Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Z pewnością stali bywalcy forum zauważyli, że się ostatnio rozgadałam. Zazwyczaj lakoniczna, eliptycznie skrótowa Para nagle zaczęła komentować szerzej, i... szczerzej. Nie, żebym poprzednimi laty była nieszczera, ale miałam zwyczaj niekomentowania słabiutkich wierszy, naprawdę nieudanych, źle napisanych wierszy. I okazało się, że podobnie jak ja, inni użytkownicy forum pochowali głowy w piasek. Skutek jest taki, jak widać. Poziom forum spadł widocznie, że strach! Komentarze pod kiepskimi wierszami piszą tylko ci, którym kiepścizna się podoba, więc autor zbiera jedynie pozytywne recenzje, wyciągając błędne wnioski wobec publikowanych wierszy.

Nie popieram polityki kąśliwych i ordynarnych komentarzy, jaka niestety "obowiązuje" w dziale dla zaawansowanych poetów. Jestem zwolenniczką uwag, konstruktywnych komentarzy, które wskazują usterki, pomagają piszącemu, żeby doskonalił, poprawiał samego siebie...
Sama pod okiem użytkowników tego forum doskonalę warsztat, nabieram tu doświadczenia, i jeszcze nie czuję się na siłach, aby publikować na "Zetce". Zostanę w "moim" dziale. Będę dalej cieszyć się Warsztatem, bo to wyjątkowe zjawisko. Można świeżutki wiersz wstawić "już" i sprawdzić reakcję Czytelników od razu.

Ale zrywam z metodą przemilczania kiepskich wierszy, kulawych warsztatowo, wierszy o niczym. Proszę innych użytkowników "Poezji", by się przyłączyli, bo nam umiera prawda, poziom spada na łeb, na szyję. Argument autora kiepskiego wiersza w stylu: "a innym się podoba" po prostu mnie rozkłada na łopatki. No tak, kiedy w merytorycznej ocenie wiersza jestem sama, nikt mnie nie poprze, a autor i tak nie rozumie, o czym do niego mówię... Ręce opadają.

I w tym momencie myślę, czy nie byłoby lepiej, gdyby na "starcie" utworu pojawiła się cenzura dotycząca poziomu publikacji. Cóż, wtedy nasze Forum straciłoby swoisty urok - to, czym się wyróżnia spośród innych. No tak, bo autorzy pomysłu na "wolne forum" założyli, że będziemy tu wspólnie dokonywali "selekcji"... I tylko w działaniu przy wspólnocie odpowiedzialności za tenże (poziom) jakoś dotąd trzymało się to kupy. To co? Piszmy recenzje wszystkim wierszom, nie tylko tym, które nam się nie podobają.Piszmy, że zauważyliśmy błąd. Jeśli nie umiemy zastosować profesjonalnych kryteriów w ocenie wiersza, bo jest to, przyznaję, trudna sztuka, piszmy szczerze, czy wiersz uznajemy za dobry, wystarczająco dobrze napisany... jak go odbieramy. Nie wszyscy piszący muszą znać "narzędzia analizy tekstu poetyckiego", jasne, rozumiem to. Ale na miłość... unikajmy uwag w stylu:"oj, biedna kobieta, ja bym takiego drania...". Zawsze możemy napisać w komentarzu o relacjach, jakie wiersz wytworzył, lub nie wytworzył, zatem po prostu: Przemawia czy nie przemawia.

Ufff - aż się sama dziwię własnemu zaangażowAniu!

Cieplutko,

Para:)
Nie wstydźmy się odesłać początkującego autora do lektury porządnej poezji.

  • Odpowiedzi 63
  • Dodano
  • Ostatniej odpowiedzi

Top użytkownicy w tym temacie

Opublikowano

Dobry wątek Anno, ale niestety można go porównać do polityki wyborów, jakiś procent w ogóle nie głosuje albo płytko krytykuje (chociaż w przypadku polityków, krytyka nie ma podstaw by była konstruktywnie złożona) jakiś procent głosuje bo wydaje się że to coś zmieni a jakiś procent wierzy że coś to zmieni bo uważa to za swój osobisty obowiązek / często jest tak że te słabiutkie wiersze są do całkowitego przewarsztatowania rozmontowania, wiele razy tak pisałem pod wieloma tekstami, nie pomogło a czasami wręcz przeciwnie. wszystko zależy od tego czy dany autor wytrzyma presję prawdy o jego próbie pisania czy nie wytrzyma, bo albo ktoś czuje że pisanie jest czymś w czym mógłby się odnależć i sprawdza się to wśród znających się na poezji (gustownie) trochę (warsztatowo i umiejętnie z nakreśleniem na doświadczenie) albo pisze dla efektu dla bilbordu z owłosionym zadem i pięknymi nogami albo odwrotnie. mówię tu o całkowicie konstruktywnych komentarzach albo nawet nieco zgryźliwych, to jest test, albo twierdzisz że poezja pasuje do ciebie albo twierdzisz że pasuje jako obroża na szyi ozdoba różowa wstążeczka obwieszona na czarnym garniturze tylko po to by raziła z daleka i mówiła że jest różowa wrzeszczała wręcz o tym i tylko o tym że ma taki kolor nic poza tym.

Apel oczywiście trafny tyle że do tych którzy w ogóle nie komentują albo komentują jak wspomniałaś efekciarsko i zbyt zadziornie,odpowiadając tym samym na swoje teksty, do stałych bywalców to jest raczej apel bezsilny bo to tak jakbyś pytała; hej ludzie ! macie jeszcze siłę komentować te słabe wiersze mimo że ciągle powtarzają wam autorzy ich że są super i nic w nich nie jest skomplikowanego ? tylko nie można być takim chamem albo nie widzieć wartości (jak widzieć wartość skoro jej nie ma ) tyle że sam autor upiera się że jest i w efekcie rodzi się często żałosna dyskusja. wy autorzy słabych wierszy macie na tyle jaj w spodniach żeby znosić to ? te dwa pytania słabo ze sobą już żyją w prawdzie i będą słabo żyły. ja nie uważam że piszę dobrze a siedzę tutaj już kilka lat, tyle że dojrzewam ciągle się uczę dystansu do własnych wierszy i do wierszy innych czy z tego forum czy na papierze. uczę się i będę się uczył czytać wczytywać zapisywać i układać/

geniusze literatury i w ogóle geniusz - szybko umierają
a piszący dobrze z różnej profesji zaledwie i aż
wolno dojrzewają i wcale nigdzie się nie śpieszą

walczyłem czasami z procą przeciwko armatom co nie było mądre a czasami ja teraz posiadam armatę.

ogólnie/ chciałbym jeszcze dodać coś do spostrzeżeń Anny; młodzi autorzy naprawdę młodzi, niech was nie ponosi złudna moc dekadenckich poglądów, i to wzajemnie sobie okazywanych jak Anka wspomniała. kwiatuszek do kwiatuszka i jest zwiędła plecionka w efekcie pod wierszem nic nieznaczącym. dbajcie o jakąś równowagę umysłu i przyjmujcie krytykę ale sami nie propagujcie i nie kontynuujcie polityki bezsensownych komentarzy. jeśli się wiersz nie podoba całkowicie i uważasz go za bezsensowny to równie bezsensowne nawet gorzej niż sam wiersz w Twoim odbiorze będzie jego komentowanie w sposób obraźliwy, więc lepiej się nie wysilać i nie psuć reputacji swojej i innych, jeśli się na tyle nie podoba że jednak interesuje to coś wymyśl co ma sens daj radę. uczmy się języka nawiązywać język, porozumienia a nie słownika "kurwy chuja i pierdoleń" za przeproszeniem. chociaż ten nowy słownik wielu rajcuje i tego Anka się nie zmieni.

wiersz to nie krzyk mody
to przekrzykiwanie tej mody / dla większości to jednak to pierwsze, bez zaprzeczenia/

t

Opublikowano

Biorąc pod uwagę życie na ORGu wg mnie takie apele są nierealne. Jest regulamin i wystarczy :) A każdy niech sobie odsiewa ziarna od plew - innego wyjścia nie ma. Niemniej kto ma ochotę komentować nie pod modłę TWA, to jak najbardziej. Lepiej późno niż wcale :)
Co do komentarzy - mnie trochę irytuje występujące czasem zainteresowanie komentujących osobą autora. No bo co ma przykładowo wspólnego tak weźmy "Avatarek" (pewnie z innego portalu bo tutaj takowych nie ma) do treści wersów ;)
Pozdrawiam.

Opublikowano

Nic dodać. Taka zmiana jest KONIECZNA. Pełna zgoda. Jest tylko jeden warunek dodatkowy. Ten apel jest skierowany do, (tak to wygląda) do bywalców odrobinę już otrzaskanych ze sprawą, czyli z Forum. Warto, aby autorzy- adresaci krytyki przystali na zaproponowane przez Ciebie, Anno, warunki.

Przykład służący jako podpora: próbowałam tak kilkukrotnie. Ostatnia próba miała miejsce (zerknij, proszę) pod ostatnim tekstem M. Patrioty.I cóż się okazało po moim, wydawać by się mogło rzeczowym i spokojnym, komentarzu? Otóż okazało się, że i ja i Magda Tara nie jesteśmy prawdziwymi patriotkami, że niczego nie rozumiemy itd. Hamowałam złość i bunt. Chyba udało mi się ująć w karby agresję. Jednakże efekt okazał się li i jedynie opadnięciem moich rąk w poczuciu kompletnej bezradności.

Poza takimi przypadkami rażą mnie, kto wie, czy nie bardziej, komentarze robiące wrażenie autoterapii ich autorów. Niby nie ma tam słów obraźliwych (z wyjątkami), a kapie nienajlepszymi emocjami, co świadczy jak najgorzej o tych, którzy je piszą.

Anno, obawiam się, że są to groszki o mur. Ale ... kto nie próbuje, ten nie ma. I - cytując jednego z "fachowych" komentatorów - per astera ad astra! Oby się stało. Pozdrawiam. Elka.


Dodatek: moje wierszyki są zwykłe, pisane dla zabawy, najczęściej dla żartu z samej siebie, czy przyjaciół, ale , jak mocno by ich nie krytykować, są jednak o parę stopni lepsze niźli te zamieszczane na początku pobytu na Forum. (Tak mniemam). Czyli: wszystkiego nauczyłam się od światlejszych ode mnie, miłych, rzeczowych komentatorów. Których pozdrawiam. E.

Opublikowano

Tomaszu,

bardziej chodzi mi o to, by zachęcić do komentowania słabych tekstów, bo najczęściej je po prostu mijamy. To błąd, do którego się tu przyznałam. Ty nie skomentujesz, ktoś skomentuje, że cacy... i kłamiemy! A kiepścizna się tu rozrasta i nawet ostatnio - panoszy! Musimy to zmienić. O!

Opublikowano

Podpisuję się , Anno, pod tymi słowami.

Jednocześnie chcę na szerszym forum przeprosić Popsutego za niezamierzoną niezręczność, której się chyba dopuściłam. Moje zamiary były dokładnie przeciwne. Awatar został użyty do opisu mojego skojarzenia w czasie czytania wiersza, a nie do postponowania jego Autora czy dzieła. Raz jeszcze proszę o wybaczenie Elka.

Opublikowano

Popsutku,

ależ ja zupełnie nie o tym, poza tym spójrz: Ela już przeprasza....
Nie mówię tu także o zjawisku TWA! Cenię czyjeś wiersze, czytam niemal każdy, chętnie widzę tego autora pod moimi wierszami, udzielamy sobie wzajemnie uwag. Ale przyłapałam się na tym, że kiedy trafiam na gorszy jego wiersz - nie komentuję go. Tchórzę, rozumiesz? Ty robisz podobnie. Przyznaj.

Wiem, że mamy wolność w wyborze wierszy do omówienia. Ale komentujmy także te słabiutkie. Wiem, że to nic przyjemnego, bo narażamy się na "odwet", jak to opisała Ela w przykładzie z Patriotą, który w sumie obraził koleżanki. Przykre.

Chcę powalczyć z wiatrakami? Możliwe, ale zachęcam innych. Każdy może odpowiedzieć, że "to kwestia gustu", bo jemu się podoba, co on pisze. Ale próbowałeś.

Powtórzę za Elą: Piszę tu już kilka lat, i sama widzę u siebie postępy, bo słuchałam od początku Waszych mądrych, konstruktywnych opinii. Raziły mnie i obrażały "stare sofy" Almarka, wściekałam się na kąśliwości niejednej złośliwej muchy, ale słuchałam, co mi radzą dobrze piszący. I ciągle się uczę.

Zawsze wypłynie "kwestia smaku". Jasne. Nie wytłumaczysz dziewczynie, która kupiła badziewną sukienkę, że to brzydactwo. Ona znajdzie argument: "A mnie się podoba, bo dobrze się w niej czuję", ale możesz jej pokazać katalog z dobrymi ciuszkami i wytłumaczyć, że w "takich" wyglądałaby ładniej. Może w końcu "załapie", o co chodzi.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Nie no spokojnie :) Może jestem przewrażliwiony po prostu. Ok jest Elu, przepraszam :)
Opublikowano

Elu,

bardzo Ci dziękuję, i rozumiem, że rozumiesz, o co mi chodzi ;))))))))

Szanujmy się nawzajem i szanujmy nasze Forum! I nie "odpuszczajmy sobie" komentarzy pod badziewiem, bo się boimy! Nie wolno się bać!
Jeśli pod dobrym tekstem pokaże się nieuzasadniona "odwetówka", krzywdząca wiersz krytyka, jej autor sam się kompromituje... I ma do tego prawo. A wiersz się obroni tak czy owak.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Co ja robię podobnie? Nie zgadzam się z taki sformułowaniem :) Staram się być obiektywny. Często komentuję sobie ciurkiem w tzw. serii. A często po prostu mi się nie chce. Przecież to ludzkie jest być leniwym. Ale nie słodzę :) Przynajmniej staram się. A najlepszą rzeczą jaką mi się tutaj na ORGu przytrafiło to komentarze HLectera. Treściwe, krótkie, obiektywne i fachowe - tak je postrzegam. Bardzo mi pomogły jeśli chodzi o tzw. rozwój. I wcale się tego nie wstydzę :))) Na marginesie - działu Z obecnie nie ma. No może prawie nie ma. Szkoda.
Pozdrawiam.
Opublikowano

Ja proponuję spojrzeć na problem z innej strony. Czasem bez różnicy, czy autor publikuje wiesz dobry, przeciętny, czy słaby, opinia stałych czytelników mniej więcej i tak będzie podobna, przegrywa kompetencja oceny, z czynnikiem ludzkim, co mnie wcale nie dziwi, ale jest krzywdząca. Jak na razie sprawdzonym przeze mnie sposobem na obiektywność jest umieszczenie tego samego wiersza na różnych portalach.

Opublikowano

Dawidzie,

podjąłeś kolejny temat, nie o to mi jednak chodzi! Ale masz rację. Przydałoby się "egzystować" dla porównania. Sama tak robię.
Zdarzyła mi się cudna przygoda: Eurydyka przeczytała mój tekst na innym forum, i natychmiast mnie zapytała, czy "ona" to "ja", czy ktoś mi kradnie teksty. Było mi miło, że koleżanka z Orgu pilnuje moich praw autorskich;)

Ale to był wątek poboczny. Ja - nie o tym!

Dawidzie, ja o tym, żeby pod badziewiem pisać, że "badziewie"!!! No, tylko grzeczniej ;)

Jejku, gdzie jest TARA!!!

Ona by mnie wsparła! ;)

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Anno, wiem, o co ci chodzi, podpisuję się pod ideą. Ja chciałem tylko wtrącić, bo wspomniałaś, że nie komentujecie wierszy słabych. Nie jest tak. Nie zawsze.

pozdrawiam
Opublikowano

Dawidzie,

masz rację, niektórzy "odważni" piszą prawdę, narażając się na szykany, i nikt ich nie popiera!!!
Vide - przypadek Eli i Tary zmieszanych z błotem pod kiepskimi wierszami z grafomańską pompą!

Dzięki, pozdrawiam,

Para:)

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Będę się upierał - nie ma złotego środka. Jest regulamin i tyle :)

Mi się też trafiło odbierać chamskie komentarze typu, że zacytuję: "nie wiem z jakim wysiłkiem i gdzie Cię powito...ale skoro jesteś to już trudno..." i co z tego. Ów komentator jest teraz obłaskawiany przez tzw ogół, takie mam wrażenie :) I może chwała bo jest demokracja, nie mam pojęcia i nawet nie chcę mieć.
Pozdrawiam.
Opublikowano

Jejku, gdzie jest TARA!!!


Anno!!! Odpowiadam! ::: Tara siedzi w krzakach! Przed sekundą z Nią rozmawiałam. Prosiła, aby Cię wesprzeć w całej rozciągłości i my obie zobowiązujemy się: pod badziewiem piszemy, że badziewie. Tylko...to prawda - czasem nie ma minutki, a czasem to już się nie chce, albo ręcę opadnięte są.:((( Ale trwamy. Pozdrowienia. Elka.

Opublikowano

tiutiusianie zaczęło odbijać się czkawką ?
przykre...
proponuję cofnąć się, i odtiutiusiać wszystkie swoje tiutiu
odtiutiani odtiutiają wzajemnie wszystkie swoje tiutiusie 'paragmatyczne '
i wtedy Para będzie mogła debiutować (de novo) , bez paraobciążeń
;)

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się



  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • jak różne kraje i obyczaje odmienne jak brak porównania istnieją zamki, istnieją grody i nikt nie chce całej Ziemii ... Ziemia jest wielką jabłonią wystarczy owocu wystarczy cienia
    • @andrew   To "w codzienności ciebie nie ma" - bo właśnie ta nieobecność obok obecności jest najtrudniejsza do opisania i najtrudniejsza do zniesienia. Wiersz bardzo prawdziwy.
    • Utwór inspirowany "Modelem Pickmana" H.P.Lovecrafta, "Portretem Owalnym" E.A.Poe oraz prozą poetycką w duchu gotyckiego romantyzmu i dekadencji. Po ostatnich moich naprawdę słabych tekstach, staram się nim powrócić do równowagi i poziomu artystycznego do jakiego siebie i Was przyzwyczaiłem. Najdłuższy mój tekst od bardzo dawna. Od razu przed tym przestrzegam.   "Portret Owalny" cz.1   Kariera miejskiego urzędnika  nie pociągała mnie ani trochę, więc szybko z niej zrezygnowałem, uwalniając się tym samym  od dyktatorskiej postawy i protekcji  mojego kochanego ojca  w którego wydziale miejskim  miałem okazję zdobywać doświadczenie, lecz częściej stawałem się  niesłusznie obarczaną winą  za wszelkie niepowodzenia marionetką  niż pełnoprawnym rajcą. Zrezygnowałem w grudniu, pobierając jeszcze ostatnią należną pensję i przeznaczając ją na bilet kolejowy  do pobliskiego miasteczka i pierwszy czynsz na nowym dość dobrze usytuowanym i wyposażonym mieszkaniu. Nie chciałem spędzać świąt  w rodzinnym domu. Zresztą i ojciec  nie dał poznać po sobie  by miał jeszcze ochotę  mnie kiedykolwiek oglądać. Nie zapytał o nic. Z czego będę żył? Gdzie będę mieszkał? Z kim będę spędzał czas? Szczerze to sam nie znałem odpowiedzi. Utrzymanie mieszkania kosztowało sporo. Nie miałem w miasteczku  innych krewnych ani znajomych. Nie miałem żadnego  przydatnego fachu w ręku. Zresztą osobista duma  nie pozwoliłaby mi zniżyć się do poziomu  brudnego robotnika czy górnika. Pech a może jednak szczęśliwy traf chciał, że trafiłem pod dach,  który krył ludzi  w większości mojego pokroju i pochodzenia jak również opierających  swoje przemijające rwąco życie  na przyjemnościach związanych  z zasobnością rodzinnych kont. Kamienicę naszą nazywano dżunglą. Pełna była kolorowych ptaków  tutejszego życia elit kulturalnych. Byli i odszczepieni siłą  od konserwatywnego salonu  banici poetyccy. Byli malarze tak genialnie operujący okiem wyobraźni i przestrzeni, że ich płótna zdawały się żywymi oknami, portalami pokazującymi świat  nie dostatni i widzialny dla większości, lecz ten mroczny i splugawiony wyziewami trujących plag nocnego życia. Prostytucją, porachunkami gangów, pijaństwem, opiumową gorączką, studenckim, hedonistycznym rozpasaniem, oraz eskalacją i gloryfikacją  przemocy i zepsucia. Byli też sensualni  do granic sennych marzeń rzeźbiarze. Zakochujący się romantycznie  w ideale wykutych mięśni i talii. Kamiennych lecz spragnionych czułości ust, jak i mlecznych, pełnych piersi, błagających o zbliżenie mokrego  od rozkosznej tęsknoty języka swych twórców. Wszyscy żyliśmy tam nie tu. Trwaliśmy w narkotycznej mgle umysłu. Pijackim śnie o pochwale sztuki. Jawa była koszmarem z którego budził nas dźwięk delikatnych dzwoneczków weny. Muzy pieściły nas tak długo, aż zatapialiśmy się  na długie godziny lub całe dni, w szorstkiej fakturze papieru lub nieskazitelnie dziewiczej bieli płótna. Lecz trwało to tylko chwilę. Zbyt krótko byśmy mogli zapomnieć  o zgrzytach struktury codzienności. O nauce, pracy czy rachunkach, tych uregulowanych bądź nie. Stos tych drugich  z czasem zaczął piętrzyć się  na sekretarzyku w moim gabinecie. Widmo nędzy,  stanęło przed oczyma  trzymając w kościstych dłoniach  weksle i wezwania do zapłaty. Dług gonił dług a pożyczka poganiała kolejną, Mówią, że tonący w bezdni morskiego wiru nawet brzytwy podanej się schwyci. I podał mi takową przypadek zupełny. Ogłoszenie w dzienniku porannym o treści jakże dla mnie ciekawej. Pewien malarz o jak stało w ogłoszeniu, nienagannej kulturze i ugruntowanej pozycji, szukał modeli do swoich prac a w szczególności portretów. Wypłaty gwarantował  po każdej ukończonej sesji   a ich wysokość przedstawił jako  wysoce satysfakcjonującą. Zaznaczył przeto  że nie interesuje go płeć piękna  a młodzi mężczyźni w sile witalnej, najlepiej studenci lub uczniowie liceów. Podane były dane do kontaktu listowego. Mile połechtany w czarnej godzinie próby, postanowiłem napisać do niego, składając swe gorące zainteresowanie ofertą jak i możliwością pracy z prawdziwym artystą. Pokrótce opisałem siebie  i swój wygląd zewnętrzny. Na końcu łącząc wyrazy szacunku i uznania  z prośbą o jak najrychlejszą odpowiedź. I ta przyszła już tydzień później  o dziwo dostarczona przez  chłopca na posyłki  w samym środku nocy. W krótkim liściku  zapisanym pięknym, równym pismem, malarz zapraszał mnie  wieczorem dnia najbliższego  na spotkanie i zarazem pierwszą sesję, na pobliski cmentarz  u zbiegu ulic Traverse i Elm. Miejsce wydało mi się nie tyle podejrzane  co bezmiar dziwne i abstrakcyjne, lecz proszono mnie w liściku o natychmiastowe potwierdzenie przybycia. Napisałem więc kilka słów zapewnienia  o moim pojawieniu się  o godzinie ósmej wieczorem  pod bramą nekropolii. Włożyłem liścik wraz z pięciopensówką  na powrót w dłoń chłopca  a ten pobiegł jak wicher  w opustoszałe i ciche ulice miasteczka. Przez cały dzień padał rzęsisty deszcz, który po zachodzie słońca przemienił się  w duże i mokre płatki, lepkiego śniegu. Leżał wszędzie. Na parkowych alejach,  wybrukowanych ulicach, w nieczynnej, miejskiej fontannie  u stóp ratusza a także pokrył zimnym płaszczem  grobowce nekropolii. Zjawiłem się punktualnie  jak na dżentelmena przystało. Na spotkanie pierwej nie wychynął mi nikt. Brama cmentarna była zamknięta  na dwie solidne, mosiężne kłódki. Ciężko byłoby ją ruszyć z miejsca  a przeskok przez nią  powodował ryzyko upadku  z dość wysoka lub nabicie członków ciała na ostre okucia, sterczące jak kły z paszczy bramy. Postanowiłem spokojnie zaczekać. Mrok rozjaśniony poświatą świeżego śniegu, nie zasłaniał w pełni  elementów miejscowego krajobrazu. Przede mną rozciągał się piękny  acz zapomniany lekko cmentarz. Aleje nie były brukowane. Krzywe i wyboiste  prowadziły do wiecznych domów zmarłych. Większość nagrobków opierało się jeszcze potędze bezdusznego czasu. Wyglądały spod ziemi ciekawie, niczym główki ghouli. Od większych grobowców, wionęło dojmującą ciszą, pustką  i tym specyficznym, namacalnym odruchem grozy, lepkim i zimnym przepływem  nieprzyjemnego prądu po grzbiecie. Broniły one skutecznie  spokoju swych mieszkańców. Żałobne anioły z marmuru  marzły na swych pokaźnych cokołach. Ślepym wzrokiem wiodły smutno  po zapuszczonym terenie. Czasami zaskrzypiał stary, dębowy krzyż. To znów wyczulony przez ciszę,  głuchej przestrzeni wokół słuch, wyłapał gdzieś w głębi cmentarza, krótki jęk, stęknięcie czy wycie i skomlenie. To wiatr płacze w koronach wiązów. A może bezdomni pijacy  dogorywają gdzieś w upodlonym upojeniu, wpadając nieuważnie  do otwartych powtórnie starych mogił. Obejmują ich ciała, kości i resztki zbutwiałych trumien. Zasypuje ich rozkopana wcześniej ziemia, odmawiając im rozgrzeszenia win  lecz zapewniając wieczny odpoczynek. Wzdrygnąłem się ze strachu. Z zamyślenia wyrwało mnie nagłe połaskotanie z okolicach łydek. To tylko rudo-biały kot trzymający zamęczonego szczura w pyszczku, chciał najpewniej  pochwalić się swą zdobyczą. Serce waliło mi jak oszalałe a kot niezrażony swym zachowaniem, skoczył gdzieś  do podpiwniczenia wieży ciśnień,  która jak góra wyrastała za moimi plecami. Ledwie ochłonąłem  a posłyszałem szybkie kroki, tym razem z pewnością ludzkie. Gdzieś ze środka cmentarnego muru  nagle wychynęła ludzka, dziecięca postać. Był to chłopiec  który przyniósł mi wiadomość od malarza. Był lekko zdyszany, czerwony na buzi ale szczęśliwy  widząc mnie w umówionym miejscu. Zdjął kaszkiet, ukłonił się  i skruszonym głosem powiedział. Przepraszam pana  z całego serca za spóźnienie  to wszystko przez tą pogodę. Cmentarz jest wyjątkowo  niebezpiecznym miejscem  przy takim śnieżnym maskowaniu. Jeden nieuważny krok i można złamać nogę lub skręcić kark wpadając komuś do grobu  z zupełnie niezapowiedzianą wizytą. Ale my na szczęście się umawialiśmy. Musi pan wybaczyć również panu Wildowi. Nie pokazuje się osobiście. Nie opuszcza już cmentarza i swej pracowni. Poważnie zachorował kilka lat temu. Choroba wykluczyła go zupełnie  ze współżycia społecznego… no może jednak nie zupełnie. Sprzedaje przecież obrazy do galerii sztuki, kontaktuje się listownie z innymi wielkimi malarzami i artystami. Poszukuję też coraz to nowych modeli  do swych dzieł i dlatego pan tutaj przybył. Zapraszam za mną. Pan Wild oczekuję w centrum nekropolii. Mur jest dziurawy w tym miejscu. Wystarczy że delikatnie się pan pochyli  i przejdzie bez problemu. Znam tutaj każdą szczelinę, dziurę i ścieżkę. Będę omijał najgorsze z nich. A gdy to nie wystarczy. Będę ostrzegał zawczasu.   Cóż innego przyszło mi czynić. Pochyliłem się przy rzeczonej dziurzę  i wszedłem za chłopcem na teren cmentarza. Od razu poczułem, jakbym cofnął się w czasie o cały wiek lub nawet dwa. Wszędzie panowała dostojna cisza. Wiatr ucichł w konarach  a wszelkie chrobotania, szelesty i pomruki, zamarły zgaszone tchnieniem  nocnego mrozu. Kobierzec dawno nie podcinanych traw, przybitych teraz ciężarem śniegu do podłoża był śliski i zdradliwy. Nocne harce pobudzonej wyobraźni, nadawały pomnikom czy ławkom, kształty i przeznaczenia  zbyt fantazyjne z oddali, by nie być zdziwionym  ich codziennej, powszedniej roli, będąc bezpośrednio w ich zasięgu. Chłopiec nie prowadził mnie  utartym szlakiem alejek. Kluczył pobocznymi sektorami, najwcześniej pochowanych  tu nieszczęśników. Widziałem spękane i starte płyty nagrobne, ozłocone, zaśniedziałymi literami. Zapadłe pomniki. Stare o wyblakłych, przytępionych rysach  i anonimowych twarzach. Opierające się grawitacji. Skrzywione i zgarbione  od skruszałych dawno elementów i rogów. Były i mogiły zdać by się mogło bezdenne. O barwie niebytu. W kolorze śmierci. O odcieniu wiecznej żałoby. Wyobraźnia plotła mi figle, bo wydawało mi się nieraz, że z takowych mogił wychynęły, pokryte liszajem i zgnilizną palce dłoni. To znów błysnęło lękliwie rubinową barwą, oko lub dwoje oczu. Ledwie kilka metrów od nas, przewrócił się mosiężny krzyż. Wpadł w szczelinę pomiędzy dwa zapomniane od lat groby. Dam głowę, że zaraz potem usłyszałem  w tym miejscu krótki, szczekliwy śmiech  a po nim odgłos ciągnięcia czegoś ciężkiego w głąb mroku nekropolii. Przechodziliśmy obok  dawnej cmentarnej kaplicy. Była kamienno, ceglaną wydmuszką. Spłonęła w czasach  gdy byłem malutkim dzieckiem. Próbowano ją odbudować  i gdy pracę miały się już ku końcowi, piekielny los zesłał burzę, której piorun dopełnił dzieła zniszczenia. Teraz mówi się, że jedynie diabły mieszkają na jej spalonych węgłach. Za kaplicą, osaczony przez  grożące zawaleniem grobowce, stał malutki domek  a raczej dawna szopa mieszkalna  tutejszego grabarza. Absolutnym absurdem i wstrząsem było to, że dawniej w czasach użyteczności budynku, miał on swój osobisty ogródek  i maleńki zalążek sadu. Dziś plonem ziemi cmentarnej  były jedynie wysuszone chaszcze, wyrośnięte gęsto chwasty i mlecze oraz trujące więzy bluszczu. Budynek miał jedno niewielkie okienko. Porysowane i zaklejone brudem. Lecz to w nim dostrzec można było wreszcie, jedyny niezaprzeczalny ślad życia. Ogień lampy lub świecy, tańczący wesoło w głębi pomieszczenia. Chłopiec podprowadził mnie bliżej budynku. Musi pan wiedzieć jeszcze o jednej rzeczy. Pan Wild nie mówi. Choroba zabrała mu nawet tą cząstkę  niezaprzeczalnego człowieczeństwa. Ale zapewniam, że z jego umysłem jest wszystko w jak najlepszym porządku. Komunikuję się prostymi gestami lub listami  takimi jaki otrzymał pan poprzedniej nocy. Pan Wild oczekuję. Proszę wejść bez strachu. Ja muszę się niestety pożegnać. Do widzenia panu. Zgiął narożnik kaszkietu w pożegnaniu  i odszedł szybko tą samą drogą, którą mnie prowadził.     Zostałem sam na sam z nieznanym. Pośrodku zapuszczonego cmentarza. W centrum jego trupio-gnilnej estetyki. Miałem spotkać wielkiego acz schorowanego a kto wie, może i obłąkanego artystę. Jego dom, jeśli można by podnieść  do takiej infrastrukturalnej formy  ten rozpadający się na oczach przybytek. Przerażał i nęcił jednako. Przypominał mi trochę dziecięce wizualizację, baśniowych opowieści o domach wiedźm, którymi mama straszyła mnie przed snem. A może po prostu nie ma się czego bać. Pora jest nieodpowiednia. Miejsce ekscentryczne  i introwertyczne do głębi. Ale przecież za drzwiami, może kryć się  najnormalniejszy dom artysty. Pracownia, pełna sztalug, rolek płótna, zapachu farby i naturalnych barwników. Pełna gotowych prac, wiszących na ścianach  i odstawionych na trójnogach. Gotowych do wyjścia w świat. Do prywatnych kolekcji i galerii. Przyjaciół artysty i krytyków sztuki. Wild jest portrecistą. Maluję najpewniej tylko na zamówienie. Portret jest odbiciem modelu. Nie ma tu miejsca na własny sznyt i fantazję, trzeba oddać jedynie jak najgłębszy realizm. Każdy szczegół, zmarszczkę, bliznę. Skupiony w jednym punkcie wzrok. Powagę biologicznej doskonałości  istoty ludzkiej. Nie wolno bawić się formą, barwą, stylem  czy nadinterpretacją. Dodawać od siebie i ujmować. Nie ma miejsca na lekki nawet uśmiech, ale i na sadystyczny tragizm czy makabrę. Stukając do drzwi miałem nadzieję i miałem nadzieję, że nie zostanie mi ona brutalnie odebrana. Nie spodziewając się odpowiedzi gospodarza po tym czego się dowiedziałem, wszedłem pewnie do środka.     Pierwsze co poczułem  to uderzające i dziwnie otulające  kojącym całunem ciepło. W izbie brakowało tlenu. Panował parny zaduch  o woni silnie słodkiej i mdlącej. Podświadomie wciągnąłem przez usta  haust powietrza i dłuższą chwilę  nie miałem ochoty  wypuszczać go ze swego wnętrza. W powietrzu unosił się również zapach starego, wilgotnego drewna i lakieru. Drobinki kurzu, wzbite nagłym ruchem drzwi, osiadały teraz na powrót na znajome elementy pomieszczenia. Szopa miała oczywiście  tylko jedną niewielką izbę. Świece ustawione niedaleko okna  dawały jednak wystarczającą ilość światła by nie mówić o mrocznej atmosferze domu. W centrum izby stał długi heblowany stół z dwoma zydlami u krótszych boków. Ściany były krzywe i odarte. Na nich jak się wcześniej domyślałem, wisiały prace Wilda. Te portrety były nie tyle  przerażające i wstrząsające  co idealnie zlewały się z otoczeniem  nie domu jednak a samej nekropolii. Wild portretował nie tylko żywych  ale i umarłych. I trzeba mu to przyznać na jego płótnach  wracali do sił i życia. Byli tam trędowaci i Ci co zmarli  na szkarlatynę lub ospę. Były ofiary wypadków, pożarów i utonięć. Byli wisielcy i Ci którzy postanowili  zrobić sobie w głowie otwór  od kuli rewolweru. Ofiary pobić i porachunków. Tylko mężczyźni w sile wieku. Wszyscy martwo wpatrzeni w przestrzeń. W Wilda, który dał im drugie życie. Pomyślałem, że nie jest to galeria śmierci  a bluźnierczego odrodzenia. A potem uderzyło mnie jeszcze coś. Skąd Wild brał te  trupie rekwizyty do swoich prac? Czy przypadkiem tak duża liczba pustych mogił nie jest udziałem jego fascynacji? Czy cmentarz nie zapewniał mu, nieograniczonego wręcz przypływu weny? Wykopywał ciała  i wskrzeszał je dzięki obrazom. Chciałbym nazwać go szaleńcem, lecz pewnie wolałby  żeby określać go geniuszem, którym mimo wszystko był.     Wild stał obok stołu,  zwrócony do mnie prawym profilem. Nie odwrócił się ku mnie zupełnie, nawet na myśl o tym, że mógłbym teraz ujrzeć jego twarz  przeszedł mnie dreszcz. Był delikatnie niższy ode mnie, szczupły i ograniczony ruchowo, zapewne przez postępującą chorobę. Jedynie tyle byłem w stanie stwierdzić ponieważ Wild przywdział  jakiś dziwny fason  jednoczęściowego płaszcza,  który przypominał z początku zakonny habit. Czarny kaptur zarzucony był głęboko. Na tyle by zupełnie ukryć twarz  a spotęgować uczucie panicznego lęku. Nie byłem w stanie przywitać się z nim  w sposób zupełnie naturalny. Po prostu zamarłem na linii progu. Pomyślałem, że chyba każdy kto tutaj wchodzi staje się niemy. Wild poruszył prawą ręką i wskazał palcem na pozostawioną na stole kartkę. Zrozumiałem. Sięgnąłem po nią  i przeczytałem krótką notatkę.   Cieszę się, że możemy się  spotkać Panie Scholl  i mam nadzieję że dotarł Pan do mnie  bez żadnych niepotrzebnych opóźnień  ani problemów. Ma Pan z pewnością całą masę pytań, lecz jeśli zgodzi się Pan, chciałbym jak najszybciej skorzystać  z naszej umowy i rozpocząć pracę. Najlepiej maluję mi się nocą  i nie chcę marnować nawet sekundy  z i Pana cennej doby. Jeśli się Pan zgadza,  proszę przejść na przygotowane  dla Pana krzesło  naprzeciw gotowego płótna  a ja pokieruję gestami, jak powinien się Pan ustawić i pozować. Oczywiście moja gościnność  i zasobność domu  jest do pańskiej wyłącznej dyspozycji. Jeśli tylko poczuję Pan znużenie sesją, proszę mówić a zrobimy przerwę. Mam nadzieję, że mimo pory  i dość obskurnego otoczenia  będzie się Pan czuł swobodnie.. aha tak zapomniałbym…  sesja jest płatna z góry. Pieniądze przygotowałem obok tej notatki. Jeśli ta kwota nie wystarczy, proszę powiedzieć a ureguluję  brakującą część po sesji nad ranem. Jeszcze raz serdecznie Pana witam. Oddany  Victor Wild.     I faktycznie obok notatki  spoczywała biała, zalakowana koperta. Otworzyłem ją na oczach Wilda  i zerknąłem do wewnątrz. Spoczywała tam mała fortuna. Przynajmniej jak na moje potrzeby  i spłatę wszystkich zobowiązań. Nie zastanawiając się już dłużej, przeszedłem w głąb izby  i usiadłem na trochę zbyt sztywnym krześle. Podświadomie wyczułem uśmiech Wilda  pod osłoną kaptura. Za takie pieniądze jednak, mógłbym spędzić tu z nim resztę swego życia.  
    • @Somnia   Niesamowicie gęsty, oniryczny klimat. Pięknie ujęta tęsknota za kimś, kto jest blisko, a jednocześnie pozostaje nieosiągalny. Zaintrygowało mnie to, jak oswojona jest tu ciemność. Zazwyczaj budzi lęk, a u Ciebie staje się schronieniem i przestrzenią do spotkania z samym sobą.
    • Raz pewien byk gdzieś w dolinie Baryczy zbijał bąki, a bąk w trawie się byczył. Byk na bąku siadł, do Baryczy wpadł, no i teraz już w Baryczy byk ryczy.  
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...