Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie to, że dzień wcześniej strasznie piliśmy ze szwagrem. Ale to strasznie.
Obudziłem się wtedy o poranku, ale moja pamięć, z której byłem tak dumny, moja chlubna pamięć, przestała działać. To znaczy, zepsuła się w odniesieniu do dnia wczorajszego. Jak gdyby ktoś wyłączył czerwony przycisk ’’STOP’’ w dobrze funkcjonującej, naoliwionej maszynerii.
Głowa mnie tak bolała, jakby właśnie Atlas wypierdolił mi na łeb całą kulę ziemską.
- Żyjesz?
Podążyłem ołowianym wzrokiem w kierunku, z którego padło pytanie.
Przy drzwiach do pokoju stała Luśka, osiedlowy kurwiszon, i uśmiechała się głupkowato. W dłoni trzymała parujący kubek.
- Chcesz kawy? - spytała i wystawiła przed siebie rękę z kubkiem.
- Co ty tu, kurwa, robisz? - wycedziłem, ale w taki sposób, jakbym to nie ja zadał to pytanie. Język mi falował, jak wstążka w ręku gimnastyczki.
- Ha, ha, nie pamiętasz już? Ty łobuzie, ty, ty. Nie spodziewałam się, że z ciebie taki ogier jest.
Poczułem się jeszcze słabiej, niż chwilę wcześniej. W głowie miałem zainstalowany Dzwon Zygmunta, w który ktoś napierdalał młotem górniczym.
- Muszę się przewietrzyć - powiedziałem słabo.
- Na twoim miejscu bym tego nie robiła.
Wstałem, ignorując oczywiście to, co powiedziała, ale potknąłem się o czyjeś nogi, ledwo zrobiłem pierwszy krok. Rąbnąłem znowu na podłogę. To znaczy, nie dokładnie na samą podłogę, ale wprost na ciało jakiejś kobiety. Niewątpliwie, była to kobieta - poznałem po tym, że w jednej dłoni ściskałem obfitego cycka z wielkim, brązowym sutkiem, a druga ręka znalazła się na nieprzystrzyżonym, bujnym łonie ze srebrnym kolczykiem.
- Kurwa, co tu się dzieje? - w mózgu zadudniło mi moje własne pytanie, a za mną usłyszałem głośny rechot.
Pozbierałem się szybko. Sprężyłem się, żeby się nie przewrócić. Minąłem rozbawioną Luśkę.
’’Powietrza, powietrza’’ - tylko to pragnienie, dawało nogom siłę, by iść.
Odblokowałem trzy klamki i wyszedłem na balkon.
O, nareszcie!
Oddychałem głęboko. Powietrze było rześkie, ostre. Założyłem ręce za głowę, zamknąłem oczy i wystawiłem twarz ku porannemu słońcu. Ogrzewało delikatnie skórę i przez chwilę jakbym czuł, że snopki złotych promieni wnikają głęboko wewnątrz mnie, dostarczając nowych sił do życia.

Intensywnie usiłowałem sobie przypomnieć wczorajszy dzień. Pamiętałem, jak kupowaliśmy ze szwagrem wódkę, dużo wódki. I zgrzewkę piwa. Rany, ale arsenał!
Pamiętam, jak wypiliśmy kilka pierwszych luf. Szwagier się rozluźnił i zaczął deklamować swojego ukochanego Petrarkę:
’’Marzyłem zawsze żyć na uboczu
( Wiedzą to tchnienia łąk i gajów świeże ),
Bym mógł od siebie precz mieć te kacerze,
Co dla dróg Pańskich ślepe mają oczy’’.


- To po coś się hajtnął z moją siostrą? - pamiętam to moje beznadziejne pytanie.
- A co, nie pasuje ci? - odparł z udawanym wzburzeniem.
Później, jak przez mgłę, dudniło mi w pamięci, że zeszliśmy na tematy dotyczące sensu życia, egzystencji ludzkiej i zasadności tego wszystkiego tutaj, co właśnie doświadczamy. Czy doświadczenia są jedynym naszym wyznacznikiem zrozumienia życia, jego pojęcia, czy jest jeszcze coś innego?
On znowu wyjechał wtedy z Petrarką, że: ’’ - Nie znałem innego szczęścia, prócz nauki’’, i na tym, można powiedzieć, film mi się urwał.
A skąd się wzięła, w takim razie Luśka? I ta druga, z wielkimi cycami?
Jednego razu, dawno temu, facet Luśki tak się nachlał, że wyskoczył z czwartego piętra drąc się, że jest Batmanem.
Mylił się.
Luśka na pogrzeb nie poszła. Załamała się i zaczęła dawać każdemu. A może, może… Obudziły się w niej wtedy po raz pierwszy, te straszliwe, upiorne demony, które pchają ludzi prosto ku przepaści? Szkoda jej, nie była wcale brzydka. Ale, zaczęła się szlajać z takimi mętami…
Jak ją czasem mijałem, szybko odwracała wzrok, jednak nie dość szybko, żebym nie zauważył w jej oczach ogromnego rozczarowania tym światem. Zawsze myślałem, że jej potrzeba po prostu porządnego mężczyzny, który się nią zaopiekuje i wyciągnie z tego bagna. Zdawałem sobie sprawę z tego, że agresywny makijaż i wyzywający styl bycia, był jej ochroną przed światem, żeby nikt nie mógł mieć dostępu do jej wnętrza.
Przestałem się zastanawiać i dałem odpocząć umysłowi.
Chyba był to niezły pomysł, bo momentalnie pojawiły się błyski, migawki zdarzeń z dnia wczorajszego, o których wydawało mi się, że na zawsze już przepadły w odmętach mojej niepamięci:
Jakieś rozwrzeszczane twarze. Jakaś psychodeliczna, głośna muzyka. Rzyganie przez balkon.
O kurwa!
’’Rzyganie przez balkon’’?

Otworzyłem oczy i prawie natychmiast zobaczyłem staruszkę z bloku obok, trzymającą niedużą siatkę z zakupami.
Kobieta stała i wpatrywała się we mnie. Mieszkałem na parterze, więc widziała mnie bardzo dobrze.
- Sodoma i Gomora! - odezwała się, wyraźnie zgorszona, co chwila żegnając się - W Imię Ojca I Syna I Ducha Świętego! Sodoma i Gomora!
Po chwili ruszyła przed siebie, wciąż jednak coś mamrocząc i kiwając głową.
'' Pięknie'' - pomyślałem - ''zajebiście''. Pewnie widziała te rzygi pod balkonem.
Wychyliłem się, pełen trwogi, przez balustradkę.
Ale nie. Pod balkonem rosła wysoka trawa, której jeszcze na szczęście nie przystrzygli, więc nic nie było widać.
’’No to o co jej chodziło?’’ - zacząłem się zastanawiać.
Kilkadziesiąt metrów od mojego bloku, był plac zabaw. Powstało na nim jakieś ogromne zamieszanie, i wyrwało mnie z zadumy.
Urwipołcie piszczały i śmiały się o wiele głośniej, niż zazwyczaj.
Ze zgrozą jednak stwierdziłem, że wszystkie patrzą w moim kierunku, palcami wskazując sobie nawzajem… chyba mnie?
Co jest…
Gorączkowo zacząłem się rozglądać po balkonie. Nic podejrzanego, do cholery. Stoliczek, krzesełko, jakieś rupiecie.
Na moment, oglądnąłem się za siebie. Zobaczyłem swoje odbicie w szybie.
Przez krótki moment poczułem się, jakbym się bujał w innym wymiarze.
Byłem zupełnie nagi. Blade dupsko złośliwie odbijało się od szyby. Ale, co tam dupsko!
Kurwa jebana!
Myślałem, że wpadnę do mieszkania razem z drzwiami.

***

Luśka dławiła się ze śmiechu. Patrzyła na mnie, jak szybko z balkonu przygalopowałem do przynoszącego schronienie mieszkania, pełen przerażenia, z czerwonymi z przepicia oczami.
- Tak, kurwa, dobrze się bawisz?! - wykrzyknąłem głośno, wymachując rękami.
- Ostrzegałam cię - wlała w usta resztę kawy z kubka.
- Kurwa, co teraz? Pół osiedla widziało mojego fiuta. Rany, przecież jestem tu spalony!
- Nie dramatyzuj. To się wyprowadź. Jak chcesz, mogę jechać razem z tobą.
Przykucnąłem i złapałem się za głowę.
- Zaraz, zaraz, pomału - podniosłem głowę i zauważyłem na stoliku niedopitą flaszkę wódki - nalejesz mi?
Luśka bez słowa podeszła do stolika i wprawną ręką wlała pozostałą zawartość butelki do literatki o stumililitrowej pojemności.
- Masz, pij. Zrobi ci się lepiej. Pogadamy później.
Miała rację. Wychyliłem szklankę i spojrzałem na świat z innej perspektywy.
- Luśka, czy ja jestem alkoholikiem? - zapytałem.
- Nie, Marku. Alkoholikami byli moi rodzice, a ty jesteś tylko wstawiony.
Fakt, że alkohol mi się rozlał po wszystkich nerwach, jednak w tamtym momencie zadziwiająco trzeźwo spojrzałem na Luśkę.
- A kto to jest ta pani? - rzekłem, wskazując na wielkie piersi, które wciąż leżały na podłodze.
- Aaaa. To moja koleżanka z pracy. Mieszka na drugim końcu miasta, więc jej pewnie nie znasz… Wiesz, zadzwoniłam po nią, jak tylko twój szwagier zaprosił mnie na tę zajebistą balangę - odrzekła, figlarnie kręcąc swoje czarne włosy. - Wyskoczył do nocnego po fajki, bo mu się skończyły, a ja tam byłam.
- Super, naprawdę.
- Nie, Marku. Chciałabym coś powiedzieć - popatrzyła mi prosto w oczy. Jej były zielone i przez moment zachłysnąłem się tym kolorem.
- Chciałabym powiedzieć, że w życiu z nikim nie było mi tak dobrze, jak z tobą. Miałam kilka orgazmów i są to moje pierwsze orgazmy z facetem. Czy ty w ogóle wiesz, czym są orgazmy dla kobiety?
- Jestem wzruszony, ale w tej chwili gówno mnie to obchodzi. - odrzekłem cynicznie, wciągając spodnie - A gdzie jest mój szwagier?
Luśka westchnęła.
- Nie wiem, chyba leży w łazience. Wiesz, co on wczoraj robił? - znowu zaczęła się śmiać, ukazując równe, białe zęby - Włożył głowę do sedesu i co chwila spuszczał wodę, krzycząc: ’’- Niagara, kurwa! Niagara!’’.
’’Ja pierdolę’’ - pomyślałem - ’’nieźle’’.
Szwagier, wraz z moją siostrą, mieszkał w innym mieście. Przyjechał do mnie, bo miał tu do podpisania jakieś papiery w wydawnictwie. Kiedyś był zwykłym robolem, pracował w hurtowni jajek, ale mu się odwidziało i zaczął pisać poezję. Wydał nawet dwa tomiki, a trzeci już był na ukończeniu nakładu i czekał na dystrybucję. Stąd jego wizyta w wydawnictwie.
Szczerze skubańcowi zazdrościłem, ale z ręką na sercu trzeba przyznać, że facet miał autentyczny talent. A ja… No cóż, nie chciało się nosić teczki - trzeba nosić woreczki.
Kolejną lufę nalałem sobie sam. Kiedy wychyliłem setkę do dna, ból głowy gdzieś zniknął. Za to, spotęgowała się ochota na Luśkę. Miałem już gdzieś, że stałem na balkonie z dyndającym fiutem i widziało mnie pewnie z pół osiedla.
- Luśka, czy wiesz, że jesteś bardzo apetyczną kobietą?
- Wiem - odrzekła szczerze - wielu facetów mi to mówi, choć nie w takiej formie - jej oczy jeszcze bardziej się zazieleniły.
- Chodź tu - wyciągnąłem rękę w jej stronę - chodź do mnie.
Ruszyła posłusznie, a ja, z nieukrywaną przyjemnością obserwowałem, jak ponętnie buja biodrami, jak kołyszą się jej niezwykle proporcjonalne piersi, jak ładnie opadają jej na ramiona ciemne włosy. Jako jedyna chyba tutaj, była ubrana, ale dżinsy i zielony tiszirt zdarłem z niej w ułamku sekundy. Znowu zrzuciłem z siebie spodnie, a ją delikatnie położyłem na beżowej sofie.
Jak opuszkami palców prześlizgiwałem się po jej nagim, śniadym ciele, natychmiast pokryło się ono gęsią skórką. Kiedy wsunąłem się w nią, wpierw ostrożnie, później coraz śmielej i szybciej, miałem uczucie, że jesteśmy jednym organizmem. Nie zaprzestawałem przy tym pieszczot. Lizałem i ssałem sterczące, ciemnoróżowe sutki, całowałem szyję, twarz, usta, włosy. Czasem pobudzałem jeszcze bardziej jej wilgotną cipkę.
Ona też nie pozostawała mi dłużna. Odwzajemniała pocałunki, drapała mnie delikatnie po plecach, jej biodra dostosowały się rytmem do moich, tworząc idealną harmonię ruchów.
Luśka stękała i pojękiwała głośno, ale tuż przed moim wytryskiem krzyknęła, wijąc się na wszystkie strony. I ja nie wytrzymałem. Wypełniłem ją swoim nasieniem. Zdyszani, spoceni, zespoleni, przeleżeliśmy tak parę chwil.
- Zabiorę cię stąd - wychrypiałem, jak tylko wróciła mi zdolność mowy.
- Naprawdę? - nigdy, u nikogo nie widziałem tak jarzącej się zieleni tęczówek.
- Tak.

***

Dwa miesiące później, sprzedałem mieszkanie i wyprowadziłem się do innego miasta.
Lucyna była zachwycona.
W następnym roku, zaszła w ciążę i urodziła nam przepiękną córeczkę.
Wydawało mi się, że zacząłem pojmować istotę miłości.
Lecz miłość jest ulotna, jak wszystko na tym świecie.
Przeżyłem z Lucyną cztery najlepsze lata w moim życiu.
Pewnego dnia odeszła, zostawiając mnie samego z córeczką. Znowu zaryczały w niej przebudzone bestie, zimne i bezlitosne, gotowe do rwania duszy na strzępy.
Odeszła do swojego mrocznego świata, pełnego niezbadanych tajemnic, śmierdzącego moczem, stęchlizną i alkoholem.
Szwagier mi zawsze mówił: ’’ - Nigdy nikogo do końca nie poznasz’’.
Luśka ciągle nosiła w sobie część takiej siebie, której nie rozumiałem. Każdy ma w sobie coś takiego, jednak jej część była ciemna, niewytłumaczalna, atawistyczna i samo destrukcyjna.
Starałem się, jak mogłem, by dać jej to, na co zasługiwała.
Każdy zasługuje na miłość.
Ale ona odeszła. To było silniejsze od niej samej. Znowu zaczęła się włóczyć z jakimiś menelami. Chodziłem za nią, ciągnąłem do domu. Nic to nie dało.
Aż pewnego smutnego dnia, dowiedziałem się, że nie żyje.
Utopiła się.
Menele imprezowały gdzieś nad rzeką, i zapragnęły popływać. A ona, oczywiście, razem z nimi. Nikt nie zwracał uwagi, że zniknęła nagle z tafli wody.

Widziałem wiele, coraz mniej już mnie dziwi, codziennie, z niezmienną pasją, staram się poznawać świat.
Nie mam pojęcia jednak, dlaczego pokochałem tę zdeprawowaną kobietę, pełną uśpionego, wewnętrznego zła, raniącą z niewytłumaczalnych powodów…

***

Pozostała mi po niej córeczka. Jestem dla niej wszystkim. Jest moim najdroższym skarbem.
Śmieje się w taki sam sposób, jak ona. Ma śniadą skórę i czarne włosy.
Ale ciemnoniebieskie oczy ma po mnie.

Jednak jej są o wiele piękniejsze.

Opublikowano

Całkiem niedawno zabierałeś już nas w podobne klimaty. To konstatacja, nie zarzut. Właściwie niewiele mogę powiedzieć nowego; przygnębiające jak zawsze, napisane z wyczuciem i w dobrym tempie jak (prawie) zawsze, parę zdań i sformułowań ja bym widziała trochę inaczej - jak zawsze :) Jak na sobotni poranek, zafundowałeś mi refleksyjny początek weekendu :)
Pozdrawiam - Ania

Opublikowano

Cieszę się, że udało mi się wywołać w Tobie zadumę :)
Jednak, muszę się poważnie zastanowić nad dalszym pisaniem w ten sposób, bo nie chcę nikogo przygnębiać ( choć, paradoksalnie to robię?:)), no i, zaczynam się chyba robić nudny zwyczajnie.

Dzięki za czytanie i komentarz :)
Pozdrówka -
M.

Opublikowano

Wiesz, zastanawiałem się nad tym niedawno i doszedłem do wniosku, że jeżeli mam być szczery wobec siebie, to tak - musiałbym dalej pozostać w tej swojej skrajności...
Chyba Szalom Asz powiedział kiedyś, że na ludzi spacerujących po moście nikt nie zwraca uwagi, a prawdziwe emocje powstają wtedy, gdy ten most się zawali wraz z ludźmi.

Muszę jeszcze pogadać z samym sobą.
:)

Opublikowano

Takie słowa od Mistrzyni Słowa... :)
Wypada mi zaprzestać czasochłonnych dialogów z samym sobą, zakasać rękawy, i - wziąść się do roboty :)
Dzięki serdeczne za czytanie i wnioski.
Pozdrówka :)
M.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Uczeń przerósł mistrza/mistrzynię
;))))))))))
najważniejsze to dać kopa (napęd) do działania, a więc daję
i pozdrawiam Mistrza Dialogów i Tekstów Erotycznych, co sprawia piszącym największą trudność - Tobie - nie. trening czyni mistrza!
nie ustawaj!
;P
  • 3 tygodnie później...
  • 2 tygodnie później...

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Rafael Marius z pięknej toalety:) jutro mam ślub z stylu włoskim w plenerze w ciągu dnia do wieczora:) inaczej, bo w zieleni na zielonej łące pośród kwiatów i w koronkach drzew:) w nocy nie ma takiego efektu obcowania z naturą jak w dzień:) będzie to śliczny ślub:)

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • w gwieździstym niebie nie było Ciebie  w toni oceanu pustka bez Ciebie  w wietrze gorącym i porywistym nie ma Ciebie  w ogniu ogniska i dymie brak Ciebie    na ulicy paryskiej, na prawym brzegu Wisły  na Kazimierzu w Krakowie lśniącym historia  na rogatkach miast na szczytach gór  był tylko upiór mój miłości romantyczna    w setkach spojrzeń w barze i metrze  w ulicach gwarnych zaułkach niewiernych na nocnych traktach  blichtru i sławy  nie było Ciebie i nie ma sprawy    W oczu błękicie burzy blond włosów nie ma Ciebie  w biodrach tańczących   piersiach gorących  brak Ciebie  w upojnej nocy i doświadczeniu Déjà vu nie ma Cie  po co to życie tak atrakcyjne gdy Tej Jednej nie było nigdzie    
    • Przedświt pachniał dziś wonnym dymem, kadzidłem miłosnych uniesień i słodką nutą wróżb. Sobótka dobiegała końca. Zawezwane dusze czmychały  przed pierwszym brzaskiem. Ich nogi bezszelestnie muskały młode paprocie. Ich głowy nikły z wątłym pluskiem  w toni rzeki. Niektóre bierzyły po śladach północnic, hen w najdalsze połacie  wyrwanych borom pól. Były i takie psotne zjawy  co schować chciały się  w ludzkich obejściach i chatach. W progach zatrzymywały je  amulety i kręgi solne a także strażniczy wrzask  deptanego Domowika. Wołał on na pomoc imię Łady i Dziewanny  rozganiając zjawy na cztery wiatry. Byle dalej od wsi.     Ogniska rozsiane gęsto przy brzegu, gasły z wolna. Drwa oddały już całe swe ciepło. Rozżażone bierwiona  trzaskały jeszcze z cicha zapadając się coraz głębiej w popiół. Wianki te nie porwane z nurtem, były porozrzucane wszędzie wokół. Częściej zagubione w ekstazie tańca  niż zerwane  zwierzęcym pragnieniem  kobiecych krągłości. Ludzie posnęli w kręgach. Upojeni miodem. Zdjęci czarem. Zmęczeni całonocnym świętem  ku czci Kupały. Tylko żercy nadal medytowali  w samotnym azylu leśnych uroczysk. Rozmawiali z drzewami i wodnymi pannami. Błagali duchy przodków  o wstawiennictwo u Welesa. Tam plusnęła ogonem ryba. W gęstwi leśnej zaskrzeczał lis. Ostatni pochuk wydała płomykówka. Tarcza Swaroga wyjrzała zza horyzontu. Najkrótsza noc odeszła w pokoju.     W tej samej chwili  stojący przed swą chatą wojownik  ujął w silne dłonie łuk. Zabrał ze sobą  kilka solidnie wystruganych strzał  o barwnych, sztywnych lotkach. Poprawił u pasa  zakrzywiony nóż myśliwski. I z imieniem Roda na ustach  wszedł pewnie w ciemny jeszcze bór. Nikt nie może naruszać świętości lasu  w kupalne święto. Kto by tego nie uszanował  i wstąpił z bronią do kniei  tego zamęczyłyby wilki Leszego. A kto niewinne zwierzę by poranił  lub zabić raczył. Tego cały ród wygasłby w męczarniach  moru lub głodu. A Bieda klepałaby go po plecach do ostatka. Zresztą lepiej było zaczekać  na pierwszy blask słońca  który zamykał przejścia do Nawii. Świat umarłych nikł  by żywi nie mogli do niego przystąpić. Dopiero wtedy las stawał się  znów zielonym dobrodziejem. A wstępujący do niego myśliwi czuli, że wracają na domowe ścieżki losu.   Bór, im dalej prowadziła  wydeptana stopami myśliwych i szeptuch ścieżka, rozpoznawał znajome rysy człowieka.  Drzewa witały go ukłonem gałęzi. Szelestem drobnych liści. Runo szemrzało niespokojnym echem, budząc z lękliwego, płytkiego snu  płochliwe zające i wiewiórki. Dzięcioły już zaczęły swą pracę. Rytmiczny stukot przypominał swym tembrem  odgłosy obijania mieczy o owalne tarcze. Myśliwy przeżył kilka potyczek  i tysiące polowań. Polowania były trudniejsze. Wymagające cierpliwości i sprytu, w przeciwieństwie do chaosu bitew. Zwierzęta wyczuwały zazwyczaj, zbliżającą się śmierć  i nigdy nie oddawały życia bez walki. Dlatego oddychał płytko, stąpał bezszelestnie. Oczy wbijał to w szarzejący dukt  to w wielokolorowe runo. Szukał śladów.  I po chwili znalazł je.     Trop jelenia odbity był wyraźnie na piaszczystym wzniesieniu. Zwierzę zakopało się widać lekko  w sypkiej przeszkodzie bo piasek był roztrącony na boki dość mocno. Jeleń skręcił w stronę  rosnących tu gęściej dębów. Szukał strawy w postaci młodych pędów   w trzewiach powalonych pni  i przy połaci jagód, rozplenionych tu niczym fioletowe kwiatuszki.     Myśliwy mocniej ścisnął łuk, bo usłyszał lekkie poruszenie  w gęstwinie przed sobą. Upłynęła ledwie chwila  gdy ujrzał także łeb z porożem  wyłaniający się zza potężnego, pooranego zmarszczkami czasu pnia dębu. Jeleń cicho zaryczał i strząchnął się mocno. Nie wyczuł jeszcze woni ludzkiej. Myśliwy ukląkł za strzelistymi paprociami. Wziął strzałę.  Nałożył ją i wygiął cięciwę  gotów w każdej chwili ją zwolnić. Zwierzę  dopiero teraz wyczuło niebezpieczeństwo. Jeleń rzucił się wstecz  i skręcił tułów gotów do rychłej ucieczki. Będąc w połowie zwrotu, został trafiony w brzuch  pierzastym pociskiem. Zaryczał przeciągle, smutno. I rzucił się w agonii przez las, tratując wszystko na swej drodze. Myśliwy powoli się wyprostował  i spokojnie w pełnym skupieniu  ruszył szlakiem świeżej krwi. Teraz wystarczyło czekać  a gdy będzie trzeba, powtórzyć śmiertelny cios.   Krwawy trop  to znaczył teren nieprzerwaną strugą posoki to urywał się na kilka kroków by znów błysnąć szkarłatem na korze drzew  czy liściach narecznic. Kluczył jak samo zranione zwierzę ale nie na tyle by zgubić pościg doświadczonego łowcy. Trafił idealnie i wiedział o tym  że śmierć zwierzęcia  jest kwestią bardziej minut niż godzin. Jeleń upuścił już wiele krwi  i słabł sądząc po coraz mocniej i wąsko stawianych kopytach. Na jednym z buków  pozostawił cały odbity w krwi bok. Ale jeszcze tym razem  miał siłę by ruszyć dalej. Lecz nie na długo. Gęstwina rzedła.  Nie dalej jak sto kroków, przejdzie zapewne w naturalną polanę lub porębę. Tam z pewnością odnajdzie martwe zwierzę. Myśliwy zarzucił łuk na mocarne plecy i pewniejszym chwytem objął rękojeść noża. Krwi było coraz więcej  i prowadziła wprost w rozwidlenie.     Gdy wyszedł na skraj poręby,  pierwsze co uczuł to  nagły, lodowaty powiew wiatru. Był jak boski szept. Zmroził mu kark  a pot od razu wystąpił na jego skroniach. Źrenice stężały w skupieniu. Gdzieś z bardzo daleka  dało się słyszeć jakby śpiew. To głosy dziewek. Akompaniował im głos fletni. Melodia była mu znana dobrze  i bardzo wesoła a wręcz frywolna  jak sama treść pieśni, której nie przystało śpiewać  pannom na wydaniu. Wreszcie spóźniony korowód kupalny  oddalił się na zachód.  Zostawiając go na pastwę puszczy i ciszy. Dopiero teraz mógł skupić się znów na tropie. Prowadził do centrum poręby, gdzie zamiast  spodziewanego, martwego byka, leżał w kałuży krwi człowiek. Spał lub był martwy. Leżał na wznak z lekko podkuloną nogą. Dopiero po chwili dało się stwierdzić,  że nie była to jego krew a tropionego jelenia. Jej ślad się urywał a człowiek ów leżał dokładnie w miejscu w którym powinien spoczywać trup zwierzęcia. Zwierzę nie mogło dalej uciec  a człowiek przywędrował widać z nieba  bo brak było wokół  jakichkolwiek śladów ludzkich stóp.     Był młody jeszcze acz już silny jak tur. Długie jasne włosy  spływały mu falą na muskuły. Delikatny zarost dodawał mu mężności. Ubiór jego był jednak przedziwny. Charakteryzował niewolników  lub najbiedniejszych kmieci. Wszystko było okropnie brudne, podarte  i znoszone do cna. Nie miał przy sobie pasa ani broni. Jedynie bukłak na wodę lub wino i co jeszcze bardziej przedziwne  obok niego na trawie spoczywały też niespotykane  bo kremowe skrzypce  wykonane jednak jak najstaranniej  i widać było,  że są mu rzeczą w życiu najbliższą.  Bard widać miejscowy lub wędrowny. Może przyłączył się nocą  do jednej z grup biesiadników. Upił się a teraz  pokutował kamiennym snem na odludziu. A może czar to jeszcze i widmowy zwid, co został tu z ludźmi  bo Weles zatrzasnął przed nim wrota Nawii. Zwierzę było przy nim  jeszcze przed kilkoma minutami, dlatego myśliwy i tak by go obudził i żądał wyjaśnień.   Zanim jednak wykonał ku niemu  choć nieśmiały krok. Chłopak otworzył oczy,  przewrócił się niezdarnie na bok i jego wzrok spotkał się ze wzrokiem myśliwego. Patrzyli na siebie podejrzliwie długo, wreszcie chłopak zamierzał wstać  ale jego dłoń spoczęła w kałuży krwi. Obejrzał najpierw ją   a potem odskoczył jak oparzony,  macając się po torsie w poszukiwaniu rany. Rozmazał po sobie całą krew. Zbladł i wyglądał teraz  jak najprawdziwszy upiór. Spoglądał na łuk i nóż. Był przerażony i nie zamierzał tego ukrywać. Zerwał się jeszcze raz,  porwał z ziemi skrzypce i przytulił je niczym dziecię do piersi. Postrzeliłeś mnie!? Bezbronnego!? Nie mam przy sobie nic, ani monet ani żadnych kosztowności.     Myśliwy wystąpił przed niego  i opuścił dłonie na znak dobrych zamiarów. Postrzeliłem jelenia, tropię go. A ślad jego krwi urywał się na Tobie. Skąd tu przybyłeś i jak? Nie dojrzałem wokół Twoich śladów. Czy widziałeś rannego śmiertelnie byka? Był tu na kilka minut przede mną. Szalał w agonii. Obudziłby Cię z pewnością.  Wiem, że tu był spójrz ile upuścił krwi. Chłopak nie podszedł nawet o krok. Ale obejrzał krew wokoło  i zaczął wierzyć w to  że nie pochodzi ona z jego żył.     Byłem tu przez całą noc. Grałem w samotności. Dla lasu. Aż sen mnie zmógł Dziś była noc kupalna. Nieroztropnie wchodzić z bronią w święty bór. Myśliwy podszedł jeszcze bliżej. Wszedłem do kniei wraz z tarczą Swaroga. Nie grozi mi nic od strony bogów. Nie tylko bogowie podążają ścieżką zemsty. A Ty nie rzekłeś, jaką z nich przybyłeś. Młodzieniec zawahał się chwilę. Przybyłem z odległej krainy. Bardzo odległej. Skąd wychodzi niewielu takich jak ja. Myśliwy skupił wzrok na instrumencie. A te skrzypce?  Piękne i misternie wykonane. Nie drewno służyło do ich budowy. Grasz na nich dla duchów?     Młodzieniec po raz pierwszy stanął w pełnym świetle i uniósł delikatnie twarz. Przypominał mu dawne czasy. Wojnę na południu, gród w ogniu i tożsamego młodzieńca, którego zabił celną strzałą w samo serce. To było dawno,  lecz chłopak wydawał się zjawą tamtych dni. Ujął skrzypce niczym amulet i przemówił głosem  głębszym, starszym, magicznym. To skrzypce umarłych. Wykonałem je sam  z moich własnych kości. Twoja strzała strzaskała mi serce  a kości były całe. Piękne i kremowe. Jak te skrzypce. Grając na nich  otwieram bramę welesowych krain. Między nimi wędruję. W Nawii mój dom. A tu na ziemi, już tylko mój cel. Moja zemsta. Krwawa i sprawiedliwa. Twoja śmierć przyjacielu.     Znów posłyszałem korowód. Wracał z pieśnią. Inną. Żałobną. Tragiczną i smutną. Jak ta godzina. Fletom i piszczałkom odpowiedziały skrzypce. Młodzieniec grał. A im dłużej grał  tym szerzej otwierały się  wrota zaświatów na skraju poręby. Wreszcie stanęły otworem. W ogniu i sadzy. Potępione dusze. Ich twarze ryczały w agonii. Ich ciała płonęły, zwęglone do cna. Korowód panien wyszedł zza drzew. Wszystkie były ubrane w białe, żałobne szaty. Ich paprociowe wianki nosiły ślady krwi. Bardowie byli okaleczeni. Bez rąk, nóg, oczu,  trędowaci lub chorzy na dżumę. Ich szaty przeszły zgnilizną. Korowód prowadziły dwa ogary. Były upiorami Welesa. Wściekłe, pełne żądzy mordu. Ich pyski wypełnione ogniem. Skóra spalona i pokryta liszajem. Ogony ścięte u nasady. A oczy jak śmierć puste. Pewne swego szaleństwa. Doskoczyły do mnie. Nie imał się ich nóż ani strzała.   Wieczór zapadł nad wioską. Jedynie w jednej chacie nie płonął ogień. Jej opiekun wyszedł spod progu, zapalił niewielki ogarek. Rozpalił ogień Oporządził izbę. Zgotował strawę. Posprzątał obejście. Jego pana nie było. Nie martwił się. Mogło go nie być i kilka dni. Łowy bywały długie i męczące. Domowik złożył dzięki do Roda  o szczęśliwy powrót swego pana. Wtedy to ktoś załomotał w drzwi. Domowik ruszył ku progowi  i otworzył. Na progu stała leśna panna. Naga. Jedynie w wianku. Bez słowa wręczyła mu zawiniątko  w postaci dziwnych, kremowych skrzypiec i wianka z paproci. Wianek był cały zakrwawiony. Krew pachniała jeszcze świeżością. A skrzypce. Wyglądały jak wykonane z kości. A grały tak pięknie  jak te które można usłyszeć  czasem nocą w kniei. Mówi się, że  korowody umarłych  przygrywają sobie na takich. A wytwarza się je z kości tych, których dotknęła zemsta,  zbłąkanych, nieszczęśliwych dusz.                
    • @Waldemar_Talar_Talar

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • Bardzo mi się podoba, wiersz o fundamentach, potrzebie i sensie pisania i nie tylko, bo też życia, przemijania. Wiersz ma swój rytm i się dobrze czyta, a wątpliwości przeplatają się z tezami, co zatrzymuje i skłania zastanowienia. Pozdrawiam. 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...