyt cicho. zbyt dokładnie. jakby zamykał nie dom, ale proces. od tej nocy nie śpię. palę, bo dym zagłusza coś słodko-mdłego, jak gnijące jedzenie w ustach, jak obietnica, która już się psuje. czasem czuję coś obcego na dłoniach, jakby pamiętały pracę, której nie wykonałem - jeszcze. w szafie młotek. obok różowy bucik. nie od mojej córki. nie od nikogo, kogo znam. w dzienniku zapiski, które nie są moje: „nie krzyczała.” „skóra pod paznokciem.” „kolor włosów: ciemny blond. zbyt młoda.” litery są równe. spokojne. jakby pisane bez pośpiechu. pod poduszką pukiel włosów. idealny. zimny. jakby jeszcze o czymś pamiętał.   nie córki. nie wiem czyj. w nocy śniłem, że śpię. we śnie śniłem, że wstaję. obudziłem się w łazience. nóż do tapet w ręce. lustro zaparowane. ktoś narysował na nim odwróconą trójkę. znak, który wyglądał, jakby zawsze tam był, tylko czekał, aż zacznę patrzeć. coś drgnęło za mną. - tato? córka stała w drzwiach. czerwone plamy na jej palcach pulsowały, jakby nie były plamami, tylko miejscami, przez które coś oddycha. jej spojrzenie było spokojne. rozumiała więcej, niż powinna. - nie wychodź,  szepnęła. rano młotek w kieszeni. zardzewiały. ciepły. jakby oddychał wspomnieniami poprzednich nocy. trzymałem go jakby był mój od zawsze, pamięta mnie dłużej, niż ja pamiętam siebie. na ścianie nowe lustro. odbicie nie moje. przechodzę obok. moje oczy patrzą na mnie, jakby znały coś, czego ja jeszcze nie wiem. moją przyszłość. czuję już. coś we mnie patrzy przeze mnie. coś śni przez moje dłonie, przez moje ciało, przez moje dziecko. coś, co nie jest tylko innym. coś, co jest mną, zanim ja sam będę. coś, co ma więcej wspomnień z przyszłości niż ja z przeszłości.                
    • mam życiorys spisany na kolanie popruty profil z facebooka mechanizm iluzji i zaprzeczeń opancerzony wokół dendrytów mam gumę turbo i młodość za sobą   schowałem niewypowiedziane w równaniach bez reszty drobne nieścisłości zaliczone zostaną w błąd pomiaru   czarne poranki gdy nic nie trzeba chcieć czyste życie hemoglobiną wypełnia krew   podmiot nie jest dany podmiot stwarza się   patrzy na mnie kriszna w kołysce w całej osobie liczby pojedynczej tuż przed podziałem przed brakiem zanim rachunek zdań nazwie pierwszą rzecz    
    • Alana za siksą wąski sazan. Ala
    • Jem sód od ósmej   Ech, cmokam! Sód ósmakom chce   I namakam. Sód od ósmaka Mani   Sód ułud. Ós!
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...