Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

wkładałam dzień do toreb zbierających barwy
na oddychających krużgankach czarnymi wiklinami
słowa przykładały bodźce na języku do śmiejących luster
czas z nosa kichał wiosną czekając na chusteczki

nad jeziorami słońce w ustach uszczelniało brzegi
wpasowywało je w krawędzie swego podniebienia
wkładając do ust czekał aż zagłaska przypływ
że całkiem wyschnie liżąc mu zmęczone stopy

otwierał okna w oczach
wietrzył dym po paleniskach rozniecanych w łóżkach
wczoraj palił niebo na fajkach konarów

poszukując znamion roztrzaskanych słów
przewieszałam oczy na zamglonych liściach
pozostawiających napisy odciśnięte w stawach październików
tuliłam się do trawy każde źdźbło składając w inną samogłoskę
słowa kładą odciski piśmiennictwem równin
z żółtymi wyżynami które przychodziły
obalać cykl jesiennych praktyk jaskiniowych

odciski słów unoszą pismo chmur na stawach bladych październików

Opublikowano

Wyprzedzając drogich czytelników wspomnę, że co do tego wiersza mam mieszane uczucia, więc czekam na jak najwięcej opinii i komentarzy. Wiersz się pisał krótko i jest z dzisiejszego dnia. Mam wahania czy nie za szybko, choć moją cechą jest pośpiech przez który i tutaj w pisaniu bardzo wiele tracę. Niestety, takich przyzwyczajeń ciężko jest się wyzbyć. Wrzucę też go do warsztatu. pozdro :)

Opublikowano

Jeśli autor musi bronić swojego wiersza nim ktoś w ogóle go skrytykuje to taki wiersz nie godzien jest krytyki. Jednak mimo to przeczytałem i z czystym sumieniem mogę powiedzieć że powyższe rzeczywiście jest prawdziwe i wiersz jest po prostu zbitką słów które zdają się do siebie pasować semantycznie ale nie rytmicznie i metrycznie. Zupełny bałagan i chaos. Nie śmiałbym powiedzieć że da się to naprawić. Jak dogorywającemu zwierzu trzeba wystrzelić litościwy nabój celując w głowę.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   Klaustrofobia podziemi rosła, im bardziej puste okazywały się kolejne pomieszczenia, nagie i ascetyczne w swoich małych pokutach. Brakowało jednego przejścia, aby cały poziom tworzył jeden spójny cykl, krąg piekieł, albo aureolę na głowie kościoła przemysłu. 

        Zderzony z ostatnią ścianą, Karol odwrócił się, żeby spojrzeć na ślady butów wybite w zalegającym prochu. Nie martwiąc się o pobrudzone spodnie, usiadł na ziemi i, aby nie musieć zamykać oczu, wyłączył latarkę. Rozczarowanie. Nienasycenie. Karol był zawiedziony - nawet nie fabryką, lecz samym sobą. Ciemność trzymała go w serdecznym uścisku, ale nadal dało się wyczuć drżenia przestrzeni z każdym przejeżdżającym samochodem, a spomiędzy zawieszonej pleśni przebijał się zapach płynu do prania. Może właśnie o to chodziło? Centrum zniewolenia jesteśmy my sami, próbujemy uciekać w egzotyczne kraje lub kariery, a mimo tego i tak nie możemy nigdzie znaleźć miejsca brutalnie prawdziwego, brudnego absolutu istnienia. Człowieka chowa się czystego, a dopiero jego zadaniem jest samogwałt - wyrwanie ze swoich trzewi czegoś, czym faktycznie można by powiedzieć, że się jest (bo przecież chyba nie ,,piątoklasistą”?). Mały chłopczyk zastanowił się nad zdjęciem z siebie wszystkich ubrań (o zgrozo - ubrań ,,do szkoły”), nad pozbyciem się fetoru higieny. Nie, to nie to, to byłoby głupie - myśli chłopaka wróciły z powrotem pod ziemię.

        Strużki wody zostawiały rude ścieżki spływając powoli po ścianach. Kiedy Karol z rodzicami mieszkali jeszcze w biedzie, w nędznym domku pod miastem, całe dnie upływały mu w jego ,,bazie” - wciśniętej pomiędzy rosnące na działce drzewa a siatkę ogrodzenia. Ze wstydem wspominał do dzisiaj dzień, kiedy grupka dzieci w jego wieku, w czystych ubraniach, na kolorowych rowerach, zapuściła się w jego ulicę (co było na tyle niezwykłą rzadkością, że jest to jedyna taka sytuacja, jaką Karol pamiętał), aż spotkali go, skulonego w swojej kryjówce. Z dziecinną ochotą próbowali z nim zacząć rozmowę, lecz on, jak nieoswojony dzikus, nie był nawet w stanie spojrzeć im w oczy. Speszeni, ruszyli dalej błotnistą drogą, która prowadziła chyba tylko do jakiejś żwirowni (sam Karol nigdy nie zagłębił się w tę uliczkę dalej niż koniec jego działki), najpewniej zapominając o dziwaku już w następnej minucie. Lecz Karol pamiętał to do dzisiaj. Pamiętał, jak po długiej minucie wreszcie dotarł do niego sens sytuacji, rzucił się on wtedy biegiem przez działkę, wyskakując spomiędzy krzaków na otwarte pole, biegł przez wysoką trawę z nadzieją zobaczenia jeszcze błysku ich plecaków, lecz przywarł wreszcie policzkiem do ogrodzenia, a na uliczce panowała absolutna cisza. Karol-dzikus wyrywał się z jakiegoś rezerwatu, wracając teraz na powierzchnię świadomości chłopca, jakby między rurami piwnicznej kotłowni odnalazł komfort zapomnianej bazy. 

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...