Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Plagi egipskie czyli poeta w poszukiwaniu znaków Apokalipsy


Rekomendowane odpowiedzi

I

Czesław Miłosz
SCIENCE FICTION I PRZYJŚCIE ANTYCHRYSTA


Gatunek literacki zwany science fiction rozwija się od ponad stu lat i podziwiamy dzisiaj jego żywotność. W węższym znaczeniu jest to opowieść o przygodach w świecie jutrzejszym przekształconym przez technikę i tutaj klasykiem pozostaje Jules Verne. Jego książki szczególnie jasno wskazują rodowód gatunku: dziewiętnastowieczny przewrót w nauce, który wytworzył przekonanie, że postęp techniczny nie będzie miał kresu. Ulubionymi bohaterami Jules Verne’a są samotni uczeni, sięgający myślą dalej niż ich współcześni. Często akcja jest umieszczona w teraźniejszości, ale w tę teraźniejszość wkracza przyszłość w postaci wynalazku dokonanego przez genialny umysł (łódź podwodna kapitana Nemo, telewizja w „Zamku w Karpatach”).
Science fiction szybko jednak zaczęła się wzbogacać nowymi treściami. Były to obrazy z życia po-jutrzejszych społeczeństw, w dwudziestym wieku przeważnie pesymistyczne, przy czym wyraźnej linii granicznej pomiędzy wyobraźnią zorientowaną technicznie i refleksją filozofów nie dałoby się przeprowadzić. Strefa pośrednia rozciąga się od przewidywań „zemsty”, kiedy to wytwory ludzkiego umysłu zwracają się przeciw człowiekowi (np. bunty robotów), aż po opisy jakichś hipotetycznych cywilizacji, gdzie autorzy kładą nacisk nie na technikę, ale na stosunki pomiędzy ludźmi. Zaliczyć tu wypadnie zarówno „Maszynę czasu” H.G. Wellsa (1895), jak „My” Eugeniusza Zamiatina (1920), zarówno „Nowy wspaniały świat” Aldousa Huxleya (1932) jak „1984” George’a Orwella (1949). Nie jest więc wykluczone, że z braku ściślejszych terminów wolno mówić o science fiction także w znaczeniu szerszym. Byłaby to wszelka narracja, która „udaje”, że jest pisana w czasie przeszłym, choć powinna być pisana w czasie przyszłym dokonanym. Powinna by – ale nie może, bo przeszkodę stanowi tutaj sama gramatyka. Wypadkom, które „będą”, brak dostatecznej siły przekonującej, a bohater, który „zrobi”, „zobaczy”, „pójdzie”, nie jest dla nas realny. Toteż przepowiednia (bo przecie chodzi tu o przepowiednię) jest gramatycznie zamaskowana: bohater żyjący w roku 3000 „zrobił”, „zobaczył”, „poszedł”. Ale tak też jest w Apokalipsie św. Jana. To, co ma się stać, jest opowiedziane jako to, co już się stało – w wizji na wyspie Patmos.
Zważmy, że pojawienie się science fiction przypada na okres, kiedy wymiar przestrzeni przestaje dostarczać podniet ludzkiej wyobraźni i zostaje zastąpiony wymiarem czasu. Począwszy od szesnastego wieku mnożyły się powieści o fantastycznych krajach, wyspach, społeczeństwach, gdzieś tam istniejących na ogromnej, jeszcze mało zbadanej Ziemi. Jednej z takich powieści zawdzięcza swoją nazwę Kalifornia. Odbywały się mutacje, podobne do tych, jakie oglądamy dzisiaj: od prostodusznie pokazanych przygód do utopii i filozoficznej satyry. Owocem takiej mutacji są „Podróże Gulliwera” Swifta. Nowy wymiar czasu zaczyna być eksplorowany dokładnie wtedy, kiedy znikają ostatnie białe plamy na mapie i kiedy ostatnia „wyspa szczęśliwa”, Tahiti, ma szansę przetrwania tylko na płótnach Gauguina. Ktoś może powiedzieć, że przecież i science fiction zajmuje się przestrzenią, bo często wprowadza odległe planety. Jednakże są to planety przyszłe, tj. takie, na które kiedyś ma dostać się człowiek, jest on od nich oddzielony nie tylko przestrzenią, ile czasem swojej stopniowo doskonalącej się techniki.
Mimo że większość utworów science fiction jest bez większej literackiej wartości, gatunek zdaje się zwyciężać w konkurencji z tzw. powieścią współczesną. Rozprzęganie się realistycznej prozy jest zjawiskiem mniej więcej równoległym z rozpadem malarstwa figuratywnego, te same są też przyczyny. Albo rzecz obserwowana przez człowieka, mająca swój byt obiektywny, albo obserwator, ze swoją swobodną interpretacją; już malarze impresjoniści opowiedzieli się za tym drugim i odtąd poszło szybko. Zostawiając na boku malarstwo, trzeba po prostu stwierdzić, że narracja, czy to będzie baśń ludowa, czy bohaterski epos, czy powieść, ma swoje stałe prawa i że należy do nich zaspokajanie ciekawości wyrażającej się pytaniami: „jak było?”, „co było dalej?”. Innymi słowy, słuchacz albo czytelnik chce obcować z pewną rzeczywistością, zapominając, że jest zmyślona. Powieść, w której rzeczywistość rozpryskuje się na okruchy, błyski, sygnały i w której natarczywie przypomina się czytelnikowi, że wszystko odbywa się w umyśle narratora, nie spełnia podstawowego warunku. Otóż autor science fiction nie korzysta z przywileju milczących odwołań się, do znanego otoczenia, przywilej ten ma natomiast autor, jeżeli umieszcza swoje postacie w mieście 1970 r. Kto zabiera nas z sobą w podróż po czasie, musi swoją rzeczywistość niejako ustawić od początku, uprawdopodobnić, jest w nim coś z kronikarza zajętego faktami i kolejnością zdarzeń, a ten przymus zbliża jego fantazje do wzorów narracji klasycznej.
Science fiction jest szczególnie użyteczna, kiedy zastanawiamy się nad zasięgiem ludzkiej wyobraźni. Wystarczy do tego celu wziąć jakąś opowieść sprzed lat kilkudziesięciu, np. H.G. Wellsa czy Huxleya, o nowych maszynach czy o przypuszczalnych formach, jakie przybierze cywilizacja, i porównać z tym, co wiemy dzisiaj. Okaże się wtedy, że zdumiewająco trafne przewidywania występują w splątaniu z mnóstwem szczegółów noszących piętno tamtej epoki. Jest to rodzaj snu, chociaż tu i ówdzie rozpoznajemy w nim cechy świata, w którym żyjemy. Wyobraźnia może bowiem budować tylko z materiału, jaki jest dany tu i teraz. W przyszłość zdolna jest sięgnąć tylko o tyle, o ile potrafi wyłowić z teraźniejszości zapowiedzi potencjalnie mocne od zapowiedzi mocnych tylko pozornie, w istocie złudnych. Intuicja Jules Verne’a odgadła, co kryło się potencjalnie w odkryciach ówczesnej nauki, toteż jego bohaterowie zwiedzają dno oceanu, jadą do środka ziemi, albo na księżyc. W swoim myśleniu, obyczajowości, stroju, są jednak nieodrodnymi dziećmi dziewiętnastego wieku. Na podziw zasługuje też intuicja pisarzy, którzy przewidzieli rolę chemicznych preparatów jako środków totalitarnej kontroli. Jednak, czytając ich, to wykrzykujemy: „zupełnie tak”, to znów: „zupełnie nie tak”. Kiedy chodzi o refleksję filozoficzną nad przyszłością, sprawa Szczególnie się komplikuje, bo przedmiotem pasji moralistów i satyryków jest społeczeństwo, w którym są zanurzeni i grążące mu katastrofy, czyli zastanawiają się „dokąd prowadzi”. Niekiedy, np. u Stanisława Ignacego Witkiewicza, wymiar przyszłości jest niemal tak umowny, jak wymiar przestrzenny u Swifta. Trudności są tym większe, że w splątaniu, w zbitce różnych elementów, co zdaje się być typowe dla tego literackiego gatunku, występują właściwie trzy czasy: czas pisania (wyraźny w utworach sprzed lat kilkudziesięciu), czas czytelnika, czas wobec czytelnika przyszły, nieokreślony, na pograniczu tego, co znamy z naszych doświadczeń i tego, co może jeszcze się zdarzyć.

*

Władimir Sołowjow napisał „Trzy rozmowy” w końcu 1899 i w początku 1900 roku, tuż przed śmiercią, tak zamykając swój pisarski dorobek, bardzo obfity, mimo że żył tylko lat czterdzieści siedem. Pełny tytuł książki, wydanej w tymże 1900 roku, brzmiał: „Trzy rozmowy o wojnie, postępie i końcu światowej historii, z włączeniem krótkiej opowieści o Antychryście z dodatkami”. Cel książki określony jest w przedmowie jako polemiczny i apologetyczny, zawiera ona ostrzeżenie i proroctwo. Wypowiadając się dotychczas w traktacie, w wykładzie i w poezji, Sołowiow tym razem wprowadził pewną ilość działających postaci. Akcja odbywa się i współcześnie, i w przyszłości. Grono Rosjan spotyka się przypadkowo u podnóża Alp nad brzegiem Morza Śródziemnego. W ciągu trzech wieczorów, jakie ze sobą spędzają, każda z tych osób reprezentuje odmienne stanowisko wobec zagadnień religijno-moralnych. Większość z nich głosi poglądy częściowo przynajmniej podzielane przez autora. Są to: stary Generał, Polityk, Pan Z. i Dama. Inaczej jest z młodym Kniaziem. Jego rozumowanie zdradza objawy duchowej choroby, jaka według autora dotknie większość ludzi w przyszłości. Czym będzie ta przyszłość, dowiadujemy się, kiedy z trzeciej i ostatniej z rozmów Pan Z. odczytuje głośno rzekomy rękopis mnicha Pansofia. Wydarzenia dwudziestego i dwudziestego pierwszego wieku są w nim, wzorem Apokalipsy, podane w czasie przeszłym.
Rozważania nad życiem i dziełem Sołowjowa, nad stosunkiem, jaki zachodzi między „Trzema rozmowami” i resztą jego twórczości, zostawimy tutaj bardziej do tego powołanym. Opublikowano o Sołowiowie sporo prac w różnych językach. Interesować nas będzie coś jeżeli niekoniecznie prostszego, to dotykającego nas bezpośrednio. Bo dlaczego mamy się wstydzić najzwyklejszych odruchów, tej plotkarskiej ciekawości, która, kiedy natykamy się na starą przepowiednię, każe nam zapytywać: sprawdza się czy nie sprawdza? Otóż rękopis mnicha Pansofia jest, formalnie, niczym innym niż science fiction, jeżeli godzimy się przyjąć szersze znaczenie tego terminu, podlega też tym samym zasadom, mimo że wywodzi się z innej tradycji. Bo chociaż laboratoria dziewiętnastowiecznych uczonych zrodziły nowy literacki gatunek, od wieków chrześcijański folklor gromadził oznaki zbliżającego się, kluczowego wydarzenia: drugiego przyjścia poprzedzonego przyjściem Antychrysta, millenium, końca czasów. Być może dzisiejsze powodzenie science fiction tłumaczy się właśnie tym, że zastaje ona grunt przygotowany, wykorzystując stare złoża w podświadomości, co łączy ją z folklorem. Rękopis mnicha Pansofia zawiera relację tak naładowaną faktami, że starczy za najbardziej niesamowitą powieść. I trzeba przyznać, rozpoznajemy w niej zarysy nowego świata, ale nieco mgliste i o przesuniętych proporcjach. Można to porównać do kolumny druku, w której poszczególne wersy złożono wprawdzie poprawnie, ale porządek został zakłócony, tak że nie zawsze wiemy, co powinno następować po czym.
Przypomnijmy zasadnicze przesłanki Sołowjowa. W historii dostrzegał ukrytą logikę i sens moralny. Za punkt, w którym zbiegają się wszystkie jej wątki, uważał chrześcijaństwo. Nad rozłamem na katolicyzm, prawosławie i protestantyzm ubolewał. Chociaż zakończył życie jako wierny Wschodniego Kościoła, grawitował ku katolicyzmowi i nie tylko teoretycznie, bo przystępował też był do komunii w kościele katolickim (prisojediniłsia). Jedynym wyjściem dla Europy było według niego zjednoczenie chrześcijan i ustrój teokratyczny. Z „Trzech rozmów” wynika, że nie będzie to możliwe, bo taki ustrój oznaczałby koniec tego, co przyzwyczailiśmy się nazywać historią.
Dwudziesty wiek w rękopisie Pansofia stoi pod znakiem Azji. Japonia przejmie z Europy nie tylko technikę, również idee jako panslawizm i pangermanizm, wypracowując swoją ideę panmongolizmu. Tak uzbrojona, wyrusza na podbój Chin i osadza tam japońską dynastię, skutecznie przekonując Chińczyków, że powinni zmodernizować się i wspólnie zwrócić się przeciwko białej rasie. Chińska armia i flota, ćwiczone przez japońskich instruktorów, korzystają z olbrzymich ludzkich rezerw Mandżurii, Chin, Mongolii, Tybetu i organizują się szybko. W ciągu paru dekad Francuzi zostają wyrzuceni z Tonkinu i Syjamu, Anglicy z Burmy, a całe Indochiny przechodzą pod władzę chińskiego imperium. Europa tymczasem zmaga się, po raz ostatni, z krajami Islamu, co odwraca jej uwagę od niebezpieczeństwa ze Wschodu.
Czteromilionowa armia koncentruje się w chińskim Turkiestanie, żeby, jak dyplomacja chińska zapewnia Rosjan, wyruszyć przeciw Indiom. Jej wtargnięcie do Rosji azjatyckiej, gdzie natychmiast wybucha powstanie całej ludności, jest tak nagłe, że wkrótce przekracza ona Ural. Wojska rosyjskie, pośpiesznie przerzucone z zachodu, z Polski, Litwy, Finlandii, Wołynia, wykrwawiają się w beznadziejnych bojach. Inna armia rosyjska, odcięta na Syberii, daremnie próbuje uderzenia na Chiny od północy. Zostawiwszy część swoich sił w Rosji do walki z partyzantką, zjednoczeni Mongołowie trzema armiami przekraczają granicę Niemiec. Tutaj zdążono się przygotować i jedna z armii zostaje rozbita na głowę. Ale wtedy we Francji zwycięża partia rewanżu i Francuzi uderzają na Niemców od tyłu (przy typowym przesunięciu okoliczności można w tym się dopatrzeć wojny 1914 roku). Mongołowie bratają się z nowymi sojusznikami, po czym wyrzynają ich z „chińską dokładnością”. Rewolucyjny Paryż, gdzie zwyciężyli robotnicy sans patrie, radośnie wita władców ze Wschodu. Flota zdobywców, która przypłynęła z Pacyfiku, jest gotowa do inwazji na Anglię, ale Anglicy wykupują się miliardem funtów, zresztą flota jest potrzebna do działań przeciwko Ameryce i Australii. W ciągu roku cała Europa staje się wasalem Azji i będzie znajdować się pod okupacją przez lat pięćdziesiąt. Długo i starannie wiązana sieć konspiracyjna, tajnie wspierana przez rządy państw europejskich, którym udaje się zmylić czujność azjatyckich namiestników, doprowadza wreszcie do równoczesnego powstania we wszystkich europejskich krajach i do wygnania Mongołów.
Europa dwudziestego pierwszego wieku jest inna, niż była przed inwazją. Międzynarodowa solidarność, rozwinięta dzięki oporowi wobec najeźdźców, przycinała się do zaniku nacjonalizmów i suwerenność poszczególnych państw straciła znaczenie. Mniej lub bardziej demokratyczne kraje tworzą razem Zjednoczone Stany Europy. Postęp materialny, nieco zahamowany w ciągu półwiecza, znów przybiera na sile. Zarazem mnóstwo odkryć w dziedzinie fizjologii i psychologii ukazuje w nowym świetle nierozwiązane zagadnienia życia i śmierci, przeznaczeń świata i człowieka. Światopogląd materialistyczny, pojmujący wszechświat jako nieskończony ciąg przypadkowych przemian, wydaje się ludziom naiwny, ludzkość z niego wyrosła jak dziecko wyrasta ze zbyt ciasnego ubrania. Pewien dość wysoki poziom obowiązuje zarówno niewierzących jak i wierzących, kiedy dyskutują o religii. Liczba wierzących chrześcijan jest znikoma, na całej kuli ziemskiej pozostało ich tylko czterdzieści pięć milionów, ponieważ odpadli od nich wszyscy, którzy poprzednio uważali się za chrześcijan z samej obyczajowej inercji. Tracąc na ilości, chrześcijanie zyskali na jakości, zarówno moralnej, jak umysłowej. Nie ograniczają się do naiwnej wiary, czyli stosują się do rady Apostoła Pawła, który zalecał im, żeby byli dziećmi wedle serca, ale nie wedle umysłu. Przetrwał wśród nich podział na katolików, prawosławnych i ewangelików, ale znikła wzajemna wrogość i nieufność. Również niechrześcijańska większość oddaje się gorliwym religijnym poszukiwaniom. Jest to wiek synkretyzmu, zmieszanych wierzeń Zachodu i Wschodu, neobuddyzmu, satanistycznych sekt.
Wtedy to pojawia się Antychryst. Tworząc tę postać, Sołowjow opierał się zarówno na Nowym Testamencie i wywodzącym się z niego bogatym chrześcijańskim piśmiennictwie, jak na rozmyślaniach o swoich współczesnych. Antychryst ogniskuje w sobie tendencje, które są już widoczne w 1899 roku i mają dojrzeć do ich logicznej konkluzji. Trzeba podkreślić, że nie materializm filozoficzny do nich należy – ten według Sołowjowa był zjawiskiem przejściowym. Nieświadomym zwiastunem Antychrysta jest w „Trzech rozmowach” łagodny Tołstojowie, Kniaź, który za materialistę bynajmniej się nie podaje.

W przedmowie do „Trzech rozmów” Sołowiow opowiada o dziwacznej sekcie „dziuromodlców” (dyromoljajew), która, jak doniosły gazety, powstała w zapadłych prowincjach Rosji. Chłopi wiercili dziurę w ścianie chaty i modlili się do niej: „moja święta dziuro, moja święta izbo”. Ale podobni według Sołowjowa do tych sekstantów byli „dziuromodlcy” wykształceni, których nauka szerzyła się wśród inteligencji. Ich nawoływania do powszechnej dobroci, sprawiedliwości i braterstwa oznaczały przyjęcie etycznych wskazań chrześcijaństwa, z odrzuceniem jego metafizycznej podstawy, czyli nie były niczym innym niż modleniem się do dziury, do pustki.

W centrum myśli Sołowjowa, trzeba to przypomnieć, stał jeden niezbity pewnik: śmierć. Nie zgadzał się z tymi, którzy, chcąc złagodzić okrucieństwo praw biologicznych, mówili o wiecznym odradzaniu się życia w przyrodzie: nie ma w przyrodzie żadnego odradzania się, bo ta jedna mucha, ten jeden ptak, ten jeden kwiat żyją tylko raz i dają początek nie nowym sobie samym, ale innym indywiduom. Śmierć wystarcza za dowód uniwersalnego skażenia, jest piętnem diabła we wszechświecie. Człowiek nie może wymknąć się jednemu, najważniejszemu albo-albo: albo Chrystus zmartwychwstał i zwyciężył potęgę piekieł, albo nie zmartwychwstał. Tym którzy wybierają to drugie, Sołowjow doradzał, żeby, zamiast powoływać się na Ewangelię, zostali buddystami.
Dlaczego osoby zebrane nad Morzem Śródziemnym dyskutują w „Trzech rozmowach” o wojnie i pokoju? Wojna jest nieszczęściem, w którym najjaskrawiej wyraża się niedoskonałość ludzkich instytucji. Całkowite jej wyrzeczenie się, z zasady, niezależnie od okoliczności, oznaczałoby, że dobro bliźniego jesteśmy zdolni cenić bardziej niż nasze własne. Ale Generał, jeden z tych skromnych i czystego serca wojskowych, tak lubianych przez rosyjskich pisarzy, opowiada się za ideałem chrześcijańskiego rycerza i za wojną sprawiedliwą w obronie uciśnionych. Polityk twierdzi, że postęp kulturalny wpaja ludziom odrazę do wojny, tak że prawdopodobnie przyczyni się do jej zniknięcia. Kniaź natomiast, działacz pacyfistyczny, wierzy, że ewangeliczna miłość bliźniego i niesprzeciwianie się złu nie tylko położą kres wojnom, ale przemienią cierpiącą ludzkość w ludzkość rozumną i szczęśliwą. Nauczycielem i prawodawcą Kniazia jest Jezus, ale Jezus był według niego tylko człowiekiem i śmierć zabrała go jak wszystkich. „Trzy rozmowy” są polemiką z Tołstojem, a pośrednio z Rousseau, zachowują jednak aktualność dzięki wadze ich centralnego zagadnienia. Jeżeli człowiek jest niewinny i został tylko znieprawiony oraz „wyalienowany” przez społeczeństwo, ulepszając społeczeństwo można będzie przywrócić mu niewinność. Jeżeli natomiast „świat w złem leży” i zło jest zrośnięte z samym ego człowieka, w nasze rachuby powinniśmy wliczyć ten brak niewinności, w przeciwnym wypadku narażamy się bowiem na „zemstę” zbyt idealnie pomyślanych społecznych urządzeń. Na argumenty Kniazia odpowiada Pan Z. (głos samego Sołowiowa) odczytaniem rękopisu mnicha. Chociaż wojny dwudziestego wieku zaprzeczą nadziejom Kniazia, w dwudziestym pierwszym wieku ukaże się genialny mędrzec, przyjaciel ludzkiego rodu, i on to, najpierw jako prezydent Zjednoczonych Stanów Europy, następnie jako imperator ze stolicą w Rzymie, zrealizuje wszystko, do czego tęskni Kniaź, zapewniając mieszkańcom ziemi pokój, sprawiedliwość i dobrobyt. Tylko że to będzie Antychryst.
Pozwolę tutaj sobie na dygresję osobistą. Ten esej o Sołowjowie prawdopodobnie nigdy by nie powstał, gdyby nie oglądane przeze mnie dawno, w młodości freski Signorellego w katedrze w Orvieto. Malując Kazanie Antychrysta zaraz po roku 1500, Luca Signorelli podobno wzorował się na drzeworytach ludowych nieco wcześniejszej daty. Czy Sołowjow był kiedyś w Orvieto, nie podejmuję się orzekać. W każdym razie Antychryst Sołowiowa dowodzi trwałości pewnej tradycji podjętej przez rosyjskiego filozofa. Jest to Antychryst, który wygląda dokładnie, najzupełniej, jak Chrystus znany z ikonografii, i nawet pokazuje ręką na serce buchające ogniem miłości do ludzi, tyle że słucha tego, co szepce mu do ucha demon.
Nadczłowiek dwudziestego pierwszego wieku u Sołowjowa łączy niezwykłe zdolności umysłowe z nieskazitelną etyką osobistą. Za powołanie swoje uznaje taką organizację społeczeństwa, która by wcielała w czyn nakazy Ewangelii. I podkreślmy to, nie wie, że jest Antychrystem. Nie wie przynajmniej do owej chwili, kiedy świadomie wynosi się ponad Chrystusa, ponieważ Chrystus był tylko jego poprzednikiem, umarł i nie zmartwychwstał, a on zmieni w rzeczywistość to, co głosił jego poprzednik. Nadczłowiek sam wierzy, że działa z miłości ludzi, ale w istocie kocha tylko siebie, czyli dokonuje wspaniałych czynów po to, żeby siebie we własnych oczach uświetnić. Tutaj Sołowjow jest całkowicie zgodny z apokaliptycznym folklorem, który przyczynę zła we wszechświecie upatrywał w buncie anioła wielkiej mądrości i piękności: anioł ten wolał siebie niż Boga. Sołowjow jest jednym z tych pesymistycznych filozofów, według których każde ego powtarza akt upadłego anioła, bo nie może być inaczej w porządku Natury – poza interwencją Łaski. Im potężniejsze jest ego – mężów opatrznościowych, wodzów, dyktatorów – tym więcej hołdów muszą składać samym sobie. Nadczłowiek Sołowjowa w przystępie zwątpienia usiłuje popełnić samobójstwo, ale ratuje go książę Tego Świata, jego to głos słyszy (scena ta jest dokładnym odwróceniem chrztu Jezusa w Jordanie). Po tej krytycznej nocy pisze swoje dzieło, Otwarta droga do powszechnego szczęścia i dobrobytu, tak przekonywające intelektualnie i artystycznie, tak jasne, że każdy znajduje w nim najoczywistszą prawdę. Przetłumaczone na mnóstwo języków, dzieło zapewnia mu taką sławę, że jednogłośny jego wybór na prezydenta Europy i wkrótce na imperatora narodów Ziemi jest nieunikniony.
Mąż opatrznościowy spełnia, co obiecywał. A troszczy się nie tylko o pokój i chleb., także o duchowe potrzeby ludzkości. Jego doradcą i przyjacielem jest mag Apoloniusz, pół-Azjata, pół-Europejczyk, biskup katolicki in partibus infidelium (następnie kardynał), równie obeznany z nowoczesnymi metodami zachodniej nauki, jak ze wszystkim co najcenniejsze w mistyce wschodniej. Krążą o nim wieści, że umie sprowadzać ogień z nieba. W istocie Apoloniusz, sprzęgając naukę z magią, doszedł do niezwykłych wyników, na przykład samym napięciem swojej woli potrafi gromadzić i używać tak jak zechce elektryczność w atmosferze. Apoloniusz i jego protektor są przykładem synkretycznych dążeń epoki. Apoloniusza uwielbiają neobuddyści. Sam imperator, mason, honorowy doktor teologii uniwersytetu w Tybindze, uchodzi wśród Żydów za Mesjasza. W dwudziestym pierwszym wieku Palestyna, ze stolicą w Jerozolimie, jest rządzona przez Żydów i przez nich w większości zamieszkała. Żydów jest wtedy około trzydziestu milionów. Imperator przenosi swoją rezydencję z Rzymu do Jerozolimy i rozpowszechnia pogłoski, że jego polityka ma na celu światowe królestwo Izraela.
W Jerozolimie też, czwartego roku panowania, nadczłowiek ujawnia się jako Antychryst, po czym bardzo szybko, w ciągu zaledwie kilku dni, następują wypadki przepowiedziane w Apokalipsie. Są one następstwem decyzji imperatora, żeby ogłosić się boskim pomazańcem i dobroczyńcą wszystkich chrześcijan. Wielki sobór ekumeniczny, na który zwołuje do Jerozolimy katolików (papiestwo, od dawna wygnane z Rzymu, ma siedzibę w Petersburgu), prawosławnych i protestantów, opowiada się za nim, z wyjątkiem świątobliwego starca Jana, papieża Piotra II i niemieckiego teologa Pauli. Starzec Jan i Piotr II demaskują imperatora, jako Antychrysta, za co zostają zabici „ogniem z nieba” przez kardynała Apoloniusza, a trupy ich są wystawione na widok publiczny. Garstka wiernych prowadzona przez dra Pauli, ucieka przez pustynię Jerycho. Wybrany papieżem, Apoloniusz dokonuje zjednoczenia kościołów, co należy interpretować jako poddanie królestwa nie z tego świata władzy świeckiej, dawczyni ziemskiego szczęścia i sprawczyni naukowo-magicznych cudów.
„Koniec czasów” i początek millenium są w „Trzech rozmowach” zaledwie naszkicowane. Krótki, w porównaniu z całą historią ludzkości, cykl, zaczęty narodzeniem Dziecka z pokolenia Dawida, zamyka się w Izraelu. Bunt Żydów przeciwko fałszywemu Mesjaszowi, zarządzona przez imperatora rzeź Żydów i nieposłusznych chrześcijan, zmartwychwstanie starca Jana i Piotra II, wystąpienie milionowej armii żydowskiej przeciwko wojskom Antychrysta nacierającym z Syrii, pochłonięcie tych wojsk razem z imperatorem i pseudopapieżem przez ognisty krater, który otworzył się w pobliżu Morza Martwego, Chrystus zstępujący z nieba nad Jerozolimą – te eschatologiczne obrazy odbiegają od polemicznych, jak to określa Sołowjow, założeń „Trzech rozmów” i zapewne dlatego są ujęte jak najzwięźlej.
Ta skrótowość ostatniej części rękopisu utrudnia zrozumienie koncepcji ‘antychrystowego dobra”. Ktoś może powiedzieć, że nakarmić głodnych, uratować z poniżenia uciśnionych, zapewnić wszystkim narodom pokój, to niemało. Można też wysunąć argument, że koncepcja ta jest głęboko reakcyjna, ponieważ każde dążenie do ziemskiej szczęśliwości z góry podaje za podejrzane. Otóż byłoby to z krzywdą wobec Sołowjowa. Jego nadczłowiek zasługuje na podziw właśnie jako dobroczyńca ludzi i jeżeli jest Antychrystem, to wyraża się w tym zagadka ludzkiej historii. Rządy jego są oparte na fałszu, który musi nieuniknienie spowodować jak najgorsze skutki i terror przez niego zapoczątkowany byłby zapewne coraz okrutniejszy, gdyby nie pochłonęła go ziemia. Fałsz równa się wymaganiu, aby i co ziemskie, i co boskie oddać Cezarowi, czyli obywatel był szczęśliwy, ale tylko za cenę zupełnego posłuszeństwa we wszystkich swoich myślach i uczynkach. Nieposłuszeństwo nielicznych chrześcijan jest więc u Sołowjowa testem, dzięki któremu genialny władca pokazuje, kim jest naprawdę.
Zestawienie rękopisu mnicha Pansofia z scence fiction pozwala zastanowić się nad czasem pisania jako gąszczem możliwości poddawanych przez piszącego ocenie. Współczesnym Jules Verne’a nie przychodziło na ogół do głowy, że środki wybuchowe, chociaż w dziewiętnastym wieku coraz to udoskonalane, mogą zanieść człowieka aż na księżyc, a powieści na ten temat czytali jako zabawne baśnie. Wiemy oczywiście dzisiaj, że ogromnie długa armata do wystrzelenia międzyplanetarnego pojazdu jest niepotrzebna, bo ten pojazd sam jest i armatą i pociskiem, niemniej Jules Verne trafnie ocenił możliwości. Dla pacyfisty Kniazia w „Trzech rozmowach” rękopis Pansofia jest brednią i chyba zaraz by umarł, gdyby ktoś go przekonał, że taka naprawdę będzie skala wojen dwudziestego wieku. Ludzie 1899 roku do historii w skali planetarnej nie byli wdrożeni. Chociaż o „żółtym niebezpieczeństwie” już wtedy mówiono (w kilkanaście lat po Sołowjowie miał o tym pisać Oswald Spengler), trzeba było nie byle jakiego skoku wyobraźni, żeby przewidzieć podbój Chin przez Japonię i pośrednie tego skutki – zwycięstwo armii rewolucyjnej i militarną potęgę Chin. Ta dynastia, jaką u Sołowjowa Japończycy osadzają w Pekinie, to długa lufa armaty wystrzeliwującej pocisk na księżyc u Julesa Verne’a. Sołowjow co prawda nie kierował się naukowym prawdopodobieństwem, ale tajemniczym ładem wyczuwalnym w węzłach i zasadniczych osnowach historii. Gdyby kierował się prawdopodobieństwem, nie wprowadziłby, wówczas kiedy początkujący ruch syjonistyczny miał mało zwolenników, państwa żydowskiego ze stolicą w Jerozolimie i milionowej armii żydowskiej. Wyobraźnia zapuszczająca się w przyszłość jest skazana na ekstrapolację, tj. na przedłużanie linii uchodzących w danej chwili za „linie rozwojowe”, co prowadzi do mnóstwa pomyłek. Np. nie można całkowicie wykluczać, że postęp techniczny po nagłym skoku zatrzyma się na dłużej, jak to działo się nieraz w historii, i w takim wypadku ci, co dzisiaj zakładają jego nieskończony dalszy ciąg, będą wyglądali w oczach jutrzejszych ludzi nieco naiwnie. Jednak czytając Sołowjowa chwilami mamy wrażenie, że jego dwudziesty pierwszy wiek jest bardzo zbliżony, w swoich treściach duchowych, do naszego, czyli że inteligencja rosyjska 1899 roku mogła uważnemu obserwatorowi dostarczyć nie najgorszych przesłanek do przewidywań. Z powodu szczególnych cech Rosji (jak choćby zrost cerkwi z autokracją) inteligencja rosyjska przeżyła gwałtownie, w skrócie, tę przemianę, która w krajach zachodnich, ze względu na mniejszą sztywność tradycyjnych struktur i wolność słowa, odbywała się wolniej i dopiero stopniowo miała się upowszechnić. Bezdomność wyznaniowa inteligencji rosyjskiej domagała się kompensaty w religii człowieczeństwa, rodząc bezgraniczne żądania etyczne, zwrócone jednak nie do poszczególnego człowieka, ale do „środowiska”, które ponosiło odpowiedzialność za skażenie dobrej ludzkiej natury. Powtarza się to we współczesnym nam humanizmie laickim z jego marzeniami o końcu alienacji, czyli w istocie o wypełnieniu się czasów, bo nic tych marzeń nie zadowala poza wizją ustroju obywającego się bez jakichkolwiek więzów i instytucji. W przeciwieństwie do roku 1899, ta przemiana odbywa się i poza chrześcijaństwem, i w obrębie chrześcijaństwa. Jesteśmy świadkami przekształcania się kościołów w kluby przyjaciół człowieka, w zgromadzenia skautów grających na gitarach i klaszczących w dłonie, a ich ochoczość do służby wszelkim szlachetnym sprawom, od walki z kolonializmem po ochronę niedźwiedzi na Alasce, ma związek z teologią „śmierci Boga”, choćby sami się do tego nie przyznawali. Nie oszczędziło to i Kościoła katolickiego, który za wszelką cenę stara się być przystępnym umysłowości laickiej. Żeby o tym się przekonać, wystarczy np. czytać uważnie katechizm autoryzowany przez holenderską hierarchię kościelną: jego autorzy zdobywają się na akrobatyczne wysiłki, byle gładko ominąć to, co najbardziej niewygodne i okazać się światłymi humanitarystami.

Odnośnik do komentarza
Udostępnij na innych stronach

Nie lubię literatury fantastycznej, więc jej nie czytam, zatem jej nie znam.

"Bezdomność wyznaniowa inteligencji rosyjskiej domagała się kompensaty w religii człowieczeństwa, rodząc bezgraniczne żądania etyczne, zwrócone jednak nie do poszczególnego człowieka, ale do „środowiska”, które ponosiło odpowiedzialność za skażenie dobrej ludzkiej natury. Powtarza się to we współczesnym nam humanizmie laickim z jego marzeniami o końcu alienacji, czyli w istocie o wypełnieniu się czasów, bo nic tych marzeń nie zadowala poza wizją ustroju obywającego się bez jakichkolwiek więzów i instytucji. W przeciwieństwie do roku 1899, ta przemiana odbywa się i poza chrześcijaństwem, i w obrębie chrześcijaństwa. Jesteśmy świadkami przekształcania się kościołów w kluby przyjaciół człowieka, w zgromadzenia skautów grających na gitarach i klaszczących w dłonie, a ich ochoczość do służby wszelkim szlachetnym sprawom, od walki z kolonializmem po ochronę niedźwiedzi na Alasce, ma związek z teologią „śmierci Boga”, choćby sami się do tego nie przyznawali. Nie oszczędziło to i Kościoła katolickiego, który za wszelką cenę stara się być przystępnym umysłowości laickiej. Żeby o tym się przekonać, wystarczy np. czytać uważnie katechizm autoryzowany przez holenderską hierarchię kościelną: jego autorzy zdobywają się na akrobatyczne wysiłki, byle gładko ominąć to, co najbardziej niewygodne i okazać się światłymi humanitarystami."
Szkoda, że nie podałeś daty powstania tego szkicu. Podejrzewam, że "wieki świetlne temu" (na pewno przed epoką "wioski globalnej" i Internetu). Diagnoza - z tych słusznych zawsze i nigdy. W podkreślonych fr. widać słuszne i szlachetne zamiary - kwestia oceny realizacji jest dyskusyjna. Może warto tylko dodać, że te problemy nie zniknęły (czy kiedykolwiek znikną? - "kościół" jest stale w drodze i jeszcze wiele wcieleń i przemian przed nim w dążeniu do...).
Pozdrawiam

PS. na marginesie - link z wyznaniem myślących na własny rachunek, młodych, inteligentnych katolików: http: / / dominikanie.pl/polecamy_x/polecamy/news_id,2720,mam_ochote_wypisac_sie_z_tej_instytucji.html

Odnośnik do komentarza
Udostępnij na innych stronach

Przeczytałem. Całopalenie. Peace ;))

Jeszcze tak dodatkowo - jeśli facebook nie jest zły (dopuszczam taką możliwość), to czy jest dobry? Ja podczas pobytu tam nie zaznałem takiego wrażenia. Ale mniejsza o to. W każdym razie mam dystans do instytucji/organizacji, które starają się tworzyć coś... Zrzeszającego poza samą instytucją (można spotkania oazowe podciągnąć spokojnie pod takie hippi czy skautowe wycieczki).

Wrócę jeszcze do wątku - jakkolwiek to laicko zabrzmi - naprawdę pachnie mi to jakąś masonerią (ups, narażam się :D) No, bez urazy, aczkolwiek nie każdy zdolny jest wytrzymać taką... Dość nieustępliwą i czasem nachalną formę inwigilacji.

P.S. Dziś przeczytałem słowa: "niebiosa troszczą się o swoje sługi. O niektórych bardziej, o innych mniej, ale czasem trzeba dawać sobie radę samemu". Bo o ile w Boga oczach możemy być równi, o tyle w ludzkich nie bardzo.

Pozdr.

I ważna rzecz: science fiction to nie fantasy, które też się jako tako dzieli. Drugi gatunek jednak bardziej dostaje po plecach, bo a nuż ktoś zadrwi z niego, a nuż do jakiegoś wierzenia przyrówna...

Odnośnik do komentarza
Udostępnij na innych stronach

dawniejbezet.;
w tworzeniu utopii nadal jesteśmy - tak, my, yntelygenci, wykształciuchy - mistrzami;
nadal szukamy sobie innego Pana, a Ewangelia traktowana jest jako coś anachronicznego, dobrego na wieki średnie...a tak naprawdę to średniowiecze nadal funkcjonuje w umysłach wielu dyplomantów, zwłaszcza po ekonomii, naukach technicznych i politycznych czy (o zgrozo!) edukacyjnych...w oświacie!
jeśli w Europie zatriumfuje ( choćby na krótko) muzułmanizm, będziemy mieć do czynienia z karykaturą Ewangelii na własne życzenie - człowiek ponownie stanie się niewolnikiem Starego Testamentu;
jeśli kler katolicki przestanie bawić się w menedżerstwo Pana Jezusa i zacznie poważnie traktować i swoją służbę a bliźnich potraktuje nie jak dzieci tylko jak swoje siostry i braci - ma szanse przetrwać kolejne tysiąclecie...

J.S

Odnośnik do komentarza
Udostępnij na innych stronach

Rafaleniar;
fantazy to fantazy - tu wszystko możliwe aż do absurdu;
natomiast science fiction trzyma się pewnych realiów i bada wszystkie możliwe opcje w pewnych ściśle określonych warunkach społecznych;
tu nie ma co porównywać - bo to jak porównanie konkretnego projektu z bajką....

Odnośnik do komentarza
Udostępnij na innych stronach

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


×
×
  • Dodaj nową pozycję...