Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Mężczyzna znieruchomiał, upajając się doskonałą ciszą.
’’ No i co mi teraz powiesz? Nic? Któż by pomyślał, żeś taka milcząca? Wygięłaś usta i przyglądasz mi się pustym wzrokiem. Dlaczego nic nie mówisz? Wyczerpały ci się argumenty? Gdzie twoje obelgi? Gdzie kpiący syk, żrący mózg aż do samej podstawy?
Krzyczałaś wściekle, że jestem zerem – a kim ty teraz jesteś? Myślisz, że nie wiedziałem o twoich zdradach? Jak śmiejesz się za moimi plecami, jaki ze mnie frajer?
Patrzę ze wstrętem na ciebie. Nie mogę znieść zdziwienia, malującego się na twarzy, która kiedyś była dla mnie cudem. Starannie wypielęgnowane dłonie z bladoróżowymi, doskonałymi paznokciami, rozrzuciłaś niedbale na boki. Wiedziałaś, że nie lubiłem tego koloru, dlatego ostatnio tak często go używałaś.
Jak to mi przed chwilą powiedziałaś? Że w życiu nie spotkałaś takiego psychola i że mam dziwne ciągotki do samodestrukcji i popadania w skrajności?
Naprawdę cię kochałem. Myślałem, że było warto, myślałem, że będzie to trwało w nieskończoność. Nie tak, jak te wszystkie lale, które były przed tobą. Pokazałaś mi autentyczne szczęście, przy tobie starałem się zmieniać na lepsze, dawać coś od siebie. Poczułem, że życie ma sens.
Nie powinnaś była mnie ranić. Nie powinnaś była ze mną igrać. Rany zadane mężczyźnie przez kobietę pieką żywym ogniem. Mój ból był spotęgowany, bo cię kochałem. Tamte nic nie znaczyły, ale zawsze każda z nich musiała zrobić coś głupiego, po czym cierpiałem.
Ofiarowałem ci wszystko, a ty to przyjęłaś. Później to zdeptałaś i kopnęłaś w przepaść.
To tak, jakbyś rozpruła moje wnętrze i wyrwała duszę.
Wkurza mnie twoje milczenie. Chwilę temu dałbym za nie wiele – teraz jest denerwujące. Śmiesznie wyglądasz bez tego trzaskania dziobem.
Jest tak cicho, jak przed jakimś kataklizmem. ’’


***

- No i jak sobie to teraz wyobrażasz?
Miętosił w ręku niebieską ściereczkę z mikrofibry, którą ścierał kurz zaległy na meblach w dużym, starannie urządzonym salonie.
- Nie wiem – odrzekł.
- Och – żachnęła się – nie mogę już na ciebie patrzeć! Jesteś dla mnie nikim! Słyszysz?! Nikim!!!
Skulił się w sobie. Przyjmował te słowne razy coraz ciężej. Bolały bardziej, niż średniowieczne tortury Inkwizycji.
Ona stała w rozkroku, z zaciśniętymi pięściami. Jasnopurpurowe powieki trzepotały nerwowo. Gromy brązowego spojrzenia, ciskane w jego kierunku, wysysały chęć życia. Proste, długie, czarne włosy zdawały się falować w przepełnionym napięciem powietrzu. Wyglądała jak Meduza, z wężami wijącymi się na głowie. Piękna twarz, z cudownymi dołeczkami na policzkach, zamieniła się w czerwoną z wściekłości maskę. Małe, ale jędrne piersi, unosiły się szybko pod obcisłą, białą bluzeczką.
- Jeżeli miałbyś choć odrobinę godności, to byś się stąd wyniósł!
- Ale przecież… - starał się jakoś bronić – to mój dom… To przecież ty się do niego wprowadziłaś.
- Jeszcze zobaczymy! – rzuciła cynicznie – Mój adwokat puści cię z torbami, tyyy…. tyyy beznadziejo – syknęła.
Odwrócił się powoli i automatycznie wrócił do wycieranie zakurzonych miejsc. Zacisnął zęby. Starał się znaleźć w sobie jakieś nieodkryte jeszcze pokłady łagodności, niespodziewane, małe terytoria spokoju. Nawilżoną szmatką przejechał po złotożółtej ramie kopii ’’ Sądu Ostatecznego ’’. Ilekroć na niego spoglądał, zastanawiał się, czy rzeczywiście to Hans Memling był jego autorem. Tryptyk był fascynujący. Ileż to już razy patrzył jak zahipnotyzowany na rozwrzeszczanych, przerażonych ludzi, których święty Michał Archanioł wysyłał wprost w skwierczące jęzory Piekła. Zachwycał się czartem o motylich skrzydłach i puklerzem świętego Michała, od którego odbijały się postacie powstające z grobów.
Coś zaczynało się z nim dziać, czego nie pojmował i czego wcześniej nigdy świadomie nie doświadczał. Jakby ktoś położył mu na głowie kilkutonowy, kamienny blok. Zaczynał tracić rytm wdychanego powietrza. Serce przyśpieszyło niepokojący łomot, pobudzając krew do szybszego krążenia. Starał się zapanować nad coraz większym drżeniem rąk, jednak nie było to łatwe.
- Nie odwracaj się, kiedy do ciebie mówię! – jeszcze bardziej podniosła głos – Słyszysz?!
Nie odwrócił się, w dalszy ciągu wycierając kurz na ramie, jakby to ona stała się nagle ważniejsza od obrazu. Rzucił tylko łamiącym się głosem przez ramię:
- Uspokój się.
Przeniósł wreszcie ściereczkę na trzy katany umieszczone na hebanowych, wypolerowanych podstawach, z czego dwie były chińskimi podróbami, natomiast trzecia, umieszczona pomiędzy falsyfikatami, była autentyczną japońską kataną, ręcznie wykutą i wyszlifowaną u mistrza tej sztuki w Kioto. Odkryte ostrza błyszczały chłodem, jak gwiazdy na firmamencie, przypominając o swojej wielkiej mocy.
- Jestem spokojna! – krzyczała kobieta – Jestem bardzo spokojna! A ty co? – podparła rękoma biodra – Zostaw już tę cholerną ścierę! Zostaw to i spójrz na mnie!
Mężczyzna ujął japoński miecz ostrożnie w obie ręce. Mistycyzm – to było dobre słowo wobec doznań, które nim zawładnęły, kiedy trzymał broń. Dziwne, że wcześniej jakoś nie miał czasu dostrzec i poczuć mocy, która z niej emanowała. ’’ Dusza jakiego samuraja się w niej kryje? Czy był okrutny? Wspaniałomyślny? Czy był zdolny do miłości, jak ja? Przecież wystarczy jedno małe cięcie, nieduże, ciche i zabójczo skuteczne, żeby… żeby… ’’ - zacisnął pięść na szerokiej rękojeści.
Odłożył szybko miecz na miejsce i odwrócił się do kobiety, która kiedyś była całym jego światem.
- Posłuchaj – przerwał kakofonię wrzasków. – Wiem o tym, jak się gziłaś na tych wszystkich wyjazdach integracyjnych. Myślisz, że zachowałabyś to w tajemnicy aż do skończenia świata? Co chciałaś osiągnąć, czego doznać? Orgazmy dawałem ci zawsze, ot tak – na pstryknięcie ręki. Kiedy tylko chciałaś i miałaś ochotę.
- Ty głupi debilu – wycedziła ze wstrętem. – Niczego mi nie dałeś! Niczego! Co ty chciałeś tym swoim… ptaszkiem zdziałać? Zadziobać mnie na śmierć? I nie o orgazmy mi chodziło, tylko o to, żebyś okazał mi jakiś szacunek, żebyś mi dał odrobinę ciepła! Czy to było aż tak dużo? Przyjść, przytulić, dodać otuchy? Nie! Słyszysz?! Nie! Mam już tego dość! Nie zostanę z tobą ani chwili dłużej! Ty… psycholu! Czasem się ciebie autentycznie bałam, wiedziałeś o tym? Te twoje niewytłumaczalne zachowania, samodestrukcyjne i wyrwane z kontekstu, te popadania w nagłe skrajności… - na chwilę przerwała, łapiąc szybko powietrze. – Nie myślałam, że to kiedyś powiem, ale jesteś dla mnie zerem!
Patrzył na nią, tracąc powoli znaną rzeczywistość. To, co mówiła do niego, wyciszało się coraz bardziej, aż widział już tylko śmiesznie poruszające się usta, bez żadnych zbędnych tonacji. Przypominała mu teraz ogromną, czerwoną krewetkę głębokomorską, która macha bezładnie kończynami i wybałusza oczy.
Poczuł rozrywający ból w głowie, jakby ktoś rozszczepił mu czaszkę i babrał się w jego mózgu. W uszach wibrował wysoki pisk, coraz wyraźniejszy i głośniejszy, który pojawił się wraz z echem dziwnych, upiornych półszeptów. Organizm zaczął wpadać w nerwowe drgania. Zalała go zrazu fala gniewu, później nieopisanego podniecenia. Ze zdziwieniem obserwował, jak jego ciało szybko się odwraca i jak niecierpliwe ręce łapią za rękojeść z rekiniej skóry. Słyszał dokładnie cichy świst klingi, która przecięła powietrze i jeszcze skórę tej kobiety-krewetki. Na moment jej oczy zrobiły się większe i wypełzło z nich bezbrzeżne zdziwienie.
Miecz rozbłysnął jak piorun. Z rozciętego brzucha chlusnęły czerwone flaki, jak z wiadra pomyj, wylewanych do ścieków w ubojni. Na zabryzganej, dębowej podłodze zalśniła sterta poplątanych wnętrzności.
Zamilkła nareszcie, przestała poruszać ustami. Próbowała odruchowo złapać się za rozerżnięty brzuch, ale wcześniej runęła w tył, wpadając jeszcze przez chwilę w gwałtowny dygot. Później znieruchomiała.
Cisza szczelnie wypełniła salon. Jedynym odgłosem były krople krwi, które skapywały na podłogę z opuszczonego ostrza.
Przez chwilę zdawało się, że Jezus z obrazu patrzy niepomiernie zdziwiony na to, co się stało.

***

Mężczyzna otworzył drzwi do piwnicy. Poczuł muśnięcie chłodnego, kwaśnego powietrza. Zapalił wątłe światło i zaczął ostrożnie schodzić po metalowych schodach, ciągnąc za sobą ciało kobiety. Ręka, za którą ją trzymał, była jeszcze ciepła. Ciało włożył do dużego, niebieskiego worka, żeby nie rozsmarowywać jej krwi po całym domu. Przerażający pakunek głucho odbijał się od stopni, dopóki nie znaleźli się na brudnych, ciemnobrązowych płytkach, którymi prawie w całości była wyłożona piwnica. Mężczyzna przystanął i rozejrzał się beznamiętnie. Wokół walały się przykurzone rupiecie, w paru miejscach pająki na dobre rozłożyły swoje królestwo. Puścił rękę i podszedł do na wpół porąbanej szafy, w której wciąż tkwiła niewyjęta siekiera, cała w zaschłych, brunatnych plamach. Otworzył ocalałe drzwi, wiszące na jednym zawiasie i wyciągnął brudną maskę przeciwgazową z pochłaniaczami. Założył ją i przeszedł w najciemniejszy kąt piwnicy.
Odsunął z trudem wielką, drewnianą skrzynię z metalowymi okuciami. W miejscu gdzie stała, zamajaczył żelazny owalny uchwyt w podłodze, w znacznej części przeżarty przez rdzę. Szarpnął za niego, rozwierając niewielką klapę.
Potworny fetor momentalnie wypełnił pomieszczenie. Czarna, kwadratowa dziura, była jak ujście komina z samego Piekła. Śmierdzące wyziewy mogły przyprawić o szaleństwo.
Mężczyzna wrócił po ciało i za chwilę wrzucił je precyzyjnie w mroczny otwór podłogi, mamrocząc jakieś słowa pod maską. Kiedy głucho plasnęło o dno, ponownie wrócił, wyrwał siekierę z szafy i sam zniknął w odrażającej gardzieli.

***

Brał prysznic, kiedy zadzwoniła komórka. Wychylił się z kabiny, odbierając połączenie.
- Tak?
- Cześć, mówi Robert.
- A, cześć stary. Co u ciebie?
- Stara bieda, jak zwykle – zaśmiał się Robert. – Bo wiesz co? Pomyśleliśmy sobie z Mariolą, że może przyszedłbyś dziś z Jolką do nas na kolację? Pamiętasz, moja Mariola świetnie gotuje.
Cienkie strużki wody z prysznica wciąż uderzały o jego zabrudzone ciało, spływając do odpływu czerwonym strumieniem.
- Wiesz, rozstaliśmy się.
- Co ty gadasz? Kiedy? Dlaczego?
- Nie mogliśmy już dłużej być ze sobą. Wyjechała gdzieś do Kanady, do rodziny. Powiedziała, żebym się nie ważył jej szukać.
- Stary… Nie wiedziałem… Przykro mi jak cholera.
- W porządku.
- Trzymasz się jakoś? Przecież tak ją kochałeś… I znowu? Która to już kobieta odchodzi? Posłuchaj, a może ty jakiś felerny jesteś? – starał się zażartować Robert.
- Nie igraj ze mną – mężczyzna zmienił nagle ton głosu.
- Sorry no, jaja sobie robię. Może więc przyjdź sam? Wszystko mi opowiesz. Pogadamy o bezmiarze mroku w damskich duszach. No chyba, że nie chcesz? A tamtymi dziewuchami się nie przejmuj. Sąd Ostateczny ich nie minie.
- Racja – przytaknął.
Klapnięciem zakończył połączenie.

Opublikowano

Mariusz, poniżej aktualizacja 3) i 4). Tylko się za bardzo nie przejmuj! 51 pozycji na liście w żaden sposób nie zmienia moich wczorajszych wrażeń :) Po prostu, miałam dziś trochę czasu (ściślej rzecz biorąc, okropnie nie chciało mi się robić tego, co powinnam), a uznałam że jest to dobry tekst, na który warto czas przeznaczyć. I od razu mówię, że wbrew temu, co się może wydawać, jest całkiem sporo zdań, których nie tknęłam :) - Ania

1) „Krzyczałaś wściekle, że jestem zerem – a kim ty teraz jesteś?” – skreśliłbym „wściekle”
2) „Myślisz, że nie wiedziałem o twoich zdradach? Jak śmiejesz się za moimi plecami, jaki ze mnie frajer?” – napisałabym „Że śmiejesz się ze mnie … itd.”
3) „Czara goryczy się dopełniła.” – do skreślenia
4) „Że w życiu nie spotkałaś takiego psychola i że mam dziwne ciągotki do samo destrukcji i popadania w skrajności?” – wydaje mi się, że razem: „samodestrukcji”
5) „Mój ból był spotęgowany, bo cię kochałem.” – napisałabym „większy”
6) „Tamte nic nie znaczyły, ale zawsze każda z nich musiała zrobić coś głupiego, po czym cierpiałem. Ofiarowałem ci wszystko, a ty to przyjęłaś. Po czym zdeptałaś i kopnęłaś w przepaść.” – powtórzenie „po czym” – może „Potem zdeptałaś.. itd.”?
7) „Ostre powietrze wpada mi do nozdrzy wraz z palącym zapachem flaków, krwi i wyciszonego szaleństwa.’ – zdecydowanie do wywalenia, bo psuje cały efekt
8) „Miętosił w ręku niebieską ściereczkę z mikrofibry, którą ścierał kurz, zaległy na meblach w dużym, starannie urządzonym salonie” – czemu nie po prostu „kurz z mebli”?
9) „Gromy brązowego spojrzenia, ciskane w jego kierunku, wysysały z niego energię.” – to zdanie jest tak bardzo do niczego, że nawet nie mam pomysłu, jak je zmienić
10) „Proste, długie, czarne włosy zdawały się falować w przepełnionym napięciem powietrzu. Wyglądała jak Meduza, z wężami wijącymi się na głowie” – jak włosy są długie i proste, to w żaden sposób nie mogę sobie wyobrazić, jak mogą falować na podobieństwo Meduzy?
11) „Piękna twarz, z tymi cudownymi dołeczkami na policzkach, zamieniła się w czerwoną z wściekłości maskę.” – wywaliłabym „tymi”
12) „Odwrócił się powoli i automatycznie wrócił do wycieranie zakurzonych miejsc.” – może zwyczajnie „wycierania kurzu”?
13) „Zaczynał tracić rytm wdychanego powietrza.” – może po prostu „rytm oddechu”?
14) „Serce przyśpieszyło swoje łomotanie, pobudzając krew do szybszego krążenia.” – wywaliłabym „swoje łomotanie”
15) „Nie odwrócił się, w dalszy ciągu wycierając kurz na ramie, jakby to ona stała się nagle ważniejsza od obrazu.” – powtórzenie, napisałabym raczej „Nie zareagował. Wciąż polerował ramę, jakby to ona.. itd.”
16) „Rzucił tylko łamiącym głosem przez ramię:” – zabrakło „się”
17) „Przeniósł wreszcie ściereczkę na trzy katany, umieszczone na hebanowych, wypolerowanych podstawach, z czego dwie były chińskimi podróbami, natomiast trzecia, umieszczona pomiędzy falsyfikatami, była autentyczną, japońską kataną, ręcznie wykutą i wyszlifowaną u mistrza tej sztuki w Kioto.” – chyba zbyt skomplikowane zdanie (i kto to mówi!) – napisałabym tak: „Przeniósł uwagę na trzy katany, umieszczone na hebanowych, lśniących podstawach. Dwie po bokach były chińskimi podróbami, natomiast środkowa, ręcznie wykuta i wyszlifowaną przez japońskiego mistrza w Kioto, zachwycała autentyzmem.”
18) „Odkryte, pozbawione pochw ostrza, błyszczały chłodem, jak gwiazdy na firmamencie, przypominając o swojej wielkiej mocy.” – zdecydowanie wywaliłabym „pozbawione pochw”
19) „Mężczyzna ujął japoński miecz ostrożnie w obie ręce. Mistycyzm – to było dobre słowo wobec doznań, które nim zawładnęły, kiedy trzymał broń. Dziwne, że wcześniej jakoś nie miał czasu dostrzec i poczuć mocy, która z niej emanowała.” – proponuję tak: „Mężczyzna ostrożnie ujął miecz w obie ręce. Mistycyzm – to było dobre słowo na określenie doznań, które nim zawładnęły. Dziwne, że nigdy wcześniej nie dostrzegł mocy tej broni.”
20) ’’Przecież wystarczy jedno małe cięcie, nieduże, ciche i zabójczo skuteczne, żeby… żeby… ’’ - zacisnął pięść na szerokiej rękojeści.” – napisałbym „pchnięcie” zamiast „cięcie”
21) „- Posłuchaj – przerwał tę kakofonię wrzasków.” – wywaliłabym „tę”
22) „Jeżeli tylko chciałaś i miałaś ochotę.” – proponuję „Kiedy tylko chciałaś.”
23) „I nie o orgazmy mi chodziło, tylko o to, żebyś okazał mi jakiś szacunek, żebyś mi dał odrobinę ciepła!” – za mało dynamicznie, może tak: „Nie o orgazmy szło, tylko o szacunek! Żebyś mi dał odrobinę ciepła!”
24) „Te twoje niewytłumaczalne zachowania, samo destrukcyjne i wyrwane z kontekstu, te popadania w nagłe skrajności…” – „samo destrukcyjne” bym wywaliła
25) „Patrzył na nią, tracąc powoli rzeczywistość.” – chyba „poczucie rzeczywistości”?
26) „To, co mówiła do niego, wyciszało się coraz bardziej, aż widział już tylko śmiesznie poruszające się usta, bez żadnych zbędnych tonacji.” – kiepskie zdanie, może tak: „Jak przy wyłączonej fonii, widział już tylko śmiesznie poruszające się usta.”
27) „W uszach wibrował wysoki pisk, coraz wyraźniejszy i głośniejszy, który pojawił się wraz z echem dziwnych, upiornych półszeptów.” - nie mógł wibrować w uszach, to niekonsekwentne, skoro wcześniej się wygłuszało
28) „Ciało zaczęło wpadać w lekkie, nerwowe drgania.” – wywaliłabym „lekkie”
29) „Ze zdziwieniem obserwował, jak jego ciało szybko się odwraca i jak niecierpliwe ręce łapią za rękojeść z rekiniej skóry.” – zamiast „i” użyłabym „a”
30) „Słyszał dokładnie cichy świst klingi, która przecinała powietrze i jeszcze ciało tej kobiety-krewetki. Na moment jej oczy zrobiły się większe i wypełzło z nich bezbrzeżne zdziwienie.” – chyba bardziej dynamicznie byłoby „przecięła powietrze.” i już bez dopowiedzi, wiadomo przecież gdzie zmierzała. Zdziwienie kobiety jest zbyt blisko zdziwienia mordercy. Zamieniłabym je na „ zaskoczenie”
31) „Miecz rozbłysnął jak piorun.” – też zdecydowanie do wywalenia
32) „Z rozciętego brzucha chlusnęły czerwone flaki, jak z wiadra pomyj, wylewanych do ścieków w ubojni. Na zabryzganej, dębowej podłodze zalśniła sterta poplątanych wnętrzności.” – a może trochę inaczej: „Z rozpłatanego ciała chlusnęły wnętrzności, jak z wiadra pomyj w ubojni. Na zabryzganej, dębowej podłodze zalśniły splątane flaki.”
33) „Zamilkła nareszcie, przestała poruszać ustami. Próbowała odruchowo złapać się za rozerżnięty brzuch, ale wcześniej runęła w tył, wpadając jeszcze przez chwilę w gwałtowny dygot. Później znieruchomiała.” – nie niedobrze. Może tak: „Zamilkła nareszcie. Próbowała jeszcze odruchowo złapać się za rozerżnięty brzuch, ale runęła w tył. Po chwili znieruchomiała.”
34) „Przez chwilę zdawało się, że Jezus z obrazu patrzy niepomiernie zdziwiony na to, co się stało.” – żeby uniknąć powtórzenia może „przez moment”?
35) „Zapalił wątłe światło i zaczął ostrożnie schodzić po metalowych schodach, ciągnąc za sobą ciało kobiety. Ręka, za którą ją trzymał, była jeszcze ciepła. Resztę ciała włożył do dużego, niebieskiego worka, żeby nie rozsmarowywać jej krwi po całym domu.” – dla mnie to kompletnie bez sensu, nie mogę sobie tej sceny wyobrazić, co to znaczy „resztę ciała”? Odciął jej tę rękę? Jeśli ciało włożył do worka, to chyba wygodniej by było mu ciągnąć worek?
36) „Wokół walały się przykurzone rupiecie, w paru miejscach pająki na dobre rozłożyły swoje królestwo.” – czemu „przykurzone” a nie „zakurzone”, przecież chyba nikt tam nie sprzątał?
37) „Puścił rękę i podszedł do na w pół porąbanej szafy, w której wciąż tkwiła niewyjęta siekiera, cała w zaschłych, brunatnych plamach.” - rękę już pomijam, ale „wpół” a nie „w pół” . poza tym „niewyjęta” niepotrzebne i „zaschłych” też. Czemu jest wzmianka o porąbanej szafie, skoro w dalszej części opowiadania nie ma żadnego wyjaśnienia, dlaczego była porąbana?
38) „Otworzył ocalałe drzwi, wiszące na jednym zawiasie i wyciągnął brudną maskę przeciwgazową z pochłaniaczami.” – do wywalenia „z pochłaniaczami”
39) „Założył ją na twarz i przeszedł najciemniejszy kąt piwnicy.” – do wywalenia „na twarz” i zabrakło „w”
40) „W miejscu gdzie stała, zamajaczył żelazny owalny uchwyt w podłodze, w znacznej części przeżarty przez rdzę.” – „zamajaczył” zamieniłabym „znajdował się”
41) „Szarpnął za niego, rozwierając niewielką klapę.” – do wywalenia „za niego”
42) „Ciemna, kwadratowa dziura, była jak ujście komina z samego Piekła” – napisałabym „czarna”
43) „Mężczyzna wrócił po ciało i za chwilę wrzucił je w mroczny otwór podłogi, mamrocząc jakieś słowa pod maską.” – otwór był niewielki więc proponuję tak: „Mężczyzna wrócił po ciało i po chwili wepchnął je w mroczny otwór, mamrocząc coś pod maską.”
44) „Brał prysznic, kiedy zadzwoniła jego komórka.” - napisałabym „mu”
45) „Bo wiesz co? Pomyśleliśmy sobie z Mariolą, że może przyszedłbyś dziś z Jolką do nas na kolację? Pamiętasz, moja Mariola świetnie gotuje.” – myślę, że bardziej naturalnie byłoby tak: „Bo wiesz co? Może wpadlibyście z Jolką na kolację dzisiaj?.Mariola szykuje coś dobrego.”
46) „Cienkie strużki wody z prysznica wciąż uderzały o jego zabrudzone ciało, spływając do odpływu czerwonym strumieniem.” – jak dla mnie, przefajnione zdanie – przecież wiadomo, że „z prysznica”, a przedtem w piwnicy był chyba w ubraniu, więc tors mu się nie „zabrudził”? Poza tym, „uderzały” chyba w ograniczonym stopniu, skoro był wychylony z kabiny?
47) „ - Nie mogliśmy już dłużej być ze sobą. Wyjechała gdzieś do Kanady, do rodziny. Powiedziała, żebym się nie ważył jej szukać.” – wydaje mi się, że pierwsze zdanie jest sztuczne, proponuję zamienić na: „Sam bym chciał wiedzieć, dlaczego.”
48) „ - Trzymasz się jakoś? Przecież tak ją kochałeś… I znowu? Która to już kobieta odchodzi?” – może dlatego, że reprezentuję odmienną płeć, ale trudno mi sobie wyobrazić żeby jeden facet do drugiego mówił w ten sposób :)
49) „- Nie igraj ze mną – ton głosu nagle mu się zmienił.” – nie może być „mu” bo wtedy z kontekstu wygląda to tak, jakby chodziło o Roberta
50) „- Sorry no, jaja sobie robię. Może więc przyjdź sam? Wszystko mi opowiesz. Pogadamy sobie. A tamtymi dziewuchami się nie przejmuj. Sąd Ostateczny ich nie minie.” – tu jest dużo, dużo lepiej, tylko wywaliłabym „sobie” po „pogadamy”, za to dodałabym „Wypijemy coś.”
51) „Klapnięciem zakończył połączenie.” – wiadomo, o co chodzi, ale źle wygląda to „klapnięcie”.
KONIEC

Opublikowano

Uszanuję Twoją pracę i już zabieram się za poprawki, choć być może Cię rozczaruję, bo w dość dużej części nic nie będę zmieniał:)
Nie ma to, jak ożywczy kop w ryj:)

Dzięki za poświęcony czas i mozolność:)

Pozdrówka:)
M.

Opublikowano

Wcale nie czuję się rozczarowana. Pisałam już tu kiedyś, jak kłóciliśmy się z Donem przy okazji innego mojego tekstu, że autor ma niezbywalne prawo zignorować wszelkie uwagi i propozycje komentującego. To Twój tekst, pokazujesz go w takim kształcie, jak chcesz. To, że ja mam odmienne zdanie, nie ma żadnego znaczenia. Pozdrawiam - Ania

Opublikowano

Powprowadzałem do tekstu tyle uwag nieocenionej Ani, ile uważałem za najlepsiejsze w historii przedstawionej przeze mnie. Nie jest tego mało, to wersja ostateczna.

Dziękuję, Babciu Zosiu za zainteresowanie moim pisaniem i budujący komentarz :)
W podziękowaniach dla Ani nigdy nie ustanę:)

Pozdrówka:)
M.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Za moimi plecami pojawił się enkawudzista. Był w doskonałym humorze. I nie wiedziałem tylko czy to z powodu tego, że wiedział o tym, że Żerebcow wywołuje  tak wielkie uczucie strachu, czy może z powodu  rozkazów jakie mu przekazano.   Wychodź Żerebcow. Koniec wycieczki. Kota zostaw nie będzie Ci potrzebny,  mały, czarny pluszak. Teraz będziesz co najwyżej tulił się z zimna do ciał kolegów w baraku.   Żerebcow już miał zamiar prostować kolana, gdy enkawudzista poklepał mnie  zuchwale po ramieniu.   Rozkazy się zmieniły lejtnancie. Góra nie chcę już więcej o nim słyszeć  ani przerzucać go z miejsca w miejsce. Dość już jego wątpliwej legendy. Podobno nie można go zabić. Podobno odradza się zawsze po egzekucji. Drugi pieprzony Rasputin. Ale nie ma takiego Diabła,  którego nie potrafiłby zgładzić  ludowy komisariat obrony. Prawdziwy człowiek radziecki  i piekło może zamrozić jeśli tylko chcę. Plan jest taki. Wy lejtnancie jedziecie z nim do lasu. Kierowca zna miejsce. Moi ludzie już wszystko tam przygotowali. Wysiadacie wieczorem. On klęka, wy strzelacie.  Moi dobijają bagnetami. Nawet go nie grzebcie. Wilki i niedźwiedzie  posilą się krwawą padliną. Wracacie w nocy. Spisujemy raport. Wychylamy kilka szklanek  za dobrze wykonaną robotę. W tajemnicy Wam powiem lejtnancie, że za zabicie tego wrzoda  na radzieckim organizmie, dostaniecie order czerwonego sztandaru, sam towarzysz Beria za tym optował. A nie powiecie mi chyba, że nie chcielibyście dostać  przepustki do stolicy. Tu tylko jaja można sobie odmrozić. A tam będziecie towarzysz i gieroj. Bohater naszych czasów. Ta akcja nie może czekać. Jeździe już teraz. Dopilnuję obozu przez te kilka godzin.   Uścisnął mi rękę i prawie siłą  wepchnął na pakę ciężarówki. Chciałem więcej wyjaśnień, omówić plan działania. Zamierzałem się sprzeciwić. Ale co mógł prosty czerwonoarmista  wobec potęgi komisariatu obrony. Wobec całej potężnej maszyny śmierci.    Kierowca rzucił okiem za siebie  i zauważył że usadowiłem się niemrawo prawie dokładnie naprzeciw literata.   Jeśli coś będzie nie tak lejtnancie, krzyczcie a najlepiej  bijcie dłonią w ścianę szoferki. Ja mam tu pistolet. Spojrzałem z niedowierzaniem  na enkawudzistę    Jak mam eskortować więźnia bez broni? Chcę wrócić po pistolet i proszę o eskortę w postaci dwóch dodatkowych ludzi. Moich zaufanych ludzi.   Enkawudzista machnął tylko ręką.   Eskorta do Żerebcowa?! On nigdzie nie ucieknie. Zresztą dokąd? Do najbliższej większej osady przeszło osiemdziesiąt kilometrów. Do miasta trzysta. A na termometrze dziś  prawie minus trzydzieści pięć stopni. Zresztą on nawet nie jest związany. Nie musi. Nie wie na jakim świecie jest. Nie odzywa się słowem od tygodni. Zresztą zobaczcie sami.   I faktycznie Żerebcow stwarzał pozór osoby obłąkanej i zupełnie nieobecnej w rzeczywistości. Nie wiem czy rozumiał o czym rozmawialiśmy. Czy wiedział o tym, że za kilka godzin zginie? Czy rozumiał cokolwiek  z tego co się wokół działo. Siedział i z błogim uśmiechem małego chłopca,  głaskał kota,  który zdążył zasnąć na jego kolanach. Widać literat i kot  byli razem w siódmym niebie. Ciężko było dyskutować o tym  co powinno się zrobić  i jak powinno się teraz postąpić. To był rozkaz,  którego nie mogłem zlekceważyć.   Jechaliśmy już przeszło godzinę. Kilka minut temu, rozpadał się ostry, wirujący dziko na wietrze śnieg. Przesiąkłem odorem paki. Wszystko wokół cuchnęło. Na dodatek opary paliwa  łatwo przechodziły na tył pojazdu i powodowały astmatyczne napady  duszności i kaszlu. Żerebcow nie reagował. Miał zamknięte oczy  i odchyloną delikatnie głowę. Ale nie spał. Wydawało się jakby słuchał tej ciszy. Jak gdyby delektował się podróżą  w swoich własnych myślach. Może pisał w nich kolejny wiersz. List pożegnalny. A może jednak był pewny ocalenia. Kolejnej cudownej ucieczki  i oszukania systemu. Tutaj jednak mógł usłyszeć go jedynie  Bóg i Diabeł. No i ja, gdyby tylko  chciał wreszcie cokolwiek powiedzieć.   Kierowca jechał bardzo ostrożnie  a mimo to ciągle łamaliśmy pod kołami, powalone pnie, korzenie i zbitą zmarzlinę, która była tutaj po prostu drogą do nikąd. Byłem bardzo zdenerwowany a nie miałem przy sobie  nawet grama tytoniu i bibuły. Wódki też nie. A zająłbym chociaż czymkolwiek, ciągle drżące z przejęcia dłonie. Nagle, zupełnie bez zapowiedzi, z rogu paki wypłynęło źródło głosu. Były to słowa wypowiadane  starannie, powoli wręcz sennie. Był to głos cichy lecz mocny. Wychodzący jednak jakby spod ziemi.     Lejtnancie… zaczął cicho Paweł Fiodorowicz, nie odrywając wzroku  od narzuconego brezentu  Mówi Wam coś nazwisko Levenstern?  Był Waszą ostatnią ofiarą, prawda?   Drgnąłem, gdzieś wewnątrz. Serce zakuło mnie w piersi  a w krtani narosła twarda kula. Nie winy. Nie wstydu. A paraliżującego strachu. Jak to możliwe?! To nazwisko powinno leżeć w ciszy tajgi. Nikt o tym nie mógł wiedzieć. Nikt!   Skąd o nim wiecie, Żerebcow?  Wychrypiałem nie patrząc na pasażera. Co wam do niego?   Był szpiegiem niemieckim w czasie wojny...  a raczej tak właśnie sfabrykowano dowody.   Kontynuował literat  z tym samym niepokojącym spokojem,  jakby czytał nekrolog w porannej gazecie.   Zastrzeliliście go dokładnie tam,  dokąd mnie teraz zabieracie.  Widzę go, Lejtnancie.  Stoi tam i czeka na towarzystwo.     Poczułem, jak pot spływa mi po karku,  mimo dojmującego mrozu.  Kim on jest? Świętym? Przeklętym? Carskim upiorem dawnej epoki? A może sumieniem kata? Bo nie literatem. Był mistrzem z piekła rodem.   Nawet jeśli, Żerebcow...  to już niedługo Wy zajmiecie jego miejsce ostatniego w wyliczance.   Uciąłem brutalnie,  odzyskując na moment pewność siebie.    Kierowca o mało co nie wywrócił nas do rowu, którego nie zauważył przed nosem pojazdu. Zawieszenie jęknęło, koła po lewej stronie oderwały się od podłoża i bardzo opornie wracały na swoje pierwotne miejsce. Dopiero teraz Żerebcow  jakby ocknął się z maligny. Wyjrzał do szoferki i radośnie oświadczył w przestrzeń lub do rozmówcy w swoim umyśle.   Był ostatni.  Szepnął radośnie.  Gładząc się po skołtunionych włosach.   Będzie ostatni.  Odpowiedział trzeci głos.   Zamarłem jak panujący wokół mrok i mróz To nie był głos Żerebcowa,  ani tym bardziej, przerażonego kierowcy.  To był dźwięk niski, chropowaty,  wibrujący jak pomruk nienasyconego pieca.  To było absolutne szaleństwo ale zwróciłem powoli wzrok na ostatniego pasażera.   Kocur zdawał się spać,  pogrążony w błogim spokoju,  ale gdy mój wzrok spoczął na jego futrze, zwierzę powoli otworzyło prawe oko.  Było złote, głębokie  i pełne nieludzkiej wiedzy.  Kot nagle puścił do mnie oczko  a na jego pyszczku wykwitł  ten sam podle ludzki uśmiech,  który zwiastował koniec pewnego świata.    Przecież... to tylko kot. Wybełkotał kierowca,  ale jego głos utonął w wyciu silnika,  który nagle wszedł  na nienaturalnie wysokie obroty,  jakby chciał uciec  z tego przeklętego Studebakera. Żerebcow cicho przytaknął a kocur znów zamknął oko,  mrucząc rytmicznie Ostatni... ostatni…   Znów każdy pogrążył się w swoich myślach. Jego milczenie denerwowało mnie. Doskonale już teraz wiedziałem, że on wie dosłownie o wszystkim. Zna moje ofiary, moje troski i problemy, czuje mój strach, widzi całe moje życie. Dlatego jego milczenia nie odbierałem w kategorii spokoju i harmonii  a drwiny z mojej osoby. Żerebcow znów oparł wysoko głowę  i wbił wzrok w sufit paki. Chciałem zasypać go pytaniami. O twórczość, której szczerze nie znałem. O to czy ma jakąś rodzinę albo dzieci. O jego liczne ucieczki i cudowne ocalenia. Przecież mówi się,  że to piekło we wszystkim mu pomaga. I przynajmniej kot,  jest jakąś częścią tego diabelskiego planu. Ale Żerebcow? Tak nie wygląda Diabeł. Nie wiem jak mógłby wyglądać,  lecz z pewnością nie tak. Nie jak człowiek. Znudzony, zmęczony, dziwnie spokojny zupełnie zwyczajny  a zarazem głęboko niezwykły.   Wreszcie ciężarówka wykonała  ostatnie półkole wokół,  wyrwanej z trudem tajdze polany. Silnik zachłysnął się ostatni raz i zgasł. Naprzeciw naszego pojazdu, zaparkowany był Zis z oddziałem żołnierzy. Nasz kierowca wysiadł do nich pierwszy  i z wyraźną ulgą po opuszczeniu szoferki, ściskał im kolejno dłonie. Byli w szampańskim humorze. Srogo pochlali. Krzyczeli, śmiali się, podskakiwali  i oklepywali ciała,  zamaszystymi ruchami ramion, próbując się ogrzać.   Nie musiałem nic robić z więźniem. Żerebcow zrozumiał, że to finalny postój i wygramolił się niezdarnie na zewnątrz. Kot czmychnął jego śladami. Gdy ja wreszcie uwolniłem się  z tej brezentowej klatki. Stanąłem twarzą w twarz z Żerebcowem. Ten w ogóle nie przejmował się  zadymką śnieżną i stał dumnie wyprostowany i zupełnie nieczuły na wszystko. Oczy literata były jednak inne. Wreszcie pytały i one.   To moja mogiła lejtnancie?  Doskonała. Chłopcy spisali się na medal albo nawet order i wakacje w Odessie.   Zadziwił wszystkich gdy zbliżył się do rowu, wykopanego nierównomiernie i na tempo. Padł przy nim na kolana,  nachylił się i zawołał do ciemni.   Levenstern przyjacielu,  za chwilę będziesz miał towarzystwo.   Chciał jeszcze wstać, lecz dwóch strażników doskoczyło do niego  i brutalnie popchnęli go  nad samą krawędź,  skutej lodem czerni grobu. Nie bronił się, nie wołał Boga ani łaski. Poprawił tylko kołnierz palta. Wywinął go z taką formą etykiety, jak gdyby wchodził na przedstawienie leningradzkiego baletu czy teatru. Przygładził jeszcze włosy, dłuższe kosmyki powędrowały za uszy. Odetchnął jedynie głęboko. Nie z ulgą a ze zniecierpliwienia. Widać skoro mu było w objęcia śmierci, lub do jakiś kolejnych magicznych sztuczek. Jeden ze strażników wręczył mi pistolet.   Wasza kolej towarzyszu lejtnancie. Koniec jego ziemskiej wycieczki. Tym razem Diabeł się nie wywinie. Jeden strzał w głowę  a my dokończymy jeśli będzie trzeba.  Spojrzałem jeszcze za siebie na kierowcę. Gdyby mógł to krzyczałby. Ruchy, ruchy lejtnancie. Moskwa czeka. Gdzieś na granicy polany  zaświeciło się coś złotego. Owalne jak moneta lecz bezsprzecznie żywe. Oko czarnego kocura. Patrzył cały czas. Trzeba będzie też go zastrzelić  razem z jego panem. Tak by mieć spokojne sumienie.   Wyciągnąłem pistolet.  Moja dłoń, dotąd tak karna  i posłuszna systemowi,  drżała w sposób haniebny.  Nie z powodu mrozu.  Czułem, jakby tysiące niewidzialnych mrówek chrzęściło pod moją skórą,  paraliżując każdy nerw.  Spojrzałem na Żerebcowa.  Zgarbiony, spokojny,  z tym samym  błogim uśmiechem małego chłopca,  czekał na uderzenie ołowiu.   Podniosłem broń.  Wycelowałem w potylicę studenta.  Świat wokół zamarł.  Czas przestał biec do przodu,  a pętla fatum zacisnęła się na mojej krtani. Pociągnąłem za spust. Huk rozdarł ciszę tajgi,  a ciało poety runęło bezwładnie  w przygotowany rów. Strażnicy rzucili się do mogiły  jak wściekłe psy. Kuli ciało raz za razem, aż do momentu omdlenia ramion.   A potem nastał poranek. Mgła przedświtu,  gęsta i szara jak dym z podłych papierosów, osiadła nisko nad polaną. Nad polaną na której  nie pozostawiono tylko ciała literata  w płytkim grobie. Śnieg wokół był pełny  czarnego brudu lub sadzy. Drzewa miały okopcone pnie. Wszędzie wokół unosił się także,  drażniący smród siarki. Studebaker i Zis nadal stały frontem do siebie. Nie było wokół nikogo. Ani na polanie ani w lesie, ani na pakach czy w szoferkach. Lejtnant i strażnicy  nie wrócili z akcji do obozu. Oficer czekał na ludzi i raport. Nie było gratulacji, obietnicy awansu. Nie było niczego. Poza ciszą.  Martwą i złowrogą. Wysłano więc kolejny oddział na miejsce. W końcu robota  mogła być wykonana wzorowo. Żerebcow nie żył  a oni w drodze powrotnej, mieli wypadek albo zgubili drogę  w śnieżnej zamieci. Drugi oddział strażników  przybył na miejsce egzekucji z opóźnieniem, klucząc Studebakerem  pośród zwalonych pni.  Gdy żołnierze wysiedli z wozu,  nienaturalna cisza lasu  sparaliżowała ich kroki.     Nad otwartą, czarną mogiłą  stały dwie postaci. Paweł Fiodorowicz Żerebcow,  nienagannie młody,  z czujnym i bystrym wzrokiem petersburskiego filozofa,  trzymał na rękach wielkiego, czarnego kocura. Na jego brudnym palcie  nie było śladu krwi,  a czas wydawał się omijać jego oblicze szerokim, lękliwym łukiem. Obaj z kotem trwali w milczącej zadumie, spoglądając w dół,  do wnętrza ziemnego grobu. Tam, na dnie lodowatego rowu,  pośród grud zmarzliny,  spoczywało ciało lejtnanta.  Jego oczy były szeroko otwarte,  wybałuszone w ostatecznym,  pośmiertnym zdziwieniu,  a na ustach zastygał krwawy spazm paranoi. Martwy kat leżał dokładnie tam,  gdzie kilka godzin wcześniej  miał spocząć poeta.   Żołnierze zamarli na linii drzew,  niezdolni do oddania choćby  jednego strzału z pepesz.  Wtedy, pośród arktycznego milczenia Syberii, czarny kocur uniósł poszarpane lewe ucho, spojrzał na Żerebcowa  i przemówił ludzkim, chropowatym głosem, który wibrował jak  pomruk nienasyconego pieca.   Fatalnie… fatalnie tak mój drogi przyjacielu, stracić zupełnie głowę  dla godnej pożałowania sprawy.   A Żerebcow tylko cicho mu przytaknął,  po czym obaj odwrócili się plecami  do armii straceńców  i odeszli wolnym, dystyngowanym krokiem  w gęstniejącą mgłę tajgi.   Nikt za nimi nie pobiegł ani nie strzelał. Zjawa była wolna. I było tylko kwestią czasu, gdy znów ją schwytają  gdzieś w ciemni rozpadającej się komunałki. Z maszynopisem w jednej dłoni A z kartą wiersza w drugiej.      
    • wiosną koniku wio sną niech wstają ptaszki chcą paszki a może jest morze i rosa i maj i rosną watry wiwaty i wiatry i mają się dobrze kwiaty i krople dżdżu wyłażą dżdżownice i rośnie radośnie tak ona i on jak ja i ty w deszczową toń „Jeśli deszcze w maju, wszystko rośnie jak w gaju” 
    • @Stukacz, @Berenika97, @viola arvensis, @violetta, @Poet Ka  dziękuję bardzo
    • @viola arvensis dziękuję
    • @viola arvensis dziękuję
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...